Chemia wokół nas – co nas truje, a czego nie należy się bać

Liczba toksyn, z którymi zmaga się nasz organizm każdego dnia jest niewyobrażalnie duża. Czasem zagrożenie czai się tam, gdzie się nie spodziewamy. (Fot. iStock/Getty Images/Gallo Images)

Szkodliwe związki chemiczne zawsze były, są i będą. Ważne, by w miarę możliwości ograniczać kontakt z nimi, czytać ulotki na produktach, zachowywać ostrożność, a przede wszystkim nigdy nie ulegać panice.

Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, tylko dawka ma znaczenie – mawiał Paracelsus, ojciec medycyny i toksykologii. Otaczają nas tysiące szkodliwych związków chemicznych. Część z nich występuje naturalnie w środowisku, np. metale ciężkie uwalniające się z wietrzejących skał, gleby, gorących źródeł. W atmosferze są tlenki siarki czy azotu. Póki nie ma tych związków w otoczeniu zbyt wiele, nie ulegamy zatruciu, bo mamy własne mechanizmy obronne. Gorzej radzimy sobie z substancjami, które sami wytworzyliśmy dopiero kilkadziesiąt lat temu – takimi jak polichlorowane bifenyle czy pestycydy. Nie potrafimy się do nich przystosować. Szkodliwa „chemia” to także składniki detergentów, kosmetyków i żywności. Liczba toksyn, z którymi zmaga się nasz organizm każdego dnia, jest niewyobrażalnie duża. Czy jesteśmy wobec nich całkiem bezbronni i chłoniemy je jak gąbka? Jak możemy minimalizować działanie agresywnych związków?

Dywan z wkładką

Nauczono nas już, że musimy sprawdzać składy, czytać etykiety, bo wszędzie mogą czaić się szkodliwe substancje. Ale na ogół nie myślimy o tym, co zagraża nam we własnym domu. Tymczasem najciemniej pod latarnią. Gdzie tkwi potencjalne źródło problemu? Na przykład w dywanach, w których mogą „mieszkać” pestycydy przynoszone na obuwiu (np. z ogródka). W łazience może się wydzielać rakotwórczy chloroform. Co można na to poradzić? Po pierwsze, zrezygnować z dywanów i chodników, które są siedliskiem wielu szkodliwych związków, i zaprzyjaźnić się z łatwym do utrzymania w czystości parkietem lub gresem. No i regularnie łazienkę wietrzyć.

Gorzej, gdy nie możemy uniknąć zagrożeń, jak np. w przypadku trujących materiałów budowlanych. Niektóre wydzielają opary, inne pylą, a jeszcze inne promieniują. Jednym z groźniejszych jest formaldehyd, który może się znajdować w meblach (najczęściej!), piankach, papie, lakierach, barwnikach czy klejach. Działa drażniąco, uczulająco, a także rakotwórczo, dlatego stosując produkt z tym składnikiem, trzeba osłonić drogi oddechowe i dobrze przewietrzyć pomieszczenie. Na szczęście emisja formaldehydu z czasem maleje. Bardzo szkodliwe są rozpuszczalniki organiczne zawarte w niektórych lakierach, żywicach, klejach czy farbach. Benzen i toluen mogą prowadzić nawet do nowotworów. W panelach podłogowych, skrzydłach drzwiowych, wykładzinach może się znajdować chlorek winylu, a w sztucznych obiciach foteli i kanap – fenole, które stopniowo uwalniają się do atmosfery. Oczywiście, nie ma sensu wpadać w panikę, bo większość produktów ma atesty i została przebadana pod kątem bezpieczeństwa dla zdrowia. Jeśli jednak zaczynamy się gorzej czuć, mamy problem z oddychaniem albo kłopoty ze skórą, odczuwamy ból głowy i ciągłe zmęczenie, to bardzo prawdopodobne, że szkodzą nam substancje z naszego najbliższego otoczenia.

Domowa chemia szkodzi płucom

Szorując wannę czy zmywając podłogę, nie unikniemy kontaktu z detergentami. Bo co prawda wkładając gumowe rękawice, chronimy skórę, ale płuca i tak są narażone na wdychanie szkodliwych substancji zawartych w płynach czyszczących. Jak jest to groźne, pokazały badania przeprowadzone przez specjalistów z Uniwersytetu w Bergen na 6 tys. uczestników European Community Respiratory Health Survey. Większość z nich stanowiły kobiety, które pracowały jako sprzątaczki. Naukowcy na podstawie analizy ich stanu zdrowia oceniali długoterminowy wpływ stosowania chemicznych środków czystości, a wyniki przedstawiono na łamach „American Journal of Respiratory and Critical Care Medicine”. Okazało się, że pod wpływem regularnego stosowania środków czystości (płynów, proszków, aerozoli) najbardziej cierpią płuca. Po 20 latach wyglądają, jakbyśmy palili paczkę papierosów dziennie.

Jak temu zaradzić? Najprościej „chemię” zastąpić ścierką, wodą i naturalnymi środkami czystości. Z pożytkiem dla zdrowia i portfela, bez szkody dla efektów sprzątania. Podstawę ekologicznych, bezpiecznych preparatów stanowi ocet spirytusowy, który likwiduje brud, plamy, usuwa przykry zapach i kamień. Do czyszczenia umywalki, wanny i baterii, wytarcia blatów, umycia okien i luster służy preparat przygotowany z octu i wody (1:1), z ewentualną domieszką spirytusu salicylowego. Płyn najlepiej wlać do dozownika ze spryskiwaczem. Toaletę z powodzeniem wyczyści ocet z sodą oczyszczoną, a podłogi umyje ciepła woda z dodatkiem kilku kropel olejku eterycznego (np. z drzewa herbacianego). Warto też zastanowić się nad zamiennikami chemicznych gadżetów, które choć ułatwiają nam życie, to jednak nie pozostają bez szkodliwego wpływu na zdrowie. Na przykład kulki przeciw molom warto zastąpić suszoną lawendą czy pokruszonym mydłem, a półki i szuflady wyłożyć gazetami (mole nie znoszą zapachu farby drukarskiej).

Parabeny nie są toksyczne

Unia Europejska dużo dyskutuje na temat związków zaburzających równowagę układu hormonalnego (EDC). Są to substancje obecne w kosmetykach, żywności i innych produktach, które wpływają na nasz układ hormonalny. Jednym z podejrzanych są parabeny, od lat pozostające pod pręgierzem krytyki. – Prawda jest taka, że są to najlepiej przebadane konserwanty, bezpieczne i nietoksyczne. Dwa z nich, propylparaben i butylparaben, rzeczywiście wykazują bardzo słabą zdolność proestrogenną, dlatego zostały skierowane do ponownych badań. Nikt się jakoś nie przejmuje tym, że parabeny są powszechnym składnikiem produktów farmaceutycznych (np. syropów) oraz żywnościowych, natomiast w przypadku kosmetyków od wielu lat jest larum – mówi dr inż. Iwona Białas, chemiczka, kosmetolożka, safety assessor (ocenia bezpieczeństwo kosmetyku na podstawie informacji otrzymanych od producenta) w CosmetoSAFE Consulting.

Parabeny badano na wszystkie sposoby, m.in. na wrażliwej skórze dzieci poniżej trzeciego roku życia, również pod pieluchą, czyli w obszarze z naruszoną barierą naskórkową. Komitet Naukowy ds. Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS), organ doradczy w UE, uznał, że są bezpieczne. UE ma wyraźnie dość nagonki na parabeny, dlatego stworzyła wytyczne dla producentów. – Nie można już umieszczać na opakowaniach informacji, które deprecjonują dany składnik, np. paraben free. Jest to niezgodne z prawem – dodaje dr Białas.

Odsądzone od czci i wiary parabeny to w gruncie rzeczy najlepiej przebadane konserwanty. Bezpieczne i nietoksyczne (Fot. iStock)

Pod lupą

Oprócz parabenów o działanie proestrogenne posądza się inne składniki, m.in. bisfenol A (BPA), szkodliwy dla zdrowia związek chemiczny używany do produkcji plastikowych opakowań. Jest on zakazany w Stanach, a od marca 2011 roku Komisja Europejska zakazała stosowania go do produkcji butelek dla dzieci ze względu na śladowe ilości tego składnika, który może działać kancerogennie i powodować zaburzenia hormonalne. – Podejrzenia dotyczące plastikowych opakowań kosmetyków są bezpodstawne, bo ogromna większość tworzyw sztucznych nie zawiera BPA – na żadnym etapie produkcji nie używa się tej substancji – mówi Kazimierz Borkowski z PlasticsEurope Polska. Na ławie oskarżonych „zasiadają” pyretroidy, substancje owadobójcze wchodzące w skład środków ochrony roślin. Złą sławę mają ftalany. Prawda jest taka, że nie wolno ich stosować od kilkunastu lat, a jeśli się pojawiają, to w śladowych ilościach. Ze względu na potencjalne działanie na układ hormonalny do ponownego badania pójdą też filtry UV: benzofenon-3 (mocno uczulający), oksybenzon (udowodniono jego szkodliwy wpływ na rafę koralową), oktokrylen, oktinoksat, homosalat. – Substancje te występują w produktach do opalania w dopuszczalnych dawkach i są całkowicie bezpieczne – uspokaja dr Białas.

Na razie nie ma jednoznacznego stanowiska naukowego, że wymienione substancje EDC są szkodliwe. Ale pamiętajmy, że po dokładnej analizie może się to zmienić.

Dużo się też dyskutuje o triklosanie. – Ten konserwant nie wpływa na układ hormonalny, wiadomo jednak, że rozkładając się, powoduje powstawanie szkodliwych dioksyn. W kosmetykach używa się go tylko w produktach spłukiwalnych, np. w mydłach – wyjaśnia dr Białas.

Wróćmy do Paracelsusa: nieważne, że produkt zawiera dany składnik (choćby kontrowersyjny), istotne jest, w jakiej dawce. Limity kosmetyczne są ustalone po to, żeby nie przekraczać dawek uznanych za bezpieczne.

Chemia na widelcu

Nie ma dziś praktycznie żywności wolnej od chemikaliów, bo nie ma uprawy, na której nie stosowano by środków ochrony roślin. Produkcja ekologiczna, w której chemii rolnej używać nie wolno, stanowi znikomą część w skali globalnej i nie jest w stanie wykarmić miliardów ludzi na świecie. Produkty nieskażone chemią są drogie, dostępne dla nielicznych. W dodatku niepozbawione pewnego ryzyka. – Żywność ekologiczna ma z zasady nie szkodzić środowisku, a nie służyć temu, aby była zdrowa. Jabłko ekologiczne będzie mniejsze i brzydsze, ale jeśli nie zawiera grzybów, szkodników, toksycznych metabolitów grzybów pleśniowych, to jego jakość jest praktycznie taka sama jak owocu przemysłowego. Wyniki badań potwierdzają, że rośliny ekologiczne i nieekologiczne mają identyczną wartość odżywczą – tłumaczy prof. Paweł Struciński, kierownik Zakładu Toksykologii i Oceny Ryzyka Zdrowotnego w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego – PZH. Produkcja masowa jest tańsza, ale aby przyniosła wysokie plony, trzeba stosować środki ochrony roślin. Od lat wzbudzają one ogromne kontrowersje. Te związki chemiczne, stosowane też w przechowalnictwie, niszczą owady, grzyby, chwasty, ślimaki. Nie są więc obojętne dla naszego zdrowia. Ale – znowu – wszystko zależy od dawki. – Pestycydy przechodzą przed zatwierdzeniem wieloetapowy, długotrwały proces oceny bezpieczeństwa dla człowieka i środowiska. Jeśli są stosowane w ściśle określonych warunkach, dawkach, we właściwych fazach rozwoju roślin uprawnych, jeśli zachowane są okresy karencji (czas od ostatniego zastosowania pestycydu do zbioru), to pozostałości pestycydów w owocach i warzywach nie stanowią, w świetle aktualnej wiedzy, zagrożenia dla zdrowia – podkreśla prof. Struciński.

Na pewno warto starannie myć owoce i warzywa, obierać je ze skórki. Pamiętajmy też, że pozostałości pestycydów wraz z paszą trafiają do organizmów zwierząt hodowlanych. Najwyższe ich poziomy są w wątrobie i innych podrobach.

Coraz częściej decydujemy się na kupno ekologicznych owoców i warzyw, niepryskanych, z plamkami. – Plamka plamce nierówna. Nie wiadomo, co się w niej kryje. Jedna może być zupełnie nieszkodliwa, a druga, nawet po wykrojeniu, może pozostawić wokół metabolit niektórych gatunków pleśni, np. rakotwórczą patulinę – ostrzega prof. Struciński.

Szkodliwym zanieczyszczeniem jest wielopierścieniowy węglowodór aromatyczny benzo(a)piren (WWA). – To genotoksyczny i niebezpieczny w każdej dawce czynnik rakotwórczy. Nawet minimalna jego ilość może powodować mutację w materiale genetycznym ludzi i zwierząt, przyczyniając się finalnie do rozwoju choroby nowotworowej. WWA dostają się do żywności w trakcie procesów wędzenia, ogrzewania i suszenia lub są rezultatem zanieczyszczenia środowiska naturalnego, zwłaszcza w przypadku ryb. Z „chemią” należy obchodzić się ostrożnie: minimalizować kontakt, stosować z umiarem, zgodnie z instrukcją i czytać ulotki, nawet jeśli wymaga to użycia lupy. Pamiętajmy, że wszystkie produkty, które jemy i których używamy, zostały dopuszczone po wielu badaniach pod kątem ich wpływu na nasze zdrowie. Wierzmy w swój organizm, który ma doskonałe mechanizmy obronne. Na pierwszej linii frontu stoi skóra. Dalej są wolne rodniki i układ krążenia, który zbiera toksyny z organizmu i przekazuje do wątroby, gdzie są rozkładane, i do nerek, gdzie są odfiltrowywane. Niepotrzebne lub szkodliwe substancje są też wydychane lub usuwane z kałem.

Ale przede wszystkim dbajmy o to, by nie zawładnął nami strach. Bo on świetnie się sprzedaje, a często szkodzi bardziej niż chemia.