fbpx

Kawior ze śmietnika

Jak ma się poczuć widz, wchodząc do galerii i stając przed obrazem, na którym namalowano litery układające się w życzenie „zebys zdechł”? Obraz ma 50 na 70 centymetrów; olej na płótnie, rok 2005. Tło jest cieliście różowe, a namalowane z gestem nierówne litery są czarne. Nie trzeba widzieć tego obrazu, żeby rozpoznać Jadwigę Sawicką.

Hasła squatting, busking, skipping sprawdziłam w Wikipedii. I wiem, że wszystko, co tam napisano, dotyczy mojej córki.

„Powinny być egzaminy na rodziców”, tak powiada mój sąsiad, gdy przyjeżdża w odwiedziny moja córka. Mój mąż, który nie jest jej ojcem, mawia tylko z przekąsem, że czasem daleko pada jabłko od jabłoni. A gdzie się ono potoczyło? Potoczyło się ku kontrkulturze, rewolucji, anarchii, komunie, czyli na squat. Przystało do punków i zaskłotowało pustostan jakiś w środku starego miasta, i tam wiedzie swe życie, kontestując społeczeństwo konsumpcyjne i państwo opresyjne.

Czy tak mogłabym skwitować parę lat biografii mojej R.? Bo jej przygoda punkowo-skłoterska trwa już parę lat. I z przygody się stała być może rdzeniem jej życia. Czy rzeczywiście popełniłam błąd, źle ją wychowałam i nie nadaję się na matkę? Takie pytania dręczyłyby mnie zapewne, gdybym uważała, że punki i skłoty to coś złego. Ale już nie uważam.

Zielone włosy

Na początku był szok. Przed paru laty po powrocie z trzymiesięcznego pobytu za granicą zastałam w domu postać bardzo dziwną, o krótkich zielonych włosach, ubraną w glany z metalowymi kagańcami na czubkach. Spodnie i kurtka, które miała na sobie R., były czarne, wystrzępione i wysprejowane, a na przegubach jej rąk szczerzyły się zęby-ćwieki „pieszczochów”.

– Takie włosy obciąć – jęknęłam na widok tej dewastacji przekraczającej moją, nieźle wyćwiczoną przecież, wyobraźnię. Bo jeszcze niedawno R. miała gruby, długi do pasa, brązowy warkocz.  Pod mą nieobecność zmieniła swój wizerunek, szkołę i wszystkie poglądy. Nie miałam wtedy jeszcze Internetu, z którego mogłabym czerpać wiedzę na temat zjawiska młodzieżowych subkultur. – Nie martw się, mamo, za dwa lata mi to przejdzie – powtarzała R. w przypływie empatii. Nie było krzyku, awantur, wyrzucania z domu. Nie potrafię nikomu niczego zakazać, nakazać, umiem tylko porozmawiać, co w przypadku dorastających chłopców i dziewcząt może dawać oczekiwane rezultaty, ale nie musi.

Minęły obiecane dwa lata, a R. nie przechodziło. Gdy przed maturą wyprowadzała się na skłot, byłam już podłączona do Internetu, nie czułam się więc ze swoim problemem rodzinno–wychowawczym tak osamotniona i bezradna. Wyszukiwarka internetowa jest dla mnie jak dobra ciocia, która miewa co prawda lekki bałagan w umyśle, ale przy odrobinie cierpliwości wyciągniesz z niej wszelkie potrzebne informacje, zobaczysz, że takich jak ty jest więcej, i poczujesz się pocieszona.

Złamać charakter

Charakter człowieka determinuje jego los, mawiali już starożytni. Złamać komuś charakter to skazać go na klęskę osobowości, a co najmniej na życiowy chaos. Wklepuję w okienko Google’a hasło „złamać charakter” i oto jakie wyskakują konteksty: „Cyrk przyjechał. Aby złamać charakter dzikiego zwierzęcia, czyli sprawić, by bało się ono człowieka i wykonywało jego polecenia, wykorzystuje się różne drastyczne metody, z biciem, rażeniem prądem i parzeniem na czele. Nie tak dawno stacja RTL pokazywała, jak ciągnięto krnąbrnego tygrysa na linie za samochodem”. To fragment artykułu organizacji walczącej z tresurą dzikich zwierząt. (Natychmiast skojarzyłam, że w chińskim zodiaku mojej córce przypisany jest znak Tygrysa oraz żywioł ognia). Jakiś wpis na portalu miłośników psów brzmi: „Pamiętać należy również, by nie złamać charakteru psa husky, bo straci on chęć do biegania i nie będzie to już ten sam żywioł, który w nim siedzi”. I jeszcze otwieram stronkę Bryk.pl/lektury: „Charakterystyka Antygony. Okazuje się, że Antygona charakter ma twardy i niełatwo ją złamać. Nasza bohaterka zostaje skazana na śmierć przez zamurowanie”.

O tak! Mogłabym próbować złamać charakter mojej Pippi Langstrump, gdy była jeszcze krnąbrną dziewięciolatką w podkolanówkach nie od pary, ale skończyłoby się to utratą jej miłości, a tego obawiałam się najbardziej. Znalazłam kiedyś w jakimś portalu wpis chłopaka, którego rodzice próbowali wyrzucić z domu za to, że objawiał lekkie skłonności transseksualne. „Wolę być martwy, niż nie móc być sobą” – napisał zrozpaczony, rozważając samobójstwo.

Postanowiłam potraktować decyzję R. tak samo jak moja kuzynka, której córka poszła do zakonu: jako dopust boży. W końcu na forach internetowych znalazłam i takie określenia skłotu, jak „lewacki  zakon”!

Przestrzeń jest wolna

Niewątpliwie squatting wyewoluował z przedwiecznych utopijnych wspólnot. Nie ma cech religijnej sekty, ale ludzie tam mieszkający mają zbliżone ideały, poglądy społeczne i polityczne. Uważają, że przestrzeń jest wolna, i czasem walczą z policją, która próbuje ich usunąć z zajmowanego budynku. Tak było np. w duńskiej Christianii czy w holenderskim Forcie Pannerden. Skłotersi zajmują opuszczone nieruchomości i przystosowują je do zamieszkania. Można do nich przyjść, przespać się i dostać jeść, poczytać książkę, bo miewają biblioteki „wolnościowe”, obejrzeć występ teatru, pobawić się na koncercie, bo mają sale koncertowe, wziąć udział w warsztatach, choćby bębniarskich, pomóc w krojeniu warzyw do zupy dla bezdomnych w ramach akcji „Jedzenie zamiast bomb”. Skłoty to dzisiaj centra kultury alternatywnej, miejsca niekomercyjnych akcji społecznych i artystycznych. Byłam w dwóch takich domach (i na paru stronach z galeriami zdjęć) i – może przypadkiem – nie widziałam nikogo w papie ze szczotą (to znaczy w ćwiekowanej kurtce i z irokezem na głowie).

Daj posztyftać dwa buszki

R. dzisiaj nie nosi już „pieszczotek” i agrafek, nie więzi też stóp w twardych glanach. Nosi spódnice z falbanami, zdarza się, że cztery naraz, kurteczki krótkie jak noc czerwcowa, a włosy związuje w ogonek, czasem czerwony, czasem fioletowy. „Ach, twoja córka to rajski ptak”, wzdychają znajome mamusie innych dorosłych dziewczynek, chcąc mi zrobić przyjemność. A R. uśmiecha się chytrze i prosi zaprzyjaźnioną panią pisarkę, która właśnie zapala papieroska: „Daj posztyftać dwa buszki”. Bo brać darmo to u niej norma. Taki bowiem jest skłoterski styl życia: proekologiczny (no, jak widać, z ograniczeniami…), antykonsumencki, wspólnotowy. Hasła squatting, busking, skipping sprawdziłam w Wikipedii. I wiem, że wszystko, co tam napisano, dotyczy mojej córki. Mieszka na skłocie,  w razie dotkliwego braku kasy żongluje na ulicach „klapsami” albo kręci diabolo, potrzebne produkty spożywcze i przedmioty codziennego użytku znajduje w śmietnikowych kontenerach supermarketów. Tak robią skłotersi w Polsce i za granicą. Tyle że w Niemczech, Szwajcarii, Holandii kontener za sklepem bardziej przypomina róg obfitości, a w Polsce placówki handlowe sprzedają towary do upadłego, nawet przedatowując terminy przydatności. Jakiś czas temu R. przywiozła mi ze Szwajcarii w prezencie perfumy i oświadczyła, że można je kupić przez Internet za 50 euro, ale te są za darmo, bo ze śmietnika. – Czy wiesz, co tam ludzie wyśmiecają? – zawołała z radością i zarazem z dezaprobatą w głosie. – Dobry sprzęt grający, firmowe ubrania z metkami, jedzenie w zgrzewkach! Znalazłam nawet kawior!

R. zdała maturę. Na skłocie ma swój pokój, psa i laptopa. Uczy się i chodzi do pracy. Obok niej mieszka doktorantka z kulturoznawstwa. A po drugiej stronie Adzik, chłopak R. Też ma psa. Gra na bębnach. Gdy chcę się dowiedzieć, co słychać w ich domu, mejluję albo wchodzę na ich stronę internetową.

Właśnie widzę, że będzie festiwal mimów.

Może ja się nie nadaję na matkę… Ale czy moja córka nie nadaje się na dziecko?