fbpx

Percepcja w pionie

Dziś będzie o percepcji. Doznałam w związku z nią olśnienia. Dopadło mnie, gdy siedziałam na koncercie Mikołaja Trzaski.

Myślałam sobie zawsze, że być może nie wiem dużo o historii muzyki, ze szkoły zapamiętałam to, co mi się podobało, nigdy nie uważałam na lekcjach harmonii i miałam liche stopnie z kształcenia słuchu. A jednak zagrałam 300 koncertów, nagrałam dużo piosenek, pracowałam z tymi i z owymi i może umiem przynajmniej słuchać muzyki. I tu się okazało, że niekoniecznie.

Dawno nie słyszałam free jazzu i nagle całkiem spontanicznie z wieczornego cruisingu z kolegą wynikła moja obecność w Café Kulturalna, gdzie ów gatunek, czy bardziej zjawisko, rządził. Słuchając, na początku próbowałam podążać za melodią prowadzoną przez saksofon, szaleńczo niedającą się poukładać w uszach ani nazwać, nadążyć za koncepcją, za jakąś kadencją, że coś… cokolwiek! Nie ma nic! Frazy z kosmosu, bębniarz odleciał, basista zamknął się w sobie, pan Mikołaj coś trzaska, miota się i ja jako słuchacz męczę się, próbując ich zrozumieć, szukając sensu w poziomie, uzasadnić ich frazowe wybory tym, co było wcześniej, jak wpływają dźwięki grane w tej sekundzie na to, co będzie zaraz. Ale spojrzałam na twarz perkusisty i zobaczyłam, że on autentycznie nie myśli, że jakoś tak oddycha tylko i dostaje impulsy (nie rozgryzłam jeszcze skąd, acz mam już pewne podejrzenia) do łap, kiedy mają uderzyć i w co.

Przysięgam, widziałam to. Było pewne, że grając w danej chwili, zupełnie nie pamiętał, co było dwa takty temu. I tak patrząc na niego, pozwoliłam sobie na to samo i dotarło do mnie, ża jako homo sapiens powinniśmy czasem przestać sapać w pogoni za liniowością zdarzeń, wyprostować się i percypować w pionie.

Ciągle próbujemy obudzić w sobie „tu i teraz”, ale jednocześnie skupiamy się na skutku i przyczynie. Trochę sprzeczne. Bit przecina melodie, pion z poziomem tworzą plus. Ja słuchałam samym minusem, patrzyłam raz na struny basu, raz na usta na ustniku i goniłam niedoganialne, aż coś we mnie puściło zupełnie i poczułam, że mi się płuca rozluźniają jak po wziewnych lekach dla astmatyków. Wzięłam wdech, nie analizowałam, co tam słyszę, zassałam całą zawartość. Przypomniały mi się słoiki z sali geograficznej, w których były przekroje gleb, jaka na jakiej wysokości występuje, czarnoziemy, iły, potem obrazki atmosfer, stratosfer, głębiny, jądro ziemi, galaktyki, piony! Wszystko w pionie! Mój nauczyciel śpiewu, tłumacząc, jak brać oddech, mówi, żeby brać go z dołu, z Jeruzalem: „Make your vagina suck up the earth”.

I w końcu poczułam free jazz moim Jeruzalem. Może musiałam przejść swoje, żeby w końcu to poczuć. Było warto. Żadna historia analizowana wzdłuż nie jest idealna, nie da się jednoznacznie wyjaśnić, dlaczego stało się tak, a nie inaczej, wszechobecny relatywizm nie daje nam posprzątać w myślach. Ale takie właśnie momenty, kiedy absorbujemy wszystkie czynniki naraz, nie oskarżając o nie przeszłości, nie snując oczekiwań względem przyszłości, nie myśląc, jakie korzyści przyniesie to, co teraz dziergamy, mogą zaspokajać nasze perfekcjonistyczne żądze pełni i ideału. Koniec z wnioskami, morałami i doktrynami. Nie zauważyłam, żeby historia nas wiele nauczyła. Wybijamy się od milionów lat, niszczymy swoją matkę Ziemię… Może czas zapomnieć, wziąć świeży oddech i zacząć od nowa, a za parę sekund jeszcze raz od nowa. I słuchać free jazzu, czyli tak zwanej fryty, raz na jakiś czas.