fbpx

Supełek na nowe życie

Oto cały poród: kilka krótkich minut, które zmieściły się na niewielkiej karcie pamięci aparatu fotograficznego. Zamknięty cienką linią brzuch, jak zatrzaśnięte drzwi za starym życiem, które już nigdy nie wróci.

Przedwczoraj moja córeczka skończyła miesiąc. Mam już za sobą pięć przykrych dni po cesarskim cięciu, nową bliznę i bieganinę po urzędach. Mała Małgosia jest już człowiekiem na papierze, ma swój PESEL i adres zameldowania.

Kilka dni po porodzie spędziła u mnie przyjaciółka. Irena jest Gruzinką, na co dzień mieszka w Krakowie, pracuje w amerykańskiej firmie. Pomimo że ma bardzo odpowiedzialne stanowisko, pod sobą wielu pracowników, mało czasu, wzięła urlop i w najtrudniejszym dla mnie okresie prasowała pieluchy, piekła ciasteczka i przewijała Małą. Dzięki niej udało mi się jakoś poukładać nowy plan na życie i przede wszystkim dojść do siebie po zabiegu.

Nigdy wcześniej nie miałam malutkiego dziecka na rękach. Pierwszym kontaktom z Maleństwem towarzyszył strach, małe ciałko było tak kruche, że moje dłonie wydawały się nienaturalnie ciężkie i duże. Myślę, że czuje to każda kobieta debiutująca jako mama. Podobno po porodzie przez dwa tygodnie położnicę powinna odwiedzać położna. U nas była trzy razy. Kiedy próbowałam upomnieć się o kolejne wizyty, usłyszałam, że tak jest wszędzie. Dużo dzieci w mieście, a ona jedna. A ja słyszałam, że wszędzie jest inaczej.
 
Trzy dni po przyjściu na świat dziecka odważyłam się obejrzeć przebieg porodu nagrany prostą kamerą w aparacie cyfrowym. Okazało się, że obraz na monitorze laptopa wygląda całkiem wyraźnie. Zobaczyłam swoją martwo śpiącą twarz. Zawsze bałam się widoku nieprzytomnych ludzi. Takie nieobecne twarze są zupełnie inne. Każdy rozluźniony mięsie  pozbawia je śladu emocji, stają się obce i jałowe. Zdziwiłam się bardzo, gdy nie poczułam obcości w swojej martwej twarzy. Zaczęłam się nawet uśmiechać, bo nie zdawałam sobie sprawy, że wylądowałam na stole operacyjnym w makijażu. To dlatego, że poród musiał odbyć się dzień wcześniej, niż planowałam. Podczas kontroli okazało się, że rozwarcie jest zbyt duże i trzeba natychmiast zaprosić dziecko na naszą stronę.
 
I obserwowałam martwą, znajomą twarz w pełnym makijażu, czepku na głowie i z grubą rurką w ustach. Potem śledziłam wzrokiem mądre dłonie lekarza, które sprytnie i bez jednego drgnięcia rozcinają mój plastikowy wówczas brzuch i rozciągają skórę, tworząc wielki krwisty otwór. Za moment obce ręce przerzucą moją córeczkę z jej ciepłego miejsca do świata, w którym co dnia będą rodzić się kolejne znaki zapytania. Ktoś przetnie zaczarowany sznureczek i zmusi do odpowiedzialności za własny oddech.
 
Przecięta skóra, rozwarstwione mięśnie, nad wyraz ukrwiona macica i wyszarpnięte nagle małe, skulone i pogniecione jeszcze ciałko. Kolejne dłonie szybciutko przenoszą je z brzucha na stół, przetykają nos, oczka, buzię i nagle pierwszy krzyk, płacz za bezpieczną planetą, o której nie wiadomo kiedy zapominamy.

A potem obserwuję na ekranie już tylko wymazywanie świata, do którego zdążyłam się przez wiele tygodni przyzwyczaić. Staram się dostrzec to, co jeszcze zostało po drugiej stronie brzucha. Bacznie wnikam w ugniataną palcami obcych ludzi własną czerwie , która błyskawicznie chowa się na swoje miejsce, podarte, naruszone na własne życzenie, puste od kilku chwil gniazdo nowego człowieka.
 
I oto cały poród. Kilka krótkich minut, które zmieściły się na niewielkiej karcie pamięci aparatu fotograficznego. Myślę sobie, że mądra cyfrowa rzeczywistość pozwoliła mi wyrwać je czasowi. Mój osobisty seans zamyka supełek na końcu chirurgicznej nitki. Mały supełek zawiązany na przywitanie zupełnie innych miesięcy. Zamknięty brzuch, jak zatrzaśnięte drzwi za starym życiem, które już nigdy nie wróci. Uczymy się żyć od nowa. Kochać, pracować, doświadczać. I jakoś nam się udaje. Nawet bez pomocy położnej.