Borys Szyc: „Mam naturę solisty”

Borys Szyc, fot. Michał Szlaga

Borys Szyc zagrał w wielu ważnych filmach, ale to „Zimna wojna” była , jak mówi, pierwszym oddechem trzeźwości. Drugim jest tytułowa rola w filmie Michała Rosy „Piłsudski`”, który właśnie wchodzi na ekrany. To opowieść o walce. Również ze sobą. Takiej, po której można stanąć w pełnym świetle.

Twój Piłsudski jest młody, zadziorny.
To był jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na ten film. Kiedy Michał Rosa zaproponował mi rolę, przestraszyłem się, że będę charakteryzowany na starszego, na ikonę. Od razu wyprowadził mnie z błędu. Film opowiadany jest od mniej więcej 40. roku życia. Tyle akurat mam. Myślę, że dla Michała decydujący w wyborze aktora był mój temperament.

Jak sobie kombinowałeś tę postać?
Miałem wsparcie Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku i historyków. Dostałem teksty źródłowe, prywatne listy, dokumenty. Ale interesowało mnie, jaki był w życiu, co lubił, jak jadał, jak chodził, gdzie odpoczywał… Według spisanych relacji Piłsudski miał oczy błękitne, szare, zielone… Każdy go zapamiętał inaczej. Byłem ciekawy, jaki był wobec kobiet, bo były niezwykle ważne w jego życiu. Szczególnie Maria Piłsudska i Ola Szczerbińska, ale też jego pasierbica Wanda. Jej śmierć bardzo go dotknęła. To wtedy skończyło się małżeństwo Marii i Józefa. Był człowiekiem pełnym sprzeczności. Brak wiary innych w jego plan dodawał mu skrzydeł. Żył albo na haju emocjonalnym, albo spadał na dno. Kilkukrotnie myślał o odebraniu sobie życia. Kobiety wydobywały go z tej przepaści, dawały mu energię.

Poczułeś jego charyzmę?
Tak. Wielką. A do tego był zahartowany w boju. Żył w ciągłym stresie, kombinując, jak się sprzeciwić zaborcy. Stale parł do przodu z tą swoją wielką ideą, marzeniem bez potwierdzenia, że kiedykolwiek się spełni. W czasie zesłania na Syberię stracił dwa zęby, jedynki, stąd ten gęsty zarost, aby ukryć ich brak. Całe życie był wodzem i nie miał tych jedynek… To wszystko jest dla aktora ciekawe. Zawsze opisywano go jako samotnika. Wchodził do pokoju i od razu szukał miejsca w kącie, tam sobie kogoś przywoływał. Nie lubił się socjalizować. Trudno mu było się zaprzyjaźnić. W filmie opowiadamy o przyjaźni z Walerym Sławkiem, którego gra Janek Marczewski, to jego debiut na ekranie. Ta przyjaźń starszego Piłsudskiego i młodszego Sławka jest dość ważna.

Grając Piłsudskiego, myślałeś, co z tą Polską?
Piłsudski był człowiekiem otwartym. Chciał Polski różnorodnej, wielokulturowej. Popierał kobiety walczące o swoje prawa. Tak, w tym kontekście myślałem o Polsce.

O „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”?
[Śmiech]. Całe nasze istnienie toczymy wojnę polsko-polską, bo o tym była książka Masłowskiej i film Żuławskiego. O tym jest film Rosy. Kiedy robi się nudno, zbyt bezpiecznie, trzeba znaleźć wroga, komuś dokopać. Dużo trudniej przychodzą nam kompromisy, nawet wzajemne wysłuchanie racji.

Nadal ci blisko do świata Masłowskiej?
Kiedyś było mi bardzo blisko. Jestem z Łodzi. Takich chłopaków jak Albercik, którego grałem w „Symetrii”, i później Andrzej „Silny”, bo „Silny” miał imię, w „Wojnie polsko-ruskiej”, dobrze znałem. Ten typowy polski Andrzej był mi znany od dzieciństwa. Moja podstawówka numer 46 imienia Józefa Chełmońskiego pełna była „Silnych”. Mieszkałem na rogu Czerwonej i Wólczańskiej. Bardzo charakterystyczne miejsce na mapie. Szkoła życia. Marcin Gortat też jest stąd. Z jednej strony żyłem wśród artystów, bo moja mama skończyła architekturę wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, z drugiej – była łódzka ulica. I kiedy teraz na moich podwórkach kręciliśmy „Króla” według powieści Twardocha, miałem flashbacki, zwłaszcza że te ulice się nie zmieniły. Nasza kamienica też się nie zmieniła. Fajnie było wrócić.

Borys Szyc (Fot. Michał Szlaga)

Mama wychowywała cię sama, jako dziecko czułeś się samotny?
Czułem się bardzo związany z mamą, ale zawsze byłem samotnikiem. Do tej pory tak się czuję. Dzisiaj wiem mniej więcej, dlaczego później piłem – alkohol pozwalał mi się socjalizować, być z ludźmi. Od dziecka miałem potrzebę popisywania się, byłem błaznem, który wszystkich rozśmieszał, bo bardzo chciał, żeby ludzie dobrze się czuli i go lubili. Odkąd nie piję, nie muszę wszystkich zabawiać. Nie muszą mnie wszyscy lubić. Sam nie wszystkich lubię. Nie muszę się każdemu podobać jako aktor, bo mnie też nie podobają się wszyscy aktorzy.

Jaki był ten łódzki dom?
Przepełniony rozmowami o sztuce, samą sztuką. Zawsze wiedziałem, że chcę być artystą, dać innym swoją wrażliwość, pozostawić po sobie coś wartościowego. Taka myśl właśnie, żeby coś zostawić. Bardzo dużo śpiewałem, tańczyłem. Byłem niespokojnym duchem. Ciągle musiałem być w ruchu. Działanie dawało mi szczęście. Dużo pisałem i przez chwilę marzyłem, że zostanę pisarzem. W liceum z kolegą Marcinem założyliśmy teatr Ucho i wystawiliśmy na festiwalu szkolnym jednoaktówkę Mrożka „Serenada”. On był lisem, który przychodzi do kurnika, koleżanki były kurami, a ja grałem koguta pilnującego swoich kur. To bardzo śmieszny tekst. Ludzie wspaniale reagowali. Kiedy stałem na scenie, wypowiadałem tekst, od razu dostawałem aplauz. To było olśnienie, zaczęła we mnie kiełkować myśl o aktorstwie.

W szkole teatralnej trafiłeś na Agnieszkę Glińską.
Byłem na drugim roku. Agnieszka miała 30 lat i została naszą profesorką. Od razu zaczęliśmy robić sceny z Czechowa, m.in. z „Płatonowa”. I ja już wtedy wiedziałem, że jestem Płatonowem. Agnieszka zagrała na wszystkich emocjach młodych ludzi. Buzowało na scenie. Próbowaliśmy nocami. Ćwiczyliśmy w różnych stanach upojenia. To nam przynosiło gigantyczną radość. Wiedziałem, że jestem na właściwej drodze. Myśmy wszyscy Agnieszkę od razu pokochali. Dziesięć lat później zaproponowała mi tę rolę w teatrze. Pięknie było wejść ponownie w tę skórę. W szkole miałem też zajęcia z Mają Komorowską, które do dzisiaj procentują. Uczyła nas teatru wychodzącego od ciała. Pytała, co dzisiaj ciało nam podpowiada. Miała taką energię, że potrafiła cię podnieść i przestawić. Nauczyła mnie, chłopaka z Łodzi, że litery, słowa mają swoją energię i kolory. Kiedy po latach próbowałem „Hamleta” w reżyserii Macieja Englerta, nagle to wszystko wróciło, zacząłem rozumieć, o co chodzi.

Grasz Hamleta od ośmiu lat. Zmienia się?
Mniej się już czuję tamtym młodym, zagubionym człowiekiem, któremu umarł ojciec, ma niedobrą matkę i próbuje odnaleźć sens w życiu. Kiedyś bardzo się z nim utożsamiałem. Teraz chyba już swój sens odnalazłem. Nadchodzi zmierzch mojego Hamleta. No, ale przecież parę ról szekspirowskich jest nadal do zagrania.

Do Teatru Współczesnego trafiłeś od razu po szkole. Jak udało się wejść w tak silny zespół?
To nie było łatwe. Jestem jedynakiem i mam naturę solisty. To się ujawniało od dzieciństwa. Nigdy nie umiałem tańczyć w parze. Wolałem solówki, breakdance. Wtedy czułem się szczęśliwy. W Teatrze Współczesnym były same osobowości. Zbigniew Zapasiewicz, Zofia Kucówna, Maja Komorowska, Krzysztof Kowalewski, Janusz Michałowski, którego kocham jak tatę.

Szukałeś zastępczych ojców?
Przez całe życie. Przyklejałem się zawsze do facetów, którzy mi imponowali, nawet mówiłem do nich „tata”. Do Daniela Olbrychskiego, Krzysia Materny. Zawsze miałem starszych przyjaciół. Podświadomie szukałem father figure, a zarazem autorytetu, od którego mógłbym się czegoś nauczyć. I bywało, że tego chłopaka wychowanego bez ojca ci faceci trzymali w ryzach. Takim autorytetem, który potrafił zawsze postawić mnie do pionu, jest Maciej Englert. Nie tylko dlatego, że jest dyrektorem teatru. Patrzy na mnie z sympatią i takim ojcowskim okiem. Wyciągał mnie z różnych głupot. We Współczesnym przeżyłem 20 lat, całą swoją młodość. Była dość bujna. Maciej Englert zawsze mnie przywoływał: „Ej, tu jest twoja droga. Tu jest teatr. Fajnie, że zagrałeś w filmie, ale może byśmy zrobili jakąś sztukę?”. Czując, że mam potrzebę spalania się na scenie, dał mi rolę w „Poruczniku z Inishmore”. Graliśmy na małej scence, czułem, jak publiczność się boi, czasem robiłem jakiś gest w ich stronę…

Ratował cię, dając główne role, obarczając odpowiedzialnością?
Tak myślę. Często byłem nieodpowiedzialny i szalony, ale teatr był dla mnie świętością. Nigdy bym nie zdradził teatru. Musiałem być w formie.

Nie zawaliłeś nigdy spektaklu?
Nie. Teatr był też rodzajem terapii. Bo przychodziłem z jakimś bólem albo smutkiem, niekoniecznie z tego dnia, może i z całego życia, i wchodziłem w ten inny świat. Ale mój świat też wchodził w świat Płatonowa, Kafki, Hamleta. Akurat do „Hamleta” przymierzaliśmy się długo, aż Maciej poczuł właściwy moment, by opowiedzieć o kryzysie królestwa i o tym, jak się buduje na kłamstwie. Historia kłamstwa ma na świecie dużą tradycję.

W twoim życiu było dużo kłamstwa?
Alkoholizm jest na nim zbudowany. To choroba emocji. Alkoholicy są najlepszymi kłamcami. Ta choroba tak tobą manipuluje, że wymyślasz wszystko, żeby usprawiedliwić, że pijesz, i wymyślasz historie, jakich nie powstydziłby się żaden pisarz.

Sam sobie wierzyłeś?
Robiłem wszystko, żeby sobie uwierzyć. A potem jest ściana i już trudno siebie samego usprawiedliwić. Ten moment olśnienia w życiu alkoholika to sygnał: stop.

Długo podchodziłeś pod ścianę?
Stawałem przed nią parokrotnie w ciągu dziesięciu lat.

Podejmowałeś próby?
Tak, pierwszą – już kiedy miałem 27 lat. Poszedłem do słynnego doktora Bohdana Woronowicza, harpagana ścigającego alkoholików. On mi wtedy powiedział: „Pan jest chory? Nieee. Nie może się pan napić? Pan już nie chce pić? Niech pan sobie idzie, nachleje się pan, zdechnie”. Pomyślałem: „Jak on śmie tak do mnie w ogóle mówić. Co za cham!”. Potrzebowałem dziesięciu lat, żeby to zrozumieć. W tamtym czasie wymagałem wielkiego współczucia, bo alkoholik lubi się nad sobą porozczulać.

I jakie były te lata?
No, w środku cały czas byłem pijany. Ta choroba nie polega jedynie na pochłanianiu płynu, ale na obsesyjnym myśleniu: czy już wypiłem, kiedy piłem, czy mogę się znowu napić, czy zobaczą, że piłem, jak się napić, żeby nie zobaczyli. Tylko o tym myślisz. Wokół tego budujesz życie. Nie myślisz o nikim bliskim.

Budując równocześnie perfekcyjny świat, żeby te rzeczywistości były spójne?
Tak, to jest ta esencja kłamstwa. W dodatku mój organizm się nie buntował. Piłem, ale nie chorowałem. Pamiętam, że pan Wiesław Michnikowski powtórzył coś, co usłyszał od innego aktora starej daty: „Ty to masz dobrze, bo twój organizm się broni”. Czyli że jeśli ktoś choruje po piciu, to nie będzie alkoholikiem. Ze mną było inaczej. Byłem niezwykle wytrzymały.

Kto ci mówił: „Nie pij”?
Zawsze osoba, która jest najbliżej, mówi to pierwsza. Mama, partnerka, dyrektor, przyjaciel, ci, od których się odwracamy. Bo wpadamy w złość, kiedy nas nakryją na kłamstwie. Jak to? Przecież wydawało mi się, że nikt nie widzi. Mnie się tak bardzo długo wydawało.

W końcu wróciłeś do doktora Woronowicza.
Tym razem powiedział: „No, wreszcie!”. Byłem już naprawdę zdeterminowany. Miałem w sobie prawdziwą decyzję. Byłem już po takich doświadczeniach, poniżej swojej godności (nie pytaj o to), że już nawet nie chciało mi się kłamać. Zrozumiałem, że dalej jest tylko śmierć. Od tego momentu było mi łatwiej. U Woronowicza poszedłem do takiej podstawówki dla alkoholików, bo terapia trwa osiem miesięcy, tak jakby to było osiem klas. Kiedy to zdasz, to się czegoś dowiadujesz o sobie, o tej chorobie. Możesz terapię kontynuować, żeby się wzmacniać. Bo trzeźwienie to zmiana o 180 stopni. Trzeba przebudować życie, relacje, sposób myślenia, spędzania wolnego czasu.

Jaki był początek trzeźwego życia?
To jest tak, jakbyś się przestał topić i nagle złapał oddech. W ogóle inaczej żyję, inaczej wstaję. Nagle zacząłem mieć jakieś wolne godziny w ciągu dnia… Pierwszym oddechem trzeźwości była „Zimna wojna”.

Nie wstydzisz się mówić o alkoholizmie?
Mówię, bo wiem, ilu jeszcze leży i chleje. Nie mówię do tych, którzy mają cudowne życie, tylko do tych, którzy nie potrafią wstać. Mówię, że po drugiej stronie jest fajnie, i żeby przełamali strach, nie tracili życia. Czasami wrzucam post o alkoholizmie na Instagrama. Nie uwierzyłbyś, ile osób się odzywa, otwiera przede mną. Mężczyzn i kobiet. To ciągle temat ukrywany, więc czasem potrzeba iskry. Kiedy patrzę na swoją chorobę z perspektywy pięciu lat, bo tyle nie piję, to przeszłość wydaje mi się nierealna. Jak mogłem doprowadzić się do tego stanu i tak długo w nim trwać?! Chcę mówić o chorobie, bo chcę dawać nadzieję, światło tym, którzy go nie widzą. Ono jest.

Poukładałeś już sobie w życiu?
To nie jest tak, że sobie coś poukładasz i koniec. Życie co chwila weryfikuje. Do niedawna myślałem, że już jestem bardzo mądry i nagle zdarzył się słabszy okres, kiedy wróciło dawne myślenie. To się nazywa nawrót. Taki suchy, bez picia. Po prostu wracają różne lęki. To sprowadza na ziemię. Mam w sobie cały czas naddatek energii, który już nie do końca lubię, bo zabiera mi spokój. Ciągle mnie coś goni. Robię jedną rzecz, a już bym robił inną. Mam tendencję do organizowania sobie zbyt wielu zadań, co prowadzi do zmęczenia, a wówczas łatwiej wracają emocje, które towarzyszyły piciu. A daję sobie ciągle zadania, jakbym chciał być na haju, nakręcić się maksymalnie, dopalić adrenaliną. Z tym będę musiał walczyć całe życie. Nie wiem, czy mam to od dziecka, czy to zrobiła choroba. Trudno już to oddzielić. Moim celem jest teraz osiągnięcie spokoju, harmonii.

Co dzisiaj daje ci radość?
Mój zawód daje mi gigantyczną radość. Jest jakimś rodzajem pozytywnego transu. A miałem lęki, że nie będę umiał cieszyć się nim na trzeźwo, że nie będę wystarczająco szalony. Jest odwrotnie. Ten nerw jest na wierzchu. Czuję go i wiem, co z nim zrobić. Trzeźwe granie jest dla mnie niesamowite. Czuję całą paletę możliwości. Wiem, co umiem bardzo dobrze, a co słabiej. Wiem, jak to zmieniać, czego pilnować.

Co jest przed tobą?
Żyję tu i teraz. Zawsze uciekałem, ciągle marzyłem o czymś wielkim, co się wydarzy. Ciągle czułem, że w innym miejscu byłoby mi lepiej. A teraz zaciekawił mnie człowiek, którym jestem, i wolę mieć z nim kontakt, dawać mu dojść do głosu. Wcześniej ten głos mu odbierałem, a to nasilało chorobę.

Wielkie się wydarza. „Zimna wojna” podbiła Cannes i Hollywood, a ty relacjonowałeś Oscary jak rasowy reporter.
Parę lat wcześniej kręciłem reklamę w Los Angeles. Myślałem wtedy, że muszę tu wrócić, że kiedyś zrobię karierę w Hollywood. Teraz pojechałem jako 40-letni facet, który na Oscarach na chwilę stał się marzącym nastolatkiem. Rzeczywiście zwariowałem, to były wielkie emocje. Wszyscy widzieli nasz film, podchodzili, gratulowali. Radość, duma, wdzięczność dla Pawła Pawlikowskiego, dla kolegów, z którymi grałem, dla Marcina Maseckiego za muzykę, dla Łukasza Żala za zdjęcia… Zawsze chciałem zagrać w takim filmie.

A skoro się układa… Po latach spotkałeś się z ojcem?
Tak. Długo rozmawialiśmy. Teraz już wiele wiem i mam większy spokój. Znałem jedną wersję od mamy, a chciałem poznać drugą. I już. A teraz mam swoją. Najlepiej mieć swoją.

Borys Szyc , aktor. Wystąpił m.in. w filmach: „Vinci”, „Symetria”, „Oficer”, „Oficerowie”, „Testosteron”, „Wojna polsko-ruska”, „Handlarz cudów”, „Enen”, „Śluby panieńskie”, „Kret”, „Zimna wojna”, „Kamerdyner”. A ostatnio w „Piłsudskim”, „Mowie ptaków” i „Królu”. Od 20 lat związany z warszawskim Teatrem Współczesnym.