Czy można nie nadawać się do związku?

W jakim stopniu nasze dzieciństwo i wychowanie decydują o tym, jak wyglądają nasze relacje? (fot. iStock)

Kiedy wspólne życie przynosi więcej kłótni i cierpienia niż radości i spokoju – zadajemy sobie właśnie to pytanie. Psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia, w jakim stopniu historia życia, a w jakim wychowanie decyduje o tym, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedziałaś ostatnio, że czym innym jest umieć żyć w społeczeństwie, a czym innym w związku. Co miałaś na myśli? Życie w społeczeństwie wymaga innych kompetencji niż życie w związku?

No troszkę tak.

Jakich?

W życiu społecznym bardziej liczy się pewność siebie, wytrwałość, skuteczność i sprawczość działania, ale też organizacja wewnętrzna, pracowitość, obowiązkowość, umiejętność współpracy, asertywność. W osobistym z kolei umiejętność przeżywania i okazywania uczuć, umiejętność bycia w bliskości, komunikacja, znajomość własnych potrzeb, empatia, łatwość kontaktu intymnego, czułość, troska… Ale to nie jest ścisły podział… Bo te wszystkie umiejętności mogą się przydać właściwie wszędzie.

I pewnie jedne i drugie nabywamy głównie w domu?

Nie wszystkie. Oprócz domu jest jeszcze szkoła, są domy naszych kolegów i koleżanek, jest wspólne mieszkanie w akademiku na studiach. Jak ci dom rodzinny nie daje potrzebnych kompetencji, to szukasz, gdzie się da. Niedawno przyjaciółka opowiedziała mi, że do dziś pamięta, jak poszła do domu koleżanki i zobaczyła, jak tata klepie mamę po pupie. Wryło ją w ziemię. Rozumiesz, dziewczyna z domu, w którym było jak w grobie, poszła do domu, w którym było jak u ludzi. Tam wampiry, tu ludzie. „Boże, a więc tak można?!” – oświeciło ją. Ja natomiast pamiętam, jakim wielkim przyzwoleniem było dla mnie to, co znalazłam na studiach w książkach pisanych przez amerykańskich psychologów, w których się wtedy zaczytywałam. Brzmiało to jakoś tak: „Chcesz od swojego partnera 100 proc. uwagi, miłości i zaangażowania? Nigdy tyle nie dostaniesz. Najpierw zobacz, ile on ci daje. 60? 80? O, to już dużo. Jak on ci daje 70, to weź sobie pozostałe
30 od innych i przestań jemu i sobie truć dupę”. To od ciebie zależy, czy kolegujesz się z ludźmi, którzy nakarmią cię w różnych dziedzinach i których ty też nakarmisz. Pomyślałam sobie wtedy: „Boże, jakie to proste”! Podświadomie według tego schematu działałam, ale teraz miałam potwierdzenie słuszności mojego postępowania.

Ten sam facet, z którym się całujesz w parku, nie musi być tym, z którym będziesz zdobywać medale w maratonach czy z którym przegadasz całą noc. Mężczyźni to rozumieją, za to kobiety mają z tym problem, bo one zawsze chcą więcej. Ale mogą nauczyć się rozumieć.

Można nie być wychowanym do związku, miłości?

Oczywiście, że można. Podam prosty przykład. Idziesz ulicą i nagle wpada na ciebie przypadkiem małe dziecko. Jego reakcja powie ci bardzo wiele o tym, jak jest wychowane. Jedno gębę otworzy, oczka wytrzeszczy – głupio mu, ale nie wie, co zrobić. To taki melepeta wychowany w domu, w którym nikt nie uczył, że trzeba mówić: „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Inne ci powie: „Dzień dobry, przepraszam panią” i poleci dalej – to dziecko wie, że trzeba przeprosić i właściwie to po sprawie. A jeszcze inne dziecko jak na ciebie wpadnie, to cię kopnie, bo jest tak napakowane agresją. Kopnie, odbiegnie i jeszcze ci pokaże język parę metrów dalej. Zbiera agresję w domu i powoli szykuje się na bandytę.

Wiele osób pochodzących z takich domów pielęgnuje w sobie przekonanie, że się nie nadaje do związków.

Oj, czasem się bardzo nadają…

Do toksycznych związków?

Do toksycznych pewnie też – zresztą dużo ludzi nadaje się do toksycznych związków. Ale są takie osoby, które wprawdzie są z domów z problemami, ale mają „starą duszę” – pojęcie, które nie zostało jeszcze opracowane naukowo, a które strasznie lubię. Rodzą się czasem takie dzieci – niesłychanie spokojne, mądre wewnętrznie, pełne harmonii. W rodzinach z problemami alkoholowymi często takie dzieci wchodzą w rolę ratowników – uspokajają, łączą, pomagają, wspierają. Albo – nie na darmo mówią, że najlepszym partnerem dla kobiety jest najstarszy syn, bo od dziecka był uczony, by być opiekuńczym.

Chcę powiedzieć, że nawet jeśli myślisz o sobie, że się nie nadajesz, to możesz nadawać się świetnie. Człowiek jest istotą niezwykle tajemniczą. Zwykło się mówić, że najważniejsze jest wyposażenie, z którym przychodzisz na świat, potem wychowanie i dopiero potem historia życia. Ale przecież w tej historii życia mogą się zdarzyć rzeczy tak dla dziecka stymulujące, że całe wychowanie przestaje mieć znaczenie. Poza tym jeśli ono ma dobre własne wyposażenie, to co innego wybiera ze świata. Zakoleguje się z tymi, od których się nauczy a to kindersztuby, a to podrywania dziewczyn, a to śmiałości.

Poza tym każdy dom, nawet ten chłodny i trudny, w coś cię jednak wyposaża.

Ja na przykład nie dostałam od mamy ciepła, uwagi czy poczucia bezpieczeństwa, ale za to zaszczepiła we mnie skłonność do odświętności, dobry gust i umiejętność czynienie otoczenia ładnym. Oraz długoletnie bliskie relacje z fajnymi ludźmi. I to wnoszę do swojego życia z satysfakcją i wdzięcznością dla niej.

Miałam niedawno niezwykłe przeżycie. Wszystkim o nim opowiadałam, bo mnie niesamowicie wzruszyło. Spotkałam na wernisażu pewną parę z wnusią, przeuroczą dziewczynką w tiulowej spódniczce, wpatrzoną w swojego dziadka. Kiedy tak ich podziwiałam, żona tego mężczyzny podeszła do mnie i powiedziała: „Ona go sobie absolutnie wybrała, a on ją uwielbia. Ja ją też bardzo kocham, ale dla mnie to moja córka jest źrenicą oka”. Miałam ochotę się popłakać. Jak żyję, nie słyszałam matki, która by tak powiedziała o swojej córce. Powiedziałam sobie, że gdyby moja tak mówiła o mnie, byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Ale to się nie spełniło…

Nie, ale jak cudnie, że komuś się spełniło. Nie znam tej córki, ale myślę, podejrzewam, że takim osobom jak ona jest w życiu po prostu łatwiej, nie muszą przedzierać się przez te wszystkie zasieki stawiane przez rodziców. Łatwiej im się dopasować do społeczeństwa, bo wiedzą, kim są, znają swoje granice i szanują granice innych.

Jak nauczyć się bliskości i otwartości na miłość? (fot. iStock)

Rodzina uczy nas, jak się dopasować?

Tak, przy czym czasami, niestety, to dopasowanie może oznaczać nadmierne przystosowanie, które polega na łamaniu dziecka, ale może to oznaczać to, co powinno – wykształcenie inteligencji emocjonalnej.

Jak rozumiem wychowanie do życia w społeczeństwie nie oznacza wychowania do życia w związku?

Są różne domy, nie można generalizować, ale jeśli trochę pamiętam swój dom i patrzę po ludziach i tym, co mieli w swoich domach, to było tam przede wszystkim dużo lęku. Przekaz „nie ryzykuj”, „nie stawiaj się”, „nie mów tego, co myślisz”, „nie wychylaj się”. I to jest bardzo szkodliwe dla ich późniejszego stanowienia o sobie. Kiedy partner krzywdzi , a szef staje się apodyktyczny – siedzą po cichutku i znoszą to wszystko – z bezradności i poczucia braku sprawstwa. No ale skoro się powyrywało dzieciom kolce i pazurki, to one nie mają potem się czym bronić. Ja mam w ogóle taką ideę, że w ludziach odwzorowane są wszystkie zwierzęta – tylko u zwierząt jest to bardziej widoczne, prostsze, żeby nie powiedzieć prymitywne. Ale mechanizmy są te same.

Chcesz powiedzieć, że socjalizacja stępia w nas pewną dzikość?

Socjalizacja polega na tym, ze człowiek musi w jakiś sposób zaprzeczyć sam sobie – rezygnuje z części siebie, swojej natury, na rzecz dobra ogólnego, na rzecz kultury. A my mamy w sobie przeogromne bogactwo przyrody. Są ludzie lisy, ale są też ludzie słonie – i powinni zostać wierni swojej naturze, robić to, do czego zostali stworzeni. Ja na przykład jestem niedźwiedzicą, która lubi wylegiwać się na słońcu nóżką sobie pomachać i poskrobać za uchem, bawić się, miodu pojeść, ale potrafi się też wkurzyć i tak ryknąć, że uciekajcie wszystkie narody. Bardzo lubię to zwierzę w sobie.

Z drugiej strony w społeczeństwie można się ukryć, ukoić, gdy w domu dzieje się źle. W Polsce się mówi „tylko rodzina”, ale to nie jest prawda. Bardzo często to od rodziny uciekamy w społeczeństwo, a zwłaszcza w pracę, gdzie jest jasne, za co nas się szanuje, nagradza i według jakich kryteriów ocenia. Wiele osób odpoczywa w pracy. Ja po to chodziłam do szkoły. Na skrzydłach tam leciałam i bardzo współczuję tym, którzy nie mieli fajnej szkoły. Albo przynajmniej fajnego podwórka. A co się działo na podwórku? Wszystkie dzieci były nasze, czyli rodzice ogarniali nie tylko swoje, ale i cudze, a poza tym podwórko uczyło życia – tu się nagadywałeś z najlepszą koleżanką, a tu z nią rywalizowałeś o chłopca z sąsiedniej klatki i jedno drugiemu nie przeszkadzało. Tamten był najlepszy na trzepaku, ale ty lepiej kopałeś piłkę.

Czyli rodzina nie jest w nauce życia najważniejsza, może to zrobić szkoła, podwórko?

Rodzina o tyle jest najważniejsza, że w nas wypala znak, jak zwierzętom z jednej zagrody. Przez pierwsze lata jesteśmy we władzy rodziny. Absolutnej. Dzieciom wypala się w środku takie poczucie wartości, w jakie dana rodzina jest w stanie je wyposażyć – albo bardzo słabe, albo jak takie, albo bardzo dobre – ale wtedy to już nie jest wypalone, ale ofiarowane… Tam gdzie jest chłodno, głodno i okrutnie, znak jest wypalony na fest. I potem taka dziewczyna idzie ulicą i ma poczucie, że wszyscy ten znak widzą. Tak jak widzą jej pijanego ojca leżącego pod sklepem.

No dobrze, czyli można nie być wychowanym do związku, ale czy można nie mieć potencjału do związku? Nie wszyscy się z nim rodzimy?

Są ludzie tak zniszczeni przez życie, że mogą nie mieć nawet tego potencjału. Są ludzie straszliwie pokaleczeni, skrzywdzeni, którzy nie potrafią wyjść z bycia ofiarą – na to potrzeba lat pracy, a czasem nawet stworzenia osobnego, drugiego domu dla kogoś takiego. A społeczeństwa na to nie stać. Oczywiście mogłoby się zająć przynajmniej profilaktyką, ale wszystkich bardziej interesuje kasa.

Można być tak uszkodzonym…

…że się nie wierzy w miłość i nie wierzy w to, gdy ktoś mówi, że cię kocha. Można odrzucać miłość, która puka do naszych drzwi.

Ze strachu, by nie wrócić do ciasnego, dusznego pokoju dzieciństwa?

Czasem dziewczyny mówią: „Ale mi się fajnie żyło: zarabiałam, wynajmowałam mieszkanie albo pokój z koleżanką, kupowałam sobie ubrania, jakie chciałam, tu sobie gdzieś pojechałyśmy, tu wyszłyśmy na miasto, no ale zakochałam się i wszystko się skończyło”. Czyli wróciły do klatki, z której je wyjęto. Ty mówisz o najlepszej wersji, w której ktoś świadomie tego by nie chciał, a tymczasem ludzie nie widzą związku między jednym a drugim. Bo znają ten patologiczny stan z domu i on jest dla nich normalny. Że na siebie się wrzeszczy czy się do siebie nie odzywa, czy nazywa brzydkimi słowami.

W społeczeństwie jesteś z milionem osób, w związku tylko z jedną. I widzisz w niej swoje odbicie.

Jeżeli zechcesz je zobaczyć. Bo zwykle jest tak, że jedno mówi: „to twoja wina”, a drugie: „nie, to twoja wina”. I każde ma racje. Nauka życia w związku, w przeciwieństwie do bycia i życia w zgodzie z samym sobą. Musisz zdać sobie sprawę, że drugiej osoby nie zmienisz, ale siebie możesz. Dlatego zajmij się sobą, a zwiększą się twoje szanse na powodzenie w związku. Zaraz się pojawią głosy, ze tak to wychowamy pokolenie egoistów, ale jeśli nie będzie tego zdrowego egoizmu na początku, to nie będzie zrozumienia, że drugi człowiek też jest egoistą. Jeśli nie pofruwamy sobie po świecie, nie spróbujemy tego i tamtego, nie pojemy, nie pobawimy się – to nie będziemy wiedzieli nic o tym, czego potrzebujemy i co lubimy. I bądź tu sobą w związku, skoro nie wiesz, kim jesteś.