Rutyna, brak docenienia to twoja zawodowa codzienność? Zamiast zmieniać pracę, zmień siebie!

Bardzo często zagryzamy wargi i pracujemy na stanowiskach, które nam nie pasują. Jesteśmy jak pralka, która musi myć naczynia, jako zmywarka. Nic dziwnego, że taka praca nas nie motywuje. (fot. iStock)

Znajomi radzą „zmień pracę”, Iwona Firmanty, psycholożka i coach, proponuje jednak: „zmień siebie”. Osobisty marketing, zmiana optyki, metoda osobistej korzyści… Są na to sposoby.

Kiedy słyszę, jak ktoś mówi, że zawodowo zamiast rozwijać skrzydła, zwija je i chowa za plecami, żeby nie podpaść szefowi lub koleżankom – myślę, że chyba powinien zmienić pracę…

Nie pracę, ale optykę. Zastanówmy się: po co każdy chodzi do pracy? Po to, żeby zarabiać pieniądze na swoje fundamentalne potrzeby, czyli rachunki oraz jedzenie. A także na swoje pasje, przyjemności, wyjazd czy dobrą książkę – na to, co ciebie osobiście nakręca. Jeśli praca to daje – nie szalej! Osobie, o której mówisz, wcale może nie być potrzebne rzucanie papierami, ale personal branding: nauka budowania własnej marki.

Czyli ma się potraktować jak produkt typu buty czy perfumy?

Zacznijmy od pytania: czy chce w tej firmie dalej pracować? Jeśli tak, to drugie pytanie: co chciałaby tam robić i na czym budować swoją siłę i profesjonalizm? Żeby odpowiedzieć na te pytania, trzeba sięgnąć po listę swoich kompetencji zawodowych. Bo jeśli wiem, w czym jestem najlepsza, to zaczynam o tym na głos mówić. A kiedy o tym mówię, to mogę spowodować, że szefowie pokierują mnie na odpowiednie stanowisko, szkolenie czy zmienią zakres obowiązków. Jeśli będę milczeć o tym, w czym jestem najlepsza i czego od tej firmy chcę – to tego nie dostanę. Same czyny nie wystarczą, każdy jest odpowiedzialny za swój osobisty marketing. Tymczasem bardzo często zagryzamy wargi i pracujemy na stanowiskach, które nam nie pasują. Jesteśmy jak pralka, która musi myć naczynia jako zmywarka. Nic dziwnego, że taka praca nas nie motywuje. Zwłaszcza kobiety są nauczone, żeby siedzieć cicho, bo: „i tak cię znajdą”. Nie znajdą! Raczej zniszczą!

Bo nieładnie być chwalipiętą…

Właśnie! Bywa też, że same nie znamy swoich mocnych stron. Na szczęście jest uniwersalna lista 30 kompetencji zawodowych, dzięki której można sobie je zdefiniować. Miałam niedawno klienta, który robił bardzo dobrą robotę dla firmy, ale zapomniał o budowaniu osobistej marki. Nie mówił o swoich umiejętnościach, o tym, co firma mu zawdzięcza, ale też, co w niej lubi, a czego chciałby, żeby było więcej. No i czego potrzebuje, żeby móc wykorzystać swoje kompetencje. Szef tylko raz nazwał go talentem, ale że nic więcej za tym nie poszło, balon frustracji u tego mężczyzny rósł i rósł. Aż wybuchł w najmniej odpowiednim momencie, przy drobnym nieporozumieniu. Tyle że wtedy mężczyzna ten został oceniony jako osoba, która nie potrafi zarządzać emocjami i kiedy pojawiła się szansa awansu, szef wybrał innego pracownika. Mój klient załamał się, bo nie rozumiał, dlaczego ktoś inny zajął „jego” stanowisko.

Zwolnił się?

Miał wewnętrzny imperatyw, aby dalej tam pracować, bo lubił tę pracę i zainwestował w tę firmę trzy lata życia. Na szczęście mądry HR-owiec zobaczył, że traci kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał dobre noty i wysłał go na coaching. Zaczęliśmy pracę nad zmianą jego optyki. Musiał zobaczyć, że jak nie powie, czego chce, to tego nie dostanie, bo wtedy inni zadecydują, co mu dać, i jego frustracja będzie rosła, a wybuchy złości zniweczą sukcesy. Zapytałam go więc: „Gdybyś chciał pod choinkę dostać hulajnogę, to co musiałbyś zrobić?”.

Napisać list do Mikołaj z prośbą o hulajnogę?

Dokładnie tak. Tylko on powiedział, że w liście poprosiłby o rower, żeby była przestrzeń do negocjacji. Wyjaśniłam mu, że przestrzeń do negocjacji to rodzaj hulajnogi: czy ma być z napędem nożnym czy elektrycznym? I że jak napisze „rower”, to Mikołaj da mu rower, bo nie ma czasu zastanawiać się, co autor listu miał na myśli! No i co zrobi z tym rowerem, skoro ma już dwa?

Zamieni na hulajnogę?

A to zależy! Jak ktoś jest wrażliwy i empatyczny, to weźmie rower i będzie płakał, że ma trzy i żadnej hulajnogi. Jak ktoś jest przedsiębiorczy, to weźmie rower i pomyśli: „no dobra, sprzedam i kupię hulajnogę”. Jak ktoś jest chaotyczny i sangwiniczny, weźmie rower i może nawet się ucieszy. Hulajnogę pożyczy od Ziutka, a rower i tak zwiną mu pod sklepem, jak poprzednie. Przykład z hulajnogą jednak pomógł mojemu klientowi, bo wreszcie przyznał, czego chce i skąd ta frustracja. „Iwona, ja chcę, żeby mnie w tej firmie docenili!” – powiedział.

Niech napisze to w liście do Mikołaja!

Zapytałam go: „A powiedziałeś, że tego potrzebujesz?”. „No co ty!” – rzucił, a wyglądał, jak kot krztuszący się kłaczkiem. „Połknij ten kłaczek” – mówię – „idź do szefa i powiedz: „fajnie szefie, że jesteś, masz świetne pomysły, mogę się czegoś od ciebie dużo nauczyć”. Zrób taki eksperyment dla mnie. Raz, więcej nie będziesz musiał i przyjdź opowiedz, jak się z tym czułeś”. Weszłam mu na ambicję i choć musiał sobie poradzić z wewnętrznym kogutem, jak ja to nazywam, poszedł, powiedział, wrócił i mówi: „Czułem, że się zakrztuszę, ale dałem radę!”. Finał był taki, że na następnym spotkaniu usłyszał od szefa: „Fajnie, że jesteś, bo zrobiłeś super robotę z tym klientem…”. Jeśli ktoś ma kamień w bucie, idąc do pracy, warto by pomyślał, skąd ten kamień mu się tam wziął i jak przy najbliższej okazji go wyrzucić.

Jak rozumiem, taki kamień to nie zawsze znak, żeby iść do innej firmy. Ale czasem coś się w pracy zmienia i nie dajemy już rady….

Miałam wiele klientek z takim problemem. Na przykład jedna – 32-latka, lubiła swoje miejsce pracy, pracowała świetnie, szefowie ją cenili, ale też zakres obowiązków odpowiadał jej osobowości, a była to osoba chaotyczna i sangwiniczna, świetna do budowania relacji. Aż tu nagle to słoneczko firmy zostaje poproszone o zrobienie prezentacji w Excelu. Miała pozbierać i przedstawić statystyki, dane, tabele. Nie było innego wyjścia, tylko ona mogła to zrobić. No ale też nie było siły, żeby tego zadania nie schrzaniła, żeby nie pomieszała danych, żeby podczas prezentacji nie zaczęła się jąkać, a jej komputer nie wysiadł. Bo to nie był jej żywioł: statystyki, tabelki, dane, i dlatego energia zaczynała wokół niej szaleć…

Energia? Myślałam, że coach jest raczej racjonalny?

Jest i dlatego nie zaprzeczam faktom. I ona też nie zaprzeczała, przyszła po pomoc. Poradziłam jej, żeby zastosowała metodę osobistej korzyści. Czyli żeby policzyła, ile czasu zajmuje jej wykonanie tego zadnia, a więc jaka część jej pensji będzie stanowić efekt zmagań z Excelem i żeby tych pieniędzy nie wydawała na jedzenie i rachunki. Ale żeby wyjęła je z konta i kiedy skończy ten projekt – kupiła za nie to, co sprawi jej przyjemność.

Pomogło?

No jasne. Gdy musiała się zabrać do zbierania danych i wpisywania ich w arkusze, wyobrażała sobie, że leży na swoje ukochanej ciepłej plaży, sączy drinka i wie, że to dzięki prezentacji. Tworząc tabelkę, przeliczała sobie, ile z tego pisania będzie miała zabawy. No i niespodziewanie zauważyła, że ta praca zaczyna jej sprawiać przyjemność. Excel nie stał się jej pasją, ale zadanie wykonała dobrze, a kiedy w firmie znalazła się osoba, która mogła się tym zająć, oddała jej to bez poczucia, że pozbywa się jarzma nad siły.

A co kiedy praca jest jednak zbyt stresująca…

Na przykład osoby pracujące w obsłudze klienta czasem tylko za to, że odbiorą telefon zostają bardzo źle potraktowane i to przez kogoś, kto nawet nie wie, jak wyglądają. Jednak i z tym można sobie poradzić: iść do toalety, wziąć mazak i na papierze toaletowym napisać wszystko to, co chcieliby powiedzie temu klientowi. Oczywiście kultura osobista i świadomość biznesowa powoduje, że tego nie robią. Potem wrzucają ten papier do toalety i spuszczają wodę. Poprawiają się przed lustrem i mówią: „To na kaloszki dla mojego dziecka”, bo zazwyczaj warto szukać osobistych motywacji, by móc wykonać trudne zadania w pracy. Dlatego zanim rzucisz pracę, pamiętaj, że to z tego kamyczka, z tego ziarenka piasku, które uwiera, jak diabli, powstaje perła.

Czasem ten kamyczek to głaz, bo praca staje w konflikcie z systemem wartości. Na przykład robiliśmy słoiczki dla dzieci, a teraz mamy robimy konserwy dla wojska…

A jakbyś dowiedziała się, że w sklepie mięsnym pracuje wegetarianka, to co byś o niej pomyślała? Aż ma się ochotę zapytać: „Dlaczego tam pracujesz? Masz konflikt wartości na głębokim poziomie”. No i może gdyby otworzyła serce, to by przyznała, że nie mogła znaleźć szybko innej pracy. A teraz spójrzmy na tę sytuację z perspektywy klientki, która chce nakarmić rodzinę, więc zapyta: „Co pani poleca?”. Nie musisz jeść mięsa, żeby wiedzieć, które jest najświeższe i które ludzie najchętniej kupują. Jeśli podejmujesz taką pracę, masz myśleć o interesie klienta. Umieć powiedzieć, które mięso kupuje do domu inna sprzedawczyni, które ma na opakowaniu najmniej sztucznych dodatków. Chronisz swój system wartości, ale też dajesz klientom rzetelną informację. Nie psujesz swojej osobistej marki, źle pracując.

Przyjąć profesjonalny punkt widzenia, to może być za mało…

To jest za mało, bo konflikt wartości jest silny i nikt normalny nie da rady dobrze pracować w takiej sytuacji. No chyba, że zobaczysz w tym swoją misję. Bo skoro już te zwierzęta zabito, to można zadbać o to, żeby ich śmierć nie poszła na marne. Ale to musi być wyraz wewnętrznej prawdy. Jeśli nie, lepiej zatrudnić się w warzywniaku, ale wcześniej – w ramach budowania własnej marki – iść do szefa i powiedzieć, że odchodzimy do pracy, która jest bardziej zgodna z naszymi przekonaniami, ale dziękujemy za cenne doświadczenia, a na swoje miejsce polecamy kogoś, kto się lepiej sprawdzi w tej roli. Wartością nadrzędną jest budowanie dobrych relacji zawodowych.

A jak budować dobre relacje, gdy ktoś z zespołu chce się ciebie pozbyć, pomawia cię, knuje i podkopuje twoją pozycję tak skutecznie, że szef nie chce dyskutować, a reszta zespołu milczy?

Warto wtedy poszukać swoich ratowników, swoich ambasadorów. Podchodzić do ludzi, przy których czujesz, że wzrasta twoja energia. A temu, kto jest wobec ciebie obojętny, powiedzieć komplement. Nasza marka to jest to, co ludzie mówią o nas, kiedy nas nie ma. Proponowałabym również zastanowić się, jakiego rodzaju zagrożenie stanowisz dla osoby, która cię oczernia. Co jej takiego zrobiłaś? Czy to sytuacja zawodowa czy personalna? Może to efekt pomówienia? Może zazdrość? Jeśli przeżywasz frustrację lub wahania, możesz mieć skrzywione spojrzenie, dlatego najlepiej przegadaj to z kimś.

Dobrze też pomyśleć, jak możesz ułatwić życie komuś, kto ma do ciebie jakieś „ale”. Może wtedy nie będzie się mu opłacać ciebie pozbywać? Pamiętaj, jeśli jesteś szefem działu biszkoptów, to masz je piec tak dobrze, żeby szef działu kremów miał na co je nakładać. A może twoje biszkopty się rozsypują? Warto zapytać, co jest nie tak.

A co kiedy praca nudzi, nie motywuje, nie rozwija? Co możesz zrobić, zanim ją rzucisz?

Zacznij od siebie. Zobacz, w jakiej formie przychodzisz do pracy: czyj jesteś wyprostowana, uśmiechnięta czy się cieszysz? A może w firmie czujesz się jak w domu? Chodzisz w crocsach i dresie? Zawsze radzę, by traktować pracę jak nowego partnera. Zadbać o swój wizerunek. Oczywiście im dłużej jesteśmy w jednej pracy, to na tym więcej zaczynamy sobie pozwalać, no a wiemy jak to się kończy w związku. W pracy podobnie…

 

Iwona Firmanty – założycielka firmy szkoleniowej Human Skills oraz projektu dla kobiet Sukces Kobiety Biznesu. Trener biznesu, psycholog, socjolog, coach. Certyfikowany konsultant Extended DISC