1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Trochę ładna, trochę dziwna

Trochę ładna, trochę dziwna

Witkacowska femme fatale,kobieta na szczytach władzy, matka trojga dzieci – to ostatnie aktorskie wcielenia Katarzyny Herman. My rozmawiamy z nią o macierzyństwie, błędach młodości, Winnetou i szewskiej pasji.

 

Długo po skończeniu szkoły teatralnej byłaś barwnym, niezależnym motylem i nagle ognisko domowe, dziecko, seriale, okładki gazet... – Nagle? To zajęło mi dobrych parę lat! Ciągle czuję się jak motyl. Zwłaszcza gdy pracuję. Cała reszta mnie peszy. Nie cierpię opowiadać o sobie i nigdy w życiu nie pójdę do talk show. Bardziej z tym chyba pasuję do teatru offowego niż na okładki gazet. Jednak przez lata moje rozumienie zawodu rzeczywiście się zmieniło. Na samym początku wyobrażałam sobie, że aktorstwo opiera się na jakiejś chorobie nerwowej polegającej na rozpadzie osobowości. Zdarzały mi się na scenie chwile prawie narkotycznej euforii, wydawało mi się, że moje włosy dotykały kosmosu. I że mogę zagrać wszystko.

A teraz? – Też. Ale wiem już, że nie mogę się podobać wszystkim.

To smutne odkrycie? – Wręcz przeciwnie. Przyniosło mi ulgę. Ciągle nie umiem grać tylko warsztatem. Lubię, gdy mnie to kosztuje. Jest wtedy jak krzyk, który wyzwala. Za taką pracą tęsknię. W serialach zdarza się to raczej rzadko. Choć „Ekipę” trudno porównywać do innych polskich produkcji.

Zagrałaś tam ważną rolę. Czego dowiedziałaś się o władzy na szczytach? – To niebezpieczne odkrycie: władza wciąga bardziej niż narkotyki czy seks. Nasz konsultant na planie opowiadał, że ludzie na takich stanowiskach, jakie ma moja bohaterka, robią to głównie dla adrenaliny. Każdy dzień jest jak skok na bungee. Przez rok, dwa lata. Potem nie są w stanie oglądać nawet wiadomości. Ja też nie. Polityka mnie brzydzi, jest jak opera mydlana. W naszej „Ekipie” jest ciekawiej, politycy mają klasę, charyzmę i honor. Brzmi jak bajka?

Chciałabyś żyć w kraju rządzonym przez serialową „Ekipę”? – Marzę o tym. Chciałabym płakać ze wzruszenia, kiedy jest zaprzysiężenie nowego premiera, i mocno w tego człowieka wierzyć. Nasi politycy nie mogą być moimi idolami. A premier Gajosa czy Perchucia mógłby.

Czy po tym doświadczeniu inaczej patrzysz na kobiety w polityce? – Uważniej im się przyglądam. Żałuję, że tak ich mało. Myślę, że lepiej rządziłyby krajem. Umieją słuchać, są mniej agresywne czy pazerne. Brakuje nam wyrazistych typów podobnych do Margaret Thatcher czy Hillary Clinton. Zresztą nie ma wielkiego wyboru, jeśli chodzi o kobiety posiadające władzę, więc to mężczyźni musieli być dla mnie wzorem.

Jaki wpływ na wizerunek serialu miało to, że firmuje go Agnieszka Holland? – Ogromny! Tym bardziej że oprócz Agnieszki reżyserowały też jej córka [Katarzyna Adamik] i siostra [Magdalena Łazarkiewicz], więc pierwiastek kobiecy był bardzo silny. I dobrze, bo dzięki temu mogłam zagrać soczystą postać, a nie żonę czy kochankę w tle. Gdyby reżyserował mężczyzna, pewnie byłaby jakaś seksafera i mnóstwo „momentów”, po których aktorka budzi się z błyszczykiem na ustach i doklejonymi rzęsami.

Czy marzyłaś o tym, żeby zagrać u Agnieszki Holland? – No jasne! Od zawsze. Od kiedy zobaczyłam „Kobietę samotną” czy „Aktorów prowincjonalnych”, ale wydawało mi się to równie nieprawdopodobne jak praca z Kieślowskim czy Polańskim. Dziś myślę, że nie mogło mnie nic lepszego spotkać.

Jaka jest w pracy? Za co ją cenisz? – Bardzo skupiona i precyzyjna. To daje poczucie bezpieczeństwa – bardzo rzadkie. Na ekipę potrafi huknąć, aktorów hołubi i ma do nich zaufanie. Na planie nie było więc długich dyskusji. Ja to lubię. Fellini kiedyś powiedział, że nie po to obsadza kota w roli kota, żeby ten kot go ciągle pytał, jak ma zagrać kota. Poza tym nie mogłam oderwać od niej wzroku. Jest piękna i mądra i tak ciepło przytula na dzień dobry. Hmm, chyba jednak mnie uwiodła...

Co spotkanie z nią dało ci prywatnie? – Jakoś mnie uskrzydliła. Poczułam się taka... to dziwnie brzmi... spójna. Harmonijna. Poczułam, że mogę mieć większy wpływ na to, co robię.

Wybierać bardziej świadomie? – Na przykład. Choć dalej uważam, że aktor to człowiek do wynajęcia, coś jak płatny morderca. Musi być czujny i roztrenowany. A gdy przychodzi właściwy moment – gotowy do strzału, gotowy na wszystko.

I co dalej? – Nie mam pojęcia, będę słuchać intuicji. Z nią lepiej się dogaduję niż z głową. Może nie zwariuję? Choć aktorstwo to podobno kontrolowana schizofrenia.

Młode aktorki najpierw grają śliczne tło i szybko znikają, bo na ich miejsce pojawiają się młodsze koleżanki. Ty powoli budowałaś swoją karierę i spektakularne sukcesy przyszły po trzydziestce. – Tak wyszło. Chętnie dostałabym Oscara zaraz po szkole, a teraz jeździła po świecie. Grała w bardzo dobrym teatrze i dużo czasu poświęcała, żeby się spektakularnie starzeć.

Lepiej odnosić sukcesy w wieku dojrzałym niż we wczesnej młodości? – Dzięki temu bardziej mi to smakuje. W moim zawodzie jest presja bycia ciągle młodym i ładnym, co mnie wkurza. Twarz człowieka, który coś przeżył, jest przecież ciekawsza. Jestem tego najlepszym przykładem. Pewne role, owszem, uciekły mi, ale nad tym nie płaczę. Życiorys Danuty Szaflarskiej czy Jeanne Moreau daje nadzieję, że parę ról jeszcze przede mną.

Kobiecie dojrzałej łatwiej też poradzić sobie z mediami i zainteresowaniem wokół. – Wydaje mi się, że potrafię się zmierzyć z tym, co mi się zdarzyło. Długo się wykluwałam, więc euforia mi nie grozi. Jestem raczej trudna, ale paradoksalnie to jest moją mocą. Długo po szkole reżyserzy mieli ze mną problem, bo „trochę ładna, ale nie za ładna, trochę brzydka, trochę dziwna, może charakterystyczna? Diabli wiedzą, jak obsadzić”. Jakoś musiałam ich i siebie samą do mnie przyzwyczaić.

Jak przyjęłaś pierwsze zmiany, które zazwyczaj pojawiają się po trzydziestce? – Kupiłam sobie dobry krem. Są dni, gdy się sobie podobam, nawet bardzo. W te gorsze wklepuję więcej tego kremu i myślę: „Herman, nie histeryzuj, nie chcesz być seksbombą! To lepiej, bo seksbomby się fatalnie starzeją. Uśmiech i do przodu!”.

Często trzydziestka bywa momentem, którego się obawiamy. Z jakim bagażem przechodziłaś przez tę umowną granicę? – Myślałam, że wszystko jeszcze przede mną, i jak pokazuje moje życie – miałam nosa. Choć wiem, że takie myślenie może być złudne. Jest mnóstwo aktorek, już koło pięćdziesiątki, które wciąż czekają na tę najważniejszą rolę.

 
Foto: Katarzyna Kifert/MAKATA

Wygląda na to, że tobie się udało. Dużo pracujesz. To chyba trudne, gdy w domu czeka mały synek. Jak bardzo kłamią te aktorki, które w lukrowanych wywiadach twierdzą, że łatwo pogodzić rodzinę z pracą od 6 rano? – Myślę, że nie kłamią. One bardzo chcą wierzyć, że są dobrymi mamami. Albo mają jakieś nadprzyrodzone siły. Ja nie. Oczywiście po tygodniach ciężkiej pracy mamy też sporo wolnego czasu i wówczas możemy być z dzieckiem bez przerwy. Ale chyba wolałabym pracę do 16, potem wspólny obiad i oglądanie dobranocki. Takiego rytmu i jemu, i mnie brakuje.

To media nas oszukują. Biografie gwiazd są albo białe, albo czarne. Z jednej strony anioł: z piątką dzieci, pracuje, ma zrobione paznokcie i od rana chodzi na obcasach po świeżo wypastowanej podłodze, a z drugiej: alkohol, narkotyki i paru mężów. To dobrze się sprzedaje w kolorowej prasie. I jedno, i drugie jest nieprawdziwe. Do żadnego wizerunku nie przystaję.

Co w macierzyństwie najbardziej cię zaskoczyło? – Bezwarunkowe oddanie. Różnie w różne dni to odczuwam. W niektóre myślę, że już nigdy nie będę sama, w inne, że już nigdy nie będę wolna. Z mężczyzną można się rozstać, wyjechać, trzasnąć drzwiami. O dziecku nie można przestać myśleć nawet na chwilę. To miłe i błogie uczucie, ale... zaskakujące. Byłam ostatnio w domu sama, chłopcy wyjechali wcześniej na wakacje, chciałam pożyć jak kiedyś, poplotkować, poszwendać się po Saskiej Kępie i... nie umiałam!

Ostatnio w serialu „Magda M.” zagrałaś matkę trójki dzieci, a w Teatrze Powszechnym femme fatale. Do której kobiety ci bliżej? – Pytasz, kogo wolę udawać? Jasne, że wampa. To jest zadanie! Wić się z nienasycenia, uwodzić 40 mężczyzn jednocześnie, być mistrzynią świata w szermierce i perwersyjną pięknością. Zagrać kobietę totalną to marzenie każdej aktorki.

Jaka rola teraz byłaby dla ciebie wyzwaniem? – Główna i dobrze napisana. Koniecznie w doborowym towarzystwie. Najbardziej interesuje mnie, z kim się w pracy spotkam, czy to będzie twórcze i inspirujące, a nie czy mogę zbudować sobie brawurową kreację Lady Makbet.

Jaki typ mężczyzny mógłby ci zawrócić w głowie? – Kiedyś Winnetou. Miał być dziki, tajemniczy i mądry. Koniecznie ładny, jak ten z NRD owskiej wersji telewizyjnej. Gdy podrosłam, zostałam w stylistyce prerii – typ Sama Sheparda. Rewolwerowiec, łobuziak, a wieczorem przy ognisku poeta.

Raczej trudna do znalezienia mieszanka. – No właśnie. Poza tym dobrze wypada tylko w filmach i książkach. Dość późno zrozumiałam, że życie to nie western.

Związałaś się z Tomaszem Brzozowskim, założycielem księgarni i kawiarni Czuły Barbarzyńca. Jak żyje się z człowiekiem z pasją? – Chodzi ci o szewską pasję? No cóż, wystrzałowo. I ciekawiej niż w westernie.

Jakie są pozytywne rzeczy wynikające z jego pasji? – Uczę się cierpliwości, zmierzam do świętości, a dzięki jego pasji księgarskiej mamy w domu niezły księgozbiór, a ja łatwy dostęp do wielu dobrych książek. Ech, powiem, choć brzmi to górnolotnie: on uczy mnie czytać świat.

Chodzi na premiery? Możesz liczyć na konstruktywną krytykę po każdej roli? – Na premiery chodzi, ale na razie nie jest w stanie oglądać mnie spokojnie. Gdy całuję się z komisarzem Zawadą, to natychmiast zmienia kanał w telewizji.

Jak rozumiesz współczesne partnerstwo w związku? – Chciałabym, żeby biegał w fartuszku po kuchni, ale to chyba nie jest partnerstwo, prawda? Pertraktujemy, ciągle pertraktujemy. Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby on dawał mi poczucie bezpieczeństwa, a ja mu wytchnienie. Gdy mężczyzna jest mężczyzną, a kobieta kobietą, co dzisiaj coraz rzadsze, to może być partnerstwo. Jest jeden warunek– trzeba się kochać.

Jakie grzechy i błędy młodości dały ci najwięcej doświadczenia i wiedzy o sobie samej? – Byłam zbyt ostrożna, jeśli chodzi o grzechy, i to mój największy błąd. Nie umiałam korzystać z nauk mądrych ludzi, np. w szkole teatralnej. Szkoda. Buntowałam się przeciwko autorytetom, wydawało mi się, że mnie ograniczają. To było szczeniackie i bez sensu.

A z mężczyznami? – Przekonałam się, że „jeśli jest za łatwo, to może wcale nie jest dobrze”. I że nie znoszę, jak jest NIJAK, że chcę się starzeć przy boku silnego mężczyzny. Aktorstwo jest dla samotników, wymaga absolutnego skupienia – dobrze jest być z kimś, kto toleruje moją samotność.

A w przyjaźniach? – Jestem beznadziejna. Przyjaciół zaniedbuję i gubię po drodze. Ale nigdy nie zapominam. Jest parę osób bardzo bliskich, o których często myślę. Telefon jednak odkładam na potem.

Do kogo zatem dzwonisz, gdy wali ci się świat, do mamy, jednej z sióstr, przyjaciółki, czy sama to rozpracowujesz? – Sama i to chyba nie jest fajne. A gdy się wali naprawdę, to zwierzam się każdemu po trochu: siostrze, kumplowi, psychoanalitykowi – żeby nikogo sobą nie zamęczyć, bo mam rozbuchaną wyobraźnię. Moje dramaty są totalne.

Co cię wyprowadza z równowagi? – Brak czasu, własne gapiostwo i jeszcze parę drobiazgów, do których się nie przyznam.

A co cię relaksuje? – Najskuteczniej sen.

Ostatnie ważne odkrycie? – Zrozumiałam wreszcie, że bardziej niż matką i kobietą czuję się aktorką. Na scenie czy na planie, gdzie mówię nie swoim tekstem, jest mi najbezpieczniej. To jak przedłużenie dziecięcej zabawy, ale mam z tego niesłychaną frajdę. Już się tego nie wstydzę. Może jak struś chowam głowę w piasek, bo boję się prawdziwego życia, a może od zawsze byłam aktorzycą i zawsze nią zostanę? Może taka jest moja natura?

Katarzyna Herman ur. w 1971 r. w Mrągowie, absolwentka warszawskiej PWST. Od 1994 r. aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie. W 1995 r. za rolę w spektaklu „Ożenek” wg Mikołaja Gogola w reż. Andrzeja Domalika otrzymała nagrodę na Festiwalu Sztuki Aktorskiej w Kaliszu. Gościnnie występowała w spektaklach stołecznego teatru Rozmaitości (m.in. „Psychosis 4.48” Sarah Kane w reż. Grzegorza Jarzyny). Największą popularność przyniosły jej role w telewizyjnych serialach, m.in. w „Bożej podszewce”, „Magdzie M.”, „Kryminalnych”. Związana z Tomaszem Brzozowskim, ma z nim syna Leona.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze