1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Płynę nie zbaczając z kursu

Płynę nie zbaczając z kursu

Nie potrafi prowadzić boeinga,ale przed kamerą jest panią sytuacji. Anita Werner doskonale czuje się w męskim świecie. Niezależna i profesjonalna. Dzięki konserwatywnemu wychowaniu i życiowemu doświadczeniu już wie, co jest ważne, a co ważniejsze.

 

– Ile czasu zajęło pani udowadnianie, że piękna kobieta ma mózg i może być na przykład dziennikarzem?
– (Śmiech) Parę lat. Rzeczywiście zaczynałam od udowadniania. Była grupa, która patrzyła na mnie jak na kandydata na dziennikarza, oraz grupa widząca we mnie tylko byłą modelkę. Na początku nawet mój szef Maciej Sojka był ostrożny i uważnie mi się przyglądał.

– Co najbardziej pomogło?
– Ciężka praca. Do TVN 24 przyszłam bez doświadczenia w telewizji informacyjnej. Wiedziałam, że przede mną są schody i że będę się wspinać powoli, bo jeśli się za szybko biega po schodach, to można się wywrócić. W domu uczono mnie, że wszystko osiąga się wyłącznie dzięki własnej pracy. Nie liczyłam na taryfę ulgową. Wchodząc do nowej firmy, chciałam się uczyć. I robiłam to dla siebie, nie dla kogoś.

– W programach informacyjnych kobiecość jest stonowana. Ubranie jest rodzajem munduru, makijaż subtelny.
– Każdy zawód ma jakiś kod. Gdybym chciała epatować kobiecością, może bym się znalazła w zespole tańca latynoamerykańskiego. Jest mnóstwo miejsc, gdzie kobiety z ekspansywną osobowością czują się doskonale. Każdy ma swoją dyscyplinę. Ja swoją znalazłam w dziennikarstwie informacyjnym.

– Dlaczego zagrała pani w filmie „Słodko-gorzki” Władysława Pasikowskiego?
– Kompletny przypadek i postanowiłam z niego skorzystać. Kiedy się jest w liceum, ma się 17 lat i dostaje propozycję zagrania w filmie, to dlaczego nie?

– Jak pani na to dziś patrzy? Z uśmiechem pobłażania?
– Jak na przygodę. Nawet jeśli ten etap jest już dawno zamknięty, to wspaniale go wspominam. Nie ma nic wspólnego z tym, co robię teraz, ale to kawałek mojego życia.

– Nie drzemało w pani choć trochę pasji aktorskiej?
– Zupełnie nie.

– A jakieś inne artystyczne ścieżki? Może chociaż wiersze pani pisała?
– W dzieciństwie. Mama była nimi zachwycona. Gdy byłam nastolatką, pisałam teksty, które oczami wyobraźni widziałam jako słowa piosenek. Kiedyś nawet je wydrukowałam i oprawiłam u introligatora, więc jeden jedyny egzemplarz stoi gdzieś schowany w domu. Nawet nie wiem gdzie. Moją pasją była też muzyka. I śpiew. Skończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu.

– Nie szkoda pani, osobie o tak szerokich horyzontach, że media zmierzają w stronę sensacji i dramatu, a tak mało promują kulturę?
– Dramatów niestety dostarcza nam życie. Niektóre dni składają się z tego, że ojciec zgwałcił córkę, a matka zamordowała dziecko.

– Codziennie obcuje pani z takimi informacjami. Czy do tragedii można się przyzwyczaić?
– Coś w tym jest, że jesteśmy trochę bardziej znieczuleni niż inni. Oglądamy w pracy dużo okropieństw. Przed emisją często widzimy znacznie więcej niż później widzowie. Ale to znieczulenie polega wyłącznie na pierwszej powierzchownej reakcji. Wewnętrznie, na mnie, na człowieku, okropieństwa zawsze robią wrażenie.

– A zdarzyło się pani w trakcie programu przeżyć załamanie od nadmiaru tragedii?
– Najbardziej traumatycznym momentem był dla mnie dramat w szkole w Biesłanie, który relacjonowałam na żywo. Dziennikarz relacjonujący wydarzenia w takich sytuacjach jest jak sito, przez które przelatują informacje, ale musi też wziąć widza za rękę i przez to przeprowadzić. Jest przewodnikiem, a przewodnik musi być opanowany, rzeczowy, konkretny. Tymczasem ja patrzyłam na to, co się dzieje, i czułam, że nie jestem w stanie tego ogarnąć, bo jestem tylko człowiekiem. Uniform, w który byłam wówczas wsadzona, po prostu pękał, łamał mi się głos. Pamiętam, gdy Wiktor Bater, który był na miejscu tragedii, wpadł w jakieś zamieszanie i widziałam go na zdjęciach na żywo niesionego przez służby specjalne. Tam się działa historia, która wydawała się nieprawdopodobna.

– Ile czasu trzeba, żeby dojść do siebie?
– Po kilku godzinach relacji poszłam zmyć makijaż i się poryczałam. Puściły mi wszystkie szwy. To reakcje, które są poza człowiekiem. Choć wykonujemy swoją pracę, to cały czas jesteśmy tylko ludźmi. Możemy się na coś nie godzić, coś nas może bulwersować, przerażać, w coś nie jesteśmy w stanie uwierzyć. Ale to jest świat, w którym żyjemy i który opisujemy. Cały czas ten świat nas dziwi.

– Prowadzi pani rozmowy z osobami, z których poglądami często się nie zgadza. Jak wówczas opanować zdenerwowanie?
– Nie ma miejsca na żadne moje emocje, bo zdenerwowanie byłoby osobiste, czyli nieprofesjonalne. Ja mam tam inne zadanie. Jeśli ktoś kłamie, powinnam sprawić, żeby wyszło to na jaw, a jeżeli mówi bzdury, muszę to udowodnić. Mam dosyć spokojną naturę, trudno by było wyprowadzić mnie z równowagi. Dociekam i drążę, zadając pytania, ale nie jestem pit bullem, który sprowokowany zagryza na śmierć w afekcie.

– Towarzyszy pani czasem podczas programu na żywo stres?
– Mogę być zestresowana wyzwaniem w postaci trudnego rozmówcy, ale nie z powodu programu na żywo. Zestresowana byłabym, gdybym miała prowadzić boeinga 737, bo tego nie umiem robić.

– Od początku miała pani pewność siebie, świadomość, gdzie i jak spojrzeć?
– Gdyby pani zobaczyła demo z początków mojej pracy, to obie parsknęłybyśmy śmiechem. Kiedyś miałam wyższy ton głosu. Nie wiedziałam, jak się nim posługiwać. Reakcje przed kamerą też miałam inne. Luz wynika z pewności siebie, a to przychodzi z czasem.

– A może stała się pani po prostu dojrzalsza i bardziej stonowana?
– Z pewnością. Podobno kobieta po trzydziestce się zmienia, a to jest rok moich 30. urodzin, więc mogę potwierdzić: sporo w tym prawdy, że przechodzimy metamorfozę.

– Co jest w niej najprzyjemniejsze?
– Ciężko mi o tym mówić, bo w tym roku zmarła moja mama, a żegnałam ją właśnie w dniu moich 30. urodzin. To nabrało zupełnie innego wymiaru. Ale rzeczywiście czuję się bardziej świadoma siebie, swoich potrzeb. Z drugiej strony zawsze byłam bardzo samodzielna, zaradna i życiowo niezależna.

– Dzięki rodzicom? – Myślę, że niezależność wynikała z konserwatywnego wychowania. To pomaga płynąć, nie zbaczając z kursu. Wcześnie zaczęłam obracać się w środowisku osób sporo ode mnie starszych. Zorientowałam się, że rówieśnicy nie są dla mnie partnerami do rozmowy. Nie interesowały mnie imprezy, na których się rozrabiało. Wolałam się spotkać, pogadać, potańczyć, ale w innej atmosferze. Dom rodzinny miał w tym duży udział. Wychowanie dało mi kręgosłup, stałą listę zasad. Może to staroświeckie, ale ważne. Przychodzi mi do głowy tytuł książki prof. Bartoszewskiego „Warto być przyzwoitym”. Skrupulatnie wybieram osoby, które należą do grona moich przyjaciół.

 
– Wszystko według planu?
– „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. Gdybym przypadkiem nie znalazła „Gazety Wyborczej” z ogłoszeniem o naborze do TVN 24, pewnie byłabym w zupełnie innym miejscu. Ktoś tam na górze całkiem nieźle to układa. Otwiera nam furtki. Niektóre przymyka, jeszcze inne uchyla, a my tak jak w grze planszowej poruszamy się po różnych uliczkach. Poczułam to, kiedy kilka lat temu miałam wypadek samochodowy w Austrii. Byłam pasażerem, trzymałam mapę na kolanach i przegapiłam zjazd z autostrady. Musieliśmy zawrócić, minęło trochę czasu i kiedy wjechaliśmy w nasz zjazd, zza zakrętu wjechała w nas czołowo jakaś kobieta. Gdybyśmy nie przegapili zjazdu i wjechali tam wcześniej, to nie spotkalibyśmy tej kobiety. Ale istniał jakiś proces, który doprowadził nas do tego momentu. Nic nie dzieje się bez przyczyny i ktoś tam, na górze, jest niezłym scenarzystą.

– Trafiła pani kiedyś w tej grze na mur nie do przebicia?
– Chyba nie. Z wyjątkiem śmierci bliskiej osoby, kiedy człowiek bezradnie staje przed murem. Stoi na tyle długo, że może sobie wiele przypomnieć, przemyśleć, wyciągnąć wnioski.

– Co nadal jest dla pani wyzwaniem?
– Bycie żoną i mamą. Co również łączy się z ciężką pracą.

– Jest pani gotowa?
– Ta ciężka praca automatycznie staje się przyjemnością, gdy jest się z odpowiednią osobą. Jeśli pewnie stoi się nanogach i ma swoją hierarchię wartości, wie się, które rzeczy są ważne, a które ważniejsze, to nie widzę problemu.

– Typ mężczyzny, który wzbudzi zainteresowanie?
– O tym nie chciałabym rozmawiać. Ten, który miał je wzbudzić, już je wzbudził.

– Jak widzi pani partnerstwo w dzisiejszych czasach? Chyba facetom jest coraz trudniej?
– Dlaczego?

Foto: Iza Grzybowska/MAKATA

– Bo kobiety są coraz bardziej samodzielne i niezależne. Zresztą trudno mi wyobrazić sobie panią w sytuacji kobietki „jestem taka mala”…
– Każda kobieta bywa czasami małą dziewczynką, ale zazwyczaj wie o tym tylko osoba najbliższa. I w domu, i w pracy mam takie same cechy, jestem otwarta, potrafię się śmiać i dobrze czuję się z ludźmi. Praca jednak narzuca pewien rygor zachowań, czasem chłodny, rzeczowy. Żeby wyegzekwować konkretną pracę od zespołu, trzeba być czasem ostrym. Natomiast w domu nie napinam mięśni. Nie muszę być permanentnie w świetle reflektorów. Praca w pewnym sensie stawia mnie przed kurtyną, a nie za nią. W domu jest odwrotnie.

– A co z partnerstwem?
– Wszystko zależy od osobowości dwojga ludzi. Gdy odpowiednie osoby na siebie trafią, to żadna definicja nie jest potrzebna, bo najważniejsze jest uczucie. Poza tym szacunek, zaufanie. Ważne jest poczucie spokoju.

– A potrafi się pani przyjaźnić z mężczyznami?
– Tak.

– Czego unikać, żeby nie przeradzało się to we flirt?
– Albo przyjaźń, albo flirt. Zawsze miałam bardzo dużo kumpli. W dzieciństwie biegałam po lesie i grałam z chłopakami w podchody. Do 20. roku życia nie miałam problemu z flirtem, bo wszyscy moi koledzy byli ode mnie niżsi, trochę się mnie bali i traktowali jak kolegę, a nie kobietę. Podchodzili do mnie jak do jeża i taki układ mi odpowiadał. A potem nagle zauważyłam, że coś się obok mnie zmieniło. To, że wówczas nie zbłądziłam, zawdzięczam wpojonym zasadom.

– I nie zakochała się pani w żadnym łobuzie?
– W łobuzie nie, ale kiedyś w łajdackich oczach.

– Dobrze zna pani męski świat. Jest ciekawszy od kobiecego, od tematów krawcowych, kosmetyczek i spa?
– Jest bardziej czarno-biały i prostszy. Mniej czasu się w nim marnuje, przepraszam za wyrażenie, na pierdoły. Można fascynować się kosmetykami albo znaczkami. To nie jest kwestia wartościowania, tylko znalezienia swojego miejsca. Mnie nigdy nie interesowało rozmawianie o kosmetykach, ciuchach i chłopakach.

– Ale zrobiła pani program „Dama pik” poświęcony kobietom w polityce. Rozmawiała pani z tymi z pierwszej ligi światowej. Co mają ze sobą wspólnego?
– Są twarde. Samodzielne. Samowystarczalne. Z dużym poczuciem własnej wartości. Mają w sobie pierwiastek niezniszczalności, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale to jest niebywała siła. Nie skupiają się na szczegółach, tylko idą do celu, nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. I cholernie ciężko pracują.

– Co wyniosła pani dla siebie z tych spotkań?
– Sumę tych wszystkich wymienionych cech. Moja najbliższa przyjaciółka Martyna Wojciechowska napisała książkę o swoim wejściu na Mount Everest pod tytułem „Przesunąć horyzont” i to jest idealne określenie. To tylko kwestia przesuwania horyzontu – jak się chce więcej, to można więcej.

Czy dzięki tym spotkaniom swój horyzont też pani przesunęła? – Na pewno. To było fantastyczne doświadczenie i ogromne przeżycie. Program był prawdziwie autorski, od początku do końca. Był takim moim dzieckiem. Połączyłam wszystkie dotychczasowe umiejętności i zrobiłam kolejny krok do przodu. To mi dało siłę i mogę powiedzieć, że przesunęłam swój zawodowy horyzont.

– Kogo jeszcze chciałaby pani spotkać?
– Jest sporo takich kobiet. I wciąż pojawiają się nowe.

– Bo coraz więcej kobiet trafia na eksponowane stanowiska?
– Tak. Pani minister spraw zagranicznych Izraela być może zostanie premierem, pani minister obrony Hiszpanii wizytowała w ciąży oddziały wojska, kobieta jest ministrem obrony także w Czechach, a we Włoszech była miss Mara Carfagna (przepiękna kobieta i ulubienica moich kolegów z redakcji) jest ministrem do spraw równouprawnienia.

– Co doradziłaby pani kobietom planującym karierę w polityce?
– To samo co wszystkim innym. Warto wyciągać wnioski z doświadczeń i wierzyć w siebie. Ciężko pracować, ale też nie stać się kobietą tylko z żelaza.

– Często mówi się, że za sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta. Ale za sukcesem kobiety niekoniecznie kryje się mężczyzna.
– Zgadzam się. Ale znowu dochodzimy do podziałów, które są niepotrzebne. Faceci w swoich dziedzinach też sami dochodzą na szczyt.

– Co jest najprzyjemniejszym komplementem, bo pewnie sporo ich pani słyszy?
– Niektóre są puste, a w takie się nie wsłuchuję. W sprawach zawodowych niezwykle sobie cenię dobre słowo od osób, które podziwiam. Ale na koniec dnia nie to jest najważniejsze, co ktoś zrobił w pracy, tylko jakim jest człowiekiem. Co z siebie dał innym, czy uśmiechnął się do osoby bliskiej, powiedział jej, że ją kocha, i czy był w domu ze swoją rodziną.

ANITA WERNER
ur. w 1978 r. w Łodzi, dziennikarka. Ukończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Jest absolwentką filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Jako 17-latka zagrała w filmie „Słodko-gorzki” (1996) Władysława Pasikowskiego, wystąpiła też w serialu „Zostać miss”. Związana z TVN oraz TVN 24 od początku istnienia stacji. W 2004 roku otrzymała Wiktora w kategorii największe odkrycie telewizyjne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno. – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Kultura

Książki miesiąca [czerwiec]

Spośród wielu nowości książkowych, wybraliśmy 4 tytuły warte uwagi. (Fot. iStock)
Spośród wielu nowości książkowych, wybraliśmy 4 tytuły warte uwagi. (Fot. iStock)
Sezon urlopowy właśnie się zaczyna, a wakacje bez dobrej książki się nie liczą! Spośród wielu nowości, wybraliśmy te warte uwagi. Dobrej lektury!

W imieniu niewidzialnych

Bernardine Evaristo, „Dziewczyna, kobieta, inna”, Wydawnictwo Poznańskie. (Fot. materiały prasowe)Bernardine Evaristo, „Dziewczyna, kobieta, inna”, Wydawnictwo Poznańskie. (Fot. materiały prasowe)

Na naszym rynku wydawniczym to z pewnością jedna z najważniejszych premier tego roku. Dwa lata temu Brytyjka Bernardine Evaristo otrzymała Bookera. Może ją kojarzycie: stała na zdjęciu obok Margaret Atwood, która zwyciężyła ex aequo i na której skupiała się uwaga mediów. Evaristo jest pierwszą wyróżnioną Bookerem czarnoskórą pisarką. A wątek nieobecności eksploruje w swoim doskonałym zbiorze opowiadań o outsiderkach, kobietach niewidzialnych ze względu na płeć, kolor skóry, orientację seksualną, a nierzadko z tych trzech powodów naraz. To także książka o tęsknocie, czasem tak głęboko ukrytej, że poza świadomością. I o uciszaniu własnych potrzeb, bo jakoś nie pasują do wyobrażeń na swój temat. Jedna z bohaterek, czarnoskóra lesbijka Amma, twórczyni niszowego teatru, pragnie dziecka. Tylko czy to nie jest antyfeministyczne?! Evaristo pisze błyskotliwie i dowcipnie, nieco się podśmiewa z zacietrzewienia, podziałów i mód, a jednocześnie świetnie rozumie rozterki swoich bardzo różnych bohaterów. Arcydzieło.

Szlaki (nie)znane

Elżbieta Dzikowska „Polska znana i mniej znana VI”, wyd. Bernardinum. (Fot. materiały prasowe)Elżbieta Dzikowska „Polska znana i mniej znana VI”, wyd. Bernardinum. (Fot. materiały prasowe)

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, sinolożka, podróżniczka, snuje fascynujące gawędy. To już szósty tom cyklu, w którym przeciera ojczyste szlaki, przyglądając się kościołom (te polichromatyczne ambony, barokowe ołtarze!), zamkom, pałacom, badając każdy niemal kamień. Na trasie mijamy mniejsze miejscowości, jak: Zgierz, Konin, Warta czy Gryfino, a większym przyglądamy się z mniej opatrzonej strony. To także wyprawa w poszukiwaniu pochowanych skarbów sztuki. Zachwycająca ta Polska.

Pożytki z dialogu

Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa „Dwie samotności”, wyd. Muza. (Fot. materiały prasowe)Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa „Dwie samotności”, wyd. Muza. (Fot. materiały prasowe)

Autorów przedstawiać nie trzeba. Mniej osób pewnie wie, że Márquez i Llosa poróżnili się i nie rozmawiali przez 30 lat (poszło o kobietę). Zanim to nastąpiło, przyjaźnili się, a książka jest zapisem ich rozmowy z lat 60., gdy proza Ameryki Łacińskiej trafiła pod strzechy. Twórcy pasjonująco dyskutują o literaturze i krytycznie podchodzą do własnych dzieł. Są tu różne smaczki, a nawet swego rodzaju „aktualność”: kiedy Mario Vargas przyznaje się Gabrielowi Garcíi, że ma obsesję na punkcie „Dziennika roku zarazy” Defoe.

Zawsze przy tobie

Kazuo Ishiguro „Klara i słońce”, wyd. Albatros. (Fot. materiały prasowe)Kazuo Ishiguro „Klara i słońce”, wyd. Albatros. (Fot. materiały prasowe)

To pierwsza książka, którą Kazuo Ishiguro wydał już jako laureat Nobla. Autor spełnia w niej marzenie z dzieciństwa wielu z nas – o posiadaniu na własność przyjaciela, który byłby zawsze obecny, wyrozumiały i kochałby nas bezwarunkowo. W powieści taką więź zapewnia ludziom… sztuczna inteligencja. A konkretnie SP, czyli Sztuczni Przyjaciele, uważni, empatyczni, wspierający. Taka jest też Klara, wypatrzona w sklepowej witrynie przez dziewczynkę imieniem Josie. Ładna wizja, w której maszyny mogłyby więcej nauczyć nas, ludzi, niż my je.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Moda i uroda

Technomodelowanie – nowe zabiegi i kosmetyki do ciała

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dla osób, które chcą zrzucić zbędne kilogramy, trzymają dietę i trwają w treningu, mamy dobrą wiadomość - nowe technologie przychodzą im z pomocą. W tym sezonie pojawiło się kilka zabiegów, które zaskakują możliwościami - bezpiecznie, szybko i skutecznie pomagają ujędrnić ciało, wymodelować sylwetkę, pozbyć się celullitu.

Target Body, Klinika Strzałkowski, autorska metoda usuwania opornej tkanki tłuszczowej

Target Body to zabieg na ciało opracowany przez ekspertów z Kliniki Strzałkowski. W metodzie tej połączono trzy technologie służące modelowaniu sylwetki, a całość wymaga jedynie dwóch wizyt w gabinecie.

Podczas pierwszego spotkania wykonywana jest karboksyterapia, podczas której „zmiękcza się” tkankę tłuszczową. Zbieg ten polega na ostrzykiwaniu skóry medycznym CO2 - poprawia to ukrwienie, przyspiesza lipolizę i usprawnia drenaż. Dzięki temu tłuszczyk staje się bardziej podatny na działanie zimna wykorzystywanego w dalszym etapie zabiegu.

Po tygodniu robiona jest kriolipoliza Cooltech. Technologia ta w bezpieczny i bezbolesny sposób schładza tkankę tłuszczową na wybranym obszarze do minus 8 stopni C (przez 70 minut), co powoduje zniszczenie komórek tłuszczowych, które są następnie usuwane z organizmu w naturalnych procesach metabolicznych. W czasie tej samej wizyty stosuje się również falę uderzeniową Liposhock – technologia ta pomaga organizmowi szybszej metabolizować rozbite komórki tłuszczowe i dodatkowo niszczy je mechanicznie poprawiając efektywność kriolipolizy nawet o 20 proc!

Zabieg pozwala pozbyć się tzw. opornej tkanki tłuszczowej, która nie poddaje się diecie czy ćwiczeniom.

Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena za jeden obszar 990 zł.

HI-EMT, Barberian Esthetic, elektromagnetyczna stymulacja mięśni z jednoczesną redukcją tkanki tłuszczowej

Technologia HI-EMT polega na elektromagnetycznej stymulacji mięśni. Skoncentrowane pole elektromagnetyczne przenika przez tkanki skórne i tłuszczowe aż do poziomu mięśni zapewniając ich intensywne i ciągłe skurcze. W wyniku zabiegu, w zależności od dobranego programu, następuje wzmocnienie mięśni i redukcja tkanki tłuszczowej (brzuch, uda, ramiona), a w wybranych przypadkach również intensywny wzrost mięśni (pośladki). Wskazaniem do zabiegu jest nie tylko chęć pozbycia się nadmiaru tkanki tłuszczowej z poszczególnych partii, ale też wzmocnienie i odbudowa osłabionych mięśni brzucha, pośladków, ramion, ud, talii, czy ujędrnienie brzucha po ciąży albo potrzeba przyrostu masy mięśniowej np. w przypadku deficytów czy zaników mięśniowych w przypadku kontuzji czy powikłań pochorobowych (niedowłady). Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena: pojedynczy zabieg 899 zł Cena pakietu 4 zabiegów 1797 zł.

HIFU, Klinika Miracki

HIFU (ang. High Intensity Focused Ultrasounds) to technologia z wykorzystaniem wysokoenergetycznych fal ultradźwiękowych, która zrewolucjonizowała branżę medycyny estetycznej - pozwala na intensywny lifting i ujędrnienie skóry, z jednoczesnym efektem wyszczuplenia.

Dużą zaletą technologii HIFU jest jej nieinwazyjność. Podczas zabiegu do skóry przykładane są specjalnie dobrane głowice, które emitując energię ultradźwiękową, rozgrzewają w kontrolowany sposób tkankę do temperatury 65-75 stopni C. Ciągłość naskórka nie zostaje naruszona, a zabieg nie wymaga rekonwalescencji – po wyjściu z gabinetu można od razu wrócić do codziennych czynności, choć skóra będzie lekko zaczerwieniona i nieznacznie obrzęknięta.

Oddziaływanie fali ultradźwiękowej na skórę właściwą, komórki tłuszczowe oraz powięź mięśniową powoduje proces mikro termokoagulacjiw skórze zaczynają zachodzić głębokie procesy regeneracyjne. Przegrzana tkanka rozpoczyna intensywne namnażanie kolagenu i elastyny, włókna obkurczają się, nadając przy tym skórze jędrności, zaś komórki tłuszczowe, jeśli deponujemy energię na odpowiedniej głębokości, zostają rozbite – wyjaśnia doktor Krzysztof Miracki z Kliniki Miracki.

Po zabiegu liftingu ultradźwiękowego dany obszar twarzy lub ciała staje się bardziej napięty, ujędrniony lub wyszczuplony, a co najważniejsze efekt tej rewitalizacji jest długotrwały. Zregenerowana skóra zazwyczaj długo nie wraca do poprzedniego stanu, a proces starzenia na obszarze poddanym zabiegowi ma wolniejszy przebieg. Dzięki terapii HIFU skóra ulega intensywnej przebudowie termicznej, a finalne efekty zabiegu można zaobserwować po 2-3 miesiącach – czas ten wynika z naturalnego cyklu regeneracji skóry i produkcji włókien kolagenowych. Do uzyskania oczekiwanych rezultatów zazwyczaj wystarczy jeden zabieg, jednak często pacjenci decydują się na powtórzenie terapii, aby zintensyfikować efekty. Cena uzależniona jest od obaszaru, na którym wykonywany jest zabieg.

Kosmetyki ujędrniające do stosowania w domu

Eisenberg, Body Refining - Serum wyszczuplające do ciała

Eisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 mlEisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 ml

Produkt opracowany na bazie najnowszych badań klinicznych idealny zwłaszcza do walki z miejscową kumulacją tłuszczu i opornym cellulitem. Formuła zawiera wyciągi roślinne z Bupleurum Chinese, kofeiny i kakaowca właściwego, które stymulują lipolizę oraz koenzym A przyspieszający proces spalania kwasów tłuszczowych i ich eliminację. Kombinacja składników naturalnych, w wyjątkowej formule, jest sposobem uzyskania silnego efektu lipolitycznego (symultaniczna aktywacja w kilku kierunkach) i zwiększonej eliminacji kwasów tłuszczowych. Pozbycie się kumulacji tłuszczu i cellulitu w obrębie stref problematycznych, czyli ramion, brzucha, bioder, pośladków, ud i kolan. Efekt* eliminacji nadmiaru wody i tkanki tłuszczowej widoczny już po 2 tygodniach! Serum powinno być aplikowane dwa razy dziennie na ramiona, brzuch, biodra, pośladki, uda, kolana; ruchami kolistymi aż do całkowitego wchłonięcia przez minimum 56 dni, przed zastosowaniem ulubionej pielęgnacji do ciała. *badania kliniczne prowadzone pod kontrolą dermatologiczną.

Nuxe Body, ujędrniający krem do ciała

Nuxe Body, ujędrniający krem do ciała, 159 zł/ 200 mlNuxe Body, ujędrniający krem do ciała, 159 zł/ 200 ml

Preparat o bogatej konsystencji, ma formułę zapewniającą podwójne działanie – ujędrniające i przeciwstarzeniowe. Zawiera mimozę brazylijską (patent Nuxe) i cukry owsiane dla intensywnego efektu ujędrnienia, płatki żytnie i kigelię afrykańską, aby wzmacniać strukturę skóry. Dodatkowo ekstrakt z jaśminu i witaminy E dla ochrony skóry przed przedwczesnym starzeniem. Kremowa konsystencja doskonale nadaje się do masażu.

Elancyl, My Coach dermokosmetyk antycellulitowy

Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)

Skutecznie wygładza nierówności, działa ujędrniająco i antycellulitowo, co zostało potwierdzone w badaniach klinicznych. Zawiera 89 proc. składników naturalnego pochodzenia. Mikroalga Tisochrysis Lutea, kofeina i ekstrakt z bluszczu intensywnie stymulują proces spalania kwasów tłuszczowych, blokują ich syntezę oraz przyspieszają drenaż - odpływ limfy z tkanki tłuszczowej. Pochodząca w wulkanicznych Wysp Kanaryjskich Mikroalga Tisochrysis Lutea aktywuje aktywne u sportowców beżowe adipocyty, dzięki czemu nawet tak zwyczajne czynności jak taniec, wchodzenie po schodach czy spacer są aż 4 razy bardziej skuteczne w wyszczuplaniu sylwetki.
Lekka konsystencja żelu-kremu o odświeżającej nucie zapachowej szybko się wchłania nie pozostawiając filmu na powierzchni skóry. Wystarczy aplikacja raz dziennie, najlepiej w trakcie zalecanego minutowego masażu.