Autopromocja
WOS 7 - pc
WOS 7 - pc
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felietony
  4. >
  5. Wygenerowana dziewczyna

Wygenerowana dziewczyna

Sonia Kisza (Fot. Krzysztof Opaliński)
Sonia Kisza (Fot. Krzysztof Opaliński)
Dzięki dniu Walentego nie brakuje artykułów o miłości w sztuce. Są rankingi, zestawienia. „Dziesięć najbardziej burzliwych romansów wszech czasów”, „Pięciu artystów, którzy kochali swoje muzy”, „Osiem najbardziej romantycznych scen” i tak dalej. Naprawdę trudno mi w tych analizach znaleźć coś, co uważałabym za miłość.

Zazwyczaj są to zauroczenia, fascynacje, jakaś obsesja, którą można by nazwać co najmniej niezdrową. Do takich zaliczam przedstawienia jednego z najbardziej niepokojących mitów, który szczególnie w dzisiejszych czasach powinien być oglądany krytycznie, a nie pod szyldem „miłości wszech czasów”. Mam tu na myśli Pigmaliona i Galateę…

Według Owidiusza Pigmalion był cypryjskim rzeźbiarzem. Zniechęcony i znudzony współczesnymi mu kobietami, które uważał za zbyt rozwiązłe, postanowił żyć dla pracy i pozostać w celibacie. Po pewnym czasie nasz (anty)bohater stworzył rzeźbę kobiety idealnej, tak idealnej, że się w niej zakochał. Całował ją, pieścił i przynosił jej dary. W dzień święta Afrodyty złożył ofiarę na ołtarzu bogini, licząc na to, że pomoże mu znaleźć kobietę tak idealną jak jego posąg. Afrodyta wysłuchała prośby. Gdy Pigmalion wrócił do pracowni i złożył pocałunek na wyrzeźbionej figurze – ta ożyła. Ten moment chętnie ukazywali malarze nowożytni i akademiccy. Jeden z lepszych obrazów namalował Jean-Léon Gérôme (1824-1904) francuski malarz i nomen omen rzeźbiarz.

Jean-Léon Gérôme „Pigmalion i Galatea” (ok. 1890). (Fot. Metropolitan Museum Of Art.) Jean-Léon Gérôme „Pigmalion i Galatea” (ok. 1890). (Fot. Metropolitan Museum Of Art.)

Mit zdaje się jednym z pierwszych opisów symulakrum, czyli tak doskonałej imitacji, że stała się własną rzeczywistością. Motyw ożywienia Galatei zawsze mnie niepokoi. Choć wydaje się naiwną historyjką miłosną, jest w gruncie rzeczy opowieścią zacierającą granicę między namiętnością a dominacją. To jedna z tych bajek, która tworzy i utrwala wzorzec o tym, który patrzy, i o tej, która jest oglądana. O aktywnym i biernej. Malarze i poeci przez tysiące lat dokładali swoje cegiełki do tej narracji o nienawiści do kobiet. Normalizowali, a nawet romantyzowali to, że mężczyźni postrzegają nas jako obiekty mające spełniać bardzo konkretne kryteria. Zgadzali się z tym, że kulturowo panowie mają opcję „stworzenia kobiety swoich marzeń od podstaw”. Można to odczytać jako odniesienie do groomingu (uwodzenia dzieci), promocję dużych różnic wieku w małżeństwach, a nawet dziecięcych małżeństw. Trudno też nie skojarzyć tej opowieści z coraz bardziej popularnymi sekslalkami czy wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję dziewczynami. Ten mit jest naprawdę ponadczasowy. A w 2026 roku zaskakująco aktualny.

Pigmalion to starożytny incel, czyli mężczyzna stosujący mimowolny celibat, bo współczesne mu kobiety nie spełniają jego oczekiwań.

Internetowa subkultura inceli, choć podobno powstała początkowo jako grupa wsparcia dla samotnych mężczyzn, karmi się mizoginią i żalem. Męska samotność według tych środowisk wynika z próżności, okrucieństwa i rozwiązłości kobiet. Efektem subkultury i całej tak zwanej manosfery (internetowych treści skupiających się na mężczyznach) nie jest – jak mogłoby się wydawać – budowanie pomostu między mężczyznami a kobietami, ale odwrotnie – nakręcanie binarnego podziału płci i podsycanie nienawiści. Ta subkultura stworzyła naprawdę groźne postacie – takie jak Andrew Tate, oskarżony o gwałt i handel ludźmi influencer, otwarcie promujący przemoc wobec kobiet.

Nie tak dawno polski internet obiegło zdjęcie kilku chłopców w odblaskowych kamizelkach z napisem „szon patrol”, którzy „patrolowali” centra handlowe w celu poszukiwania zbyt kuso ubranych dziewczyn i ich publicznego zdyscyplinowania. Częścią praktyki było tworzenie w przestrzeni mediów społecznościowych – na kanałach czy grupach – rankingów zdjęć małoletnich dziewcząt. (Dodajmy dla jasności – „szon” to skrót od „kurwiszon”). Dzieci same sobie tego nie wymyśliły. Musiały trafić na miliony mizoginicznych materiałów dostępnych na platformach takich jak TikTok czy Instagram. Algorytmy dosłownie kilka minut po zalogowaniu podsuwają młodym osobom tego typu treści. Dwa dni temu w social mediach wyświetliła mi się reklama „Realistyczna AI dziewczyna. Bez gierek. Bez ghostingu. Po prostu sztucznie wygenerowana dziewczyna, stworzona, by rozumieć i się angażować”. Galatea XXI wieku…

Kiedyś też można było sobie dziewczynę „wygenerować” – z kości słoniowej czy marmuru. Trzeba było tylko mieć umiejętności albo pieniądze. Dziś to szybsze i tańsze. To też realne zagrożenie. Dziejące się na masową skalę. Wirtualnie stworzone dziewczyny czy mówiące sekslalki bywają sprzedawane jako lekarstwo na samotność. Mają być sposobem na budowanie intymności i bliskości, a nawet według niektórych firm – „człowieczeństwa”. Promowane jako rozwiązanie dla seniorów, osób w spektrum autyzmu czy osób z niepełnosprawnością. Dziwnym trafem prawie wszystkie wyglądem przypominają dziewczynki… Lekarstwem na samotność ma być bierna, leżąca, prawie bezwładna, ale udająca wyglądem człowieka laleczka. Ponury żart.

Sztuczna inteligencja ułatwia też tworzenie deepfake’ów, mających na celu kompromitację realnych kobiet na niespotykaną skalę. Kobiece wizerunki są wszędzie, każdy może ściągnąć nasze zdjęcie w sekundę i w drugą sekundę zrobić z nim, co zechce. Na przykład uczynić nas swoją posłuszną, wirtualną niewolnicą. Kiedy to piszę, sztuczna inteligencja na platformie Elona Muska nauczyła się w kilka sekund „rozbierać” ubrane na zdjęciach kobiety… Mam nadzieję, że dożyjemy czasów, kiedy te okrutne praktyki nie będą mogły nas zawstydzać czy upokarzać.

Warto też pamiętać o tym, że to wcale nie jest niewinny wybryk, ale przestępstwo.Prawo musi stanąć w naszej obronie. Nadążać za technologią. Stać ponad big techem. Jedyne, co nam, szarakom, zostało, to profilaktyka. Dlatego apeluję – nie wrzucajmy zdjęć dzieci do sieci i kontrolujmy, jakie treści konsumują. Nie zostawiajmy ich samych w internecie. To miejsce dużo bardziej niebezpieczne niż przysłowiowa ciemna uliczka. Już chyba lepiej dać dziecku glinę do rzeźbienia i egzemplarz „Metamorfoz” Owidiusza. Niech czyta. Byle krytycznie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE