Trzeba bardzo pilnować tego, co się myśli o własnych dzieciach. To istoty z natury płynne, chłonne, podlegające nieustannym przemianom. Jeśli uprzemy się w swojej na ich temat opowieści, może mieć ona wielką samospełniającą się moc.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Sloane się pochylił, przybliżając ku niemu szczupłą i pociągłą twarz; Stoner spostrzegł, jak jego zmarszczki się wygładzają, a oschły, kpiący ton głosu nieco łagodnieje i staje się poufały.
– To jeszcze pan nie wie? – postawił pytanie Sloane. – Jeszcze mało zna pan siebie? Pan będzie nauczycielem.
I w tej samej chwili Sloane jakby odleciał daleko, a ściany gabinetu jak gdyby się rozstąpiły. Stoner miał wrażenie, że unosi się w powietrzu i słyszy swój głos z oddali:
– Naprawdę?
– Naprawdę – stwierdził cicho Sloane.
– Ale jest pan pewien? Skąd pan może wiedzieć?
– Sercem, proszę pana – odparł Sloane wesoło.
John Williams „Stoner”
Moja córka jest piękna, mądra i dobra – powiedziała uczestniczka mojego warsztatu z taką samą spokojną pewnością, z jaką mówiła, gdzie mieszka i czym się zajmuje. Kiedy to usłyszałam, pomyślałam: jakie to szczęście mieć matkę, w której oczach odbija się taki obraz.
Miałam znajomego, który, odkąd jego synek był mały, uważał, że jest w nim „coś mrocznego”. Pamiętam, że powtarzał to wielokrotnie, a ja wielokrotnie myślałam, co to robi temu pięcio-, siedmio-, dziewięciolatkowi – ojciec, najważniejszy mężczyzna w jego życiu, widzi w nim mrok.
Cudze przekonania mogą mieć ogromną moc, tym bardziej jeśli należą do naszych rodziców. Dlatego – wierzę w to mocno – trzeba bardzo pilnować tego, co się myśli o własnych dzieciach. To istoty z natury płynne, chłonne, podlegające nieustannym przemianom. Jeśli uprzemy się w swojej na ich temat opowieści, może mieć ona wielką samospełniającą się moc. Pół biedy, a czasami nawet świetnie, jeśli to jest dobra opowieść – widzisz swoją córeczkę czy swojego synka jako kogoś dobrego, twórczego, mądrego. Trochę gorzej, jeśli to „węższe” pozytywne przekonania: „Ania tak ślicznie opiekuje się braciszkiem”, „Stasiu ma umysł ścisły, pewnie zostanie informatykiem”. Ale już całkiem niedobrze, kiedy nasza opowieść jest opowieścią o stałym defekcie.
To, co mogło być przelotne, być fazą rozwojową albo jakimś sparingiem ze światem (Co się stanie, jeśli złamię zakaz? Co się stanie, jeśli krzyknę lub rozpłaczę się?) – zostaje utrwalone przez rodzica w stały opis, który staje się dla dziecka centralną figurą w jego świecie. Kiedy dziecko się budzi, ona już tam jest i patrzy. Kiedy zasypia, też. Czy to prawda, że jestem taki, jakim widzi mnie tata? Nie, to nieprawda! A może jednak prawda? Chłopiec, którego ojciec widzi w nim „coś mrocznego”, sam nie rozumie, dlaczego ściąga go w mrok. Może nie mieć znaczenia, czy rodzicielskie przekonania są wyrażane wprost, czy szeptane za ścianą jego sypialni. Jak to z siebie strząsnąć? Czasem próbujemy latami. Dziesięcioleciami.
W cytowanym przeze mnie fragmencie świetnej powieści Johna Williamsa tytułowy bohater, William Stoner, nieśmiały student pochodzący z farmerskiej rodziny, słyszy od swojego profesora, Archera Sloane’a, że zostanie nauczycielem akademickim. To dla niego przełom – parę miesięcy wcześniej nie mógł nawet uwierzyć, że w ogóle dostał się na uczelnię. Słowa profesora są dla niego jak wyrok, ale taki, który skazuje nie na więzienie, tylko na prawdziwą wolność – są przepustką do życia zgodnie ze swoim prawdziwym powołaniem.
Oby udawało się nam dostrzegać w innych właśnie to. Oby na naszej drodze pojawiali się ludzie, którzy pomogą nam w odkrywaniu siebie.
Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, autorka książek „Czuła Przewodniczka”, „Przędza” i „Przejścia”. nataliadebarbaro.com