Tymoteusz Karpowicz, urodzony w 1921 roku, pisał wiersze awangardowe, więc nowoczesne, eksperymentował z językiem, jego poezję zwano lingwistyczną, ale on podobno nie lubił tego terminu.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.
Pochodził ze wsi, podobnie jak najsłynniejszy poeta awangardy Julian Przyboś. Jakby wiejskie pochodzenie, bliskość ziemi i kamienia, pozwalało odważniej wchodzić w materię języka, pod skórę słów. Od dziecka pracował fizycznie i podczas tych wiejskich prac stracił dłoń. Byłem mały, kiedy poeta odwiedził nas na Iwickiej, i ten brak lewej dłoni robił na mnie duże wrażenie.
Mama pracowała z Karpowiczem w miesięczniku „Poezja”, kierowała tam działem poezji. Istniał w PRL-u taki elegancki miesięcznik poświęcony tylko poezji, takie były czasy, że było to możliwe, a nakład niemały. Dzisiaj nie do pomyślenia. Karpowicz dostał w 1973 roku stypendium do Stanów, w kraju był szykanowany, wyjechał i już nie wrócił. Potem został profesorem na uniwersytecie w Chicago. Mawiał, że poezja to „dziennik życia zwierząt, które chodzą po ziemi, a chciałyby latać”.
Kiedy w 1985 roku byłem w Chicago, zadzwoniłem do niego. Powiedział, że w zasadzie nie spotyka się z ludźmi, ale ze mną się spotka. Prosi tylko jeszcze o telefon, pytam, od której rano mogę dzwonić. „Od 4.30. Pozna pan mój dom, bo rośnie przed nim jarzębina i jest drewniany płot”. Opisałem w swoim notatniku to spotkanie: „Rzeczywiście bez trudu poznałem ten dom. W środku bałagan, jaki spotyka się na naszej wsi, ale tu zamiast narzędzi rozrzucone są książki. On i żona, widać, że są ze sobą bardzo blisko. Już po pierwszych słowach wyczuwam w poecie wiele cierpienia. Narzeka na nadmiar pracy na uniwersytecie i obojętność otoczenia na poezję. Pytają o Polskę, są naprawdę ciekawi. Opowiadam, ona co chwilę biegnie do biureczka, by zapisać moje słowa. Odniosłem wrażenie, że oboje bardzo się męczą w Ameryce. Że głównie Polska ich obchodzi.
– Dlaczego pan nie wraca? – pytam nagle.
– Nie mogę. – Po dłuższej chwili milczenia dodaje: – Nie mogę z powodów honorowych.
Tak blisko byli z sobą, poeta i jego żona zmarli rok po roku, 2004 i 2005, pochowani są razem. Na marmurowym nagrobku widnieje cytat z wiersza Karpowicza: „I nie da się otworzyć wszechświata szerzej niż ludzkich ramion”.
Karpowicz za życia mało znany, teraz jakby na nowo odkrywany, podczas gdy kiedyś znani dzisiaj są zapominani. Wiersz „Rozkład jazdy” to świetna ilustracja, jak poeta bawił się językiem, zmieniał znaczenia słów, celebrował wieloznaczność, igrał pojęciami. Takie wiersze wymagają od czytelnika pracy wyobraźni i zgody na surrealistyczną zabawę obrazami. To jest lekcja odkrywania nowego świata, który żyje pod skórą naszego powszedniego. Ci, którzy zrozumieją i poczują ten niełatwy wiersz, mają w kieszeni paszport do krainy wyrafinowanej poezji.
Rozłożono jazdę na konie i ludzi
potem na konie i siodła
potem na ludzi i hełmy
potem na pęciny chrapy i piszczele
rozłożono wszystko bardzo szczegółowo
to był dobrze przemyślany rozkład
bardzo długo rozkładano ręce
teraz jazda taka stąd zabiera
spory kawał czasu i łąki
wszystko do tej jazdy się zabrało
rozłożyło nieruchliwością.
Tymoteusz Karpowicz „Zmyślony człowiek”, Biuro Literackie 2020
Tomasz Jastrun, poeta, prozaik, krytyk literacki, czuły obserwator świata. Zawsze z książką obok poduszki.