fbpx

Katarzyna Kwiatkowska – miła, łagodna furiatka

Katarzyna Kwiatkowska - miła, łagodna furiatka
Fot. Piotr Porębski/Metaluna

Była na jednym roku z Dorocińskim, Woronowiczem, Nejmanem, Wieczorkowskim. Oni po szkole miękko weszli w zawód, ona pauzowała siedem lat. W wyobraźni Katarzyna Kwiatkowska widziała już siebie pod mostem, zanim zaistniała jako m.in. Krystyna Janda, Kazia Szczuka czy Doda w show Szymona Majewskiego. Teraz gra główną rolę w „Dniu Kobiet”. Podobnie jak Agata Kulesza czy Iza Kuna miała spóźniony start. Ale grunt, że oliwa sprawiedliwa.
Cieszę się, że rozmawiamy w tak dobrym momencie. Akurat wyszedł film, który rokuje i pewnie da ci dużo satysfakcji.

Myślałam już, że raczej nie spotka mnie zagranie głównej roli. Więc bardzo się zdziwiłam, kiedy Marysia Sadowska zaproponowała, żebym przeczytała scenariusz i przyszła na zdjęcia próbne. Zdziwiłam się i ucieszyłam.

Również dlatego, że „Dzień kobiet” nie jest śmieszny?

O tak, to wielka ulga móc wreszcie zmienić klimat. Dobrze czuję się w komedii, ale dla higieny pracy potrzebuję równowagi. I bardzo mnie sterapeutyzowała rola dramatyczna. Scenariusz był świetny, zapowiadało się pierwsze od lat w Polsce zaangażowane społecznie kino, kino psychologiczne, kobiece, przejmujące. Aż mi ręce zadrżały, kiedy zorientowałam się, jaki skarb w nich trzymam. Pomyślałam, że szkoda by było stracić taką szansę, bo chyba naprawdę pasuję do tej roli!

Do roli, dla której pierwowzorem jest Barbara Łopacka, dawna pracownica Biedronki. Odważyła się zawalczyć o swoje prawa pracownicze i wystąpić przeciwko wielkiej firmie.

Jej historia stanowi jakiś procent opowieści. Marysia i Kasia Terechowicz – autorka scenariusza – odbyły wiele spotkań z osobami poszkodowanymi przez korporacje. I zrobiły kompilację zdarzeń.

Twoja bohaterka, początkowo wycofana, budzi się do buntu. Dlatego pomyślałaś, że to idealna rola dla ciebie?

Od dziecka przejawiałam bardzo zbuntowaną postawę.

To wynikało z charakteru czy z przeżyć?

Miałam dużą akceptację w domu i w przedszkolu, a potem w szkole. Może dlatego tak trudno przychodziło mi zniesienie krytyki, a szczególnie zakazów. Są dla mnie formą upokorzenia. Zawsze byłam bardzo wybuchowa w takich sytuacjach i do tej pory nad tym pracuję. Halina do buntu dojrzewa. Przez większość filmu jest introwertyczna. Nawet jeśli poczuje, że jest zła, tłamsi to w sobie. Tylko wzrok wbija w ziemię. To wbrew mojej naturze. I może właśnie dlatego paradoksalnie łatwiej mi było od razu zobaczyć tę postać, wyświetlić sobie w głowie film o niej.

Jak? Nie miałaś kłopotu z wyjściem z parodii? Nie szukałaś instynktownie kogoś, kogo by można podpatrzyć?

Nie, nie mam problemu z byciem sobą, ale bardzo fajnie mieć tzw. mocne zaczepy, czyli widzieć, że postać ma coś charakterystycznego. Na przykład Laura w „Szklanej menażerii” jest bardzo zahukaną dziewczyną, bo kuleje i ma kompleksy. I już jest się od czego odbić.

Przygotowując się do filmu, miałaś praktyki w supermarkecie?

Po czterech godzinach na kasie wstałam tak spuchnięta jak po locie transkontynentalnym i ledwo żywa. To bardzo ciężka praca. Ale świetnie, że mogłam jej spróbować i wczuć się.

Widziałaś już efekt na ekranie. Jesteś zadowolona?

Byłam w szoku, bo uderzyło mnie, jak bardzo źle wyglądam. Występuję bez makijażu. Operator potraktował mnie dość brutalnie. Wymyśliłyśmy z charakteryzatorką, że zostawię sobie odrost. Byłam grubawa i nie przestawałam jeść, bo to pasowało do roli. I zrobiłam jeszcze jedno: w trakcie realizacji filmu nie oglądałam na bieżąco zdjęć. Żeby nie zastanawiać się, jak wyglądam, a skupiać się na emocjach, na tym, co mam załatwić tą rolą. Marysia mnie cudownie powściągała. Miałam do niej zaufanie. I szacunek za odwagę zrobienia filmu po hollywoodzku, z happy endem, bez polskiego jęczenia: jest źle, jest źle… Przesłanie odbija się też w kolorystyce. Marysia z Radkiem Ładczukiem, operatorem, wybrali takie lokalizacje, żeby był choć jeden barwny element: balkony w bloku albo klatka schodowa. Żeby był pozytyw, jakieś wyjście. Bo jakieś zawsze jest.

Zawsze je widziałaś w trakcie tych siedmiu chudych lat od dyplomu do momentu zaistnienia?

Sama się dziwię, że jakoś dałam sobie radę – może jestem trochę wariatką, nie wiem – bo mi się nic nie udawało. Zastanawiałam się, czy ja nie jestem powykręcana i przerażająca, tylko nikt mi tego nie mówi wprost. Albo że może niezdolna. I rozpaczliwie próbowałam zarabiać. Sprzedałam ilustracje do krzyżówek. Ale za grosze, nędza. Więc notorycznie miałam wizje siebie pod mostem albo na dworcu centralnym w kartonie. Dzisiaj myślę, że byłam trudna do obsadzenia. Był rozstrzał pomiędzy tym, jak byłam ironicznie nastawiona do życia i dojrzała jak na swój wiek, a tym, jak wyglądałam. Nie byłam też typem amantki ani postacią charakterystyczną.

A może zwyczajnie nie miałaś farta?

Faktycznie w naszym zawodzie z tym fartem jest afera.

Zdarza się w aktorstwie bycie urodzonym farciarzem? Nawet nieproporcjonalnie do talentu?

Tak, są tacy. Plus jeszcze jeden rodzaj – czyli ci, którzy potrafią sobie coś załatwić. Potrafią chodzić, prosić.

Jak to się załatwia? Pochlebstwami? Byciem osobą publiczną?

To też. Stąd trend zostania celebrytą. A jest też klasyczne wazeliniarstwo. Ale jak obserwujemy z kolegami, bycie „wkrętodupem” wychodzi wszystkimi porami skóry, toteż reżyserzy obsadzają takich w konkretnych rolach – śliskich postaci.

Masz przyjaciół w środowisku?

Większość moich znajomych to ludzie ze środowiska. Albo aktorzy, albo kostiumografowie. Mam też koleżanki aktorki. Czasem trudno się ucieszyć, że to koleżanka dostała rolę, kiedy u nas plaża. Ale tu szczęście mi dopisało, bo dajemy sobie z tym radę. Od podstawówki koleguję się z Magdą Stużyńską. Razem zdałyśmy do szkoły teatralnej. Nawet mieszkamy na jednej ulicy. I Magda zawsze mi kibicowała.

Magda Stużyńska, jak ją znam, jest osobą łagodną. Ale Kazia Szczuka, z którą też się przyjaźnisz, to urodzony wojownik. Gdzie ty się plasujesz między nimi dwiema?

Jestem i taka, i taka. Typowa schizofreniczka. Miła, łagodna, a potem budzi się we mnie furia.

Co doprowadza cię do furii?

Fałszywe oskarżenie. Proste chamstwo. Mam też na swoim koncie kilka naprawdę solidnych odpaleń po jakimś maczystowskim komplemencie. Na przykład typu: „No, nareszcie ładnie wyglądasz, powinnaś chodzić w sukienkach”.

Poczułaś się tym dotknięta?

Teraz nie umiałabym się czymś takim zdenerwować. Wiadomo, różne mamy dni. W każdym razie zawsze staram się pamiętać radę babci, żebym najpierw wzięła dwa głębokie oddechy. A babcia była totalnie waleczną postacią. Każde zdanie zaczynała od „nie”. „Babciu, dobra jest ta zupa?” „Nie, dobra”.

Mama też?

Wprost przeciwnie. Ale ta babcia to mama mojego ojca, którego ja zresztą nie znam. Ojciec rozwiódł się z mamą, zanim przyszłam na świat. I tak jak wcześniej mi to nie przeszkadzało, to w dorosłym życiu, kiedy miałam problemy ze sobą i zgłosiłam się do psychologa, problem zaistniał. Ty sobie nie wyobrażasz, co się dzieje z takim przeciętnym psychologiem, nie do końca zdolnym, nie do końca wnikliwym, kiedy na pytanie o ojca słyszy: „nie znam”. Uruchamia się zawsze ta sztanca, że wszystkie problemy są spowodowane przez to, że zabrakło w domu mężczyzny. „Pani ma traumę…” – słyszę niezmiennie. Pewnie taka sytuacja rzutuje na relacje. To, że nigdy nie miałam wzorca silnej postaci mężczyzny, bo wszyscy, którzy się przewijali przez dom, byli na drugim miejscu, na trzecim… Ale gdyby to wszystko było takie łatwe…

Ja miałam fantastycznego ojca, więc trudno mi znaleźć kogoś, kto by mu dorównał. Też kłopot.

A znam dziewczyny, które nie miały ojców, a założyły super rodziny. Tylko na ten argument słyszę od psychologów – „bo sobie rekompensują”. Tak jakby to było też coś złego.

Zniechęciłaś się do psychoterapii?

Na szczęście trafiłam na fajną, mądrą panią psycholog. Dosyć krótko trwały nasze spotkania. Pomogła mi rozwikłać różne rzeczy. I moment wahnięć, kiedy byłam w niezbyt dobrej kondycji, mam za sobą.

A wahnięcia związane były z pracą, z zawodem?

Nie, toksyczna love. Jezu! Jak ja bym z nim została, to bym już dawno w psychiatryku była! No ale nic. Udało mi się od tego odciąć. Liczę jeszcze, że coś ważnego się w życiu moim zdarzy…

I nie przeszkodzi temu fakt, że jesteś feministką?

Nie.

Czy to feminizm was łączy z Kazią?

I wspólne poczucie humoru.

Zasoby jadu, złośliwości?

Nie jestem takim mistrzem ciętej riposty jak Kazia.

Jeden dotnie słowem, drugi dotknie parodią.

Chyba że tak. Poznałyśmy się z Kazią, kiedy była gościem u Szymona. Od razu zgadałyśmy się w jakichś tam feministycznych wątkach, bo ja od samego początku, jak jest manifa, chodzę na nią. Potem bardzo nas śmieszyło, że niezależnie od siebie mamy takie same ciuchy, buty identyczne i płaszcze, które zresztą do tej pory nosimy. Ale ja feministką czuję się od urodzenia.

Co oznacza twój feminizm?

U nas cały czas pokutuje taka średniowieczna wizja, że feministka to kobieta, która nienawidzi mężczyzn, jest w stosunku do nich agresywna, poza tym ma nieogolone nogi, nosi się bardzo męsko, a do tego takie horrendum, że – jak niektórzy myślą – najprawdopodobniej jest lesbijką! A te dziewczyny walczą o bardzo potrzebne nam sprawy. Parytet jeszcze nie jest wywalczony. Mamy tylko 30 procent! A legalizacja aborcji – widzę, że wiele osób boi się wypowiedzieć taką kwestię: jestem za legalizacją aborcji. Bo nie wiedzą, że w krajach, gdzie to jest legalne, mają o wiele niższy procent zabiegów. Trzeba postawić na edukację seksualną. Jest strasznie dużo spraw, o które warto walczyć.

Wyobrażasz sobie świat rządzony przez kobiety? Przy tym naszym nieprzewidywalnym profilu hormonalnym?

Przecież mężczyźni też są strasznie histeryczni! Nawet częściej niż kobiety. Myślę, że oni są w stanie zrobić sobie niesamowite piekło. Zdeterminowani na sukces są jak rekiny. Jesteśmy siebie warci.

Będziesz o tym opowiadała jako stand-uperka? Już występowałaś w takiej formule z „Singielką z psem”.

To fajny sposób sprawdzenia siebie. Ale nie czuję tego. Nie lubię być sama na scenie, w garderobie, a potem schodzić za kulisy i nie mieć do kogo otworzyć ust. Marzę o sztuce dużoobsadowej. Jak w Teatrze Dramatycznym, kiedy grałam tam malutkie rólki zaraz po szkole teatralnej – 20 osób obsady i więcej. Tańce, śpiewy. Jezu, jak ja byłam zachwycona! To były cudowne wydarzenia towarzyskie. Co tam się działo za kulisami!

Przy programach Szymona chyba też nie narzekasz.

Oj, tam jest afera! Wiesz, jak się tak spełnię towarzysko w pracy, wieczorem mogę już być w domu sama. Wtedy nawet się cieszę, wstając o tej czwartej rano i jadąc na plan. Jakbym jechała na kolonie.

Jest ktoś, kogo byś nie sparodiowała?

Był pomysł, żebym przerobiła Krzysztofa Ibisza. Ale nie do przeskoczenia jest zrobienie faceta. Chciałabym sparodiować Małgorzatę Foremniak i Edytę Górniak, ale nie umiem. Nie jestem w stanie tego złapać. Karolina Korwin-Piotrowska jest bardzo fajna do sparodiowania. A też nie potrafię.

Jaki trzeba mieć stosunek do parodiowanego? Musi drażnić?

Albo śmieszyć. Krystyna Janda jest świetną aktorką. Jestem wielką jej admiratorką. Co nie przeszkadza mi widzieć w niej pewnej śmieszności. Takiej charakterystyczności, która dla niektórych może być drażniąca, a nawet nie do zniesienia.

Starasz się być na bieżąco z postacią?

Tak. Różne nowe rzeczy rzucają mi się w oczy. W Krystynie Jandzie dopiero chyba po pół roku załapałam, że jeszcze jest „sz” czy „rz”. Nigdy natomiast nie byłam zadowolona ze swojego „r” u Kazi Szczuki. Raz, po kilku dniach spędzonych z nią, było już prawie idealnie. Aż nasz wspólny kolega po występie powiedział mi: „Jezu, ja już zwariowałem. Zastanawiałem się naprawdę, czy to nie jest ona”. Byłam dumna.

A Kazia?

Śmieje się. I prosi: „Kasia, zrób mnie, pokaż!”.

Inni reagowali jakoś?

Kolega na wakacjach spotkał ojca Dody, który powiedział: „Pan jest od Majewskiego? Super! Super tam Dorotkę robicie, bardzo śmiesznie. Ona uwielbia. Tak się śmieje!”.

Bywasz zmęczona byciem parodystką?

Z powodu dziennikarzy, którzy wywiady zaczynali od: „jest pani kabareciarką oraz parodystką”. Do tej pory muszę tłumaczyć, że jestem aktorką. I czuję się zszokowana, jak ludzie wkładają mnie do jednego worka z kabaretowym przeglądem Dwójki. Natomiast środowisko dobrze przyjęło mnie i te moje parodie. Czułam pewnego rodzaju szacun.

W albumie „PIERwSI w Polsce” należałaś do najodważniejszych w odkrywaniu ciała. To wyraz tęsknoty, żeby wreszcie pokazać siebie? Wyjść zza tych parodiowanych postaci.

Nie. Ja po prostu jestem ekshibicjonistką. Odsłonięte ciało jest dla mnie bardzo naturalne. To było superfunem wyjść na ulicę i się rozebrać. Po prostu. Poza tym cel był sensowny.

Rysujesz jeszcze?

Rzadko.

Jesteś singielką z psem?

Trochę singielką, trochę nie. Singielką z pewną relacją, w której nie chcę pokładać nadziei, ale jest to przyjemne. Ale czy powinnam to mówić? Czy on czyta takie rzeczy? A jak ktoś mu przeczyta? Dobra. Singielka z pewną relacją.

Katarzyna Kwiatkowska aktorka teatralna i filmowa. W 1997 r. ukończyła warszawską akademię teatralną. Znana z parodii w programach Szymona Majewskiego, roli w serialu „Reguły gry”. Wystąpiła ostatnio w „Prawie Agaty” i „Dniu kobiet”.

?>