1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Mariusz Grzegorzek - Mariuszku jedziesz na maksa

Mariusz Grzegorzek - Mariuszku jedziesz na maksa

Za swoje autorskie filmy zdobył nagrody w Wenecji, Monachium i Oberhausen. Jednak miejscem, które sam nazywa domem, jest dla niego teatr. O skoku głową w dół z 10. piętra, czyli autoterapii przez sztukę, mówi jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, mistrz psychologicznej wiwisekcji– Mariusz Grzegorzek.

Chciałeś być malarzem. Nie dostałeś się na ASP. Porażka była sromotna – nie dopuścili cię nawet do egzaminów wstępnych. Jak dziś patrzysz na tamtego siebie?

– Dziś jako pedagog szkoły filmowej, który sam egzaminuje studentów, patrząc na chłopczyka, jakim byłem wtedy – nie przyjąłbym Grzegorzka.

Dlaczego?

– Bo byłem tak zamknięty, że chyba nie sposób byłoby ze mną pracować. Pozornie oczywiście nie byłem zamknięty. W Cieszynie, w którym się wychowałem, byłem duszą towarzystwa. Wewnętrznie jednak czułem się bardzo samotny. Rozpaczliwie szukałem powszechnej akceptacji. I jak to z kompleksem niższości bywa, dorobiłem sobie do niego ideologię: udowodnię sobie i światu, że jest inaczej. Stałem się swym własnym nastoletnim kreatorem. Byłem wymyślony. Jako młodzieniec ubierałem się więc wyłącznie na czarno, interesowało mnie wszystko, co związane ze śmiercią: Spoon River, Herzog, Kafka, Plath, Bachowskie Pasje, Joy Division.

Wszystko, co mroczne, straszne?

– Tak! Byłem czarnym mnichem życia i sztuki! Byłem dzieckiem nocy (śmiech i zmiana głosu na patetyczny), a my, dzieci nocy, nie lubimy słońca i fontann, które tak cieszą młodych. Dla nas kwiat jest piękny, tylko kiedy gnije na śmietniku!

Dziś to śmieszne, jako nastolatek nie miałeś świadomości śmierci, przemijania...

– To typowe, młodzi ludzie jeszcze zanim wejdą w życie, często odczuwają dziwne liźnięcie Czarnego, fascynację śmiercią, ale taką bombastyczną, infantylną... Stąd chyba wszystkie dzisiejsze triumfy popkultury typu Marilyn Manson. Ale rodzaj psychicznej nekrofilii jest mi bliski do dziś.

Miałeś być artystą malarzem, tymczasem jest rok 1983, brzydko, ponuro, a ty studiujesz teoretyczne eseje o malarzach renesansu...

– Historia sztuki w Krakowie to była męka.

Zwątpiłeś wtedy, że będziesz artystą?

– Nie. Kiedy kończyłem historię sztuki, zrozumiałem, że czeka mnie siedzenie w galerii albo mineralizacja w muzeum. Od dawna myślałem o szkole filmowej, ale... koszmarnie się jej bałem. Obawiałem się konfrontacji z rzeczywistością do tego stopnia, że bałem się nawet dowiedzieć, na czym polegają egzaminy.

I co?

– W pewnym momencie ten strach podziałał mobilizująco. Zrozumiałem, że jak się poddam, to koniec. Powiedziałem sobie: „Mariuszku, jedziesz na maksa”. Włączyłem totalne dopalanie grożące awarią organizmu, przyjechałem do Łodzi i dostałem się za pierwszym razem. Miałem szczęście.

Jakie było drugie dno determinacji? – Popadłem w euforię. Nareszcie mam glejt, że jestem artystą! Pokonałem ogromną konkurencję. Jestem intrygujący, niezwykły! Szybko okazało się jednak, że z tego, czym jest film, nie rozumiałem kompletnie nic. Ja, który do kina chodziłem pięć razy w tygodniu, byłem za kamerą bezradny. Chciałem, żeby świat telepatycznie wykonywał moje polecenia.

A świat nie chciał. – Kiedy usiłowałem tworzyć swoje „arcydzieła”, aktorzy nie wiedzieli, co grać, filmowe kadry same się jakoś nie chciały ustawiać, a ktoś wbijał gwoździe za ścianą, profanując ciszę nabożnego skupienia na planie... (śmiech). Aż nastąpił wybuch. Do dziś nie potrafię zrozumieć, co się wtedy ze mną stało. Pewnego dnia pokazałem swoją pracę na zajęciach Henryka Kluby i... okazało się, że jest zła.

...pobiłeś go?

– Położyłem się na podłodze w sali i dostałem zapaści. Po prostu przestałem się ruszać. W końcu podszedł do mnie profesor, zaczął mówić: „Mariusz, wstawaj, uspokój się”. A ja nic. Leżałem tak z pół godziny. Przychodzili ludzie, coś do mnie gadali, a ja, jak te różowe króliczki w reklamie, którym skończyły się baterie, po prostu wymiękłem.

To był moment wyjścia ze skóry „czarnego mnicha”?

– Zrozumiałem, że muszę dokonać jakiegoś egzorcyzmu na sobie. I wtedy nastąpił cudowny zbieg okoliczności – życie zetknęło mnie z Wojciechem Jerzym Hasem. Pod opieką Hasa robiło się 10-minutowy film na prawdziwej filmowej taśmie. To była wielka nobilitacja! A Has był jak ja duchowym nekrofilem, też był po stronie śmierci. Poczułem bratnią duszę – jemu mogłem zaproponować coś, na co inny profesor nigdy by nie poszedł. Postanowiłem więc wykonać akcję z cyklu „głową w dół z 10. piętra na mokrą szmatę” i zaproponowałem scenariusz „Krakatau”, a Has zaakceptował ten pomysł. W tym filmie po prostu zwymiotowałem to wszystko, co mnie truło.

 
Ten czarno-biały film na taśmie 8 mm, adramaturgiczny, trwa tylko 10 minut, a podchodziłam do niego dwa razy, bo obrazy w połączeniu z muzyką są tak toksyczne...

– Musiałem te toksyny z siebie wyrzucić. Dopiero potem mogłem nareszcie wchodzić w relację z innymi ludźmi, zacząć się uczyć.

Dostałeś za ten film mnóstwo nagród w kraju i za granicą.

– Stał się czymś bardzo ważnym, przełomowym, symbolicznym. Potem nazwaliśmy tak naszą firmę produkującą filmy.

No tak – Krakatau to wulkan, przez którego erupcję doszło do jednej z największych klęsk żywiołowych w dziejach ludzkości... Jak dziś na siebie patrzysz?

– Mam poczucie, że żyję ze zdjętą skórą. Mam totalną nadwrażliwość na wszystko. To powoduje, że 15 razy dziennie wpadam w jakąś czarną dziurę, rozpacz, rozpadam się. Już nauczyłem się z tym żyć. Na początku – w młodości, w dzieciństwie – próbowałem na tym budować jakąś swoją wyjątkowość, ale szybko zrozumiałem, że za taką nadwrażliwość płaci się straszną cenę. I tym nie ma się co przechwalać. Trzeba spolegliwie nauczyć się z tym żyć.

Jest was jednak dwóch – często mówisz o sobie z dystansem.

– Tak, jest nas dwóch. Jestem jednocześnie pacjentem i lekarzem, katem i ofiarą, kotem i psem, dzieckiem i starcem. I to jest stan dla reżysera w pewnym sensie błogosławiony. Ponieważ poruszanie się w strukturze plus i minus, nieustannym ścieraniu się racji stanowi o tym, że następuje przepływ witalnej energii.

A jak taka wrażliwość przekłada się na życie? Masz od lat jedną żonę, masz piękny dom, w którym teraz rozmawiamy, pełen przestrzeni, światła, bieli, błękitu, starannie dobranych mebli. Ta przestrzeń obrazuje harmonię.

– Moja żona Barbara jest niezwykłą istotą. Daje całej naszej rodzinie, czyli naszemu synowi Kubie, psu Duszce i kotu Florianowi, niezwykłe wsparcie, poczucie bezpieczeństwa. Bez niej na pewno nie poradziłbym sobie nie tylko ze swymi wewnętrznymi problemami, lecz także z okrutnym realem: urzędami, mandatami, zebraniami, szczepieniami. Od wielu lat Barbara zawiaduje naszą skromną firmą produkcyjną, dzięki czemu udaje nam się zachować resztki artystycznej niezależności. Zawsze istniała w nas potrzeba stworzenia azylu, przestrzeni uporządkowanej, w której można poczuć się naprawdę dobrze. Prawie wszystko, co znajduje się w tym domu, jest przez nas odnalezione jakby przy okazji, po drodze, przywiezione z podróży, zauważone na planie filmowym, podniesione z ziemi na spacerze. Każdy z tych obiektów ma swój wewnętrzny potencjał, kojarzy się z jakimś człowiekiem, ważnym przeżyciem. Jestem głęboko przekonany, że tworzą one rodzaj energetycznej bariery ochronnej dla naszej rodziny.

Czyli to badanie psychologii postaci w teatrze, pokazywanie ludzi szarpanych sprzecznościami, przenikania się okrucieństwa i miłości bierze się po prostu z próby radzenia sobie z samym sobą?

– Tak. To nie wynika z zainteresowania koncepcjami ludzkich osobowości, rozwojem nurtów psychologii, ale jest organiczną próbą odczytania i zrozumienia wszystkiego, co się ze mną i wokół mnie dzieje.

 
Nie wstydzisz się?

– Czego? Dla mnie umiejętność dotknięcia siebie jest wyrazem mocy. Nikt nie ucieknie od próby definiowania, kim jest; od świadomości tego, czym są relacje pierwotne – jakie doświadczenia wynosimy z domu. Jak ogromną mają moc, jak bardzo są konstruktywne i niszczycielskie zarazem.

Jeśli ktoś broni mi dostępu do siebie, jest opancerzony, to ja po pięciu minutach wymiękam i nie jestem w stanie prowadzić dialogu. Praca z aktorem jest właśnie jedną z niewielu płaszczyzn, gdzie ten kontakt jest najbardziej pierwotny, nieudawany. Oczywiście jeśli dochodzi do głębokiej relacji. Dlatego muszę pracować w teatrze. To lekarstwo i narkotyk. Leczy, ale także wyniszcza. Jeszcze nigdy nie miałem siły na więcej niż jedną premierę w sezonie.

A terapia jako taka? Psychologia?

– Myślę, że gdybym poszedł do psychologa, to on musiałby mi jeszcze dopłacić za to, czego się dowiedział (śmiech). Choć umiejętność diagnozowania rzadko jest równoważna z umiejętnością leczenia.

Tak dużo wiesz?

– O sobie na pewno (śmiech). Dobry reżyser jest zlewem na rzeczywistość. Na początku nie wybiera, nie wartościuje, skanuje, co się tylko da. Wierzę w to, co mieści się we mnie. Bardzo nie lubię opierać się na autorytetach. Jestem anarchistą. Wierzę w życie i jego nieobliczalność.

W końcu lat 90. byłeś współautorem „Okien”, jedynego chyba programu Telewizji Polskiej, który dotykał bardzo intymnie człowieka. Nie potrzebowałeś wiedzy psychologicznej?

– Nie. Interesowało mnie zrobienie w telewizji programu zaprzeczającego celom, którym telewizja służy. Życie spotkało mnie z Wojtkiem Eichelbergerem, który wydał mi się idealnym gospodarzem „Okien” – kimś w rodzaju pustynnego nomady, skrzyżowaniem dobrego Dziadka Mroza z mędrcem tybetańskim. Poczułem od razu, że on ma jakiś klucz do otwierania ludzi. I cudowną umiejętność rozmowy poza słowami. Ale w całej tej przygodzie postać mojej żony jest ważniejsza niż ja – bo to ona wkładała ogromną pracę w dobór gości, to ona z wielkim wyczuciem montowała te programy. A zły montaż potrafi zniszczyć najlepszą nawet rozmowę.

Jakie były założenia rozmów z gośćmi?

– Bardzo proste: szacunek dla rozmówcy. Czas i skupienie, opieka. Jeżeli ktoś po rozmowie miał poczucie dyskomfortu, to mimo że coś było w niej naszym zdaniem najciekawsze, wycinaliśmy to. Te programy były autoryzowane jak wywiady prasowe.

Dlaczego spośród wielu aktywności – robienia filmów, reklam, programów TV, teledysków, plakatów – w końcu wybrałeś teatr?

– Ciągnie mnie znów do kamery. Ale nie odejdę na zbyt długo od teatru, bo to on jest moim domem. To w nim znalazłem żywą wymianę z drugim człowiekiem. Tak trudno otrząsnąć się z toksycznego, plastikowego realu, głupoty i bylejakości, która zabija wszystko. Teatr to miejsce, które ofiarowało mi rzetelność i dyscyplinę wojskowego poligonu – tu praca jest najważniejsza. Ten poważny stosunek cudownie kontrastuje z mizerią teatralnej substancji. Teatr jest jak ćma, żyje tylko tu i teraz, przez chwilę. To przystaje do mojego przekonania – że nie chodzi o to, żeby zostawić coś po sobie na potem. Życie polega na tym, żeby być teraz. Ta zgrana do bólu konstatacja wyznacza jedno z najtrudniejszych życiowych zadań. MARIUSZ GRZEGORZEK ur. w 1962 r., reżyser filmowy, teatralny, telewizyjny, scenarzysta, profesor PWSFTViT w Łodzi. W zeszłym roku za spektakl „Blask życia” według Rebecki Gilman zdobył najwyższe wyróżnienie reżyserskie w Polsce– Laur Konrada na festiwalu Interpretacje w Katowicach. Pracuje głównie w Teatrze im. Jaracza w Łodzi z grupą wybranych, sprawdzonych aktorów. Jest autorem wszystkich plakatów teatralnych do swoich spektakli. Razem z żoną Barbarą prowadzi także prywatną firmę filmową Krakatau. Laureat nagród w Wenecji, Monachium, Cottbus i Gdyni za autorskie filmy „Krakatau” i „Robak” (można je zobaczyć na www.krakatau.pl).

Jedną z jego ulubionych dramaturżek jest Kanadyjka Judith Thompson, której teksty systematycznie wprowadza na polskie sceny. Ostatnio „Habitat” (2007), a wcześniej „Lwa na ulicy” (2006), który otrzymał trzy Złote Maski: za najlepsze przedstawienie, scenografię i reżyserię.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.