1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Premiery filmowe. „Agnieszka" z Karoliną Gorczycą

Premiery filmowe. „Agnieszka" z Karoliną Gorczycą

Agnieszka, fot.Alter Ego Picures
Agnieszka, fot.Alter Ego Picures
Zobacz galerię 5 Zdjęć
To opowieść o dziewczynie, która z ofiary staje się najprawdziwszą wojowniczką. W roli głównej zobaczymy Karolinę Gorczycę. „Agnieszka" w kinach od 30 października.

To opowieść o dziewczynie, która z ofiary staje się najprawdziwszą wojowniczką. W roli głównej zobaczymy Karolinę Gorczycę.  „Agnieszka" w kinach od 30 października.

Po pięciu latach więzienia Agnieszka wychodzi na wolność. Po krótkiej „podróży do przeszłości” z kilkoma banknotami i walizką wsiada do pierwszego autobusu za granicę. W ten sposób trafia Monachium. Tam poznaje Madame – dawną baletową diwę, teraz właścicielkę agencji towarzyskiej, w której Agnieszka wkrótce zaczyna pracować jako domina. Madame otacza ją szczególną uwagą, a z czasem zaczyna traktować niemal jak córkę. Dzięki szybko zarobionym pieniądzom dziewczyna powoli układa sobie życie w Niemczech. Sprawy komplikują się, kiedy zakochuje się w niej przypadkowo poznany nastolatek. Tą znajomością nie są zachwyceni ani rodzice Manuela ani Madame, która okazuje się chorobliwie zazdrosna o Agnieszkę.

Film został nagrodzony m.in. na Warszawskim Festiwalu Filmowym 2014 i na Camerimage 2014, a Karolina Gorczyca została kandydatką do Niemieckiej Nagrody Filmowej za Najlepsza Rolę Żeńską.  Aktorka opowiada o przygotowaniach do roli Agnieszki i o pracy na polsko-niemieckim planie.

W jaki sposób przygotowywałaś się do roli Agnieszki?

Wiele godzin i dni spędziłam w warszawskim więzieniu dla kobiet, żeby obserwować, jakich używają gestów, jak się porozumiewają – po to, by zrozumieć ich wzajemne relacje, strukturę ich hierarchii, sposób, w jaki mówią ich ręce, oczy i ciała. Miałam w tym ogromne wsparcie ze strony reżysera. Było dla mnie bardzo ważne, żeby poczuć, jak to jest być zamkniętą i zdaną tylko i wyłącznie na siebie. Zauważyłam, że wiele więźniarek porusza się bardzo powoli, dając jakby znać światu, że nie uczestniczą w tym, co na zewnątrz. To taki rodzaj wewnętrznego buntu przeciwko okolicznościom, w jakich się znalazły. Druga cecha charakterystyczna dotyczy wzajemnych spojrzeń. Ich oczy są jasne, szybkie, oceniają w sposób bardzo analityczny, cały czas kalkulują i obserwują otoczenie pod względem czającego się niebezpieczeństwa. Dodatkowo przed rozpoczęciem zdjęć do filmu, uczyłam się jednej ze sztuk walki – krav magi, aby porządnie przygotować się do aspektu fizycznego tej roli.

Twoje dialogi po niemiecku brzmią bardzo autentycznie. Czy to prawda, że zanim rozpoczęły się zdjęcia do filmu nie mówiłaś ani słowa po niemiecku?

To prawda, nie znam niemieckiego. To znaczy, nie znałam przed rozpoczęciem zdjęć w Monachium, no może poza kilkoma przekleństwami, których nauczyła mnie ekipa (śmiech). Ale oczywiście przygotowywałam swoje kwestie, szczególnie z uwzględnieniem akcentów - z trenerem. Na szczęście reżyser nie chciał, żebym mówiła całkiem bez akcentu, bo to nie pasowałoby do roli.

Co było w roli Agnieszki najtrudniejsze?

Co ciekawe, po przygotowaniach do zdjęć, wyrażanie buntu, gniewu, czy maniakalnej wręcz potrzeby sprawiedliwości wcale nie było najtrudniejsze, wbrew początkowym założeniom. W sumie nie miałam też problemów ze scenami „ballbustingu” (śmiech). Dużo trudniej było zagrać sceny z 16-letnim Manuelem - w wiarygodny sposób odegrać tą „siostrzaną” relację. Nasze sceny są napisane bardzo subtelnie, właściwie bez dialogów, liczą się gesty i spojrzenia. Próbowaliśmy zrównoważyć przyjaźń i miłość, pojawił się też między naszą dwójką problem odpowiedzialności Agnieszki za Manuela, bo ona chce po prostu wyłączyć go ze swojego brutalnego świata.

Jak przebiegała współpraca z niemieckimi aktorami? Zauważyłaś jakieś różnice?

Współpracowało nam się naprawdę świetnie, na przykład bardzo dużo nauczyłam się też od Hildegard Schmahl, bardzo jestem jej za to wdzięczna. Współpraca z Lorenzo, który gra Manuela, przebiegała w bardzo profesjonalny sposób. Oczywiście poza całą naszą komunikacją z użyciem języka ciała i angielskiego, bardzo chciałam też podszkolić swój niemiecki, więc prowadziliśmy ożywione dyskusje do rana (śmiech). W sumie, nasza niemiecko – polska ekipa była po prostu wspaniała. Staliśmy się dużą rodziną, która cały czas sobie nawzajem pomagała.

na podst. mat. pras. Alter Ego Pictures 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Pechowi szczęściarze" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ciekawy czas. Kina nieśmiało się otwierają, a w nich oglądać można pierwsze kinowe premiery, które zawieszono z powodu pandemii. Jednocześnie część nowych filmów pojawiło się najpierw w sieci, a teraz zadebiutowały także w salach kinowych, dając widzom możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu ekran-kanapa. Jeszcze inne tytuły w ogóle nie będą w dystrybucji kinowej, możemy je zobaczyć tylko online. To od nas zależy, którą opcję wybierzemy. Tak czy inaczej, jest w czym wybierać.

"Pechowi szczęściarze"

Pamiętacie „Dzikie historie”? Głośny argentyńsko-hiszpański film sprzed paru lat, zbiór kilku historii, których bohaterowie z różnych powodów tracą w końcu cierpliwość i dostają spektakularnych ataków szału? Wspominam o nim nie tylko dlatego, że w realizację „Pechowych szczęściarzy” zaangażowani byli ci sami producenci i odtwórca jednej z głównych ról Ricardo Darín. Filmy łączy też, a może przede wszystkim to, że i w jednym i drugim przypadku oglądając niesprawiedliwość, jaka dotyka bohaterów, myślimy sobie: „Dość! Tego już za wiele!”. Dokładnie to samo myślą bohaterowie. Akcja „Pechowych szczęściarzy” rozgrywa się w szczególnym dla Argentyny momencie, w roku 2001, kiedy rozpętał się gigantyczny kryzys, a ludzie z dnia na dzień tracili majątki. Oglądamy dość cudaczną grupę wspólników, idealistów – w większości nie najmłodszych i bez wyjątku lekko zwariowanych. Chcą w swoim miasteczku reaktywować spółdzielnię rolniczą i w tym celu inwestują oszczędności całego życia. Suma jest dość wysoka, tymczasem dyrektor miejscowego banku nagle upiera się, żeby z depozytu niezwłocznie wpłacić ją na konto. Jest dzień przed wybuchem kryzysu, a nasi poczciwi idealiści nie mają pojęcia, że świadomy, co się wydarzy dyrektor właśnie dokonuje wielkiego przekrętu, okradając swoich klientów. Oszukani prawdopodobnie pogodziliby się ze stratą – można by o nich powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są przebojowi – tyle że dochodzi do zdarzenia, które przelewa czarę goryczy. I oni, i my, widzowie wiemy, że to najwyższy czas, żeby zawalczyć i odebrać co swoje. Tę ciepłą familijną komedię ogląda się przyjemnie i z satysfakcją, że zwykłe szaraki ogrywają krwiożerczą finansową elitę. A czy wszystko pójdzie z planem, to już osobna historia.

„Pechowi szczęściarze” do obejrzenia w kinach oraz na: vod.pl, Player+, Cineman, Chili, Ipla.

'Pechowi szczęściarze' (Fot. materiały prasowe) \"Pechowi szczęściarze\" (Fot. materiały prasowe)

"Nasz czas"

I znowu obraz z Ameryki Łacińskiej. Za to skrajnie różny. „Nasz czas” to kino artystyczne. Wielkie kino – także jeśli chodzi o rozmach i długość, bo ten obraz Carlosa Reygadasa trwa prawie 3 godziny. Meksykański reżyser słynie z oryginalnego podejścia do materii filmowej. W „Naszym czasie” w głównych rolach obsadził siebie, swoją życiową partnerkę montażystkę Natalię López, a także trójkę ich dzieci. Po części więc grają siebie – rodzinę. Już samo to sprawia, że ich losy ogląda się inaczej (nawet jeśli w wywiadach reżyser odpiera zarzuty o twórczy ekshibicjonizm). Sama opowieść dotyka bardzo intymnych kwestii. Film rozpoczyna się od sielskich scen. Środek lata, dzieciaki bawiące się beztrosko pod gołym niebem. A obok młodzież, w trudniejszym wieku, ale w sumie nadal niewinna w porównaniu z dorosłymi, robiąca więcej hałasu niż rzeczywistej szkody.  Wszystko to w niezwykłych meksykańskich krajobrazach, popękana brunatna ziemia kontrastuje tu z bujną zielenią. Jest tłoczno, bo na rozległą farmę pary głównych bohaterów przyjechali całymi rodzinami goście. Dość szybko orientujemy się, że filmowi małżonkowie Esther i Juan są w trudnym dla nich momencie. Że z jednej strony są parą doskonałą, którą wiele łączy i która nadal jest ze sobą bardzo blisko, z drugiej – coraz bardziej między nimi zgrzyta. Do tego stopnia, że trudno już powiedzieć, co jest istotą, podstawą i celem ich bycia razem. Więzy rodzinne, poczucie bezpieczeństwa, namiętność, zazdrość, kwestia niezależności, związek otwarty, kontrolowana zdrada – o tym wszystkim Reygadas opowiada bardzo sugestywnie. W tej historii z początku roi się od ludzi, ale z biegiem czasu staje się ona coraz bardziej kameralna. W pewnym momencie przed kamerą zostaje tylko filmowa para, tak jak i w życiu w obliczu kryzysu w związku perspektywa zawęża się tylko do tych, którzy o niego walczą. Reygadas po raz kolejny potwierdza swój wybitny talent. Z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że zobaczyło się coś więcej, bliżej, prawdziwiej niż zazwyczaj ogląda się na ekranie.

„Nasz czas” do obejrzenia w kinach.

'Nasz czas' (Fot. materiały prasowe) \"Nasz czas\" (Fot. materiały prasowe)

"Córka boga"

Spore zaskoczenie, bo „Córka boga” [w oryginale „The other lamb” – przyp. aut] Małgorzaty Szumowskiej miała trafić do kin po pandemii, ale po drodze nieoczekiwanie trafiła na platformę Netflix. To zresztą jeden z aż trzech filmów, jakie ceniona na świecie polska reżyserka (znana dotąd z tak głośnych nagradzanych tytułów jak „Body/Ciało”, „W imię” czy „33 sceny z życia) nakręciła w ostatnim czasie. Pierwszy w pełni anglojęzyczny w jej dorobku. „Córkę boga” nierzadko klasyfikuje się jako thriller albo nawet horror. Czy to trafna diagnoza, ocenić można dopiero wtedy, kiedy obejrzy się film do końca. A i tu, mogę się założyć, opinie i oceny będą różne.

O czym opowiada Szumowska? O Selah, nastolatce, która wychowuje się w religijnej sekcie. Mieszka z innymi głęboko w lesie, wśród dziewiczej przyrody. Sekta to w sumie kilkanaście kobiet, ich córki (czerwienie i błękity ubrań od razu przywodzą na myśl estetykę serialu „Opowieść podręcznej”) i jedyny mężczyzna, ich przywódca, którego wszystkie nazywają „pasterzem” i są mu bezwzględnie posłuszne. Niby żyją razem w harmonii, ale coraz dojrzalsza i bystrzejsza Selah zaczyna inaczej spoglądać na ich wspólnotę i panujące w niej zasady. Selah również jest oddaną wyznawczynią „pasterza”, a jednak jest w niej coś, z początku ledwo zauważalnego, a ze sceny na scenę coraz wyraźniejszego, co różni ją od reszty otaczających ją kobiet. Jedna z nich, czarna owca skazana na odosobnienie i niełaskę przywódcy, dostrzega to i z podziwem nazywa „siłą”. Czy ma rację? I czy ta trudna do uchwycenia cecha pomoże Selah czy przeciwnie, doprowadzi ją do zguby? Reżyserka trzyma nas w niepewności niemal do samego końca, a po drodze roztacza przed nami piękną wizualnie, mroczną baśń. Żeby nie zepsuć nikomu efektu, mogę jedynie zdradzić, że Szumowska nie straszy nas na darmo, że każda scena, motyw, wątek ma tu swoje rozwiązanie i że na koniec rozrzucone puzzle układają się w spójną, przekonującą całość. A także, że ta niby baśniowa opowieść okazuje się bardziej prawdziwa i dotykająca naszego życia niż mogłoby się wydawać.

„Córka boga” do obejrzenia na platformie Netflix.

'Córka boga' (Fot. materiały prasowe) \"Córka boga\" (Fot. materiały prasowe)

"Obrazy bez autora"

Niemcy, chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Główny bohater „Obrazów bez autora”, na razie jeszcze mały chłopiec, idzie z ciotką do galerii na wystawę malarstwa. Świetnego, ale wtedy już zakazanego, w odróżnieniu od jedynych słusznych prac wychwalających narodowy socjalizm. Przewodnik z zapałem opowiada o „moralnej zgniliźnie” twórców wystawianych ku przestrodze dzieł, ale Kurt z prześliczną młodziutką Elisabeth są zafascynowani. Chłopiec uwielbia z nią przebywać. Zresztą nie tylko on, ze swoim urokiem, świeżością i miłością do pięknych dźwięków (sama gra na pianinie) Elisabeth potrafi zjednywać sobie ludzi. Na przykład przekonać odpoczywających w zajezdni autobusowej kierowców, żeby odłożyli kanapki i specjalnie dla niej wszyscy naraz włączyli klaksony tworząc niezwykłą polifonię. Ciotka uczy małego Kurta uważnego spojrzenia na świat, zachwytu nad nim. Problem w tym, że zaraz zacznie się wojna i dla takich osób jak ona nie będzie już miejsca. Nadwrażliwa Elisabeth trafi do szpitala dla obłąkanych, a naziści postąpią z nią tak, jak z większością pacjentów zamkniętych ośrodków. Po jej śmierci chłopak będzie dorastał z obrazem ciotki w sercu. Zwłaszcza, że odziedziczył po niej szczególną wrażliwość i także jest wybitnie utalentowany, tyle że plastycznie. Kiedy trafi na ASP we wschodnim Berlinie, szybko stanie się tamtejszą gwiazdą. W filmie śledzimy jego dalsze losy – pierwszą miłość, małżeństwo, wspólną ucieczkę za zachodnią granicę. To ciężka próba dla kogoś, kto do tej pory malował świetnie, ale głównie na zamówienie partii. Teraz Kurt ma całkowitą wolność twórczą. Zmierzenie się z nią okazuje się równie trudne, co mierzenie się z demonami przeszłości. Nawet nieświadome, bo tylko widz, w odróżnieniu od głównego bohatera, wie, że ukochana żona to ogniwo łączące Kurta ze zmarłą ciotką. Mroczne rodzinne tajemnice, a w tle burzliwa historia kraju. Film „Obrazy bez autora”, inspirowany biografią słynnego niemieckiego malarza Gercharda Richtera, jest jak dobre czytadło. Wciąga bez reszty.

„Obrazy bez autora” do obejrzenia w kinach.

'Obrazy bez autora' (Fot. materiały prasowe) \"Obrazy bez autora\" (Fot. materiały prasowe)

 "Moja mała Zoe"

Julie Delpy dała się poznać najpierw jako świetna aktorka, potem równie uzdolniona scenarzystka, wreszcie reżyserka. Jej najnowszy film „Moja mała Zoe”, w którym łączy wszystkie swoje talenty, właściwie mógł być jej debiutem reżyserkim. Bo zalążek pomysłu na scenariusz zrodził się prawie 30 lat temu. I tu, uwaga, pojawia się wątek polski: Delpy grała wtedy u Krzysztofa Kieślowskiego w trylogii „Trzy kolory”. Po zdjęciach sporo i szczerze z Kieślowskim rozmawiali, a dziś Francuzka mówi, że to on jest duchowym patronem „Mojej małej Zoe”, nawet jeśli sama historia jest „bardzo jej”, że to najbardziej osobisty film w jej dorobku. Mówi też, że nakręciła go, bo sama odkryła, jak trudnym wyzwaniem jest macierzyństwo, jak potężny jest codzienny lęk o własne dziecko. „Moja mała Zoe” może wzbudzać kontrowersje, bo zadaje trudne pytania. Ale to także po prostu dobre kino obyczajowe. Ze świetnie, jak to u Delpy, poprowadzonymi dialogami między parą Isabelle i Jamesem. Są w separacji, dzielą się naprzemiennie opieką nad ich kilkuletnią córką Zoe. Starają się odkładać emocje i urażoną dumę na bok dla dobra dziecka, ale różnie im to wychodzi. I kiedy wydaje się, że film opowiada właśnie o tym, czy dwoje skonfliktowanych ze sobą ludzi jest w stanie pogodzić się dla córki, następuje zwrot akcji. Wydarza się coś, co wstrząsa ich i tak nie najłatwiejszym układem. Zoe trafia do szpitala w ciężkim stanie, nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. A Isabelle, na co dzień pracująca jako genetyczka, gotowa jest zrobić wszystko, żeby córkę odzyskać. To ten moment, kiedy pojawiają się najtrudniejsze pytania, przywodzące na myśl kino Kieślowskiego. Jak nowoczesna nauka ma się do moralności? Gdzie są granice etyczne, których przekraczać nie wolno? Czy miłość wszystko usprawiedliwia? Film odpowiada na nie w taki sposób, że nie pozostawia widza obojętnym. Można do decyzji głównej bohaterki podejść ze zrozumieniem albo zupełnie się z nią nie zgadzać. Delpy daje nam do tego prawo, ale też robi – trzeba przyznać – wszystko, żebyśmy przynajmniej zrozumieli, co kieruje jej bohaterką, a zrozumieć to w przypadku tak drażliwych kwestii, bardzo wiele.

„Moja mała Zoe” do obejrzenia na: vod.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

'Moja mała Zoe' (Fot. materiały prasowe) \"Moja mała Zoe\" (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

https://www.youtube.com/watch?v=xJyZZ46YMEg

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.

 

  1. Kultura

Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas w filmie
Antonio Banderas w filmie "Ból i blask" (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bardzo dawno nie widzieliście go w takiej roli. Dalekiej od jego najpopularniejszych hollywoodzkich filmów. Antonio Banderas znowu zagrał u Pedra Almodóvara, tym razem w „Bólu i blasku”, którego scenariusz oparty jest na autobiograficznych doświadczeniach słynnego hiszpańskiego reżysera.

Pedro Almodóvar mówi, że nie widzi granicy między życiem prywatnym a zawodowym. Z tobą jest podobnie? Miałem takie momenty, kiedy aktorstwo stawiałem ponad wszystko. Apogeum nastąpiło, właśnie kiedy pracowałem z Pedrem. To było na przełomie lat 80. i 90., kręciliśmy wtedy razem „Matadora”, „Prawo pożądania”, „Kobiety na skraju załamania nerwowego” i „Zwiąż mnie”. Czas kompletnego zatracenia. Ani Pedro, ani ja nie widzieliśmy świata poza pracą. Kiedy na premierze oglądaliśmy gotowy film, nie zdążaliśmy się nim nawet nacieszyć, bo już pojawiał się pomysł na kolejny projekt. Kino nas napędzało.

Co się zmieniło? Nasze kontakty się rozluźniły, kiedy wyjechałem do Hollywood.

To wtedy życie wzięło górę nad kinem? Nie, wtedy jeszcze nie. Stany nie stłumiły we mnie pasji. Tak naprawdę wyraźną granicę nauczyłem się stawiać stosunkowo niedawno. Dziś wiem, kiedy mój związek z aktorstwem zagraża związkom z bliskimi. Umiem znaleźć równowagę. Mam wreszcie świadomość, że świat się nie skończy, jeśli powiem, że nie mogę nakręcić kolejnego dubla, bo jestem umówiony na spotkanie z córką.

Żałujesz, że wcześniej nie było cię stać na takie rozgraniczenie? Czy jednak z sentymentem wspominasz szalone lata z Almodóvarem? Takich jak Pedro i ja było więcej. Żyliśmy jak prawdziwa bohema. Piliśmy whisky, paliliśmy papierosa za papierosem, nieustannie rozmawialiśmy o sztuce, o Hiszpanii, o przeszłości i przyszłości. Zastanawialiśmy się nad definicją artysty, szukaliśmy pomysłów na nowe rozwiązania fabularne, kłóciliśmy się, czy kino ma moc zmieniania świata. To był piękny okres dojrzewania naszej generacji. Wtedy praktycznie codziennie czułem, że się intelektualnie rozwijam. Miałem to szczęście, że dorastałem w Maladze.

Co zawdzięczasz swojemu rodzinnemu miastu? Pierwszy raz dotarło do mnie, czym jest potęga sztuki, kiedy miałem pięć lat. Doskonale pamiętam dzień, w którym mama odprowadzała mnie do szkoły przez Plaza de la Merced. Powiedziała wtedy z dumą: „Tutaj urodził się Pablo Picasso”. Od tamtej pory dzień w dzień mi o tym przypominała. Wtedy myślałem, że bycie artystą to największy zaszczyt, jakiego można w życiu dostąpić. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w mojej rodzinnej Maladze to jedyny człowiek, który zrobił międzynarodową karierę i to dlatego jest tak hołubiony, a nie dlatego, że wybrał drogę sztuki [śmiech].

A jaka była Malaga twojego dzieciństwa? W czasie reżimu Franco uciekali tu poeci, reżyserzy, malarze i literaci. Znajdowali w miarę bezpieczne schronienie. Był moment, że mieliśmy u siebie cały tabun sławnych ludzi, ale wśród nich nie było rodowitych mieszkańców Malagi. Wtedy jeszcze głośniej chwaliliśmy się Picassem. Pamiętam z dzieciństwa, że rodzice powtarzali swoim dzieciom: „On tak jak ty miał dwie ręce i dwie nogi i patrz, co osiągnął! Ty też możesz!”.

Twoi też ci to powtarzali? Mama bardzo często mówiła: „Zobaczysz, pewnego dnia będziesz Picassem!”. I wywróżyła mi to, bo rzeczywiście tak się stało – zagrałem go w serialu National Geographic „Geniusz: Picasso” [śmiech].

Ciekawe, czy teraz w Maladze rodzice mówią dzieciom, że mogą osiągnąć tyle co ty. Mówią [śmiech]. Od moich młodych fanów wiem, że powtarzano im w dzieciństwie:„Banderas mógł, to ty też możesz”. I dziękują mi, bo te słowa umocniły ich wiarę w siebie i popchnęły do działania. Tak, wiem, pewnie myślisz, że się przechwalam, ale chodzi mi o co innego. Rozpiera mnie duma, że moje nazwisko pada w momentach, w których zachęca się młodych ludzi, żeby wyszli z życiowego marazmu. Zbyt wiele razy słyszałem zdania typu: „W Ameryce mają łatwiej. A co my tutaj, w tej zabitej dechami dziurze możemy?”. No więc służę przykładem, że możemy, i to sporo.

Mama musiała być zachwycona rolą Picassa. Niestety, nie zdążyła zobaczyć efektu, zmarła w trakcie zdjęć, w listopadzie 2017 roku. Miała 84 lata. Ojca straciłem w 2008 roku, też dożył sędziwego wieku, 87 lat. Ale serial oglądał mój brat i był tą produkcją zachwycony.

No, to może czas na rolę Salvadora Dalego, drugą ikonę hiszpańskiej sztuki? Co do Dalego, doskonale pamiętam, kiedy w 1984 roku zabrało go pogotowie. Do szpitala natychmiast zjechały media – to był już czas relacji reporterskich z bezpośrednich miejsc wydarzeń. Jeden z kanałów wyemitował materiał, w którym Dali patrzy prosto w kamerę i krzyczy tak głośno, że aż drżą mu wąsy: „Viva, España! Viva, arte!”, po czym traci pewność siebie i dodaje o wiele ciszej: „Geniusze nie powinni umierać. Prawdziwi artyści powinni żyć wiecznie”. Byłem wtedy przed trzydziestką, a te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie potrafiłem się po tym materiale otrząsnąć. Jedyne, nad czym myślałem przez następne kilka dni, to niesprawiedliwość świata, który genialnym artystom, jak Dali właśnie, każe odchodzić tak samo jak zwykłym śmiertelnikom. W głowie mi się to nie mieściło. Dziś na przemijanie, także geniuszy, patrzę zupełnie inaczej.

Jak? Nie mam już nic przeciwko śmierci, bo jej sprawiedliwość polega na tym, że jest jedyną pewną rzeczą w życiu. Na pewno mam na przemijanie większą zgodę, podobnie jak mój bohater w „Bólu i blasku”. Jednak mimo że tyle nas łączy, nie wolno mi było do filmu ani do roli wnosić zbyt dużo z siebie.

Jak wyglądało to spotkanie po latach?  Zdążyliście się z Almodóvarem za sobą stęsknić? Wcześniej była jeszcze przecież „Skóra, w której żyję” w 2011 roku. Wtedy, po dwóch dekadach przerwy, kiedy Pedro zadzwonił do mnie i zaproponował mi udział w „Skórze...”, jechałem na spotkanie z nim na łeb na szyję. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokażę mu wszystko, czego się przez ten czas nauczyłem. I kiedy tylko go zobaczyłem, zacząłem się popisywać, jak potrafię modulować głos, jak teraz wyrażam siebie.

Co on na to? Popatrzył na mnie srogim wzrokiem i powiedział, że gówno go obchodzi, jak wyszkoliło mnie Hollywood. On chce Banderasa z Malagi. Dlatego teraz, jak tylko pojawiła się propozycja współpracy przy „Bólu i blasku”, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić, żeby w jakikolwiek sposób kojarzyć się publiczności z facetem, który zagrał Zorro, El Mariachi czy wampira Armanda w „Wywiadzie z wampirem”. Musiałem odkryć przed widzem wrażliwość, emocje, znaleźć zupełnie inne środki, żeby wydobyć męskość swojej postaci. Byłem ciekawy, jak Pedro chce to ze mnie wydobyć. Na plan jechałem jak żołnierz gotowy wykonać każde polecenie. Wspaniałe wyzwanie!

Poradziłeś sobie z nim świetnie, czego dowodem jest choćby nagroda za tę właśnie rolę w Cannes, gdzie, swoją drogą, chyba najbardziej dyskutowaną sceną festiwalu był twój pocałunek z Leonardem Sbaraglią. To kolejny raz, kiedy całowałem się z mężczyzną u Almodóvara. Pierwszy pojawił się w filmie „Prawo pożądania” z 1987 roku i wywołał niesamowitą wrzawę w Hiszpanii. Przy okazji uświadomiłem sobie, że publiczność często nie potrafi oddzielić bohatera od tego, kto się w niego wciela. Moja mama też miała z tą sceną problem, ale zapytałem ją wtedy, co jest gorsze: to, że pocałowałem mężczyznę, czy to, że zabiłem kogoś i nie zostałem ukarany, co miało miejsce w innych moich filmach [śmiech]. Sam nigdy nie miałem z podobnymi scenami najmniejszego problemu, głównie dzięki mojemu profesorowi z Argentyny.

Czego cię nauczył? Że uprzedzenia i moralność, które w sobie noszę, muszę codziennie przed wejściem na plan albo na deski teatru zdejmować z siebie jak płaszcz. Z Almodóvarem zawsze właśnie tak się pracuje. Jego filmy opowiadają zbyt istotne historie, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to, czego Pedro wymaga, może być dla mnie szkodliwe.

A jednak od lat 90. grałeś głównie twardzieli z giwerą w ręku. Czy rola geja nie koliduje z tym wizerunkiem? Zwłaszcza w Hiszpanii, gdzie kult macho wciąż jest przecież żywy. Ja sam doskonale wiem, kim jestem. Jestem pewny swojej seksualności, nie musze się o nią w żaden sposób obawiać czy czegoś udowadniać. W „Bólu i blasku” jest scena, która wzruszyła mnie do łez. To moment, kiedy mój bohater spotyka swojego byłego kochanka Federico, w którym był bez pamięci zakochany. Nadal zresztą coś do niego czuje. Federico ustami Leonarda Sbaraglii mówi mi, że mieszka teraz w Argentynie, gdzie ma żonę i dwójkę dzieci. Na planie, kiedy tę scenę kręciliśmy, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Waga tych słów była tak wielka, że łzy w jedną sekundę napłynęły mi do oczu, chociaż scenariusz wcale tego nie zakładał. Byłem przekonany, że Pedro przerwie ujęcie, ale tego nie zrobił, a ja nie wiedziałem, jak się opanować. To jest moment filmu, o którym powinno dyskutować Cannes i nie tylko.

Po czymś takim otrzepujesz się, schodzisz z planu i zapominasz? Nie zawsze tak to działa. Czasami robię nawet coś, czego aktor zdecydowanie nie powinien robić: bronię swoich bohaterów w życiu prywatnym. Zwłaszcza jeśli tak jak Salvador stają się dla mnie ważni. Po prostu nie ma we mnie zgody na ludzką krzywdę. Kiedy moi bohaterowie cierpią, cierpię razem z nimi, przejmuję się, choć wiem, że mi nie wolno, bo stąd już prosta droga do szaleństwa. Może byłbym lepszym aktorem, gdybym im nie współczuł. Ale czy byłbym lepszym człowiekiem? Niech zostanie tak, jak jest.

  1. Kultura

Cate Blanchett w ekranizacji światowego bestsellera "Gdzie jesteś, Bernadette?"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Gdzie jesteś, Bernadette?" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Marii Semple "Gdzie jesteś, Bernadette?" to pełna humoru opowieść o współczesnej amerykańskiej rodzinie i kręgach artystyczno-biznesowych, która bawi i wzrusza od pierwszej do ostatniej minuty. Komediodramat w reżyserii Richarda Linklatera trafi do kin 16 sierpnia, a w roli tytułowej Bernadette zobaczymy podwójną zdobywczynię Oscara, Cate Blanchett. 

Powieść Marii Semple stała się prawdziwym światowym hitem. "Gdzie jesteś, Bernadette?" przez rok figurowała na szczycie listy najlepiej sprzedających się książek "New York Timesa", zebrała ogrom pozytywnych recenzji i rozbawiła tysiące czytelników na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że film powtórzy sukces książki i przyciągnie do kin wielu widzów.

Tytułowa Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża (Billy Crudup) oraz wspaniałą córkę, piętnastoletnią Bee (Emma Nelson), dla której jest najlepszą przyjaciółką. Kobieta nie cieszy się jednak dobrą reputacją, a najbliżsi z jej otoczenia uważają, że przynosi hańbę całemu miastu. Jest ekscentryczna, neurotyczna, nieprzyjemna, zgryźliwa i cierpi na lęk przed otwartą przestrzenią. Mimo to, uważana jest w kręgach designu za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury. Pewnego deszczowego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Jej córka, która postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć, stopniowo odkrywa zaskakujące fakty z życia swojej matki. Zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

Zobacz zwiastun:

https://www.youtube.com/watch?v=XR2nuAjsQBM

  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

 Carlos Ruiz Zafón.
Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. \"Miasto z mgły\", Wydawnictwo: MUZA S.A.