1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Strefa interesów” z Oscarem dla najlepszego filmu międzynarodowego. To film, który pokazuje ludzką twarz największych zbrodniarzy wojennych

„Strefa interesów” z Oscarem dla najlepszego filmu międzynarodowego. To film, który pokazuje ludzką twarz największych zbrodniarzy wojennych

Sandra Hüller w filmie „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Sandra Hüller w filmie „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
„Strefa interesów” zdobywa Oscara za najlepszy film międzynarodowy. Czy ten film to arcydzieło? Bez dwóch zdań. Produkcja Jonathana Glazera to obraz, który właśnie na stałe zapisuje się w historii kina.

„Strefa interesów” zdobywa Oscara w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”

Można powiedzieć, że to kolejna próba dotknięcia tematu Holokaustu, zbrodni nazistowskich i banalności zła. Opowiada w końcu o codziennym życiu komendanta Rudolfa Hössa, jego żony Hedwig i piątki ich dzieci mieszkających tuż przy murze obozu w Auschwitz. Z pewnością będzie zestawiany obok takich dzieł, jak „Życie jest piękne”, „Lektor” czy „Lista Schindlera” z jednej strony, a „Shoah” czy „Syn Szawła” z drugiej (swoją drogą, treściowo i w warstwie emocji jest wręcz rewersem tego ostatniego). Najnowszy film Glazera jest jednak na tyle osobny, oryginalny i intrygujący, że na tej półce będzie musiał stać w osobnej przegródce, a może nawet specjalnej gablotce.

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Zacznijmy od tego, że jest świetnie udokumentowany. Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, opowiadał niedawno „Gazecie Wyborczej”, że był pod ogromnym wrażeniem tego, jak drobiazgowe były badania i konsultacje ekipy Glazera, która w ich archiwum spędziła tygodnie. Dzięki zdjęciom z albumu rodzinnego jednego z wnuków Hössa, który przekazał je muzeum, udało się odtworzyć choćby scenę letniej zabawy w ogrodowym basenie. Całość była filmowana wprawdzie w wilii sąsiadującej z tą zajmowaną przez rodzinę Hössów, ale już jej wnętrze zrekonstruowano w najdrobniejszych szczegółach. No i jak była filmowana! Operator Łukasz Żal poukrywał przed aktorami kamery, tak że mamy wrażenie, jakbyśmy naprawdę podglądali czyjeś życie przez dziurkę od klucza. Dużo jest tu scen, w których ktoś po prostu przechodzi przez korytarz, kolejno zamykając i otwierając przed sobą drzwi.

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W innych służba Hössów przygotowuje obiad, czyści buty czy przeszywa ubrania, sam Rudolf czyta dzieciom bajkę na dobranoc, a pies – prywatnie suczka należąca do grającej Hedwig Sandry Hüller – przeszkadza wszystkim domownikom, domagając się smaczków. Jedni powiedzą – sielanka, inni – nuda. A jednak oglądamy te migawki z codzienności w napięciu i oczekiwaniu na to, co się za chwilę pojawi. Przecież – na Boga – kilka metrów dalej dzieje się największa zbrodnia w historii ludzkości!

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

I tu objawia się geniusz Glazera, który cały horror wojny, a właściwie ludobójstwa na masową skalę, postanowił zawrzeć jedynie w warstwie dźwiękowej. Owszem, widzimy (i to nie tylko my) łunę światła unoszącą się nad pracującymi całą noc piecami krematoryjnymi czy też pojawiających się w domu Hössów oficerów, zauważamy wspomniany mur obozu, ale ani razu nie pojawia się obraz, który dobrze znamy z dotychczasowych filmów „obozowych”. Za to słyszymy wystrzały i krzyki – zarówno esesmanów, jak i więźniów. Czasem wśród dobiegających z daleka dźwięków rozróżnimy płacz dziecka, zawodzenie kobiety czy jakiś mechaniczny odgłos, najpewniej zasuwy otwierającej wagon pociągu. W końcu dobrze umiemy w wyobraźni dopasować do nich warstwę wizualną. Bo wiemy, co się działo w Auschwitz.

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Całości dopełniają niepokojące, przeszywające dźwięki, będące dziełem kompozytorki Miki Levi i montażysty dźwięku Jonniego Bruna. To one otwierają i zamykają cały film, one też wypełniają sekwencje przecinające główną narrację, w których widzimy w negatywie dziewczynkę, prawdopodobnie jedną z ocalałych. Nie da się tych dźwięków zapomnieć. Podobnie jak nigdy nie zapomnimy zdjęć i materiałów filmowych dokumentujących grozę Holokaustu, a przynajmniej mam nadzieję, że nie zapomnimy. Jak zatem możliwe, że nie słyszą ich domownicy willi? Tak jakby niczym w dziecięcej grze w piekło-niebo jednym ruchem ręki zmieniali perspektywę na tę im pasującą. Według nazistowskiej propagandy Żydzi nie byli przecież ludźmi, zatem kto tu mówi o zbrodni na ludzkości? I o tym też opowiada „Strefa interesów” – tak łatwo przebiega proces dehumanizacji, podziału na „swoich” i „tamtych”, „ludzi” i „podludzi”.

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Można powiedzieć, że „Strefa interesów”, oparta luźno na książce Martina Amisa o tym samym tytule, ukazuje ludzką twarz tych, którzy zostali zapamiętani jako najwięksi zbrodniarze wojenni. Amis opowiadał o romansie oficera SS z żoną komendanta obozu, Glazer skupia się na życiu rodzinnym. Rudolfa Hössa (Christian Friedel) widzimy tu prywatnie, „po pracy”. Całuje żonę w policzek, wędkuje i pływa wspólnie z dziećmi w Sole, jeździ konno, obserwuje ptaki. Podobno był bardzo związany z naturą, nad wejściem do stajni na terenie obozu kazał zawiesić tabliczkę z napisem: „Na grzbiecie koni spoczywa raj ziemi”. No właśnie, raj. To słowo pojawia się w filmie bardzo często. Najczęściej pada z ust Hedwig, która stworzyła tu nie tylko bogaty w roślinność ogród, ale też strefę – jakkolwiek by to makabrycznie nie brzmiało – relaksu i spokoju dla swojej rodziny. Są tu: basen z fontanną, szklarnia, altana. W realnym życiu pani Höss podobno zwykła mawiać „Tu żyć i tu umierać”, nic dziwnego, że kiedy jej męża przenoszą do centrali w Oranienburgu, ona upiera się, że zostanie z dziećmi. „Będą musieli mnie wyciągać stąd siłą” – mówi w filmie. Nie mam słów, by wyrazić, jak fantastycznie zagrała ją Sandra Hüller, która w niedawnym wywiadzie dla „Zwierciadła” wyznała, że po raz pierwszy nie starała się zrozumieć swojej bohaterki ani też dawać okazji widzom do tego, by ją zrozumieli. W efekcie stworzyła postać o wiele bardziej antypatyczną niż jej mąż. Sceny, w których przymierza futro z Kanady, magazynu, gdzie w Auschwitz składano mienie pożydowskie, ale też w których z dumą pokazuje odwiedzającej ich po raz pierwszy matce, co gdzie posadziła, a potem w złości za jej wyjazd obsztorcowuje służącą, czy też ta, w której prosi męża, by zabrał ją do uzdrowiska – ukazują nie tylko płytkość jej charakteru, ale też pazerność i głupotę. Bo my na ekranie nie widzimy wcale psychopatycznych morderców, sadystycznych zbrodniarzy, potworów czy bestii. To zupełnie – chciałoby się powiedzieć – normalni, przeciętni ludzie, którym wojna dała szansę na pięcie się po drabinie sukcesu i poszerzanie – dosłownie – swojego Lebensraum. Bo pamiętajmy, że wojny to także, a może przede wszystkim, walki o strefy interesów.

„Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) „Strefa interesów” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

„Strefa interesów” w kinach od 8 marca 2024 roku.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze