1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Adam Klocek - Piękna muzyka nie jest dla wybrańców

Adam Klocek - Piękna muzyka nie jest dla wybrańców

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W Polsce pokutuje mit: jeśli ktoś gra przeciętnie, idzie do orkiestry, jeśli jest dobry - zostaje solistą. Chcemy naszych studentów przekonać do grania w orkiestrze, bo to wspaniała muzyczna przygoda - mówi Adam Klocek, dyrygent, wirtuoz wiolonczeli, popularyzator muzyki symfonicznej i pedagog.

– Pana wiolonczela będzie obchodziła rocznicę…

– Za sześć lat skończy trzy wieki.

– Jak się gra na czymś tak starym?

– Ta wiolonczela wykonana przez Antonia Stradivariego mogłaby zapewne opowiedzieć wiele ciekawych historii, gdyby mogła mówić. Mam wrażenie, że w starych instrumentach, w ich dźwięku, zaklęte są fascynujące opowieści. Może dlatego mają tak piękne brzmienie? Grając na takiej wiolonczeli, myśli się często o tym, ile ona dała wspaniałych koncertów w rękach innych muzyków. To pobudza wyobraźnię i jest niezwykle mobilizujące. Na niej po prostu nie wypada grać byle jak.

– Ile jest na świecie takich wiolonczeli?

– Tych z pracowni Stradivariego około 55. Można by więc powiedzieć, że mam szczęście, ale ona nie jest moja. Cenne stare instrumenty często są własnością bogatych ludzi, nierzadko muzyków amatorów, którzy wypożyczają je profesjonalistom. Wcześniej grałem na innej wiolonczeli, musiałem ją oddać. I stał się cud: osoby zarządzające fundacją, która wypożyczyła mi instrument, pomogły znaleźć właściciela wiolonczeli, na której teraz gram. Moja gra się spodobała, zdecydował się mi jej użyczyć. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

– Macie chyba niezwykłą więź?

– Tak, ale szczególnie związany jestem z samą wiolonczelą. Towarzyszy mi cały czas, choć częściej dyryguję, niż gram. To są przecież długie godziny ćwiczeń, wspólne podróże po świecie. Instrumenty smyczkowe są wyjątkowe, bo przez cały czas są blisko muzyków. Trudniej pewnie stworzyć taką relację z fortepianem, koncertując na coraz to innym egzemplarzu. Chociaż… Krystian Zimerman jeździ na koncerty ze swoim fortepianem.

– Miał pan 11 lat, gdy po raz pierwszy poprowadził orkiestrę warszawskiej szkoły muzycznej.

Nie ma większej przyjemności niż praca z młodymi ludźmi, otwieranie im głów. Najczęściej są świetnie wykształceni technicznie, ale nie zawsze wiedzą to, co muzycy z doświadczeniem koncertowym: że nauka, wielogodzinne ćwiczenia to środek, a nie cel.

– Na wiolonczeli uczyłem się grać od dziecka. Równie wcześnie ciągnęło mnie do dyrygowania. Jako kilkulatek machałem pałeczką do ryżu, udając, że to batuta. Mój ojciec, który też jest wiolonczelistą, koncertmistrzem orkiestry Sinfonia Varsovia, a wcześniej Polskiej Orkiestry Kameralnej, wiele koncertów grał z Jerzym Maksymiukiem. Kiedyś przy jakiejś rozmowie z nim ta moja fascynacja wyszła, może palnąłem, że chciałbym dyrygować? I Maksymiuk postanowił, że będzie mnie uczył. Mając 11 lat, poprowadziłem m.in. orkiestrę Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku i Filharmonii Krakowskiej… Dziś z dystansem patrzę na to, co mogłem robić jako dyrygent w tym wieku. Ale dzieci mają większy luz. Kiedy miałem pięć lat i byliśmy z rodzicami w Zakopanem, ojciec pokazał mi jakiś stok i zażartował: „ciekawe, czy stąd zjedziesz?”. Zjechałem, na krechę, na drewnianych nartach, na samym dole się wyłożyłem. Dziś, kiedy patrzę na to strome zbocze, stwierdzam, że byłem bez wyobraźni. Ale doświadczenie z Jerzym Maksymiukiem było dla mnie bardzo ważne. Wspomnienie tego, co czułem, gdy stanąłem przed orkiestrą, zostało we mnie na całe życie. Wiedziałem, że kiedyś się do tego wezmę.

– Iloma orkiestrami pan dyrygował?

– Kilkudziesięcioma, od kameralnych po symfoniczne. W Rosji np. istnieją ogromne orkiestry – te, którymi dyrygowałem w Krasnojarsku czy Omsku, liczyły ponad 100 osób. Kiedy stanąłem za pulpitem, zobaczyłem niekończący się las głów muzyków. Orkiestra kaliska, której jestem szefem, liczy tylko około 60 osób.

– Całkiem spory zespół do ogarnięcia, zupełnie jak pokaźne przedsiębiorstwo…

– Od strony psychologicznej dyrygentura jest zajęciem trudnym – to funkcja „trenera” i zmaganie się z czynnikiem ludzkim. Na niektórych muzyków trzeba nakrzyczeć, innych zrozumieć i im pomóc. Bywa, że ktoś jest indywidualistą, który ma oczekiwania nieadekwatne do sytuacji. A to szkodzi wspólnej pracy. Staram się apelować do racjonalnego myślenia. W orkiestrze egoistyczne pragnienia trzeba schować do kieszeni – i mnie to też dotyczy. Szanuję muzyków, bo wiem, ile pracy wymaga dobra gra. Myślę, że oni też mnie szanują, bo wiedzą, że tak jak oni wiele godzin spędziłem przy instrumencie.

 
– W Kaliszu wprowadził pan program „Filharmonia nie gryzie”. Po co?

– Żyjemy w czasach, w których świat obrazkowy nas zdominował. Coraz trudniej używać tylko uszu. Wymyśliliśmy taką nazwę, żeby przyciągnąć tych, którym muzyka wykonywana w filharmonii kojarzy się ze sztuką trudną i nudną. Chciałbym, żeby w filharmonii każdy znalazł coś dla siebie, także coś mniej poważnego, dlatego staramy się łączyć muzykę symfoniczną i nieklasyczną. Na pierwszy ogień poszła Gaba Kulka, którą uwielbiam. To fantastyczna wokalistka i kompozytorka. Zrobiliśmy też bardzo mocny koncert z rockowo-metalowym zespołem CETI, którego wokalistą jest Grzegorz Kupczyk, a także z Zakopowerem. Wybieram wokalistów i zespoły, które szanuję i których muzyka do mnie przemawia. Zależy mi poza tym bardzo na tym, aby to były projekty autorskie, zaaranżowane specjalnie dla naszej orkiestry, wykorzystujące w pełni jej możliwości brzmieniowe. Żadnej łatwizny, „doklejania” orkiestry. Nie jest tak, że Gaba czy CETI grają swój repertuar, a my gramy coś w tle. Partie symfoniczne stanowią integralną część projektu.

– W jednym z wywiadów powiedział pan, że ma nadzieję, że kaliszanie będą wychodzili z pana koncertów trochę lepsi. Muzyka ma taką siłę sprawczą?

– Mam idealistyczne podejście do muzyki, wierzę, że dzięki niej osiąga się katharsis – oczyszczenie. Kiedy słucham wybitnego koncertu, odrywam się od kłopotów codzienności. Piękna muzyka nie jest dla wybrańców. Byłem kiedyś na koncercie Sinfonii Varsovii w niewielkiej miejscowości. Ludzie płakali ze wzruszenia. Nie mieli muzycznego wykształcenia, przyszli na koncert do kościoła, nie spodziewając się, że tak ich poruszy. Muzyka, zwłaszcza grana na żywo, ma ogromną siłę oddziaływania.

– Od dziesięciu lat jest pan zaangażowany w projekt Otwartej Filharmonii Agrafki Muzycznej. Chce pan być dla młodych ludzi tym, kim dla pana był wielki dyrygent Carlos Kleiber? Mentorem?

– Broń Boże! Ta funkcja zupełnie do mnie nie pasuje. Chcę raczej być starszym kolegą, który pokazuje nowe drogi. Nie ma większej przyjemności niż praca z młodymi ludźmi, otwieranie im głów. Najczęściej są świetnie wykształceni technicznie, ale nie zawsze wiedzą to, co muzycy z doświadczeniem koncertowym: że nauka, wielogodzinne ćwiczenia to środek, a nie cel. Niemiecki kompozytor Johannes Brahms powiedział kiedyś, że czasem lepiej przeczytać książkę, niż ćwiczyć wiele godzin. Coś w tym jest. Ćwiczenie umożliwia swobodne wyrażanie się za pomocą dźwięków, ale nie zapominajmy, że w ogóle mamy się wyrażać! Treści zawarte w muzyce wiążą się z przeżyciami, uczuciami, myślami. Wielu wybitnych muzyków ma rozmaite pasje, można z nimi porozmawiać o sztuce, literaturze, filmie. Bez tego bogactwa nie można być muzykiem inteligentnym. Dlatego staramy się pokazać naszym podopiecznym muzykę w różnych kontekstach, różne jej oblicza. Stąd zajęcia z improwizacji jazzowej i muzyki średniowiecznej.

– W programie Agrafki Muzycznej są tak egzotyczne warsztaty, jak zajęcia sceniczne i tai-chi…

– To wszystko pomaga uzewnętrzniać uczucia. Młodzi muzycy mają dużo wewnętrznej siły, ale wstydzą się ją pokazać. Pokutuje przekonanie: jesteśmy muzykami klasycznymi, więc nie wypada roześmiać się czy wykonywać zamaszystych gestów. Zajęcia sceniczne pomagają przełamać opory przed uzewnętrznianiem emocji, ekspresją ruchową. Poza tym są zajęcia z muzyki kameralnej i z orkiestrą symfoniczną – aby muzykować, słuchając się nawzajem. Zajęcia w Agrafce nie są konkurencją dla państwowej edukacji muzycznej, która ma przyzwoity poziom. To jej uzupełnienie dla tych, którzy chcą wiedzieć więcej.

 
– Teraz z Agrafki wyrasta nowy projekt Grupy Zwierciadło – Młoda Polska Filharmonia.

– Zależy nam, żeby uaktywnić młodzież szkół muzycznych II stopnia. Jest Sinfonia Iuventus, w której grają studenci i absolwenci akademii muzycznych, a na poziomie licealnym – luka. Chcemy, żeby młodzież ze szkół średnich miała możliwość pracy z uznanymi pedagogami, solistami i członkami najlepszych światowych orkiestr. Myślimy o koncertmistrzach i solistach Filharmonii Berlińskiej, Izraelskiej czy orkiestry Wirtuozi Moskwy. Goście zagraniczni i polscy muzycy będą uczyć młodych ludzi grania w orkiestrze. I radości, jaka z tego wynika! Niestety pokutuje mit: jeśli ktoś gra przeciętnie, idzie do orkiestry, jeśli jest dobry – zostaje solistą. Każdy więc podświadomie uczy się i jest kształcony przez system szkolnictwa na solistę. Ale to się zmienia. Dobre orkiestry to wspaniała muzyczna przygoda. Wspaniali muzycy – jak Guy Braunstein, rewelacyjny skrzypek, daje koncert pod batutą Daniela Barenboima, a potem gra koncert w swojej orkiestrze. Kiedy się słyszy grę orkiestry na wysokim poziomie, to bycie jej częścią może dać podobną satysfakcję jak kariera solisty. Życzymy naszym studentom, żeby zostali solistami, ale przecież nie wszystkim, nawet najzdolniejszym, się to uda. Dlatego chcemy ich przekonać do grania w orkiestrze.

– Na jakich młodych ludzi pan liczy?

Na wiolonczeli uczyłem się grać od dziecka. Równie wcześnie ciągnęło mnie do dyrygowania. Jako kilkulatek machałem pałeczką do ryżu, udając, że to batuta.

– Pierwsze ogłoszenia o naborze pojawią się wiosną, przesłuchania planujemy w maju i czerwcu, a próby zaczniemy jesienią. Zależy nam na utalentowanych ludziach, którzy chcieliby zdobyć doświadczenie w pracy ze znakomitymi instrumentalistami. Na młodzieży, która potraktuje nasz projekt jako wyzwanie i ważny etap w swoim rozwoju artystycznym.

– Jak będzie dalej rozwijał się projekt Młoda Polska Filharmonia?

– Planujemy udział w festiwalach muzycznych, koncerty, nagranie płyty. Nabór do orkiestry będzie się odbywał co roku: niektórzy muzycy będą odchodzić na studia, na ich miejsce przyjdą młodsi.

– Jest pan dyrektorem, dyrygentem, pedagogiem. Ma pan jeszcze czas na granie na wiolonczeli?

– Czasami brak mi na to sił. Ale bywa, że po trudnych sprawach w biurze, wyczerpujących próbach z radością biorę ją do ręki. Wtedy jestem tylko ja i instrument. Wciąż jeszcze koncertuję jako wiolonczelista. To ogromna przyjemność. Ale mam też inne pasje, pozamuzyczne odskocznie. Fascynuje mnie architektura, zwłaszcza polskie dwory renesansowe. W dobrej architekturze jest coś z pięknej muzyki: urok detalu, a przede wszystkim doskonałość i harmonia proporcji. Bardzo lubię też stare samochody. Gdy byłem dzieckiem, dostałem w prezencie model rolls-royce’a Silver Shadow. Kilka lat temu, pracując w USA, natknąłem się na taki samochód, z połowy lat 70. Ten wóz to dzieło sztuki: drewno, skóra, stal nierdzewna, każda część zrobiona ręcznie, niektóre elementy wykonane przez jednego pracownika, z jego monogramem. Pomyślałem: raz się żyje! I kupiłem. Sam grzebię przy silniku. Przyjemnie jest czasem ubrudzić się smarem, oderwać od świata artystycznego. Niektórzy uważają, że rolls-royce jest nowobogacki, i może mają nieco racji. Ale zabytkowe rollsy nie są przesadnie drogie i mają w sobie coś z wiolonczeli – duszę. No i jeszcze na rowerze bardzo lubię jeździć.

– Boję się zapytać, ile ma lat...

– Jest całkiem współczesny. I ma przerzutki!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.