1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wolność to słowo klucz: rozmowa o filmie „Ederly” z Mariuszem Bonaszewskim

Wolność to słowo klucz: rozmowa o filmie „Ederly” z Mariuszem Bonaszewskim

O trudnym rozgraniczeniu między rzeczywistością a snem, obsesji wspomnień, metodzie zmarszczek na twarzy i tęsknotach za rolą z Mariuszem Bonaszewskim rozmawia Kuba Armata.

Film Piotra Dumały „Ederly” to dla pana bardziej Gombrowicz czy Kafka?

Raczej bym od takich plakatów uciekał. Być może z Kafką jest więcej na rzeczy, bo w trakcie realizacji filmu takie sformułowania padały. Bardziej jednak w grotesce niż okrucieństwie czy przeżywaniu straszliwości świata. Tym, że świat nam się w jakiś sposób wymyka. W tym kontekście Gombrowicz też jest na rzeczy, patrząc chociażby na „Kosmos”. Jednak te określenia w dużej mierze zostały później dolepione. Zostałem niedawno zaproszony do DKF-u w Gorzowie, gdzie widziałem „Ederly” po raz pierwszy. Reakcja ludzi kompletnie mnie zaskoczyła.

W jakim sensie?

Bardzo dużo się śmiali. W miejscach zamierzonych, ale i takich, które nie były określane przez nas w taki sposób. Miały być absurdalne, ale czy śmieszne? A w zbiciu większej całości okazało się, że tak jest. Po seansie odbyła się trwająca dwie i pół godziny dyskusja. Najciekawsze w „Ederly” jest to, że ludzie chcą naprawdę rozmawiać o tym, co się właściwie w tej opowieści kryje. Opowiadałem im trochę, jak kręciliśmy, o naszych założeniach, ale tak naprawdę pytałem, co oni o tym sądzą. Śledztwo, jakie na własną rękę prowadzą widzowie, to najwspanialsza rzecz, jaką mogliśmy sobie wyobrazić.

Dużo w tych śledztwach było dla pana niespodzianek?

Oj, tak. W tym filmie jest wiele nagłych przeskoków, zmiany pór roku nie sprowadzają się tylko do upływu czasu. Nie chodzi o to, że bohater z jednego domu wychodzi, a do drugiego wchodzi. Być może wyszedł rok temu. Nie wiadomo, gdzie był przez cały czas. Ludzie to łapią i przestają oglądać „Ederly” w realistyczny sposób. Przestają interesować ich przejścia, a zastanawiają się nad rozwikłaniem zagadki. Była tam taka sekwencja, która bardzo intrygowała mnie w momencie kręcenia. Bohater, w którego się wcielam, wchodzi do jakiegoś domu i bardzo długo stoi przed lustrem, widząc odbicie znajdujących się tam osób. Przecież tak się nie robi w obcym domu. Dlaczego Piotrek chciał, żeby wpatrywał się tak długo? Dla ludzi stało się to ważne, bo przekonywali, że od tego momentu bohater widzi siebie w tej historii. Jeszcze się trochę buntuje, realistycznie mówi, że nie, ale już tam jest. Tak jakby stanąć obok i oglądać swoje życie z innego punktu widzenia. Do samego końca nie powinniśmy wiedzieć, kim jest bohater. Kojarzyło mi się to trochę z literaturą skandynawską. Oni mają obsesję na punkcie wspomnień. Bo przecież pamiętamy własne wspomnienia, a nie rzeczywistość. Z biegiem lat wiele rzeczy się na siebie nakłada i to nam się wymyka. Wszystko staje się tak nierealne, że dotarcie do prawdy, kto jest kim czy jaki był, okazuje się praktycznie niemożliwe. Dumała jest ze snu, taka jest ta opowieść. Podobnie jak wcześniejszy „Las”. Na te opowieści ze snu nakładają się różne doświadczenia pracy, inspiracje kinem, biało-czarnym, trochę straszliwym, slapstickiem. Cały czas na planie mówił, że to bardzo ważne, żeby było dokładnie tak, jak w jego śnie. Tylko co ja z tego mogłem zrozumieć? W jakim śnie?

Piotr Dumała to reżyser o niesamowitej wyobraźni wizualnej. Jak to się przekłada na współpracę z aktorem? Wspomniał pan, że to pierwszy film, przy którym pracował, gdzie nakręcono absolutnie wszystko, co było zapisane w scenariuszu.

To nie było proste. W trakcie prób – kiedy aktor zaczyna grzebać w roli – uznaliśmy, że pewnych rzeczy nie rozumiemy. Te przeskoki psychologiczne były nieco podejrzane, w chwili gdy rozpatruje się to takim aktorskim sznytem. W trakcie jednej z prób zdałem sobie z tego sprawę, że moim zdaniem nie powinniśmy się domagać wyjaśnień, bo Piotr ich nie ma. Dumała bazuje na zupełnie czymś innym. W efekcie nie powinniśmy ingerować w scenariusz, a próbować zrealizować każdą zapisaną w nim scenę i nie zmieniać żadnego tekstu. Piotr będzie nam jedynie mówił, na czym polegają jego przypuszczenia odnośnie emocji. On jest człowiekiem rysującym, więc coś ma się pokazać na twarzy. Tylko jeżeli dziś aktor coś takiego słyszy, to się wkurwia. Na tym właśnie polegało zaufanie do Dumały. Już w pierwszym jego filmie, przy którym pracowałem, tak było. Nazwałem to metodą „zmarszczek na twarzy”. On chciał dokładnie tego, co narysował. Nie było to łatwe. Bo co, mieliśmy robić miny? Ale trochę na tym to polegało. Być może wspomniane nieco chaotyczne przeskoki były tego istotą.

Brak oczywistych psychologicznych motywacji czy próba zrozumienia jego emocji okazały się najtrudniejsze?

Aż tak to może nie. Zawsze możemy powiedzieć, że gdy nie wiemy, jaki był przebieg, to gramy od bandy do bandy, potem przeskok, ilustrujemy to twarzą i tak dalej. Miałem poczucie, że jeżeli jest coś naprawdę trudnego do opowiedzenia tą rolą, to moment, kiedy bohater przez chwilę zdaje sobie sprawę ze swojego stanu. Widać, że on jako jedyny wszystko rozumie, tylko my za bardzo nie wiemy co. Zdaje sobie sprawę, że wszystko jest dla niego czytelne i oczywiste. Najtrudniej gra się rzeczy apsychologiczne czy aemocjonalne, ale zarazem intelektualne. Staje wtedy przed widownią i nie pokazuje im swojego stanu, bo to guzik ich obchodzi. Oni nie chcą, żebym płakał. Chcą, żebym opowiedział im historię, która ma w nich wywołać ten stan. Dumała jest fragmentaryczny, nieczytelny. Ale ta opowieść istnieje, bo takie wspomnieniowe historie snuje każdy z nas. Dumała jest bardzo bliski wydarzeniom ze swojego życia. „Las” był osobistą opowieścią o jego ojcu, a jednocześnie takim szaleństwem wyobraźni. To człowiek obrazu. Interesowało mnie w nim to, że rysunki, które robi, to potwornie ciężka i żmudna praca. Pomijając talent, wymaga ogromnego wysiłku oraz skupienia. Nie wszystkich na to stać. W filmie jest zupełnie inaczej. Trzeba się spieszyć, musi być efekt. Jeden dzień zdjęciowy kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jeżeli nie zdarza się tak jak we śnie, trudno. Musimy podjąć jakąś decyzję i lecieć dalej.

Powiedział pan kiedyś, że czytając scenariusz, czuł pan, że do pewnego stopnia to pana historia.

Też mam obsesję wspomnień. To chyba nie jest sprawa wieku, bo takiego siebie pamiętam od siódmego roku życia. Od przeskakiwania w czasie do przodu po cofanie się do zdarzeń, które w momencie, kiedy miały miejsce, nie robiły na mnie wrażenia, a potem wyświetlały mi się pod powiekami non stop. Zresztą już od dawna nie wierzę sobie w sprawie rozpoznawania snów i rzeczywistości. Nie dowierzam samemu sobie w tej kwestii. W tym sensie poczułem wspólnotę z Dumałą. Miałem wrażenie, że to rozumiem. Nie do końca rozumiałem zachowania bohatera, ale po jakimś czasie przestało mnie to obchodzić. Mnie też to wszystko się wymyka.

W „Ederly” to nie bohater szuka tożsamości, a tożsamość znajduje jego.

Pan widzi taki obraz, ale jeżeli to się w pewnym sensie dzieje we śnie, to z jakiegoś powodu Dumała chce, żeby byli tacy. Powiedziałem mu kiedyś, że te wszystkie postaci działają na mnie w taki sposób, jakbym sam napisał ten scenariusz. Chociażby osoba księdza, do którego ktoś mówi, a on właściwie śpi. Pamiętam, jak byłem kiedyś przesłuchiwany w sprawie poważnego wypadku. Przyjęto mnie o szóstej rano, policjant siedział przy biurku, wysunął klawiaturę, ja coś mówiłem, a on wolno spisywał. Nagle zawisł nad klawiaturą. Zasnął. To był jakiś obłęd. Wiele było takich rzeczy, które dobrze znałem.

Na przykład?

Błądzenie. W ten sposób zwiedzam miasta. Pierwsza w lewo, druga w prawo, idę tam, gdzie mnie nogi poniosą. Kiedyś biegałem, teraz łażę i się gubię w miastach. Ale chcę się w nich zgubić. Pamiętam, jak byłem w Seulu, pojechałem kolejką na bardzo odległą stację i postanowiłem, że wrócę na piechotę. Genialne uczucie. Bohater Dumały się gubi, ale po pewny czasie on chce się zgubić. Już nie ma celu, nie interesuje go, którą drogą ma iść.

Piotr Dumała w ogóle lubi mówić o tym filmie jako o komedii.

To się wydarzyło pierwszego dnia zdjęciowego. Mieliśmy do nagrania bardzo trudną scenę jazdy nyską. Była stara, za kierownicą kaskader, a droga taka, że mógł nas wywalić bez żadnego trudu. Zaczęliśmy wyprzedzać normalnie kursujący autobus, tyle że z naprzeciwka zmierzało w naszą stronę auto. Wtedy naprawdę się bałem i było to widać, co zostało uchwycone. Nigdy nie oglądam materiałów zdjęciowych, ale zebrała się grupa, żeby ocenić, czy musimy robić to raz jeszcze, i nagle wszyscy zaczęli się śmiać. Wtedy pomyślałem: „Cholera, chyba się udało”. Byliśmy przerażeni, lecz widać o to chodziło. Ten strach jest śmieszny. Zresztą kiedy to zobaczyłem, miałem podobne odczucia. Dumała bardzo się wtedy ucieszył, powiedział, że jest dokładnie tak jak w jego śnie.

Groteska, absurd, surrealizm to bliskie panu kategorie?

Bardzo, ale ja w zasadzie w takich rzeczach nie gram. W ogóle w Polsce jest tego niewiele, w porównaniu chociażby z latami 60. czy 70. To takie skojarzenia jak przebywanie w świecie slapsticku. Te konkretne rzeczy może już nas tak bardzo nie bawią, ale śmieszy samo przebywanie w absurdalnej rzeczywistości. I tam też pojawia się lęk, bo w tym wszystkich numerach, jakie robił Buster Keaton czy Harold Lloyd, nie było kaskaderów. Mam poczucie, że taki nieco absurdalny repertuar w teatrze sprawdzałby się znakomicie. Zdarzało mi się brać udział w tego typu rzeczach. Jest taki skandynawski dramaturg Lars Noren. Absurdalny, ale nie śmieszy. I wyjątkowo trudny we współpracy. Robi na przykład premiery równocześnie w różnych miejscach na świecie. Zaprosiliśmy go na premierę do Narodowego, a jego agentka zapytała nas wprost, czy zdajemy sobie sprawę z tego, co robimy. Bo w każdej chwili może wejść na scenę i powiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z jego sztuką. Gdy byłem w Brukseli, chciałem wejść na próbę i go podejrzeć. Powiedziano mi, że to nie wchodzi w grę, bo może przerwać próbę i mnie wyrzucić. Z takiego świata był też w jakimś stopniu Jerzy Jarocki. To było niesamowicie intelektualne, „jego” bohaterowie zawsze prowadzili absurdalne śledztwa dotyczące ich samych. Dramaty niby były znane, wszyscy wiedzieli, o czym są, a on domagał się takiego monologu, sprawdzania samego siebie. Jak bohater „Ederly”.

Powiedział pan kiedyś, że role teatralne to spekulacja cielesno-intelektualna. Co pan miał na myśli?

Rola jest spekulacją, nieprawdą. Powiązaniem ze sobą różnego rodzaju zachowań tylko po to, żeby osiągnąć u widzów efekt przypomnienia, wywołania myśli na temat tego, o czym się mówi. Spekulacja o tyle, że szukamy punktów, które mają działać na widzów, stawiać jakieś pytania. Czasami robimy coś w pierwszym akcie tylko po to, żeby w trzecim publiczność miała skojarzenia. Żyjemy w świecie ubranym w typowe historie, obrazki i tak chcemy na niego patrzeć. Niekoniecznie chce się opowiadać historię, a zamiast tego podzielić się czymś zupełnie innym. To wymaga spekulacji, czegoś sztucznego, wymyślonego. Oczywiście można śledzić psychologię bohatera. Tyle że w przypadku takiej roli jak Hamlet tych możliwości jest bardzo wiele. Hamlet rozmawia z widownią, jest aktorem. Lubi cierpieć, ponieważ na niego patrzą. Podbija to cierpienie, dlatego myli się w kilku datach, jak ta, kiedy zmarł jego ojciec. A przecież doskonale to pamięta. Hamlet ma na początku dwadzieścia minut, żeby przekonać widzów do swojej wersji opowieści. Bo może Klaudiusz wcale nie był złym królem? Chodzi mi o to, że aktor chce się czasami podzielić z widownią możliwością tych tekstów. To wymaga spekulacji, mającej na celu naprowadzać publikę na najważniejsze tropy w tekście. Spekuluje się, jak to osiągnąć. Nie chodzi o to, żeby być prawdziwym. Dla części widzów to bzdura. Inni z kolei nie chcą historii emocjonalnej, bo mają ich już dosyć. Stąd być może o takim filmie jak „Ederly” mówi się, że to coś nowego. Zebrałem recenzje, jakie się ukazały, i nie sądziłem, że aż do tego stopnia panuje takie przekonanie. Pisze się o tym, że to oczarowanie, a w Polsce dawno nikt w taki sposób nie zajął się kinem. Ktoś napisał nawet, że od 30 lat czeka na taki film w polskim kinie.

Trudniej widza rozśmieszyć niż wzruszyć? Wielu reżyserów mówi, że komedia to najtrudniejszy gatunek.

To taka kurtuazja. Wzruszyć ludzi w teatrze czy doprowadzić do płaczu jest piekielnie trudno. Niedawno byłem tego świadkiem. Poraziło mnie to, co działo się na widowni. Czytaliśmy w Narodowym „Pana Tadeusza”. Przez tydzień, po 2,5 godziny dziennie. Byłem Robakiem. Czytamy tekst i nagle dociera do mnie, że coś się dzieje na widowni. Słyszę jakieś dziwne odgłosy. Pomyślałem w pierwszej chwili, że może ci ludzie są chorzy. No ale co, zamiast do lekarza przyszli do teatru? Na widowni był wtedy reżyser. Kiedy zszedłem cały mokry ze sceny, mówi do mnie: „Stary, to są jaja, oni płakali. Tłum ludzi po prostu płakał”. Takie wrażenie zrobił na nich ten tekst. To literatura, którą trzeba czytać na głos.

Lubi pan sytuacje, gdzie ma dużo miejsca do gry?

Zdecydowanie. Ostatnio zaproszono mnie do telewizji na wieczór poświęcony Maćkowi Wojtyszce. Niestety, nie mogłem dotrzeć, ale kiedy zastanawiałem się, co chciałbym o nim powiedzieć, pomyślałem właśnie o miejscu do gry. Robiliśmy razem tylko jedno przedstawienie. Zagrałem Stanisława Wyspiańskiego, bo to była opowieść o jego życiu. Wolność to słowo klucz. Oczywiście potrzebne mi są jakieś ograniczenia, muszę mieć pewne rzeczy nazwane. Nie jestem w stanie tak analizować tekstu jak niektórzy reżyserzy. Korzystam z tych podpowiedzi, ale potem już tylko wolność. Chcę się w tym rozsmakować. Do tej pory czerpię ogromną przyjemność z tego, co robię. Nie znam aktora, który po przyjściu do garderoby by nie narzekał. Kiedyś Maciek Stuhr mówi do mnie: „Zobacz, najpierw jak zdają do szkoły teatralnej, to jeżdżą na Jasną Górę to wymodlić, a już na pierwszym roku zaczynają się narzekania, że znowu ten wiersz”. Oczywiście są takie stany, kiedy i ja mam dość, ale i są role, na które czekam cały tydzień. Będę teraz robił „Ryszarda III” i dzień przed naszą rozmową spotkałem się z reżyserką. Przez trzy godziny się o tę postać kłóciliśmy. W dobrym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Nagle zdałem sobie sprawę, jak ogromną przyjemność sprawia mi w ogóle mówienie o tym. Jak otworzyć Ryszarda III monologiem, w którym mówi, kim jest. Zwłaszcza w obecnych czasach, politycznym napięciu, Ryszardowskich osobowości. Śledzenie tego jest bardzo przyjemne, a na scenie to już szczególnie. Rola powstaje jako spekulacja, ale nie da się być takim samym spekulantem każdego wieczoru.

Ma pan reżyserów filmowych czy teatralnych, za którymi poszedłby w ciemno? Wspominał pan kiedyś, że tęskni za Jerzym Jarockim czy Jerzym Grzegorzewskim, choć w trakcie waszej współpracy, delikatnie mówiąc, nie było łatwo.

À propos Grzegorzewskiego, to tęsknota po śmierci, bo byłem świadkiem jego geniuszu. Ale i sytuacji, z którymi nie mogłem się pogodzić. Pamiętam, że chciałem zwiać stamtąd jak najszybciej i nigdy już nie pracować w taki sposób. Z Jarockim również była specyficzna relacja. Wiedziałem, czego ode mnie chce, ale nie mógł mnie dotknąć ani ja jego. Rozpoznawałem też jego ludzkość, choć niejasne były dla mnie pewne węzły psychiczne. Nie oceniam go, bo po prostu tego nie rozumiem. Ta przygoda polegała jednak na czymś innym. Uzmysławiał mi pewne rzeczy, które były rewelacją, odkryciem. Brałem tekst i myślałem, że coś jest niemożliwe. Pamiętam taką kłótnię, w której brał jeszcze udział Jerzy Radziwiłowicz. Chodziło o jakieś dwa wersy ze Słowackiego. Dobranie się do tego, to tak jak dobrać się dzisiaj do teorii kwantowej. Kompletnie nie rozumieliśmy, o co chodzi Jarockiemu. Olśnienie przyszło niespodziewanie, na ulicy. Zdałem sobie sprawę, że dla tej niejasności warto było tam siedzieć. To była rola w „Sprawie” Jarockiego. Dużo mnie kosztowała, ale tęskniłem za nią każdego wieczoru. Był tam monolog trwający kilkadziesiąt minut, prawdziwe piekło wysiłkowe. Wstawałem jednak rano i wiedziałem, że to jest to.

Dużo ma pan takich ról, za którymi tęskni?

Kiedyś się z tego trochę nabijałem. Pamiętam, jak podczas prób do „Hamleta” Domalika podszedł do mnie Michał Pawlicki grający Grabarza. Na próbach byłem nieco zbyt energetyczny, rzucałem się wręcz na tę rolę. On wszedł na scenę, spojrzał na mnie i powiedział do reżysera: „Przepraszam pana, ale on zawsze się tak zachowuje?”. Trochę mnie to otrzeźwiło, ale potem, żeby znieść pełną napięcia sytuację, Pawlicki wziął mnie na bok i powiedział, że już widzi, iż będę miał kłopot. Kłopot wynikający z tego, że dostrzegał, jak bardzo jestem w tej roli. Powiedział: „Problem będzie polegał na tym, że będziesz tęsknił i nigdy nie zapomnisz. Że będziesz poprawiał i się nie wyzwolisz. Widzę po tym żarze, że to się nie rozejdzie. Ja też tak mam”. I rzeczywiście miał rację.

Ciężko się wychodzi z tych trudnych ról?

Gdybym tak naprawdę nie mógł zrzucić sukieneczki Hamleta, toby mnie zawieźli do psychiatryka. Na pewno jest tak, że role powodują pewne zmiany, nie zawsze mądre. Jestem na to narażony cały czas. Każda sytuacja działalności zawodowej naraża na niebywałą ilość oceniactwa i poszczekiwania. A ja nie jestem przecież celebrytą. Ubieramy się w przekonania o sobie. Otrzeźwiło mnie takie wydarzenie też z „Hamleta” w Dramatycznym. Pełna sala, stoję na pomoście i mówię: „Być albo nie być”. Kontaktuję się z ludźmi, kończę monolog puentą, chwila pauzy i nagle ktoś z trzeciego balkonu krzyczy: „Hamlet, chodź na piwo!”. Podniosło mnie to z tego podestu, pomachałem nawet w tamtym kierunku. To nie było nic złego w stylu: „Zamknij ryja”. Właściwie poczułem się tak, jakby ten człowiek chciał mi postawić piwo. Wszedł ze mną w jakąś rozmowę. Nie przerwał mi monologu, zaczekał na pauzę. I nagle zdałem sobie sprawę: „Piwo, jasne że piwo, a nie żaden monolog”.

Za rolą w „Ederly” też będzie pan tęsknił? Bo ponoć się pan zadomowił w tym świecie.

Tęsknię od dawna. Napiję się Pan piwa?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ciekawy czas. Kina nieśmiało się otwierają, a w nich oglądać można pierwsze kinowe premiery, które zawieszono z powodu pandemii. Jednocześnie część nowych filmów pojawiło się najpierw w sieci, a teraz zadebiutowały także w salach kinowych, dając widzom możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu ekran-kanapa. Jeszcze inne tytuły w ogóle nie będą w dystrybucji kinowej, możemy je zobaczyć tylko online. To od nas zależy, którą opcję wybierzemy. Tak czy inaczej, jest w czym wybierać.

"Pechowi szczęściarze"

Pamiętacie „Dzikie historie”? Głośny argentyńsko-hiszpański film sprzed paru lat, zbiór kilku historii, których bohaterowie z różnych powodów tracą w końcu cierpliwość i dostają spektakularnych ataków szału? Wspominam o nim nie tylko dlatego, że w realizację „Pechowych szczęściarzy” zaangażowani byli ci sami producenci i odtwórca jednej z głównych ról Ricardo Darín. Filmy łączy też, a może przede wszystkim to, że i w jednym i drugim przypadku oglądając niesprawiedliwość, jaka dotyka bohaterów, myślimy sobie: „Dość! Tego już za wiele!”. Dokładnie to samo myślą bohaterowie. Akcja „Pechowych szczęściarzy” rozgrywa się w szczególnym dla Argentyny momencie, w roku 2001, kiedy rozpętał się gigantyczny kryzys, a ludzie z dnia na dzień tracili majątki. Oglądamy dość cudaczną grupę wspólników, idealistów – w większości nie najmłodszych i bez wyjątku lekko zwariowanych. Chcą w swoim miasteczku reaktywować spółdzielnię rolniczą i w tym celu inwestują oszczędności całego życia. Suma jest dość wysoka, tymczasem dyrektor miejscowego banku nagle upiera się, żeby z depozytu niezwłocznie wpłacić ją na konto. Jest dzień przed wybuchem kryzysu, a nasi poczciwi idealiści nie mają pojęcia, że świadomy, co się wydarzy dyrektor właśnie dokonuje wielkiego przekrętu, okradając swoich klientów. Oszukani prawdopodobnie pogodziliby się ze stratą – można by o nich powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są przebojowi – tyle że dochodzi do zdarzenia, które przelewa czarę goryczy. I oni, i my, widzowie wiemy, że to najwyższy czas, żeby zawalczyć i odebrać co swoje. Tę ciepłą familijną komedię ogląda się przyjemnie i z satysfakcją, że zwykłe szaraki ogrywają krwiożerczą finansową elitę. A czy wszystko pójdzie z planem, to już osobna historia.

„Pechowi szczęściarze” do obejrzenia w kinach oraz na: vod.pl, Player+, Cineman, Chili, Ipla.

'Pechowi szczęściarze' (Fot. materiały prasowe) "Pechowi szczęściarze" (Fot. materiały prasowe)

"Nasz czas"

I znowu obraz z Ameryki Łacińskiej. Za to skrajnie różny. „Nasz czas” to kino artystyczne. Wielkie kino – także jeśli chodzi o rozmach i długość, bo ten obraz Carlosa Reygadasa trwa prawie 3 godziny. Meksykański reżyser słynie z oryginalnego podejścia do materii filmowej. W „Naszym czasie” w głównych rolach obsadził siebie, swoją życiową partnerkę montażystkę Natalię López, a także trójkę ich dzieci. Po części więc grają siebie – rodzinę. Już samo to sprawia, że ich losy ogląda się inaczej (nawet jeśli w wywiadach reżyser odpiera zarzuty o twórczy ekshibicjonizm). Sama opowieść dotyka bardzo intymnych kwestii. Film rozpoczyna się od sielskich scen. Środek lata, dzieciaki bawiące się beztrosko pod gołym niebem. A obok młodzież, w trudniejszym wieku, ale w sumie nadal niewinna w porównaniu z dorosłymi, robiąca więcej hałasu niż rzeczywistej szkody.  Wszystko to w niezwykłych meksykańskich krajobrazach, popękana brunatna ziemia kontrastuje tu z bujną zielenią. Jest tłoczno, bo na rozległą farmę pary głównych bohaterów przyjechali całymi rodzinami goście. Dość szybko orientujemy się, że filmowi małżonkowie Esther i Juan są w trudnym dla nich momencie. Że z jednej strony są parą doskonałą, którą wiele łączy i która nadal jest ze sobą bardzo blisko, z drugiej – coraz bardziej między nimi zgrzyta. Do tego stopnia, że trudno już powiedzieć, co jest istotą, podstawą i celem ich bycia razem. Więzy rodzinne, poczucie bezpieczeństwa, namiętność, zazdrość, kwestia niezależności, związek otwarty, kontrolowana zdrada – o tym wszystkim Reygadas opowiada bardzo sugestywnie. W tej historii z początku roi się od ludzi, ale z biegiem czasu staje się ona coraz bardziej kameralna. W pewnym momencie przed kamerą zostaje tylko filmowa para, tak jak i w życiu w obliczu kryzysu w związku perspektywa zawęża się tylko do tych, którzy o niego walczą. Reygadas po raz kolejny potwierdza swój wybitny talent. Z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że zobaczyło się coś więcej, bliżej, prawdziwiej niż zazwyczaj ogląda się na ekranie.

„Nasz czas” do obejrzenia w kinach.

'Nasz czas' (Fot. materiały prasowe) "Nasz czas" (Fot. materiały prasowe)

"Córka boga"

Spore zaskoczenie, bo „Córka boga” [w oryginale „The other lamb” – przyp. aut] Małgorzaty Szumowskiej miała trafić do kin po pandemii, ale po drodze nieoczekiwanie trafiła na platformę Netflix. To zresztą jeden z aż trzech filmów, jakie ceniona na świecie polska reżyserka (znana dotąd z tak głośnych nagradzanych tytułów jak „Body/Ciało”, „W imię” czy „33 sceny z życia) nakręciła w ostatnim czasie. Pierwszy w pełni anglojęzyczny w jej dorobku. „Córkę boga” nierzadko klasyfikuje się jako thriller albo nawet horror. Czy to trafna diagnoza, ocenić można dopiero wtedy, kiedy obejrzy się film do końca. A i tu, mogę się założyć, opinie i oceny będą różne.

O czym opowiada Szumowska? O Selah, nastolatce, która wychowuje się w religijnej sekcie. Mieszka z innymi głęboko w lesie, wśród dziewiczej przyrody. Sekta to w sumie kilkanaście kobiet, ich córki (czerwienie i błękity ubrań od razu przywodzą na myśl estetykę serialu „Opowieść podręcznej”) i jedyny mężczyzna, ich przywódca, którego wszystkie nazywają „pasterzem” i są mu bezwzględnie posłuszne. Niby żyją razem w harmonii, ale coraz dojrzalsza i bystrzejsza Selah zaczyna inaczej spoglądać na ich wspólnotę i panujące w niej zasady. Selah również jest oddaną wyznawczynią „pasterza”, a jednak jest w niej coś, z początku ledwo zauważalnego, a ze sceny na scenę coraz wyraźniejszego, co różni ją od reszty otaczających ją kobiet. Jedna z nich, czarna owca skazana na odosobnienie i niełaskę przywódcy, dostrzega to i z podziwem nazywa „siłą”. Czy ma rację? I czy ta trudna do uchwycenia cecha pomoże Selah czy przeciwnie, doprowadzi ją do zguby? Reżyserka trzyma nas w niepewności niemal do samego końca, a po drodze roztacza przed nami piękną wizualnie, mroczną baśń. Żeby nie zepsuć nikomu efektu, mogę jedynie zdradzić, że Szumowska nie straszy nas na darmo, że każda scena, motyw, wątek ma tu swoje rozwiązanie i że na koniec rozrzucone puzzle układają się w spójną, przekonującą całość. A także, że ta niby baśniowa opowieść okazuje się bardziej prawdziwa i dotykająca naszego życia niż mogłoby się wydawać.

„Córka boga” do obejrzenia na platformie Netflix.

'Córka boga' (Fot. materiały prasowe) "Córka boga" (Fot. materiały prasowe)

"Obrazy bez autora"

Niemcy, chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Główny bohater „Obrazów bez autora”, na razie jeszcze mały chłopiec, idzie z ciotką do galerii na wystawę malarstwa. Świetnego, ale wtedy już zakazanego, w odróżnieniu od jedynych słusznych prac wychwalających narodowy socjalizm. Przewodnik z zapałem opowiada o „moralnej zgniliźnie” twórców wystawianych ku przestrodze dzieł, ale Kurt z prześliczną młodziutką Elisabeth są zafascynowani. Chłopiec uwielbia z nią przebywać. Zresztą nie tylko on, ze swoim urokiem, świeżością i miłością do pięknych dźwięków (sama gra na pianinie) Elisabeth potrafi zjednywać sobie ludzi. Na przykład przekonać odpoczywających w zajezdni autobusowej kierowców, żeby odłożyli kanapki i specjalnie dla niej wszyscy naraz włączyli klaksony tworząc niezwykłą polifonię. Ciotka uczy małego Kurta uważnego spojrzenia na świat, zachwytu nad nim. Problem w tym, że zaraz zacznie się wojna i dla takich osób jak ona nie będzie już miejsca. Nadwrażliwa Elisabeth trafi do szpitala dla obłąkanych, a naziści postąpią z nią tak, jak z większością pacjentów zamkniętych ośrodków. Po jej śmierci chłopak będzie dorastał z obrazem ciotki w sercu. Zwłaszcza, że odziedziczył po niej szczególną wrażliwość i także jest wybitnie utalentowany, tyle że plastycznie. Kiedy trafi na ASP we wschodnim Berlinie, szybko stanie się tamtejszą gwiazdą. W filmie śledzimy jego dalsze losy – pierwszą miłość, małżeństwo, wspólną ucieczkę za zachodnią granicę. To ciężka próba dla kogoś, kto do tej pory malował świetnie, ale głównie na zamówienie partii. Teraz Kurt ma całkowitą wolność twórczą. Zmierzenie się z nią okazuje się równie trudne, co mierzenie się z demonami przeszłości. Nawet nieświadome, bo tylko widz, w odróżnieniu od głównego bohatera, wie, że ukochana żona to ogniwo łączące Kurta ze zmarłą ciotką. Mroczne rodzinne tajemnice, a w tle burzliwa historia kraju. Film „Obrazy bez autora”, inspirowany biografią słynnego niemieckiego malarza Gercharda Richtera, jest jak dobre czytadło. Wciąga bez reszty.

„Obrazy bez autora” do obejrzenia w kinach.

'Obrazy bez autora' (Fot. materiały prasowe) "Obrazy bez autora" (Fot. materiały prasowe)

 "Moja mała Zoe"

Julie Delpy dała się poznać najpierw jako świetna aktorka, potem równie uzdolniona scenarzystka, wreszcie reżyserka. Jej najnowszy film „Moja mała Zoe”, w którym łączy wszystkie swoje talenty, właściwie mógł być jej debiutem reżyserkim. Bo zalążek pomysłu na scenariusz zrodził się prawie 30 lat temu. I tu, uwaga, pojawia się wątek polski: Delpy grała wtedy u Krzysztofa Kieślowskiego w trylogii „Trzy kolory”. Po zdjęciach sporo i szczerze z Kieślowskim rozmawiali, a dziś Francuzka mówi, że to on jest duchowym patronem „Mojej małej Zoe”, nawet jeśli sama historia jest „bardzo jej”, że to najbardziej osobisty film w jej dorobku. Mówi też, że nakręciła go, bo sama odkryła, jak trudnym wyzwaniem jest macierzyństwo, jak potężny jest codzienny lęk o własne dziecko. „Moja mała Zoe” może wzbudzać kontrowersje, bo zadaje trudne pytania. Ale to także po prostu dobre kino obyczajowe. Ze świetnie, jak to u Delpy, poprowadzonymi dialogami między parą Isabelle i Jamesem. Są w separacji, dzielą się naprzemiennie opieką nad ich kilkuletnią córką Zoe. Starają się odkładać emocje i urażoną dumę na bok dla dobra dziecka, ale różnie im to wychodzi. I kiedy wydaje się, że film opowiada właśnie o tym, czy dwoje skonfliktowanych ze sobą ludzi jest w stanie pogodzić się dla córki, następuje zwrot akcji. Wydarza się coś, co wstrząsa ich i tak nie najłatwiejszym układem. Zoe trafia do szpitala w ciężkim stanie, nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. A Isabelle, na co dzień pracująca jako genetyczka, gotowa jest zrobić wszystko, żeby córkę odzyskać. To ten moment, kiedy pojawiają się najtrudniejsze pytania, przywodzące na myśl kino Kieślowskiego. Jak nowoczesna nauka ma się do moralności? Gdzie są granice etyczne, których przekraczać nie wolno? Czy miłość wszystko usprawiedliwia? Film odpowiada na nie w taki sposób, że nie pozostawia widza obojętnym. Można do decyzji głównej bohaterki podejść ze zrozumieniem albo zupełnie się z nią nie zgadzać. Delpy daje nam do tego prawo, ale też robi – trzeba przyznać – wszystko, żebyśmy przynajmniej zrozumieli, co kieruje jej bohaterką, a zrozumieć to w przypadku tak drażliwych kwestii, bardzo wiele.

„Moja mała Zoe” do obejrzenia na: vod.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

'Moja mała Zoe' (Fot. materiały prasowe) "Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

"Van Gogh. U bram wieczności" z Willemem Dafoe w kinach już od 25 października

Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie
Willem Dafoe jako Vincent Van Gogh w filmie "Van Gogh. U bram wieczności". (Fot. materiały prasowe)
"Van Gogh. U bram wieczności" to zmysłowa opowieść o najbardziej owocnym i zarazem najbardziej dramatycznym okresie życia Vincenta Van Gogha. W malarza wcielił się nominowany do Oscara znakomity Willem Dafoe. Premiera już 25 października. 

 

Malarz wyjeżdża z Paryża do Arles w Prowansji. Zafascynowany feerią barw i grą światła, tworzy najsłynniejsze obrazy. Stopniowo popada też w obłęd... Film odkrywa tajemnicę jego zagadkowej śmierci i przedstawia jako człowieka z krwi i kości, wspieranego przez brata i przyjaciela Paula Gauguina, z którym pod koniec życia popada w konflikt. W obsadzie Mads Mikkelsen, Emmanuelle Seigner, Oscar Isaac i Rupert Friend. Willem Dafoe otrzymał Nagrodę dla Najlepszego Aktora na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara. Film wyszedł spod ręki Juliana Schnabla, reżysera takich dzieł, jak „Motyl i skafander” czy „Basquiat – taniec ze śmiercią”, który sam jest także malarzem.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” miał swój początek w muzeum. Julian Schnabel zaprosił przyjaciela, renomowanego francuskiego scenarzystę, pisarza i aktora Jeana-Claude'a Carrière'a, do Muzeum Orsay na wystawę pod tytułem „Van Gogh/Artaud: Samobójstwo przez społeczeństwo” (nawiązującą do książki francuskiego dramatopisarza, poety i wizjonera Antonina Artauda pod tym samym tytułem).

Carrière sam jest żywą legendą kina. Znany z dziewiętnastoletniej współpracy z mistrzem Luisem Buñuelem współtworzył z nim między innymi „Dziennik panny służącej”, „Piękność dnia” i „Dyskretny urok burżuazji”. Jest także autorem wielu scenariuszy do filmów takich jak „Danton”, „Powrót Martina Guerre”, „Nieznośna lekkość bytu” czy „Cyrano de Bergerac”. W 2014 roku Carrière otrzymał nagrodę honorową Amerykańskiej Akademii Filmowej za całokształt twórczości scenopisarskiej.

Kiedy Schnabel i Carrière przechadzali się wśród czterdziestu obrazów na wystawie – takich jak „Portret artysty”, „Fotel Paula Gauguina”, „Portret doktora Gacheta”, „Piastunka (Augustine Rolin)” czy „Para butów” – zaczęli rozmawiać o filmie i nagle pomysł zaczął żyć własnym życiem. Carrière wspomina: „Niezwykle interesujący wydawał mi się plan realizacji filmu o malarzu w reżyserii innego malarza”.

Jeszcze tego samego popołudnia Schnabel rozpoczął pracę nad strukturą filmu, który chciał zrealizować. „Kiedy stoisz przed konkretnym dziełem, każde z nich o czymś Ci mówi. Ale jeśli obejrzysz trzydzieści obrazów przeżywasz coś więcej. Wszystkie uczucia akumulują się w jedno” opisuje. „To efekt, który chciałem uzyskać w filmie, zbudować strukturę w taki sposób, żeby doświadczenia Vincenta piętrzyły się, tak jakby cały ten okres jego życia przydarzył się widzom w jednym intensywnym momencie”.

Schnabel i Carrière rozwijali pierwotny pomysł i zaczęli dostrzegać co może się z niego narodzić. Carrière opowiada: „Zaczęliśmy pisać wspólnie, wiele czytaliśmy, ale pomysł ani przez chwilę nie polegał na tym, żeby stworzyć film biograficzny albo odpowiadać na oczywiste pytania. Zajmowało nas to, że van Gogh w ostatnich latach życia był absolutnie świadomy, że prezentuje nową wizję świata, że nie maluje już tak, jak inni malarze. Dawał ludziom nowy sposób widzenia i właśnie tę wizję chcieliśmy oddać w filmie”.

Piotr Czerkawski, recenzent Filmwebu, określa film jako "świetne kino, które – co przyznaję z pewnym smutkiem – na poziomie emocjonalnym wyraźnie dystansuje "Twojego Vincenta", i daje filmowi wysoką notę 8/10.

Film „Van Gogh. U bram wieczności” wchodzi do polskich kin 25 października.

 

  1. Kultura

Antonio Banderas: Twardziele też płaczą

Antonio Banderas w filmie
Antonio Banderas w filmie "Ból i blask" (fot. BEW PHOTO)
Bardzo dawno nie widzieliście go w takiej roli. Dalekiej od jego najpopularniejszych hollywoodzkich filmów. Antonio Banderas znowu zagrał u Pedra Almodóvara, tym razem w „Bólu i blasku”, którego scenariusz oparty jest na autobiograficznych doświadczeniach słynnego hiszpańskiego reżysera.

Pedro Almodóvar mówi, że nie widzi granicy między życiem prywatnym a zawodowym. Z tobą jest podobnie?
Miałem takie momenty, kiedy aktorstwo stawiałem ponad wszystko. Apogeum nastąpiło, właśnie kiedy pracowałem z Pedrem. To było na przełomie lat 80. i 90., kręciliśmy wtedy razem „Matadora”, „Prawo pożądania”, „Kobiety na skraju załamania nerwowego” i „Zwiąż mnie”. Czas kompletnego zatracenia. Ani Pedro, ani ja nie widzieliśmy świata poza pracą. Kiedy na premierze oglądaliśmy gotowy film, nie zdążaliśmy się nim nawet nacieszyć, bo już pojawiał się pomysł na kolejny projekt. Kino nas napędzało.

Co się zmieniło?
Nasze kontakty się rozluźniły, kiedy wyjechałem do Hollywood.

To wtedy życie wzięło górę nad kinem?
Nie, wtedy jeszcze nie. Stany nie stłumiły we mnie pasji. Tak naprawdę wyraźną granicę nauczyłem się stawiać stosunkowo niedawno. Dziś wiem, kiedy mój związek z aktorstwem zagraża związkom z bliskimi. Umiem znaleźć równowagę. Mam wreszcie świadomość, że świat się nie skończy, jeśli powiem, że nie mogę nakręcić kolejnego dubla, bo jestem umówiony na spotkanie z córką.

Żałujesz, że wcześniej nie było cię stać na takie rozgraniczenie? Czy jednak z sentymentem wspominasz szalone lata z Almodóvarem?
Takich jak Pedro i ja było więcej. Żyliśmy jak prawdziwa bohema. Piliśmy whisky, paliliśmy papierosa za papierosem, nieustannie rozmawialiśmy o sztuce, o Hiszpanii, o przeszłości i przyszłości. Zastanawialiśmy się nad definicją artysty, szukaliśmy pomysłów na nowe rozwiązania fabularne, kłóciliśmy się, czy kino ma moc zmieniania świata. To był piękny okres dojrzewania naszej generacji. Wtedy praktycznie codziennie czułem, że się intelektualnie rozwijam. Miałem to szczęście, że dorastałem w Maladze.

Co zawdzięczasz swojemu rodzinnemu miastu?
Pierwszy raz dotarło do mnie, czym jest potęga sztuki, kiedy miałem pięć lat. Doskonale pamiętam dzień, w którym mama odprowadzała mnie do szkoły przez Plaza de la Merced. Powiedziała wtedy z dumą: „Tutaj urodził się Pablo Picasso”. Od tamtej pory dzień w dzień mi o tym przypominała. Wtedy myślałem, że bycie artystą to największy zaszczyt, jakiego można w życiu dostąpić. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w mojej rodzinnej Maladze to jedyny człowiek, który zrobił międzynarodową karierę i to dlatego jest tak hołubiony, a nie dlatego, że wybrał drogę sztuki [śmiech].

A jaka była Malaga twojego dzieciństwa?
W czasie reżimu Franco uciekali tu poeci, reżyserzy, malarze i literaci. Znajdowali w miarę bezpieczne schronienie. Był moment, że mieliśmy u siebie cały tabun sławnych ludzi, ale wśród nich nie było rodowitych mieszkańców Malagi. Wtedy jeszcze głośniej chwaliliśmy się Picassem. Pamiętam z dzieciństwa, że rodzice powtarzali swoim dzieciom: „On tak jak ty miał dwie ręce i dwie nogi i patrz, co osiągnął! Ty też możesz!”.

Twoi też ci to powtarzali?
Mama bardzo często mówiła: „Zobaczysz, pewnego dnia będziesz Picassem!”. I wywróżyła mi to, bo rzeczywiście tak się stało – zagrałem go w serialu National Geographic „Geniusz: Picasso” [śmiech].

Ciekawe, czy teraz w Maladze rodzice mówią dzieciom, że mogą osiągnąć tyle co ty.
Mówią [śmiech]. Od moich młodych fanów wiem, że powtarzano im w dzieciństwie:„Banderas mógł, to ty też możesz”. I dziękują mi, bo te słowa umocniły ich wiarę w siebie i popchnęły do działania. Tak, wiem, pewnie myślisz, że się przechwalam, ale chodzi mi o co innego. Rozpiera mnie duma, że moje nazwisko pada w momentach, w których zachęca się młodych ludzi, żeby wyszli z życiowego marazmu. Zbyt wiele razy słyszałem zdania typu: „W Ameryce mają łatwiej. A co my tutaj, w tej zabitej dechami dziurze możemy?”. No więc służę przykładem, że możemy, i to sporo.

Mama musiała być zachwycona rolą Picassa.
Niestety, nie zdążyła zobaczyć efektu, zmarła w trakcie zdjęć, w listopadzie 2017 roku. Miała 84 lata. Ojca straciłem w 2008 roku, też dożył sędziwego wieku, 87 lat. Ale serial oglądał mój brat i był tą produkcją zachwycony.

No, to może czas na rolę Salvadora Dalego, drugą ikonę hiszpańskiej sztuki?
Co do Dalego, doskonale pamiętam, kiedy w 1984 roku zabrało go pogotowie. Do szpitala natychmiast zjechały media – to był już czas relacji reporterskich z bezpośrednich miejsc wydarzeń. Jeden z kanałów wyemitował materiał, w którym Dali patrzy prosto w kamerę i krzyczy tak głośno, że aż drżą mu wąsy: „Viva, España! Viva, arte!”, po czym traci pewność siebie i dodaje o wiele ciszej: „Geniusze nie powinni umierać. Prawdziwi artyści powinni żyć wiecznie”. Byłem wtedy przed trzydziestką, a te słowa zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie potrafiłem się po tym materiale otrząsnąć. Jedyne, nad czym myślałem przez następne kilka dni, to niesprawiedliwość świata, który genialnym artystom, jak Dali właśnie, każe odchodzić tak samo jak zwykłym śmiertelnikom. W głowie mi się to nie mieściło. Dziś na przemijanie, także geniuszy, patrzę zupełnie inaczej.

Jak?
Nie mam już nic przeciwko śmierci, bo jej sprawiedliwość polega na tym, że jest jedyną pewną rzeczą w życiu. Na pewno mam na przemijanie większą zgodę, podobnie jak mój bohater w „Bólu i blasku”. Jednak mimo że tyle nas łączy, nie wolno mi było do filmu ani do roli wnosić zbyt dużo z siebie.

Jak wyglądało to spotkanie po latach?  Zdążyliście się z Almodóvarem za sobą stęsknić?
Wcześniej była jeszcze przecież „Skóra, w której żyję” w 2011 roku. Wtedy, po dwóch dekadach przerwy, kiedy Pedro zadzwonił do mnie i zaproponował mi udział w „Skórze...”, jechałem na spotkanie z nim na łeb na szyję. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokażę mu wszystko, czego się przez ten czas nauczyłem. I kiedy tylko go zobaczyłem, zacząłem się popisywać, jak potrafię modulować głos, jak teraz wyrażam siebie.

Co on na to?
Popatrzył na mnie srogim wzrokiem i powiedział, że gówno go obchodzi, jak wyszkoliło mnie Hollywood. On chce Banderasa z Malagi. Dlatego teraz, jak tylko pojawiła się propozycja współpracy przy „Bólu i blasku”, wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić, żeby w jakikolwiek sposób kojarzyć się publiczności z facetem, który zagrał Zorro, El Mariachi czy wampira Armanda w „Wywiadzie z wampirem”. Musiałem odkryć przed widzem wrażliwość, emocje, znaleźć zupełnie inne środki, żeby wydobyć męskość swojej postaci. Byłem ciekawy, jak Pedro chce to ze mnie wydobyć. Na plan jechałem jak żołnierz gotowy wykonać każde polecenie. Wspaniałe wyzwanie!

Poradziłeś sobie z nim świetnie, czego dowodem jest choćby nagroda za tę właśnie rolę w Cannes, gdzie, swoją drogą, chyba najbardziej dyskutowaną sceną festiwalu był twój pocałunek z Leonardem Sbaraglią.
To kolejny raz, kiedy całowałem się z mężczyzną u Almodóvara. Pierwszy pojawił się w filmie „Prawo pożądania” z 1987 roku i wywołał niesamowitą wrzawę w Hiszpanii. Przy okazji uświadomiłem sobie, że publiczność często nie potrafi oddzielić bohatera od tego, kto się w niego wciela. Moja mama też miała z tą sceną problem, ale zapytałem ją wtedy, co jest gorsze: to, że pocałowałem mężczyznę, czy to, że zabiłem kogoś i nie zostałem ukarany, co miało miejsce w innych moich filmach [śmiech]. Sam nigdy nie miałem z podobnymi scenami najmniejszego problemu, głównie dzięki mojemu profesorowi z Argentyny.

Czego cię nauczył?
Że uprzedzenia i moralność, które w sobie noszę, muszę codziennie przed wejściem na plan albo na deski teatru zdejmować z siebie jak płaszcz. Z Almodóvarem zawsze właśnie tak się pracuje. Jego filmy opowiadają zbyt istotne historie, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to, czego Pedro wymaga, może być dla mnie szkodliwe.

A jednak od lat 90. grałeś głównie twardzieli z giwerą w ręku. Czy rola geja nie koliduje z tym wizerunkiem? Zwłaszcza w Hiszpanii, gdzie kult macho wciąż jest przecież żywy.
Ja sam doskonale wiem, kim jestem. Jestem pewny swojej seksualności, nie musze się o nią w żaden sposób obawiać czy czegoś udowadniać. W „Bólu i blasku” jest scena, która wzruszyła mnie do łez. To moment, kiedy mój bohater spotyka swojego byłego kochanka Federico, w którym był bez pamięci zakochany. Nadal zresztą coś do niego czuje. Federico ustami Leonarda Sbaraglii mówi mi, że mieszka teraz w Argentynie, gdzie ma żonę i dwójkę dzieci. Na planie, kiedy tę scenę kręciliśmy, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Waga tych słów była tak wielka, że łzy w jedną sekundę napłynęły mi do oczu, chociaż scenariusz wcale tego nie zakładał. Byłem przekonany, że Pedro przerwie ujęcie, ale tego nie zrobił, a ja nie wiedziałem, jak się opanować. To jest moment filmu, o którym powinno dyskutować Cannes i nie tylko.

Po czymś takim otrzepujesz się, schodzisz z planu i zapominasz?
Nie zawsze tak to działa. Czasami robię nawet coś, czego aktor zdecydowanie nie powinien robić: bronię swoich bohaterów w życiu prywatnym. Zwłaszcza jeśli tak jak Salvador stają się dla mnie ważni. Po prostu nie ma we mnie zgody na ludzką krzywdę. Kiedy moi bohaterowie cierpią, cierpię razem z nimi, przejmuję się, choć wiem, że mi nie wolno, bo stąd już prosta droga do szaleństwa. Może byłbym lepszym aktorem, gdybym im nie współczuł. Ale czy byłbym lepszym człowiekiem? Niech zostanie tak, jak jest.

  1. Kultura

Cate Blanchett w ekranizacji światowego bestsellera "Gdzie jesteś, Bernadette?"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Gdzie jesteś, Bernadette?" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Marii Semple "Gdzie jesteś, Bernadette?" to pełna humoru opowieść o współczesnej amerykańskiej rodzinie i kręgach artystyczno-biznesowych, która bawi i wzrusza od pierwszej do ostatniej minuty. Komediodramat w reżyserii Richarda Linklatera trafi do kin 16 sierpnia, a w roli tytułowej Bernadette zobaczymy podwójną zdobywczynię Oscara, Cate Blanchett. 

Powieść Marii Semple stała się prawdziwym światowym hitem. "Gdzie jesteś, Bernadette?" przez rok figurowała na szczycie listy najlepiej sprzedających się książek "New York Timesa", zebrała ogrom pozytywnych recenzji i rozbawiła tysiące czytelników na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że film powtórzy sukces książki i przyciągnie do kin wielu widzów.

Tytułowa Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża (Billy Crudup) oraz wspaniałą córkę, piętnastoletnią Bee (Emma Nelson), dla której jest najlepszą przyjaciółką. Kobieta nie cieszy się jednak dobrą reputacją, a najbliżsi z jej otoczenia uważają, że przynosi hańbę całemu miastu. Jest ekscentryczna, neurotyczna, nieprzyjemna, zgryźliwa i cierpi na lęk przed otwartą przestrzenią. Mimo to, uważana jest w kręgach designu za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury. Pewnego deszczowego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Jej córka, która postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć, stopniowo odkrywa zaskakujące fakty z życia swojej matki. Zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

Zobacz zwiastun:

  1. Kultura

"Na zawsze razem" - francuski dramat o życiu po stracie najbliższych. W kinach od 30 sierpnia

Vincert Lacoste (Dawid) i Isaure Multrier (Amanda) - kadr z filmu
Vincert Lacoste (Dawid) i Isaure Multrier (Amanda) - kadr z filmu "Na zawsze razem" (org. "Amanda), reż. M. Hers (2018), fot. materiały prasowe BEST FILM
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Już wkrótce na ekrany polskich kin trafi poruszający dramat w reżyserii Mikhaëla Hersa zatytułowany „Na zawsze razem”. To niezwykle subtelna, angażująca, ale też pełna dyskretnego wdzięku historia o miłości, determinacji i życiu po stracie najbliższych. W rolach głównych zobaczymy m.in. Vincenta Lacoste („Lolo”, „Dziennik panny służącej”), Stacy Martin („Nimfomanka”, „Wszystkie pieniądze świata”) oraz Isaure Multrier. Polska premiera francuskiej produkcji odbędzie się 30 sierpnia.

Już wkrótce na ekrany polskich kin trafi poruszający dramat w reżyserii Mikhaëla Hersa zatytułowany „Na zawsze razem”. To niezwykle subtelna, angażująca, ale też pełna dyskretnego wdzięku historia o miłości, determinacji i życiu po stracie najbliższych. Polska premiera francuskiej produkcji odbędzie się już 30 sierpnia.

Głównym bohaterem filmu jest lekkoduszny Dawid, który ma 24 lata i głowę pełną młodzieńczych marzeń. Pewnego dnia poznaje Lenę, która właśnie przeprowadziła się do Paryża i zakochuje się w niej bez pamięci. Chłopak nie ma stałej pracy, a w wolnym czasie pomaga siostrze w opiece nad siedmioletnią córką - uroczą Amandą. Spokojne życie Dawida legnie jednak w gruzach, gdy jego siostra ginie w tragicznych okolicznościach. Atak terrorystyczny w stolicy Francji zabiera Amandzie mamę i Dawidowi siostrę. To wydarzenie diametralnie zmienia losy bohaterów. Oboje próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości mając tylko siebie nawzajem. Mężczyzna musi szybko wydorośleć i poradzić sobie z traumą. Nie tylko po to, by zawalczyć o swoją miłość, ale też aby przejąć opiekę nad niepełnoletnią siostrzenicą.

W rolach głównych zobaczymy m.in. Vincenta Lacoste („Lolo”, „Dziennik panny służącej”), Stacy Martin („Nimfomanka”, „Wszystkie pieniądze świata”) oraz Isaure Multrier.

Zobacz zwiastun:

 

Film zdobył ogromne uznanie i został wyróżniony na największych międzynarodowych festiwalach: w Wenecji (Nagroda Laterna Magica), Tokio (Grand Prix i nagroda za najlepszy scenariusz) oraz podczas tegorocznych Cezarów (Vincent Lacoste - nominacja w kategorii najlepszy aktor).