1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wolność to słowo klucz: rozmowa o filmie „Ederly” z Mariuszem Bonaszewskim

Wolność to słowo klucz: rozmowa o filmie „Ederly” z Mariuszem Bonaszewskim

Zobacz galerię 1 Zdjęć
O trudnym rozgraniczeniu między rzeczywistością a snem, obsesji wspomnień, metodzie zmarszczek na twarzy i tęsknotach za rolą z Mariuszem Bonaszewskim rozmawia Kuba Armata.

Film Piotra Dumały „Ederly” to dla pana bardziej Gombrowicz czy Kafka?

Raczej bym od takich plakatów uciekał. Być może z Kafką jest więcej na rzeczy, bo w trakcie realizacji filmu takie sformułowania padały. Bardziej jednak w grotesce niż okrucieństwie czy przeżywaniu straszliwości świata. Tym, że świat nam się w jakiś sposób wymyka. W tym kontekście Gombrowicz też jest na rzeczy, patrząc chociażby na „Kosmos”. Jednak te określenia w dużej mierze zostały później dolepione. Zostałem niedawno zaproszony do DKF-u w Gorzowie, gdzie widziałem „Ederly” po raz pierwszy. Reakcja ludzi kompletnie mnie zaskoczyła.

W jakim sensie?

Bardzo dużo się śmiali. W miejscach zamierzonych, ale i takich, które nie były określane przez nas w taki sposób. Miały być absurdalne, ale czy śmieszne? A w zbiciu większej całości okazało się, że tak jest. Po seansie odbyła się trwająca dwie i pół godziny dyskusja. Najciekawsze w „Ederly” jest to, że ludzie chcą naprawdę rozmawiać o tym, co się właściwie w tej opowieści kryje. Opowiadałem im trochę, jak kręciliśmy, o naszych założeniach, ale tak naprawdę pytałem, co oni o tym sądzą. Śledztwo, jakie na własną rękę prowadzą widzowie, to najwspanialsza rzecz, jaką mogliśmy sobie wyobrazić.

Dużo w tych śledztwach było dla pana niespodzianek?

Oj, tak. W tym filmie jest wiele nagłych przeskoków, zmiany pór roku nie sprowadzają się tylko do upływu czasu. Nie chodzi o to, że bohater z jednego domu wychodzi, a do drugiego wchodzi. Być może wyszedł rok temu. Nie wiadomo, gdzie był przez cały czas. Ludzie to łapią i przestają oglądać „Ederly” w realistyczny sposób. Przestają interesować ich przejścia, a zastanawiają się nad rozwikłaniem zagadki. Była tam taka sekwencja, która bardzo intrygowała mnie w momencie kręcenia. Bohater, w którego się wcielam, wchodzi do jakiegoś domu i bardzo długo stoi przed lustrem, widząc odbicie znajdujących się tam osób. Przecież tak się nie robi w obcym domu. Dlaczego Piotrek chciał, żeby wpatrywał się tak długo? Dla ludzi stało się to ważne, bo przekonywali, że od tego momentu bohater widzi siebie w tej historii. Jeszcze się trochę buntuje, realistycznie mówi, że nie, ale już tam jest. Tak jakby stanąć obok i oglądać swoje życie z innego punktu widzenia. Do samego końca nie powinniśmy wiedzieć, kim jest bohater. Kojarzyło mi się to trochę z literaturą skandynawską. Oni mają obsesję na punkcie wspomnień. Bo przecież pamiętamy własne wspomnienia, a nie rzeczywistość. Z biegiem lat wiele rzeczy się na siebie nakłada i to nam się wymyka. Wszystko staje się tak nierealne, że dotarcie do prawdy, kto jest kim czy jaki był, okazuje się praktycznie niemożliwe. Dumała jest ze snu, taka jest ta opowieść. Podobnie jak wcześniejszy „Las”. Na te opowieści ze snu nakładają się różne doświadczenia pracy, inspiracje kinem, biało-czarnym, trochę straszliwym, slapstickiem. Cały czas na planie mówił, że to bardzo ważne, żeby było dokładnie tak, jak w jego śnie. Tylko co ja z tego mogłem zrozumieć? W jakim śnie?

Piotr Dumała to reżyser o niesamowitej wyobraźni wizualnej. Jak to się przekłada na współpracę z aktorem? Wspomniał pan, że to pierwszy film, przy którym pracował, gdzie nakręcono absolutnie wszystko, co było zapisane w scenariuszu.

To nie było proste. W trakcie prób – kiedy aktor zaczyna grzebać w roli – uznaliśmy, że pewnych rzeczy nie rozumiemy. Te przeskoki psychologiczne były nieco podejrzane, w chwili gdy rozpatruje się to takim aktorskim sznytem. W trakcie jednej z prób zdałem sobie z tego sprawę, że moim zdaniem nie powinniśmy się domagać wyjaśnień, bo Piotr ich nie ma. Dumała bazuje na zupełnie czymś innym. W efekcie nie powinniśmy ingerować w scenariusz, a próbować zrealizować każdą zapisaną w nim scenę i nie zmieniać żadnego tekstu. Piotr będzie nam jedynie mówił, na czym polegają jego przypuszczenia odnośnie emocji. On jest człowiekiem rysującym, więc coś ma się pokazać na twarzy. Tylko jeżeli dziś aktor coś takiego słyszy, to się wkurwia. Na tym właśnie polegało zaufanie do Dumały. Już w pierwszym jego filmie, przy którym pracowałem, tak było. Nazwałem to metodą „zmarszczek na twarzy”. On chciał dokładnie tego, co narysował. Nie było to łatwe. Bo co, mieliśmy robić miny? Ale trochę na tym to polegało. Być może wspomniane nieco chaotyczne przeskoki były tego istotą.

Brak oczywistych psychologicznych motywacji czy próba zrozumienia jego emocji okazały się najtrudniejsze?

Aż tak to może nie. Zawsze możemy powiedzieć, że gdy nie wiemy, jaki był przebieg, to gramy od bandy do bandy, potem przeskok, ilustrujemy to twarzą i tak dalej. Miałem poczucie, że jeżeli jest coś naprawdę trudnego do opowiedzenia tą rolą, to moment, kiedy bohater przez chwilę zdaje sobie sprawę ze swojego stanu. Widać, że on jako jedyny wszystko rozumie, tylko my za bardzo nie wiemy co. Zdaje sobie sprawę, że wszystko jest dla niego czytelne i oczywiste. Najtrudniej gra się rzeczy apsychologiczne czy aemocjonalne, ale zarazem intelektualne. Staje wtedy przed widownią i nie pokazuje im swojego stanu, bo to guzik ich obchodzi. Oni nie chcą, żebym płakał. Chcą, żebym opowiedział im historię, która ma w nich wywołać ten stan. Dumała jest fragmentaryczny, nieczytelny. Ale ta opowieść istnieje, bo takie wspomnieniowe historie snuje każdy z nas. Dumała jest bardzo bliski wydarzeniom ze swojego życia. „Las” był osobistą opowieścią o jego ojcu, a jednocześnie takim szaleństwem wyobraźni. To człowiek obrazu. Interesowało mnie w nim to, że rysunki, które robi, to potwornie ciężka i żmudna praca. Pomijając talent, wymaga ogromnego wysiłku oraz skupienia. Nie wszystkich na to stać. W filmie jest zupełnie inaczej. Trzeba się spieszyć, musi być efekt. Jeden dzień zdjęciowy kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jeżeli nie zdarza się tak jak we śnie, trudno. Musimy podjąć jakąś decyzję i lecieć dalej.

Powiedział pan kiedyś, że czytając scenariusz, czuł pan, że do pewnego stopnia to pana historia.

Też mam obsesję wspomnień. To chyba nie jest sprawa wieku, bo takiego siebie pamiętam od siódmego roku życia. Od przeskakiwania w czasie do przodu po cofanie się do zdarzeń, które w momencie, kiedy miały miejsce, nie robiły na mnie wrażenia, a potem wyświetlały mi się pod powiekami non stop. Zresztą już od dawna nie wierzę sobie w sprawie rozpoznawania snów i rzeczywistości. Nie dowierzam samemu sobie w tej kwestii. W tym sensie poczułem wspólnotę z Dumałą. Miałem wrażenie, że to rozumiem. Nie do końca rozumiałem zachowania bohatera, ale po jakimś czasie przestało mnie to obchodzić. Mnie też to wszystko się wymyka.

W „Ederly” to nie bohater szuka tożsamości, a tożsamość znajduje jego.

Pan widzi taki obraz, ale jeżeli to się w pewnym sensie dzieje we śnie, to z jakiegoś powodu Dumała chce, żeby byli tacy. Powiedziałem mu kiedyś, że te wszystkie postaci działają na mnie w taki sposób, jakbym sam napisał ten scenariusz. Chociażby osoba księdza, do którego ktoś mówi, a on właściwie śpi. Pamiętam, jak byłem kiedyś przesłuchiwany w sprawie poważnego wypadku. Przyjęto mnie o szóstej rano, policjant siedział przy biurku, wysunął klawiaturę, ja coś mówiłem, a on wolno spisywał. Nagle zawisł nad klawiaturą. Zasnął. To był jakiś obłęd. Wiele było takich rzeczy, które dobrze znałem.

Na przykład?

Błądzenie. W ten sposób zwiedzam miasta. Pierwsza w lewo, druga w prawo, idę tam, gdzie mnie nogi poniosą. Kiedyś biegałem, teraz łażę i się gubię w miastach. Ale chcę się w nich zgubić. Pamiętam, jak byłem w Seulu, pojechałem kolejką na bardzo odległą stację i postanowiłem, że wrócę na piechotę. Genialne uczucie. Bohater Dumały się gubi, ale po pewny czasie on chce się zgubić. Już nie ma celu, nie interesuje go, którą drogą ma iść.

Piotr Dumała w ogóle lubi mówić o tym filmie jako o komedii.

To się wydarzyło pierwszego dnia zdjęciowego. Mieliśmy do nagrania bardzo trudną scenę jazdy nyską. Była stara, za kierownicą kaskader, a droga taka, że mógł nas wywalić bez żadnego trudu. Zaczęliśmy wyprzedzać normalnie kursujący autobus, tyle że z naprzeciwka zmierzało w naszą stronę auto. Wtedy naprawdę się bałem i było to widać, co zostało uchwycone. Nigdy nie oglądam materiałów zdjęciowych, ale zebrała się grupa, żeby ocenić, czy musimy robić to raz jeszcze, i nagle wszyscy zaczęli się śmiać. Wtedy pomyślałem: „Cholera, chyba się udało”. Byliśmy przerażeni, lecz widać o to chodziło. Ten strach jest śmieszny. Zresztą kiedy to zobaczyłem, miałem podobne odczucia. Dumała bardzo się wtedy ucieszył, powiedział, że jest dokładnie tak jak w jego śnie.

Groteska, absurd, surrealizm to bliskie panu kategorie?

Bardzo, ale ja w zasadzie w takich rzeczach nie gram. W ogóle w Polsce jest tego niewiele, w porównaniu chociażby z latami 60. czy 70. To takie skojarzenia jak przebywanie w świecie slapsticku. Te konkretne rzeczy może już nas tak bardzo nie bawią, ale śmieszy samo przebywanie w absurdalnej rzeczywistości. I tam też pojawia się lęk, bo w tym wszystkich numerach, jakie robił Buster Keaton czy Harold Lloyd, nie było kaskaderów. Mam poczucie, że taki nieco absurdalny repertuar w teatrze sprawdzałby się znakomicie. Zdarzało mi się brać udział w tego typu rzeczach. Jest taki skandynawski dramaturg Lars Noren. Absurdalny, ale nie śmieszy. I wyjątkowo trudny we współpracy. Robi na przykład premiery równocześnie w różnych miejscach na świecie. Zaprosiliśmy go na premierę do Narodowego, a jego agentka zapytała nas wprost, czy zdajemy sobie sprawę z tego, co robimy. Bo w każdej chwili może wejść na scenę i powiedzieć, że to nie ma nic wspólnego z jego sztuką. Gdy byłem w Brukseli, chciałem wejść na próbę i go podejrzeć. Powiedziano mi, że to nie wchodzi w grę, bo może przerwać próbę i mnie wyrzucić. Z takiego świata był też w jakimś stopniu Jerzy Jarocki. To było niesamowicie intelektualne, „jego” bohaterowie zawsze prowadzili absurdalne śledztwa dotyczące ich samych. Dramaty niby były znane, wszyscy wiedzieli, o czym są, a on domagał się takiego monologu, sprawdzania samego siebie. Jak bohater „Ederly”.

Powiedział pan kiedyś, że role teatralne to spekulacja cielesno-intelektualna. Co pan miał na myśli?

Rola jest spekulacją, nieprawdą. Powiązaniem ze sobą różnego rodzaju zachowań tylko po to, żeby osiągnąć u widzów efekt przypomnienia, wywołania myśli na temat tego, o czym się mówi. Spekulacja o tyle, że szukamy punktów, które mają działać na widzów, stawiać jakieś pytania. Czasami robimy coś w pierwszym akcie tylko po to, żeby w trzecim publiczność miała skojarzenia. Żyjemy w świecie ubranym w typowe historie, obrazki i tak chcemy na niego patrzeć. Niekoniecznie chce się opowiadać historię, a zamiast tego podzielić się czymś zupełnie innym. To wymaga spekulacji, czegoś sztucznego, wymyślonego. Oczywiście można śledzić psychologię bohatera. Tyle że w przypadku takiej roli jak Hamlet tych możliwości jest bardzo wiele. Hamlet rozmawia z widownią, jest aktorem. Lubi cierpieć, ponieważ na niego patrzą. Podbija to cierpienie, dlatego myli się w kilku datach, jak ta, kiedy zmarł jego ojciec. A przecież doskonale to pamięta. Hamlet ma na początku dwadzieścia minut, żeby przekonać widzów do swojej wersji opowieści. Bo może Klaudiusz wcale nie był złym królem? Chodzi mi o to, że aktor chce się czasami podzielić z widownią możliwością tych tekstów. To wymaga spekulacji, mającej na celu naprowadzać publikę na najważniejsze tropy w tekście. Spekuluje się, jak to osiągnąć. Nie chodzi o to, żeby być prawdziwym. Dla części widzów to bzdura. Inni z kolei nie chcą historii emocjonalnej, bo mają ich już dosyć. Stąd być może o takim filmie jak „Ederly” mówi się, że to coś nowego. Zebrałem recenzje, jakie się ukazały, i nie sądziłem, że aż do tego stopnia panuje takie przekonanie. Pisze się o tym, że to oczarowanie, a w Polsce dawno nikt w taki sposób nie zajął się kinem. Ktoś napisał nawet, że od 30 lat czeka na taki film w polskim kinie.

Trudniej widza rozśmieszyć niż wzruszyć? Wielu reżyserów mówi, że komedia to najtrudniejszy gatunek.

To taka kurtuazja. Wzruszyć ludzi w teatrze czy doprowadzić do płaczu jest piekielnie trudno. Niedawno byłem tego świadkiem. Poraziło mnie to, co działo się na widowni. Czytaliśmy w Narodowym „Pana Tadeusza”. Przez tydzień, po 2,5 godziny dziennie. Byłem Robakiem. Czytamy tekst i nagle dociera do mnie, że coś się dzieje na widowni. Słyszę jakieś dziwne odgłosy. Pomyślałem w pierwszej chwili, że może ci ludzie są chorzy. No ale co, zamiast do lekarza przyszli do teatru? Na widowni był wtedy reżyser. Kiedy zszedłem cały mokry ze sceny, mówi do mnie: „Stary, to są jaja, oni płakali. Tłum ludzi po prostu płakał”. Takie wrażenie zrobił na nich ten tekst. To literatura, którą trzeba czytać na głos.

Lubi pan sytuacje, gdzie ma dużo miejsca do gry?

Zdecydowanie. Ostatnio zaproszono mnie do telewizji na wieczór poświęcony Maćkowi Wojtyszce. Niestety, nie mogłem dotrzeć, ale kiedy zastanawiałem się, co chciałbym o nim powiedzieć, pomyślałem właśnie o miejscu do gry. Robiliśmy razem tylko jedno przedstawienie. Zagrałem Stanisława Wyspiańskiego, bo to była opowieść o jego życiu. Wolność to słowo klucz. Oczywiście potrzebne mi są jakieś ograniczenia, muszę mieć pewne rzeczy nazwane. Nie jestem w stanie tak analizować tekstu jak niektórzy reżyserzy. Korzystam z tych podpowiedzi, ale potem już tylko wolność. Chcę się w tym rozsmakować. Do tej pory czerpię ogromną przyjemność z tego, co robię. Nie znam aktora, który po przyjściu do garderoby by nie narzekał. Kiedyś Maciek Stuhr mówi do mnie: „Zobacz, najpierw jak zdają do szkoły teatralnej, to jeżdżą na Jasną Górę to wymodlić, a już na pierwszym roku zaczynają się narzekania, że znowu ten wiersz”. Oczywiście są takie stany, kiedy i ja mam dość, ale i są role, na które czekam cały tydzień. Będę teraz robił „Ryszarda III” i dzień przed naszą rozmową spotkałem się z reżyserką. Przez trzy godziny się o tę postać kłóciliśmy. W dobrym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Nagle zdałem sobie sprawę, jak ogromną przyjemność sprawia mi w ogóle mówienie o tym. Jak otworzyć Ryszarda III monologiem, w którym mówi, kim jest. Zwłaszcza w obecnych czasach, politycznym napięciu, Ryszardowskich osobowości. Śledzenie tego jest bardzo przyjemne, a na scenie to już szczególnie. Rola powstaje jako spekulacja, ale nie da się być takim samym spekulantem każdego wieczoru.

Ma pan reżyserów filmowych czy teatralnych, za którymi poszedłby w ciemno? Wspominał pan kiedyś, że tęskni za Jerzym Jarockim czy Jerzym Grzegorzewskim, choć w trakcie waszej współpracy, delikatnie mówiąc, nie było łatwo.

À propos Grzegorzewskiego, to tęsknota po śmierci, bo byłem świadkiem jego geniuszu. Ale i sytuacji, z którymi nie mogłem się pogodzić. Pamiętam, że chciałem zwiać stamtąd jak najszybciej i nigdy już nie pracować w taki sposób. Z Jarockim również była specyficzna relacja. Wiedziałem, czego ode mnie chce, ale nie mógł mnie dotknąć ani ja jego. Rozpoznawałem też jego ludzkość, choć niejasne były dla mnie pewne węzły psychiczne. Nie oceniam go, bo po prostu tego nie rozumiem. Ta przygoda polegała jednak na czymś innym. Uzmysławiał mi pewne rzeczy, które były rewelacją, odkryciem. Brałem tekst i myślałem, że coś jest niemożliwe. Pamiętam taką kłótnię, w której brał jeszcze udział Jerzy Radziwiłowicz. Chodziło o jakieś dwa wersy ze Słowackiego. Dobranie się do tego, to tak jak dobrać się dzisiaj do teorii kwantowej. Kompletnie nie rozumieliśmy, o co chodzi Jarockiemu. Olśnienie przyszło niespodziewanie, na ulicy. Zdałem sobie sprawę, że dla tej niejasności warto było tam siedzieć. To była rola w „Sprawie” Jarockiego. Dużo mnie kosztowała, ale tęskniłem za nią każdego wieczoru. Był tam monolog trwający kilkadziesiąt minut, prawdziwe piekło wysiłkowe. Wstawałem jednak rano i wiedziałem, że to jest to.

Dużo ma pan takich ról, za którymi tęskni?

Kiedyś się z tego trochę nabijałem. Pamiętam, jak podczas prób do „Hamleta” Domalika podszedł do mnie Michał Pawlicki grający Grabarza. Na próbach byłem nieco zbyt energetyczny, rzucałem się wręcz na tę rolę. On wszedł na scenę, spojrzał na mnie i powiedział do reżysera: „Przepraszam pana, ale on zawsze się tak zachowuje?”. Trochę mnie to otrzeźwiło, ale potem, żeby znieść pełną napięcia sytuację, Pawlicki wziął mnie na bok i powiedział, że już widzi, iż będę miał kłopot. Kłopot wynikający z tego, że dostrzegał, jak bardzo jestem w tej roli. Powiedział: „Problem będzie polegał na tym, że będziesz tęsknił i nigdy nie zapomnisz. Że będziesz poprawiał i się nie wyzwolisz. Widzę po tym żarze, że to się nie rozejdzie. Ja też tak mam”. I rzeczywiście miał rację.

Ciężko się wychodzi z tych trudnych ról?

Gdybym tak naprawdę nie mógł zrzucić sukieneczki Hamleta, toby mnie zawieźli do psychiatryka. Na pewno jest tak, że role powodują pewne zmiany, nie zawsze mądre. Jestem na to narażony cały czas. Każda sytuacja działalności zawodowej naraża na niebywałą ilość oceniactwa i poszczekiwania. A ja nie jestem przecież celebrytą. Ubieramy się w przekonania o sobie. Otrzeźwiło mnie takie wydarzenie też z „Hamleta” w Dramatycznym. Pełna sala, stoję na pomoście i mówię: „Być albo nie być”. Kontaktuję się z ludźmi, kończę monolog puentą, chwila pauzy i nagle ktoś z trzeciego balkonu krzyczy: „Hamlet, chodź na piwo!”. Podniosło mnie to z tego podestu, pomachałem nawet w tamtym kierunku. To nie było nic złego w stylu: „Zamknij ryja”. Właściwie poczułem się tak, jakby ten człowiek chciał mi postawić piwo. Wszedł ze mną w jakąś rozmowę. Nie przerwał mi monologu, zaczekał na pauzę. I nagle zdałem sobie sprawę: „Piwo, jasne że piwo, a nie żaden monolog”.

Za rolą w „Ederly” też będzie pan tęsknił? Bo ponoć się pan zadomowił w tym świecie.

Tęsknię od dawna. Napiję się Pan piwa?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Cate Blanchett w ekranizacji światowego bestsellera "Gdzie jesteś, Bernadette?"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Gdzie jesteś, Bernadette?" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Marii Semple "Gdzie jesteś, Bernadette?" to pełna humoru opowieść o współczesnej amerykańskiej rodzinie i kręgach artystyczno-biznesowych, która bawi i wzrusza od pierwszej do ostatniej minuty. Komediodramat w reżyserii Richarda Linklatera trafi do kin 16 sierpnia, a w roli tytułowej Bernadette zobaczymy podwójną zdobywczynię Oscara, Cate Blanchett. 

Powieść Marii Semple stała się prawdziwym światowym hitem. "Gdzie jesteś, Bernadette?" przez rok figurowała na szczycie listy najlepiej sprzedających się książek "New York Timesa", zebrała ogrom pozytywnych recenzji i rozbawiła tysiące czytelników na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że film powtórzy sukces książki i przyciągnie do kin wielu widzów.

Tytułowa Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża (Billy Crudup) oraz wspaniałą córkę, piętnastoletnią Bee (Emma Nelson), dla której jest najlepszą przyjaciółką. Kobieta nie cieszy się jednak dobrą reputacją, a najbliżsi z jej otoczenia uważają, że przynosi hańbę całemu miastu. Jest ekscentryczna, neurotyczna, nieprzyjemna, zgryźliwa i cierpi na lęk przed otwartą przestrzenią. Mimo to, uważana jest w kręgach designu za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury. Pewnego deszczowego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Jej córka, która postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć, stopniowo odkrywa zaskakujące fakty z życia swojej matki. Zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

Zobacz zwiastun:

https://www.youtube.com/watch?v=XR2nuAjsQBM

  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

 Carlos Ruiz Zafón.
Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. \"Miasto z mgły\", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kultura

Rodzinnie przed ekranem - filmowa majówka z Nowymi Horyzontami VOD

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Majówka z Nowymi Horyzontami VOD to nasza propozycja na nadchodzący długi weekend. Na każdy dzień platforma przygotowała filmowe atrakcje dla całej rodziny - zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. 

Małe, duże, nuklearne, wielopokoleniowe, patchworkowe. Każda rodzina znajdzie coś dla siebie w ofercie NH VOD. W ramach majówki zespoły festiwali Nowe Horyzonty i Kino Dzieci połączyły siły, wybierając zestawy tytułów, które zebrano w blokach tematycznych. Każdemu dniu majówki przyświeca specjalne hasło, a za nim idą znakomite filmy – jeden skierowany do młodego widza, drugi dla dorosłego. Przygotowując cały plan inspirowano się staropolskim zwyczajem oglądania filmów w układzie „najpierw wieczorynka, później propozycja dla dorosłych”. Oczywiście, wieczorynkę można oglądać o dowolnej porze.

Sobota, 1 maja: Międzypokoleniowe starcia

Starsi nie rozumieją młodszych, a młodsi nie chcą zrozumieć starszych – to punkt wyjścia. Więcej zrozumienia pomiędzy obiema stronami – to efekt, jaki można uzyskać po seansach filmów z propozycji na pierwszy dzień majówki.

"Sekrety morza", reż. Tomm Moore – nominowana do Oscara, ponadczasowa i ponadpokoleniowa baśń z Irlandii, która przypomina o potędze wyobraźni i jeszcze większej sile rodzinnej miłości. Sekrety morza to także powrót do tradycyjnej, ręcznej animacji, co zdecydowanie odróżnia film od wszechobecnej w dzisiejszym kinie ponurej, cyfrowej technologii 3D.

https://www.youtube.com/watch?v=7Lj-vqlmiAY

"Toni Erdmann", reż. Maren Ade – obsypana nagrodami, przewrotna, pełna niepoprawnego humoru historia relacji między śmiertelnie poważną trzydziestolatką a jej bujającym w obłokach ojcem. Dużo śmiechu, jeszcze więcej wzruszeń.

https://www.youtube.com/watch?v=VwinzcBGqYw

Niedziela, 2 maja: Zwierzęta mają głos

Dziś celebrujemy uczucia międzygatunkowe i przypominamy o tym, że nasi czworonożni, płetwiaści lub skrzydlaci przyjaciele są pełnoprawnymi członkami rodziny.

"Jakub, Mimmi i gadające psy", reż. Edmunds Jansons – tytułowi bohaterowie to para rezolutnych dzieciaków, która staje w obronie swojego ulubionego parku, będącego łakomym kąskiem dla bezwzględnego inwestora. W walce o zachowanie „zielonych płuc” miasta pomaga im gang gadających psów. Cała animacja została przepięknie wykonana za pomocą metody „cut-out”.

https://www.youtube.com/watch?v=ELO_pE0-VmQ

"Serce psa", reż. Laurie Anderson – zaskakujący, nowatorski hołd dla męża autorki, Lou Reeda, i ukochanej terierki Lolabelle. Mnóstwo świetnej muzyki, nowojorskich pejzaży oraz małych-wielkich przemyśleń o blaskach i cieniach naszego życia.

https://www.youtube.com/watch?v=0filyleqHGo

Poniedziałek, 3 maja: Girl Power

Dziewczyny u sterów! Dzień zaczynamy patriotycznie – wspólnie z Basią, jedną z najpopularniejszych bohaterek z polskiej animacji, a później zapraszamy na pokład legendarnego jachtu Maiden, dowodzonego przez załogę nieustraszonych kobiet.

"Basia", "Basia 2" i "Basia 3", reż. Marcin Wasilewski, Łukasz Kacprowicz – tytułowa Basia to wyjątkowo rezolutna pięciolatka, dobrze znana wielbicielom książek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Każdy odcinek uczy dzieci czegoś o dorosłych, ale i dorosłych czegoś o dzieciach.

https://www.youtube.com/watch?v=fLS_0l5O9U4

"Maiden", reż. Alex Holmes – trzymająca w napięciu – niczym rasowy thriller – opowieść o grupie upartych, odważnych i niezależnych kobiet, które stworzyły pierwszą w historii żeńską załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race.

https://www.youtube.com/watch?v=I98hJiZRQyM

Aby wziąć udział w majówce z Nowymi Horyzontami, wystarczy założyć konto na nowehoryzonty.pl/vod i wykupić dostęp do filmów (pojedyncze dostępy zaczynają się już od 7,90 zł). Można też zakupić pakiet dostępów za jedyne 49 zł (w pakiecie mieści się aż 15 filmów oznaczonych promocją) – wówczas uzyskujemy dostęp do wszystkich majówkowych propozycji. Każdy z zaproponowanych filmów można oglądać o dowolnej porze dnia (i nocy).

  1. Kultura

O kobiecej duszy i poszukiwaniu nowego sensu – nowa książka Grażyny Jagielskiej

Zobacz galerię 4 Zdjęć
Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

„Odchodząc z domu, zabrał, ile zdołał: świadectwo maturalne, płyty ojca i cały sok pomarańczowy z lodówki. Gitara już teraz obijała mu się̨ o nogi. Pomyślałam: od- prowadzam wzrokiem tego, który zwraca mi wolność́” — rozpoczyna swoją powieść Grażyna Jagielska. Koniec przychodzi często niepostrzeżenie i w mgnieniu oka kruszy fundamenty, na których oparliśmy naszą rzeczywistość. Tak też się dzieje w życiu głównej bohaterki „Wszystkich moich domów”, której dwójka synów opuszcza gniazdo rodzinne, a mąż przechodzi na emeryturę. W obliczu nadchodzących zmian ona sama postanawia sprzedać dom i pozbyć się większości starych przedmiotów. Zostawia dla siebie maszynę do pisania i mocne postanowienie, że znajdzie własny pokój, w którym będzie mogła wreszcie robić to, o czym zawsze marzyła: pisać.

Kolejne przeprowadzki i próby odnalezienia spokojnej przystani dla niej i dla męża spełzają na niczym, a pragnienie zalepienia pustki po starym życiu duchowością i kontaktem z naturą kończą się sromotną porażką. Jednakże ta podróż przez wszystkie nowe przestrzenie i domy staje się też formą terapii: możliwością skonfrontowania się z tym, co wyparte, przyjrzenia się sobie i relacji z mężem (opartej na tradycyjnym podziale ról, w której to ona poświęciła kiedyś wszystko dla swojej rodziny). Kiedy drzwi do przeszłości zostają zamknięte z hukiem, otwierają się nowe, które po wielu latach ciemności, oświetlają w końcu niewypowiedziane wcześniej pretensje, żale i tęsknoty. Lekarstwem staje się zakotwiczenie w codzienności, a także udomowienie nowej rzeczywistości za pomocą ciepła, czułości i poczucia humoru.

Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera) Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera)

Grażyna Jagielska, świetna pisarka, tłumaczka i autorka doskonale przyjętych przez krytyków i czytelników bestsellerów, w swojej nowej powieści eksploruje mikrokosmos kobiecych emocji, tęsknot i wspomnień. „Wszystkie moje domy” to z pozoru spokojna i pozbawiona fajerwerków powieść, która w subtelnościach i niedopowiedzeniach skrywa kobiecy wszechświat: gęsty, wielowarstwowy, pełen ciemności i blasku, co zbliża ją do niektórych książek włoskiej pisarki Eleny Ferrante. To opowieść o stracie, która jest wyzwoleniem i o domu, który każdy z nas nosi w sobie. „Wszystkie moje domy” jest pozycją obowiązkową dla każdej kobiety, zostawiającej za sobą trudną przeszłość i otwierającej się na nowe.

 

  1. Kultura

"Co jest wstydliwego w naszej seksualności?" O nowym polskim serialu dla Netflixa rozmawiamy z Małgorzatą Foremniak

 fot. materiały prasowe Netflix
fot. materiały prasowe Netflix
Zobacz galerię 3 Zdjęć
"Sexify" to najnowsze dzieło polskich twórców - Kaliny Alabrudzińskiej i Piotra Domalewskiego. Opowiada historię trzech przyjaciółek, które wspólnymi siłami starają się stworzyć wyjątkową aplikację mającą pomóc zaspokoić i zrozumieć potrzeby seksualne rówieśników - przede wszystkim dziewcząt i kobiet. Każda z nich to inna historia, inne problemy i poszukiwanie odpowiedzi na to, co wiąże się z własną seksualnością. 

W tej drodze, którą dziewczyny podjęły pomaga im m.in. matka jednej z nich - Joanna, która stara się przekonać dziewczyny do tego, że odnajdowanie w sobie kobiecości, świadomości własnych potrzeb i upodobań to nie tylko klucz do udanego życia seksualnego, ale przede wszystkim zrozumienie siebie samej i akceptacja własnych pragnień i wyborów życiowych. W rolę Joanny wcieliła się znana polska aktorka - Małgorzata Foremniak, którą zapytaliśmy o to, o czym tak naprawdę opowiada "Sexify".

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

„Sexify” to opowieść o trzech dziewczynach, które decydują się stworzyć innowacyjną aplikację pozwalającą odkrywać i zaspokajać seksualne potrzeby – zwłaszcza kobiet. Czy serial, który tak wiele mówi o odkrywaniu kobiecej siły oraz własnej seksualności jest potrzebny, zwłaszcza że tak wiele mówi się, że jest to nadal temat pomijany, na punkcie którym kobiety są dyskryminowane? MF:  Pomysł głównych bohaterek na aplikację  może stać się bardzo  pomocny w poszukiwaniu własnej seksualności. Joanna – postać, którą gram, uczy w swojej Akademii Uważności, aby kobiety odkrywały same siebie jak mapę. Nie tylko mapę ciała, ale także mapę emocji, potrzeb, wrażliwości, bo są to obszary dla wielu kobiet wciąż nieznane.

Kiedyś o sprawach tak intymnych, zwłaszcza w kontekście osiągania przyjemności seksualnej przez kobiety nie mówiło się wcale bądź w znikomym stopniu. Kobiety nie miały zbyt wielu możliwości poznania, zrozumienia tego, co dzieje się z ich ciałem, co daje im satysfakcję seksualną. Czy dalej jest to temat kontrowersyjny, czy miała Pani poczucie, że bierze udział w kontrowersyjnym serialu? MF: Nie miałam takiego poczucia. To dobrze, że taki serial powstał. Z jednej strony żyjemy w świecie przepełnionym technologią, przesiąkamy nią. Z drugiej, często ta technologia odcina nas od prawdziwych siebie. Zapominamy w tym pędzie o naszych potrzebach, o potrzebach naszego ciała, o naszych uczuciach. Przewrotne jest to, że aplikacja którą tworzą bohaterki może pomoc kobietom przybliżyć się do ich wewnętrznego świata poprzez odkrywanie swojej  prawdziwej natury.

Czy "Sexify" może wpłynąć np. na zmianę patrzenia na potrzebę edukacji seksualnej w Polsce? MF: Może nie tyle edukacji, co myślenia o seksualności. Wbrew pozorom serialowa rozrywka może być dobrym źródłem spojrzenia na ten temat z rożnej perspektywy. Mówienie o seksualności jest bardzo ważne dla każdego młodego człowieka, który wkracza w dorosłość. "Sexify" swoją formą w naturalny i życiowy sposób może otworzyć pole do rozmowy czy refleksji.

W serialu gra Pani Joannę, matkę Moniki, która przeżywa dość ciężki okres w życiu, pomimo młodego wieku. Co okazało się największym wyzwaniem podczas tworzenia postaci Joanny? MF: Wyzwaniem to za dużo powiedziane, ale pewną trudność stanowił dla mnie wątek kursu Akademii Uważności, którą prowadzi moja postać. Nie chciałam przekraczać pewnych granic. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak to zrobić, żeby to było ciepłe, organiczne, przyjazne. Chciałam, żeby te sceny były lekkie, bo w lekkości więcej widzimy, więcej możemy. Mam nadzieje, że tak się stało.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Serial "Sexify" będzie dostępny na platformie Netflix od 28 kwietnia 2021 r.