1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ryan Gosling, jeden z najprzystojniejszych aktorów Hollywood, kończy 40 lat

Ryan Gosling, jeden z najprzystojniejszych aktorów Hollywood, kończy 40 lat

Ryan Gosling kończy dziś 40 lat. (Fot. BEW Photo)
Ryan Gosling kończy dziś 40 lat. (Fot. BEW Photo)
Ryan Gosling to świadomy, dobrze kierujący swoją karierą aktor, któremu nie wystarcza etykietka jednego z największych przystojniaków Hollywood. To prawda, że ma w sobie coś elektryzującego, ale chodzi też o życiową postawę. Sukcesy nie usypiają jego czujności, porażki tylko dopingują do działania. Przypominamy wywiad, którego udzielił nam w 2017 roku, przy okazji premiery nagrodzonego sześcioma Oscarami filmu "La La Land".

Wszyscy zachwycają się, że na potrzeby "La La Land" nauczyłeś się tak dobrze śpiewać, tańczyć, nawet grać na pianinie. Ja uważam, że trudno o bardziej pasującą do ciebie rolę. W końcu z muzyką jesteś związany od najmłodszych lat. I nie mówię tylko o disnejowskim „Klubie Myszki Miki”.
Masz na myśli moją karierę muzyka ślubnego? Tak, to prawda. Jako młody chłopak śpiewałem na ślubach. Płacili mi 20 dolców za występ, wtedy to był solidny zastrzyk finansowy dla mojej kieszeni. Z perspektywy czasu może się to wydawać zabawne.

Tylko trochę.
Musisz wiedzieć, że to poniekąd rodzinna tradycja. Weźmy mojego wujka. Kiedy byłem małym chłopcem, on zarabiał, naśladując Elvisa. Był w tym naprawdę dobry.

To on cię zainspirował? Dzięki wujkowi Elvisowi postanowiłeś, że zostaniesz aktorem?
Pochodzę z niewielkiego miasta na wschodzie Kanady. Większość mężczyzn z mojej rodziny, w ogóle większość mieszkańców, pracowała w papierni. Zawsze wydawało mi się to bardzo nudne. Aż któregoś dnia wróciłem do domu i okazało się, że mamy nowego członka rodziny. Wyobraź sobie – wprowadził się do nas człowiek, którego służbowym uniformem była biała kamizelka z kryształkami i cekinami układającymi się na plecach w wielkiego orła. Wuj ćwiczył, chodząc po domu, mówiąc jak Elvis, po prostu się nim stawał. To było na pewno moje pierwsze doświadczenie z metodą Stanisławskiego. Nie wiem, gdzie bym dzisiaj był, gdyby nie tamte wydarzenia.

Pamiętasz, co najbardziej pociągało cię w jego występach?
Miałem okazję oglądać, jak cała moja rodzina dołączała do show. Ciotki i wujowie, których nie widziałem dotąd na oczy, stawali się częścią tego przedstawienia. Wujek występował głównie w centrach handlowych. Kobiety traciły głowę podczas jego koncertów. Zachowywały się tak, jakby to prawdziwy Elvis odwiedził ich małe miasteczko. Patrzyłem na to z mieszaniną podziwu i fascynacji. A potem pewnego dnia wuj zniknął. Po sześciu miesiącach wspólnego życia po prostu nas opuścił. To było tak, jakby z miasteczka wyjechał cyrk.

Musieliście za nim tęsknić.
Moja siostra i ja natychmiast zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie moglibyśmy robić czegoś podobnego. I faktycznie znaleźliśmy sposób na kontynuację rodzinnej tradycji, trzymając siostrzano-braterską sztamę. Zaczęliśmy wspólnie występować – śpiewać na ślubach, pokazach mody, pogrzebach. Pokazywaliśmy się wszędzie, gdzie nas chcieli. Moja siostra zwalała publiczność z nóg autorską wersją piosenki z disnejowskiej „Małej syrenki”, ja wykonywałem na przykład „When a Man Loves a Woman” Michaela Boltona. Tak wyglądały mniej więcej początki mojej kariery wokalnej.

Dalszy ciąg znają wszyscy twoi fani. Kariera w „Klubie Myszki Miki”, a potem pierwsza doceniona na świecie rola w „Fanatyku”. Przeżyłeś szok, kiedy z Kanady trafiłeś do Hollywood?
To było przerażające, ale bardzo, bardzo wyczekiwane wydarzenie. Wcześniej widziałem Los Angeles w wielu filmach i od dawna narastała we mnie pewność, że muszę tu przyjechać. Oczywiście, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ogromne jest to miasto i jak ciężko jest się w nim odnaleźć, jeśli nikogo się nie zna. Zajęło mi sporo czasu, aby je poznać, myślę, że przynajmniej pięć lat. Ale na tym też polega piękno Los Angeles. To miasto o tysiącu twarzy, którego nigdy nie przestajesz odkrywać. Mieszkam tu od 16. roku życia i stale trafiam na miejsca, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia.

Tak się składa, że także w filmach, w których grasz, Los Angeles często się pojawia i, tak jak powiedziałeś, ma różne oblicza.
Samotność towarzysząca mi podczas nocnej przejażdżki w sunącym przez szerokie ulice samochodzie – to uczucie staraliśmy się jak najwierniej oddać w filmie „Drive”. „La La Land” to z kolei romantyczna historia dwójki marzycieli, którzy w Los Angeles zobaczyli swoją szansę.

W jednej z filmowych piosenek w „La La Land” powtarza się sformułowanie, że to miasto złamanych serc i nadziei.
Dla mnie to raczej mekka marzycieli. Sęk w tym, że tylko nieliczni mają szczęście i udaje im się je spełnić. Na pewno to miasto złamało niezliczenie wiele serc.

Na początku naszej rozmowy oczywiście trochę żartowałam, a ty, jako człowiek niezwykle skromny, mnie nie poprawiłeś. Śpiewanie na weselach to jedno, ale masz przecież zespół. Razem z twoim przyjacielem Zachem Shieldsem tworzycie Dead Man’s Bones, nagraliście nawet dobrze przyjętą płytę. To doświadczenie przydało ci się w pierwszym na twoim aktorskim koncie musicalu?
Nie wiem, czy mogę porównywać te dwie rzeczy, bo „La La Land” to przygoda jedyna w swoim rodzaju. Szczęście nowicjusza – moja ekranowa partnerka Emma Stone i reżyser Damien Chazelle to ludzie młodzi, niesamowicie utalentowani i ambitni. Patrzyłem na Damiena, który ma za sobą wielki sukces swojego debiutanckiego filmu „Whiplash”, i zastanawiałem się, ile doświadczonych, utytułowanych reżyserów nawet nie próbuje sięgać tak daleko jak on. Zwyczajnie boją się ryzyka. A Damien nie zgorzkniał, nie wpadł w sidła pragmatyzmu i biznesowego myślenia. Wciąż ma zapał i wykorzystał to na 100 procent, robiąc coś, czym nikt się właściwie obecnie nie zajmuje – autorski musical. Większość scen zrealizowano nie w studio, a w autentycznych miejscach w Los Angeles. Sceny, kiedy tańczymy czy śpiewamy, powstawały bez żadnych oszustw, są uczciwie zagrane od początku do końca. Mało ujęć, niewiele cięć.

Z tańczeniem też chyba nie miałeś problemu, zważywszy, że myślałeś kiedyś o karierze tancerza?
Uważałem, że poradzę sobie bez trudu, jako że mając 12 lat, opanowałem ruch „na biegacza”. To wystarczyło, żeby oczarować wszystkie moje ciotki. A tu niespodzianka – pierwsza lekcja tańca przed rozpoczęciem zdjęć do „La La Land” była jak kubeł zimnej wody. Kojarzysz film „Na ostrzu” z początku lat 90.? Opowiadał o hokeiście, który próbował jeździć figurowo na lodzie. Niby też łyżwiarstwo, ale jednak inny świat. Można powiedzieć, że ze mną było podobnie. Na szczęście Damien zorganizował pokazy dla całej obsady, m.in. „Deszczowej piosenki”, „Amerykanina w Paryżu”, „Lekkoducha”. Dzięki niemu mieliśmy też szansę spotkać się przed zdjęciami z wdową po Genie Kellym, którego podziwiam od lat. Dała nam swoje błogosławieństwo, pokazała parę jego kostiumów oraz część jego starych scenariuszy, wszystkie oprawione w skórę. W skrypcie do „Deszczowej piosenki” Kelly umieścił odręczną notatkę: „Pod koniec sceny tańca w deszczu – przekazać parasolkę policjantowi”. Zobaczyć to na własne oczy – to było coś!

W którym mięśniu miałeś największe zakwasy, kiedy przygotowywałeś się do roli w "La La Land"?
Najsilniej nadwyrężyłem ego.

Jak myślisz, dlaczego czas ogromnej popularności musicali minął?
Zmiana nastąpiła w latach 70. Dla kina był to punkt zwrotny, zaczął wygrywać realizm. Rewolucje zawsze mają to do siebie, że wylewa się dziecko z kąpielą. Ja jednak wierzę, że te dwa nurty mogą współistnieć. Że da się robić niegłupie musicale, jednocześnie proponując realistyczne kino spod znaku Cassavetesa [uznawanego za jednego z pierwszych twórców kina niezależnego – przyp. red.]. „La La Land” nagrany jest współcześnie, ale kolorystyka, scenografia i stroje wyraźnie nawiązują do złotej epoki musicali, wielkich produkcji studia Metro-Goldwyn-Meyer. Z tą różnicą, że w naszym filmie raz na jakiś czas przez kadr przejedzie toyota prius albo komuś zadzwoni komórka. Bawimy się musicalową konwencją, jednocześnie okazując jej ogromny szacunek.

Jesteś kinomanem, świadomie potrafisz żonglować konwencjami. Widać to w twoim reżyserskim debiucie – „Lost River”. A jednak po premierze w Cannes nastąpił wysyp złośliwych recenzji, krytycy naprawdę się nad tobą pastwili. Zniechęcili cię do dalszych prób?
Myślę, że te reakcje bardziej wynikały z faktu, że to ja go zrobiłem, a nie z jakości samego filmu. Jak wspominałem, według mnie rolą filmowca jest podejmowanie ryzyka. Mnie krytyka nie zniechęca, wręcz przeciwnie. Reaguję jak w filmie „Wściekły byk” Martina Scorsese. No wiesz: „Nigdy mnie nie pokonaliście!” [śmiech]. Czuję, że krytycy już wylali z siebie to, co najgorsze, a ja to wytrzymałem. Czuję się bardziej zdeterminowany niż pokonany.

Trudno było potem wrócić na drugą stronę kamery?
Oj, trudno. Tworzenie filmów to najlepsza praca, jaką można mieć. Nie ogranicza cię scenariusz ani czyjaś wizja. Reżyser doświadcza spektrum filmowych emocji, to daje spełnienie. Dlatego w tej chwili przygotowuję się do dwóch własnych filmów, muszę tylko zdecydować, od którego zacznę. I wiesz co? Jeden z nich to musical. Od dłuższego czasu myślę o sfilmowaniu losów Busby’ego Berkeleya [reżyser i choreograf filmów muzycznych, znany z układów tanecznych, wymagających zaangażowania wielu tancerek i rekwizytów – przyp. red.] i pierwotnie miałem ten projekt zrealizować jeszcze przed „La La Land”. Jednym z powodów, dla których podjąłem się gry w tym filmie, było to, że chciałem zdobyć doświadczenie, które potem przyda mi się we własnej produkcji.

W niektórych filmach, zwłaszcza w „Big Short”, ale i w „Nice Guys. Równi goście”, odważnie bawisz się swoim wizerunkiem.
„Big Short”, mimo że nie był to przecież film eksperymentalny, miał w sobie wiele niezwykle odważnych elementów, co dla mnie było naprawdę ekscytujące. Z kolei „Równi goście” dali mi szansę zagrać komediowo. I to z jakim rozmachem! Niewiele jest we współczesnym kinie okazji, żeby tak się wyżyć. To samo mogę powiedzieć o tańczeniu i śpiewaniu na planie.

A w domowym zaciszu co ostatnio nucisz najczęściej?
Nie wiedzieć czemu – głównie piosenki z „Ulicy Sezamkowej”. Najczęściej głosem Elmo.

Ryan Gosling, rocznik 1980. Wśród jego najgłośniejszych ról znalazły się te w filmach: „Fanatyk”, „Miłość Larsa”, „Idy marcowe”, „Blue Valentine”, „Drive”, „Big Short” i "La La Land". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Polskie kino dokumentalne na 14. Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” w Moskwie

W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
Już 20 maja w Rosji rozpoczyna się święto polskiego kina. W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym – „Spojrzenie na świat” i „Spojrzenie na kobietę”.

Sekcja „Spojrzenie na świat”

Sekcja „Spojrzenie na świat” to produkcje polskich reżyserów, których historie, dziejących się w innych krajach. W jej ramach wybierzemy się m.in. na... Syberię. Maciej Cuske w filmie „Wieloryb z Lorino” dotarł do osady w tytułowym Lorino na Półwyspie Czukockim. Mieszkańcy, czyli Czukcze, Inuici i Rosjanie trudnią się polowaniem na wieloryby. Zbiorowy rytuał połowu dostarcza im pożywienia i pozwala przeżyć w trudnych warunkach, jest nadzieją na przetrwanie kolejnej zimy. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. Film kontempluje wpisaną w porządek natury codzienność Półwyspu Czukockiego i odsłania najbardziej brutalne strony życia w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Zdobywca Nagrody za Najlepszy Film Polski Millenium Docs Against Gravity 2020 i Nagrody Specjalnej KFF za najlepszy montaż na 14. Festiwalu Filmów Polskich „Wisła".

Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli macie ochotę na wyprawę, z nami nie trzeba daleko jechać! Ściana cieni” Elizy Kubarskiej to zapis wyprawy alpinistów (Polak Marcin Tomaszewski oraz Rosjanie Dmitrij Gołowczenko i Sergiej Nilow) na szczyt góry Kumbhakarny w nepalskich Himalajach, liczącej niemal osiem tysięcy metrów. Góra Kumbhakarna to jedna z ostatnich świętych gór Szerpów, nazwana na cześć mitycznego giganta. Dokument jest opowieścią o zderzeniu dwóch kultur. Zachodni alpiniści uznają szczyt za jeden z najtrudniejszych na świecie, a dla nepalskich Szerpów to miejsce zamieszkane przez bogów i ludzie nie mogą wchodzić na jej teren. Do zespołu dołącza miejscowy Nada, który łamie lokalne prawo, by zarobić na edukację swojego syna. Zdjęcia do filmu powstawały w warunkach himalajskiej zimy na wysokościach do 7400 metrów. Reżyser Eliza Kubarska oraz realizatorka dźwięku Zofia Moruś wraz z ekipą spędzili trzy tygodnie na lodowcu u podnóża góry, a Nepal odwiedzili trzykrotnie.

Któż piękniej nie opowiadał o zagranicznych przygodach niż Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec jest bohaterem filmu Marcina Borchardta. Prywatny pilot Evity Peron, dziennikarz NBC, laureat Pulitzera. Mieszkaniec komunistycznej Polski, w której ludzie nie posiadali paszportów. „Tu byłem – Tony Halik” - każdy zna ten tekst, nawet jeśli nie pamięta jego programów w telewizji. Poza Polską praktycznie nieznany, w latach 60-80-tych w jakiś dziwny sposób pojawiał się wszędzie tam na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Film zawiera niepublikowane filmowe materiały archiwalne, nakręcone przez Halika podczas niezliczonych podróży po całym świecie oraz wywiad z synem podróżnika.

Na Festiwalu przypomniana zostanie filmowa ballada „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie” w reżyserii Krzysztofa Pawła Bogocza i Marcina Macuka, utrzymaną w konwencji kina drogi o jednym z najwybitniejszych polskich podróżników - Aleksandrze Dobie, który zmarł 22 lutego tego roku na Kilimandżaro w Tanzanii. Film kręcony jest w trakcie podróży, której celem jest transport kajaka przez pełne uroku polskie krajobrazy, a tytułowy Olo w niebanalny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiada swoje historie. Opowieściom tym towarzyszą szalone fragmenty filmów z jego wypraw transatlantyckich, a przygody ilustrują animacje przeplatane piosenkami.

Sekcja „Spojrzenie na kobietę”

W sekcji filmów dokumentalnych „Spojrzenie na kobietę” w centrum opowieści znajduje się płeć piękna. Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei pt. „Lekcja miłości” jest nieco ekscentryczna 70-letnia Jola (aktorka i śpiewaczka Jolanta Janus), matka sześciorga dzieci i żona porywczego mężczyzny. Przez całe życie robiła to, czego oczekiwali od niej inni i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia coś w niej pękło. Uciekając od nieudanego małżeństwa, z Włoch przeprowadza się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. Marząc o pięknej miłości, której – jak uważa – nigdy nie doświadczyła, poznaje starszego od siebie Wojtka. Czy będzie miała odwagę otworzyć się na nowe uczucie?

Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)

Film Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej – położnej w byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Leszczyńska – nazywana mamą – przyjęła w obozie ponad 3 tys. porodów. Podczas jej, często całodobowych, dyżurów nie umarła ani jedna rodząca kobieta oraz ani jedno dziecko, które przyszło na świat. Bohaterka ratowała życie nowonarodzonych dzieci pomimo rozkazu doktora Mengele, który brzmiał, by zabijać wszystkie noworodki. Narratorem opowieści jest Elżbieta Wiatrowska, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Dla reżyserki bohaterka filmu była cioteczną babcią. W filmie przedstawione zostały relacje ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny dzięki Leszczyńskiej oraz archiwalne materiały, ilustrowane muzyką Michała Lorenca.

Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)

Moskiewska edycja Festiwalu „Wisła” odbędzie się w trybie stacjonarnym od 20 do 30 maja w kinach: "5 gwiazd na Pawieleckiej", "Moskino Kosmos" i "Moskino Bieriozka". Następnie Festiwal wyruszy w podróż do 20 rosyjskich miast m.in. do Soczi i Kazania.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.

  1. Kultura

Filmy na maj poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Skazani na siebie" z Anne Hathaway i Chiwetelem Ejioforem w rolach głównych. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Za oknem z dnia na dzień bardziej zielono, szczepienia rozkręciły się na dobre, luzują się obostrzenia, świat wydaje się coraz bardziej przyjazny. Na horyzoncie otwarcie kin – planowane na 29 maja – w połowie miesiąca powinny być już możliwe pokazy plenerowe. No dobrze, a co zanim nastąpi otwarcie? A może by tak umaić sobie czas oglądając warte uwagi produkcje dostępne w sieci?

„Jak najdalej stąd”

Najnowszy film Piotra Domalewskiego, który po latach pracy jako aktor w 2017 roku reżyserskim debiutem „Cicha noc” rozbił bank, zdobywając mnóstwo nagród, w tym Złote Lwy w Gdyni. „Jak najdalej stąd” ostatni gdyński festiwal także opuszczał z nagrodami , m.in. dla młodziutkiej Zofii Stafiej, odtwórczyni głównej roli. Co nie powinno dziwić, bo jej rola to petarda, absolutnie nie do zapomnienia. Domalewski wraca do bliskich mu prywatnie wątków znanych już z debiutu – emigracji zarobkowej, wystawionych na próbę więzi rodzinnych. A Stafiej rewelacyjnie gra Olkę, której ojciec haruje w Irlandii, śląc pieniądze na utrzymanie córki, żony i syna. Kiedy do Polski dociera wiadomość o śmiertelnym wypadku, to właśnie Olka, może i gniewna, wygadana i całkiem odważna, ale jednak tylko nastolatka, musi lecieć do Irlandii odebrać prochy ojca i załatwić formalności. Nagłe zwroty akcji, ciekawe spostrzeżenia społeczne, sporo – wbrew niewesołemu tematowi – humoru, nie tylko wisielczego, mocna obsada (obok Stafiej m.in. Kinga Preis i Arkadiusz Jakubik), wiele jest powodów, dla których warto „Jak najdalej stąd” zobaczyć.

Film dostępny na platformach Netflix, Cineman, ipla, player, TVP VOD, Canal+.

Kadr z filmu 'Jak najdalej stąd'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jak najdalej stąd". (Fot. materiały prasowe)

„Greta”

Pamiętacie „Misery”, kultową ekranizację powieści Stephena Kinga? „Greta” ma wiele z ducha tamtej opowieści, pojawiają się tu pokrewne wątki: dom, który staje się pułapką i miejscem zbrodni, a także gospodyni nie do końca – bardzo delikatnie mówiąc – zrównoważona psychicznie. Ten film jeszcze przed lockdownem nie doczekał się w Polsce kinowej premiery, dopiero teraz trafił do sieci. Wspomniałam „Misery”, ale od razu muszę zaznaczyć, że to nie tylko thriller, są tu także elementy czarnej komedii, co dla widzów, nie zdradzając zbyt wiele, będzie pewnie sporym zaskoczeniem. Nie sposób nie wspomnieć także o świetnych rolach świetnych aktorek. Chloë Grace Moretz gra tu Frances, która pewnego dnia znajduje w wagonie metra damską torebkę. Są w niej rzeczy osobiste, dzięki czemu dziewczyna namierza roztargnioną właścicielkę. I tu wkracza Isabelle Huppert w roli Grety, emerytowanej nauczycielki fortepianu. Najpierw rozmawiają, potem spotykają się znowu i znowu, świetnie się rozumieją, jest naprawdę miło. Do momentu, kiedy miło być przestaje i wychodzi na jak, że Frances przekraczając prób domu Grety, przesądziła o swoim losie.

Film dostępny na Canal+ Premium i canalplus.com.

Kadr z filmu 'Greta'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Greta". (Fot. materiały prasowe)

 „Kto wrobił Britney Spears?”

Napisać, że to film poruszający, to nic nie napisać. O, choćby pokazany tu archiwalny fragment amerykańskiej Familiady: uczestnicy odpowiadają na pytanie „Wymień, co ostatnio straciła Britney Spears”. Odpowiedzi „męża”, „dzieci”, „włosy” (teleturniej kręcony jest krótko po tym, jak piosenkarka publicznie pokazała się z ogoloną głową) są wysoko punktowane, ale jeszcze wyżej – „rozum”. Oglądamy też telewizyjny wywiad z młodziutką, dopiero zaczynającą karierę Spears. Prowadzący cały czas spogląda wymownie w jej dekolt, aż w końcu mówi: „Wiesz, o co chcę zapytać? O twoje piersi. Ale o co chodzi?! Jesteś na mnie zła?!”. Jay Leno żartujący w swoim programie z dylematu mężczyzn: poślubić „porządną dziewczynę” czy „taką jak Britney”. Można było o niej powiedzieć wszystko, zasugerować, że jest wyrodną matką, puszczalską, wariatką, byle słupki oglądalności szły w górę. Ten nakręcony przez dziennikarzy „New York Timesa” dokument opowiada o medialnej nagonce, która w niewiarygodnie seksistowskich wczesnych latach dwutysięcznych trafiła na podatny grunt. A także o ubezwłasnowolnieniu piosenkarki przez jej ojca i zmasowanej akcji fanów, żeby unieważnić tę sądową decyzję.

Film dostępny na canaplus.com i Canal+ Premium.

Kadr z filmu 'Kto wrobił Britney Spears?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Kto wrobił Britney Spears?". (Fot. materiały prasowe)

„Jeszcze jest czas”

Viggo Mortensen aktor oczywiście od dawna znany (niezapomniany choćby jako Aragorn z „Władcy pierścieni”) przypomniał o sobie niedawno wspaniale przyjętą rolą w głośnym „Green Booku”. „Jeszcze jest czas” powstawał w podobnym momencie jego życia, ale to film kręcony na zupełnie innych zasadach. Mortensen jest jego reżyserem, scenarzystą, odtwórcą jednej z dwóch głównych ról i właściwie pierwowzorem granej przez siebie postaci, jako że nie brakuje tu wątków autobiograficznych. Rzecz o relacji syna i ojca, Johna i Willisa, niezwykle trudnej, bo ojciec (rewelacyjny 81-letni Lance Henriksen, którego kojarzyć możecie sprzed lat jako Bishopa z „Obcego”) jest zwyczajnym tyranem. Oglądamy ich współczesne losy w, kiedy ojciec cierpi już na ostrą demencję, a jego syn John próbuje się nim opiekować, ale i te dawne, kiedy John był mały i doświadczał przemocy domowej. Co to naprawdę znaczy wybaczyć? Co znaczy okazać miłość człowiekowi, który do miłości właściwie nigdy nie był zdolny? Zresztą czy naprawdę nie był? Są tu momenty, które mimo całej krzywdy, jaką wyrządził Willis pozwalają wierzyć, że chociaż próbował, nadal próbuje mimo upiornego charakteru i coraz gorszej fizycznej i psychicznej kondycji. Ciekawy debiut i bardzo osobista opowieść, która po hyper krótkim życiu kinowym przerwanym izolacją, wreszcie trafiła do sieci.

Film dostępny na platformach ipla, Rakuten, player, vod.pl, TVP VOD, PLAY NOW, Canal+, MOJEeKINO, Nowe Horyzonty VOD.

Kadr z filmu 'Jeszcze jest czas'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jeszcze jest czas". (Fot. materiały prasowe)

„Skazani na siebie”

Na koniec propozycja-pocieszenie. Dla tych, których – mimo coraz bardziej optymistycznych doniesień – pandemia niezmiennie wkurza, przygnębia, odbiera im radość życia. Jest okazja, żeby się z niej pośmiać. Najpierw słowo o scenarzyście tego filmu. Pamiętacie „Locke’a” Stevena Knighta z Tomem Hardym? Gdzie główny bohater przez 90 minut seansu jedzie autem i rozmawia przez telefon. „Skazanych na siebie” też napisał Knight, uznany najwyraźniej za specjalistę od klaustrofobicznych historii. Co nie znaczy, że te dwie produkcje łączy wiele więcej. „Skazani…” są lekką komedią o przekleństwach, ale i zaletach lockdownu. Akcja toczy się w Londynie w czasie pierwszej fali pandemii i całkowitej izolacji. Linda (Anne Hathaway) i Paxton (Chiwetel Ejiofor) przeżywają jako para kryzys. Teoretycznie nie są już razem, praktycznie muszą siedzieć ze sobą w domu. Pojawia się tu także wątek potencjalnej kradzieży stulecia w wykonaniu tych dwojga, ale siłą filmu są dobrze oddane realia życia w dobie koronowirusa. Śmiejemy się z nim, a tak naprawdę śmiejemy się trochę z samych siebie.

Film dostępny na HBO GO i na kanale HBO.

Kadr z filmu 'Skazani na siebie'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Skazani na siebie". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Komedie francuskie - najlepsze produkcje prosto z Francji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ostatnio na łamach naszego portalu pisaliśmy o francuskiej radości życia, która polega m.in. na celebrowaniu małych przyjemności. Trop ten szybko zaprowadził nas do... francuskich komedii. Z tego względu przyglądamy się dziś najlepszym filmom komediowym prosto z Francji. Wybraliśmy tytuły, które bez trudu znajdziecie w polskich serwisach VOD. 

"Jutro będziemy szczęśliwi"

Samuel (Omar Sy) wiedzie beztroskie życie opierające się na przygodnych romansach. Pewnego dnia jego była kochanka Kristin robi mu niespodziankę. „To twoja córka” – mówi i znika. Od tej chwili Samuel staje się pełnoetatowym tatą małej Glorii. O dzieciach nie ma pojęcia, lecz uczucie do dziewczynki dodaje mu sił, aby sprostać wyzwaniom ojcostwa. Sielanka kończy się, gdy Gloria ma 8 lat, a Kristin postanawia ją odzyskać. To świetny film o dojrzewaniu do odpowiedzialności i odkrywaniu, jakimi wartościami warto się kierować.

Film dostępny na player.pl i cineman.pl.

Kadr z filmu 'Jutro będziemy szczęśliwi'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Jutro będziemy szczęśliwi". (Fot. materiały prasowe)

"Rodziny się nie wybiera"

Film "Rodziny się nie wybiera" to najlepszy dowód na to, że Francuzi mają gdzieś poprawność polityczną i uwielbiają żywiołowe komedie pełne kontrowersyjnego humoru. Valentin D. (Dany Boon) jest wychowanym w sierocińcu genialnym projektantem, który swoimi kolekcjami rzuca Paryż i światowy design na kolana. Wszystko zmienia się jednak, gdy o jego istnieniu przypomina sobie jego mieszkająca na północy Francji i posługująca się dziwnym dialektem szalona rodzina, która bez zapowiedzi przyjeżdża do stolicy.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Rodziny się nie wybiera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Rodziny się nie wybiera". (Fot. materiały prasowe)

"Za jakie grzechy, dobry Boże?"

"Za jakie grzechy dobry Boże" to urocza komedia o tym, co czują rodzice, gdy przyszły zięć jest zupełnie nie z ich bajki. I choć film wyreżyserowali Francuzi, to zawarte w niej problemy są bardzo bliskie wielu Polakom. Marie (Chantal Lauby) i Claude (Christian Clavier) to konserwatywni rodzice czterech córek, którzy pragną, aby ich latorośle poślubiły kulturalnych katolików z Francji. W życiu bohaterek pojawiają się jednak czterej zakochani mężczyźni: Żyd, Arab, Chińczyk i chłopak z Czarnej Afryki...

Film dostępny na vod.pl.

Kadr z filmu 'Za jakie grzechy, dobry Boże?'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Za jakie grzechy, dobry Boże?". (Fot. materiały prasowe)

"Nietykalni"

Tego tytułu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mało kto jednak wie, że historia przedstawiona w filmie "Nietykalni" zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner (François Cluzet) zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia (Omar Sy). Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi! Pozycja obowiązkowa, jeśli chodzi o francuskie produkcje.

Film dostępny na cineman.pl.

Kadr z filmu 'Nietykalni'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu "Nietykalni". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Czym chata bogata"

"Czym chata bogata" to wybuchowa komedia twórców "Za jakie grzechy, dobry Boże?". Jean-Etienne Fougerole (Christina Clavier), bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę "Czym chata bogata", nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje, czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do... wielkiego cygańskiego wesela.

Film dostępny na Netflixie.

Kadr z filmu 'Czym chata bogata'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Czym chata bogata". (Fot. materiały prasowe)