1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Cate Blanchett: "Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze"

Cate Blanchett: "Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze"

Cate Blanchett na Festiwalu w Cannes (2018), fot. Getty Images
Cate Blanchett na Festiwalu w Cannes (2018), fot. Getty Images
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej uroda w otoczce chłodnej elegancji bywa myląca. Bo ta mistrzyni ciętej riposty potrafi w mgnieniu oka sprowadzić rozmówcę na ziemię. Odrzuca etykietkę „ładnej aktorki”. I stoi murem za kobietami, które miały mniej szczęścia niż ona.

W dniu 50. urodzin Cate Blanchett przypominamy artykuł Doroty Tomaszewicz z sierpnia 2018 roku. 

Cannes. Festiwal filmowy. Właśnie ma się odbyć premiera filmu „Girls of the Sun” kurdyjskiej reżyserki Evy Husson, jednej z trzech kobiet, których filmy znalazły się wśród 21 zakwalifikowanych do głównego konkursu festiwalowego. I wtedy na pokrytych czerwonym dywanem schodach canneńskiego pałacu festiwalowego staje tłum kobiet. Trzymają się za ręce. Jest ich 82, bo dokładnie tyle reżyserek miało okazję przejść po czerwonym dywanie w czasie 70 lat istnienia festiwalu. Reżyserów w tym samym czasie było tu aż 1866.

Na czele kobiet stoi Cate Blanchett, przewodnicząca festiwalowego jury i jedna z inicjatorek tego manifestu. Mówi zdecydowanym głosem: „Złotą Palmę wręczono 71 reżyserom i tylko dwóm reżyserkom: Jane Campion, która jest z nami duchem, i Agnès Vardzie, która jest tu z nami dzisiaj. Ta manifestacja to symbol naszej determinacji i zaangażowania w rozwój przemysłu filmowego. Kobiety nie są mniejszością na świecie, ale stan naszej branży sugeruje coś innego”.

„Tama została przerwana. Rysy pojawiały się na niej wcześ­niej, ale jakoś nie dochodziło do ostatecznego pęknięcia. Teraz wreszcie się stało” – dodała później aktorka. Jeśli chce się robić rewolucję, dobrze mieć na czele charyzmatyczną postać. Taką, która dała się poznać jako mocno niepokorna. Trzeba przyznać, że nowy ruch kobiet w przemyśle filmowym nie mógł sobie wymarzyć lepszej ambasadorki niż Blanchett.

Pytania o sukienki

Zawsze podkreślała swoje feministyczne poglądy. Nieraz dawała do zrozumienia, że nie zamierza akceptować traktowania jej pracy pobłażliwie czy protekcjonalnie. Tam, gdzie inni stali grzecznie w szeregu, tłumacząc sobie w duchu, że branża filmowa rządzi się swoimi prawami, ona nie zamierzała siedzieć cicho.

„Te pytania o sukienki! Niedługo zaczną pytać, jakiej marki tampon dzisiaj włożyłaś!” – skomentowała powtarzające się w kółko pytania o jej festiwalowe kreacje. A kamerzystów na czerwonym dywanie, skupionych na filmowaniu jej sukni, prowokacyjnie pytała, czy tak samo filmują mężczyzn.

Cate Blanchett w filmie 'Carol' z 2015 roku. (Fot. BEW Photo) Cate Blanchett w filmie "Carol" z 2015 roku. (Fot. BEW Photo)

Po premierze filmu „Carol”, opowiadającym o miłości dwóch kobiet, rozpoczęła się litania pytań o sceny erotyczne z Rooney Marą, ale także o jej własne życie seksualne. W programie Jimmy’ego Fallona Blanchett ironizowała: „Tak, Jimmy, dziewczyny uprawiają seks z dziewczynami, a chłopcy z chłopcami już od bardzo dawna…”. Straciła cierpliwość, kiedy w końcu poczuła się zmanipulowana przez media. Z wywiadu, którego udzieliła magazynowi „Variety”, wynikało, że przyznaje, iż miała doświadczenia homoseksualne. Informacja obiegła świat. „O ile pamiętam, pytanie brzmiało: »Czy miałaś relacje z kobietami?«. Odpowiedziałam: »Tak, wiele«. Ale jeśli to pytanie miało oznaczać, czy miałam seksualne relacje z kobietami, to odpowiedź brzmi: »nie«”. Środowisko LGBT pogodziło się z tym rozczarowaniem, szczególnie że niedługo potem Blanchett pojawiła się w znanym nowojorskim barze gejowskim. Ale krótko po tym oświadczyła: „Kiedy grasz osobę homoseksualną, nieoczekiwanie stajesz się przedstawicielem i rzecznikiem całego środowiska. Nie jestem przekonana, czy to uzasadnione”.

Każdy, kto uważniej przysłuchuje się jej wypowiedziom, wie, że ostatnią rzeczą, jakiej poddałaby się Cate, jest zaszufladkowanie. Mówimy o aktorce, która z tym samym zaangażowaniem gra u Allena czy Jarmuscha co w disnejowskim „Kopciuszku”. A jednak zawsze musi mieć dostatecznie dobry powód, żeby zacząć z kimś współpracę.

Rola nordyckiej bogini śmierci w kręconej za miliony dolarów adaptacji marvelowskiego komiksu „Thor: Ragnarok” może się wydawać dobrym sposobem na podreperowanie rodzinnego budżetu. Warto jednak pamiętać, że Hela, która jedną ręką miażdży słynny młot Thora, pierwszy samodzielny kobiecy czarny charakter w filmowych adaptacjach komiksów Marvela, to feministyczny symbol. „Jako matka czwórki dzieci widziałam wiele marvelowskich filmów i jestem przekonana, że mamy do czynienia z rewolucyjną zmianą”, twierdzi Blanchett. Jak mogło jej przy tym nie być!

Tak jak nie mogło jej zabraknąć w „Ocean’s 8”. Kolejnej części kasowego hitu, który dopiero co pojawił się w kinach. Męskiego z definicji kina, które teraz nieoczekiwanie zamieniło się w kino kobiece. Przynajmniej pod względem obsady, w której – oprócz Blanchett – znalazły się m.in.: Sandra Bullock, Anne Hathaway, Helena Bonham-Carter, Rihanna.

„Nie ma nic przyjemniejszego niż grać w takim towarzystwie”, mówiła Cate, a usłyszawszy podczas programu Stephena Colberta pytanie, dlaczego w przeciwieństwie do męskiej wersji tu bohaterek jest tylko osiem, nie zastanawiała się długo: „Bo w Hollywood pracuje tylko osiem kobiet”.

W tym samym programie padło pytanie, co jest jej moralnym kompasem, źródłem dobra i człowieczeństwa. Blanchett bez zastanowienia wypaliła: „Moja wagina”.

„Ocean’s 8” jest przyjmowany różnie. Dla jednych stanowi dowód, że kręcenie na nowo tych samych filmów z kobietami zamiast mężczyzn to tylko chwyt, chwilowa moda. Inni zachwycają się świetną grą aktorek i akceptują dowcipną konwencję kręcenia męskich filmów w kobiecej wersji. Jedno jest pewne, „Ocean’s 8” to dobrej jakości rozrywka i kolejny przyczynek do dyskusji o roli kobiet w przemyśle filmowym.

Przyklejane wąsy

To jej przyjaciel, aktor Geoffrey Rush, z którym zagrała swoją pierwszą ważną rolę teatralną w spektaklu „Oleanna” Davida Mameta w 1993 roku, zwrócił uwagę, że jest pełna sprzeczności. Poukładana, pragmatyczna, trzeźwo stąpająca po ziemi, jednocześnie ma w sobie niespokojnego ducha. „Nie wiem, do czego byłabym zdolna, gdyby nie aktorstwo. Ten zawód kanalizuje moją nieustającą potrzebę, a nawet głód, mierzenia się z czymś, co mnie przekracza. Ciągle mam ochotę próbować, eksperymentować, szukać czegoś nowego, prowokować... Nie wiem, może mam to po ojcu”, przyznała aktorka.

Właśnie do ojca, teksaskiego marynarza o francuskich korzeniach, z trójki dzieci państwa Blanchett Cate jest podobna najbardziej. Nim Robert Blanchett osiadł na stałe w Melbourne, opłynął cały świat. W Australii znalazł się przypadkiem, kiedy jego okręt płynący na Antarktydę miał awarię i musiał zawinąć do portu. Tam w klubie poznał matkę Cate: June, nauczycielkę i wielbicielkę jazzu. Zakochany pisał do niej listy przez trzy lata, aż do ukończenia służby wojskowej. Po czym przyjechał do Melbourne, wzięli ślub i Robert nie wrócił już na morze. Został agentem ubezpieczeniowym i pracował w reklamie. Jego nagła śmierć na zawał serca, kiedy Cate miała dziesięć lat, odcisnęła na niej silne piętno. „Zmarł tak jak żył – szybko”, wspominała. Zapamiętała, że tego ranka grała na pianinie, a on wychodził do pracy. Zawsze żałowała, że nie uścisnęła go na pożegnanie. To dlatego sama nigdy nie wychodzi z domu, zanim nie przytuli się do swoich dzieci i męża.

Pierwszy raz myśl o aktorstwie pojawiła się w jej głowie, kiedy jako mała dziewczynka oglądała w teatrze adaptację opery „The Mikado”. Podczas spektaklu jednemu z aktorów spadły doklejone wąsy. „Po sali przeszedł szmer, bo nagle w trakcie zupełnie nierealistycznej historii wydarzyło się coś prawdziwego. Aktor poprawił wąsy i zażartował na temat zaufania do Japończyków. Pamiętam ten moment. Chciałam być razem z nim na scenie”. W sobotnie popołudnia zaczęła chodzić na zajęcia teatralne, podczas których sama lub z koleżanką wymyślały kolejne scenki do odegrania. „Byłam dzieckiem, o którym wszyscy mówili: »Ona na pewno zostanie aktorką«”.

A jednak zaraz po maturze miała inne plany. Najpierw postanowiła wyruszyć w podróż po świecie. „Jadłam, co popadło, nocowałam w klasztorach i schroniskach dla bezdomnych. Kiedy skończyły się pieniądze, zostałam statystką na planie jakiegoś idiotycznego bokserskiego filmu”. Występ, za który miała dostać pięć funtów i coś do jedzenia, nie bardzo się jej podobał. Wróciła do Sydney i zdała na ekonomię oraz historię sztuki. Ale zapisała się też do kółka teatralnego na uniwersytecie i… odkryła, że to jest to. Wtedy postanowiła zostać studentką National Institute of Dramatic Art.

Była tak zdolna, że szybko zaczęła grać w sztukach u boku swoich wykładowców. Pojawiała się w serialach. Choć i tak australijscy widzowie kojarzyli ją raczej z reklamą ciasteczek Tim Tam. Do momentu, kiedy w wieku 25 lat Cate dostała propozycję zagrania głównej roli w filmie Shekhara Kapura „Elizabeth” o słynnej angielskiej królowej. Po premierze wszystko było jasne – oto nieznana aktorka stała się gwiazdą. Za tę kreację otrzymała Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz Critics’ Choice Award. Zabrakło tylko Oscara.

Do widzenia, Hollywood

Przez lata Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej zdążyła jej wynagrodzić tamto niedopatrzenie. Siedem nominacji, dwie statuetki. Po drugoplanowej roli w „Aviatorze” została pierwszą aktorką, którą nagrodzono za zagranie innej zdobywczyni Oscara – Katharine Hepburn. Za to nominacja za „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”, w którym wcieliła się w młodego Boba Dylana, sprawiła, że znalazła się wśród trzech aktorek nominowanych za zagranie mężczyzny.

Cate Blanchett w filmie 'Blue Jasmine' z 2013 roku. (Fot. BEW Photo) Cate Blanchett w filmie "Blue Jasmine" z 2013 roku. (Fot. BEW Photo)

Wielokrotnie udowodniła, że jest w stanie przeistoczyć się w każdego. Pomagają jej naturalne warunki: ma trzyoktawowy głos ( jest w stanie mówić falsetem i barytonem), talent do języków i słuch do akcentów: przekonująco grała Irlandkę („Veronica Guerin”), Niemkę („Dobry Niemiec”), Brytyjkę (m.in. „Notatki o skandalu”). Jej niewiarygodne zdolności do metamorfozy ukazywało „Manifesto”, instalacja Juliana Rosefeldta eksponowana najpierw w berlińskim muzeum Hamburger Bahnhof, a potem przekształcona w pełnometrażowy film fabularny pod tym samym tytułem. Blanchett wciela się tu aż w 13 różnych ról, cytując fragmenty ze słynnych artystycznych manifestów. Jako nauczycielka baletu, prezenterka telewizyjna, bezdomny, wdowa, robotnik.

Nieustannie poszukuje okazji do zdobywania nowych doświadczeń i rozwoju. Nawet jeśli miałaby z czegoś zrezygnować. Tak było, kiedy w 2008 roku Blanchett i jej mąż, pisarz i scenarzysta Andrew Upton, dostali propozycję poprowadzenia Sydney Theatre Company, co oznaczało przeprowadzenie się z Anglii (gdzie mieszkali od dłuższego czasu) do Australii. „Podpisaliśmy kontrakt. Powiedziałam Hollywood do widzenia i wyjechałam. Wszyscy mówili, że kiedy wrócę, nikt nie zadzwoni. A ja chciałam być lepszą aktorką. Grać wielkie role w sztukach Czechowa, Williamsa, Dostojewskiego. Byłabym idiotką, gdybym z tego nie skorzystała”, mówiła aktorka.

Z roli dyrektorki Sydney Theatre Company zrezygnowała w 2013 roku, kiedy Woody Allen zaproponował jej rolę w „Blue Jasmine”. Upton kierował STC do końca 2015 roku. Teraz, kiedy Cate znowu mieszka z rodziną w Anglii (kupili posiadłość w East Sussex), zadebiutuje w przyszłym roku w londyńskim National Theatre.

Od pierwszego pocałunku

Mówi: „Cenię sobie prostotę zajęć, które wiele osób uważa za nudne: robienie synom kanapek do szkoły, gotowanie, spacery z psem”. Ma trzech synów: Dashiella (17 lat), Romana (13) i Ignatiusa (10) oraz adoptowaną w 2015 roku córeczkę Edith. Przyznaje, że życie z czwórką dzieci zawsze jest do pewnego stopnia chaosem, a jednak, nawet przy wysokim stopniu dyskrecji ze strony samej Blanchett, łatwo się domyślić, że rodzina daje jej dużo radości.

Z Andrew Uptonem poznali się podczas realizacji filmu „Dzięki Bogu spotkał Lizzie”. Cate: „Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy na kolacji u znajomych, wydał się zarozumiały i arogancki. W dodatku nie jest i nie był tak zwanym ciachem. A jednak kiedy któregoś wieczoru po prostu podszedł i mnie pocałował, to był wstrząs! Zobaczyłam zupełnie innego mężczyznę”. Pobrali się po trzech tygodniach znajomości w 1997 roku.

Zaraz po ślubie wyjechała na trzy miesiące grać w „Elizabeth”, po czym postanowiła, że już nigdy tego nie zrobi. Nie zostawi Andrew. Od tamtej pory na każdy plan filmowy jeździ z mężem i dziećmi. Czasem nawet udaje jej się wynegocjować, żeby plan przyjechał do niej. Tak było z filmem „Niewygodna prawda” Jamesa Vanderbilta. „Bardzo chciałam wystąpić w tym filmie, ale mam dzieci i męża, który wtedy prowadził teatr. Spytałam więc: »Czy jest jakiś sposób, żebyśmy mogli to zrobić tutaj, w Sydney?«. Był. Plan został przeniesiony”. Mimo to nie uważa, że można mieć wszystko, i pamięta, w jak uprzywilejowanej jest sytuacji. „Życie aktywnej zawodowo matki jest trudne, zwłaszcza gdy godziny pracy w firmie kompletnie nie dają się pogodzić z dowożeniem dzieci do szkoły i ich odbieraniem. Ja mogę pracować albo nie, ale miliony kobiet nie mają takiego wyboru”.

To dlatego tak dobrze nadaje się na rewolucjonistkę. Nie ma złudzeń co do otaczającego ją świata, ale jednocześnie wierzy, że można coś zmienić.

Dziś skończy 50 lat. Zapytana o wiek odpowiada: „Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze”. Może to brzmieć banalnie, większość jej koleżanek z branży mówi w wywiadach podobne rzeczy. A jednak Blanchett brzmi wiarygodnie. Nietrudno jej uwierzyć, kiedy dodaje: „Jestem pewniejsza siebie i bardziej spokojna, niż byłam jako 20- czy 30-latka. Nie chciałabym być znowu tamtą osobą. Mam tylko nadzieję, że z wiekiem nie opuszczą mnie ciekawość i potrzeba przygody”.

Wypowiedzi pochodzą z: „W”, „The New Yorker”, „The Guardian”, „The Independent”, „Harper’s Bazaar”, „Vanity Fair” oraz wywiadów telewizyjnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. "Na całych jeziorach - ty"

Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Krótki, przepełniony namiętnością i tęsknotą romans Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej przetrwał do dziś, za sprawą ich listów. Jak Starszy Pan B, znany z cylindra, butonierki i niebanalnego dowcipu, wyznawał miłość wschodzącej gwieździe polskiej piosenki?

Gdy się poznali on był u szczytu sławy jako współtwórca, wraz z Jerzym Wasowskim, Kabaretu Starszych Panów. Ona wielką popularność miała jeszcze przed sobą, choć już wtedy jej „Piosenkę o okularnikach” śpiewały tabuny młodych ludzi.

„Przypominam Ci, że to się zaczęło w nocy 1-go lutego – data nieważna, nawet lepiej w ogóle bez dat… Zupełnie przypadkowo, w przypadkowym towarzystwie znalazłem się w STS-ie, tańczyłem z paroma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą, i przypadkowość skończyła się, bo przecież byliśmy tamtej nocy umówieni od lat i ja to od razu zrozumiałem i dlatego powiedziałem sobie: Nareszcie!”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Jeremi Przybora miał wtedy 49 lat, dwójkę dzieci i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie.  Agnieszka Osiecka natomiast była 28-letnią rozwódką po wielu miłosnych przejściach, jej kariera dopiero nabierała tempa, a Starszego Pana B uwielbiała, podobnie zresztą jak większość polskiego społeczeństwa. Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa –  już w marcu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać, Osiecka odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej w rzeczywistości.
„Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco […]”
(tak Jeremi pisał do Agnieszki podczas pierwszej rozłąki, gdy wyjechał do Paryża w maju 1964 roku, fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ona odpowiedziała mu: Coś ty zrobił Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz - i również zdecydowała wyjechać. To był początek ciągłej rozłąki dwojga zakochanych poetów, której wynikiem jest najpiękniejsza w polskiej literaturze korespondencja miłosna. Jeremi potwornie tęsknił, a podróże Agnieszki zdawały się nie kończyć. Wyjeżdżała do Budapesztu, na Mazury, do Bułgarii, Londynu, Szwecji.
„[…] ale to jest skądinąd pretekst, żeby całować Cię znowu przez całą stronę, zaczynając od włosów na skroniach, a potem [dłuuugo] zabawić przy uszach, najpierw prawym, a potem lewym, z uwzględnieniem całej skomplikowanej rzeźby i detalu, a potem skupić się na oczach, takich wiecznych sadzawkach-wniebowstąpionkach. A potem powędrować ustami przez nosek bardzo kruchy, aż do ust i najpierw długo je przepraszać za zachłanność, z którą się spotkają, bardzo się z nimi zaprzyjaźnić i delikatnie scałować z nich całą nieufność, zarówno wargi górnej, jak i dolnej”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)

Nie afiszowali się swoich związkiem, raczej trzymali go w tajemnicy. Jeremi nie mówił o nim nawet najbliższym przyjaciołom, Agnieszka utrzymywała, że łączyła ich zawodowa fascynacja. Rosnącą namiętność między nimi szczelnie zamykali w kopertach z listami, do których Jeremi dołączał kwiaty, a Agnieszka zasuszone listki i prezenty z zagranicy dla jego dzieci. Gdy tylko odkładali słuchawkę telefonu siadali za biurkiem i pisali do siebie listy, pocztówki, depesze, a w nich setki wierszy i piosenek. Z miłości między nimi powstały między innymi: „Na całych jeziorach – ty”, „Mówiłam żartem”, „Miłość w Portofino”, „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, „Podła”.

„Zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, niezależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię chodząc lub stojąc, inaczej – siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie…”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Gdy w końcu Agnieszka wróciła do Warszawy okazało się, że bardzo trudno im przeistoczyć głębokie uczucia z papieru w rzeczywistość. Nie poddawali się – Jeremi wyprowadził się od żony, postanowili więc zamieszkać razem. Pierwsza próba prawdziwego bycia razem uwypukliła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – w czasie gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę z tych różnic, Jeremi musiał wtedy znosić wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejna rozłąka pogłębiała kolejne problemy między nimi, choć uczucie jeszcze nie gasło.
„Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. Dookoła mnie trwa szczelne milczenie i jednostronne „atakowanie” tego milczenia jakoś mnie zbija z tropu”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
W marcu 1965 roku Osiecka wyjechała do Paryża i ta podróż była kresem ich związku. Jeremi zrozumiał wreszcie, że ze strony Agnieszki ich relacja była jedynie chwilowym zachwytem, fascynacją, złudzeniem. Najpierw nie mógł tego zrozumieć, nie potrafił wybaczyć sobie, że kochał tak bardzo kogoś, kto igrał z jego uczuciami. Później frustracja przerodziła się w złość. Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła – by nagle zepchnąć w otchłań – napisał w piosence dla Kabaretu Starszych Panów. Z kolei Agnieszka, w wywiadzie udzielonym Magdzie Umer, na pytanie o to, dla kogo napisała piosenkę „Na całych jeziorach ty” odpowiedziała: Zapomniałam.
„Dla ciebie jestem sobą i choć to tak mało jest, nie potrafię być przed tobą nikim więcej”
(fragment piosenki z Kabaretu Starszych Panów "Dla ciebie jestem sobą", sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski)

  1. Kultura

Marek Hłasko - pisarz, buntownik i łamacz serc

Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem – w latach 50-tych najważniejszy głos młodego pokolenia, a przede wszystkim legenda polskiej literatury. Marek Hłasko obchodziłby dziś swoje 86 urodziny, przedstawiamy krótki rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem, a przede wszystkim legenda polskiej literatury i najważniejszy głos młodego pokolenia lat 50-tych. Marek Hłasko obchodziłby dziś 86. urodziny - przedstawiamy rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Marek Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku. Okres dzieciństwa spędził w Warszawie u boku ukochanej matki Marii Hłasko. Czas okupacji, powstanie warszawskie, przemarsz Armii Czerwonej i traumatyczne przeżycia wojenne młodego pisarza sprawiły, że nazywał siebie samego „produktem czasu wojny”. W „Pięknych dwudziestoletnich”, swojej literackiej autobiografii, napisał: „Jest dla mnie oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy więzieniem” (fragment z "Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski, wyd. Agora).

Na przekór światu

Po wojnie rodzina Hłasków zamieszkała we Wrocławiu. W czasach szkolnych Marek na dobre rozpoczyna swój bunt, zostaje wyrzucony ze szkoły i w wieku szesnastu lat całkowicie się z nią rozstaje, zaczyna pracować jako kierowca ciężarówki. Te, mogłoby się wydawać, prymitywne zajęcie młodego pisarza staje się później inspiracją dla jego twórczości. Pisarsko debiutuje w 1951 roku opowiadaniem „Baza Sokołowska”. Zostaje korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”, a w 1952 roku nawiązuje kontakt ze Związkiem Literatów Polskich, by rok później otrzymać trzymiesięczne stypendium twórcze dla wschodzących talentów.
„Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie"
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.

Bunt literacki

Po 1953 roku jego pisarska kariera nabiera zatrważającego tempa – publikuje „Sonatę marymoncką”, „Złotą jesień”, „Szkołę” i „Noc nad piękną rzeką”. Staje się znany w środowisku literackim, nie ma tygodnia bez artykułu prasowego o Marku Hłasce. W wieku 21 lat publikuje tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”, którego nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rozchodzi się błyskawicznie. Zachwyca niepowtarzalnym stylem, unikatową umiejętnością opisywania rzeczywistości, jego twórczość jest nowatorska, nikt wtedy nie pisał tak jak on, a przede wszystkim nikt z taką literacką bezczelnością nie przeciwstawiał się obowiązującym normom. Marka Hłaskę uznano za najważniejszy głos młodego pokolenia, stał się idolem młodzieży i symbolem buntu. Tysiące młodych ludzi powtarzało po nim słowa z opowiadania „Dom mojej matki” – „Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń” (fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora).

Rozkochiwał i uwodził

Słynął również z opinii nieprawdopodobnego kobieciarza, chociaż potrafił rozkochać w sobie nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, którzy, omamieni jego urokiem, byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwodził i tkwił ciągle w kilku romansach jednocześnie.
„Ja wiem, że ty wszystko wiesz. Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie w ogóle istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem. Biedne, nieszczęśliwe, mądre kobiety”
Fragment opowiadania Marka Hłaski „Pętla”, ze zbioru „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Żonaty był tylko raz, ze sławną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann, jednak to jego związek z Agnieszką Osiecką, którą nazwał swoją „Panną Czaczkes”, przeszedł do legendy.

W jednym z listów pisał do niej: „Gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem – śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno – z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał" (fragment z książki Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej „Listy Marka Hłaski”, wyd. Ypsylon).

Emigracja a depresja

„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo” – napisze w swojej pierwszej powieści „Następny do raju”, nad którą później będzie pracował w roli scenarzysty. Po wydarzeniach z Października’56 ówczesne władze przestały tolerować jego nonkonformistyczne, literackie wybryki. By uniknąć konsekwencji w 1958 roku Marek wyjeżdża do Paryża, zupełnie nieświadomy tego, że czeka go podróż w jedną stronę, bez możliwości powrotu do ojczyzny.
„Lepiej się rozstać. W każdej sprawie ludzkiej istnieje krąg, którego nie powinno się przekraczać. Lepiej odejść i ocalić chociażby wspomnienia. Szacunek. Godność. To mimo wszystko nie są takie głupie sprawy, jak by się zdawało”
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.
Początkowo na emigracji pozwala sobie na wszystko – prowadzi jeszcze bardziej awanturniczy tryb życia, bawi się, trwoni pieniądze, prowokuje i aż nadto korzysta z życia. Później jednak, gdy kolejne starania o powrót do kraju kończą się niepowodzeniem (próbował wrócić do Polski z Paryża, Berlina Zachodniego, Tel Awiwu), jego życie coraz bardziej zaczyna przypominać nieustanną gonitwę, przeplataną depresją, alkoholem, więzieniem, kliniką psychiatryczną, chwilowymi pracami fizycznymi, małżeństwem, rozwodem i zaprzepaszczoną szansą na karierę w Hollywood.
„Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”
Fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Umarł w wieku 35 lat w Wiesbaden (Niemcy), po prawie jedenastu latach na emigracji, prawdopodobnie wskutek połączenia środków nasennych z alkoholem. „Żył, pił i nieźle pisał” – napisały po jego śmierci niemieckie media.

  1. Kultura

Osiecka na niepogodę

Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka dziś obchodziłaby 83. urodziny. W hołdzie artystce przypominamy jej 10 najpiękniejszych myś

li.

Miłość

Często kocha się z przerwami. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym – tak poetka pisała w liście do Jeremiego Przybory. Fragment pochodzi ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze” (wyd. Agora, 2016).

Za miłością goniła całe życie. Otaczała się mężczyznami od najmłodszych lat – kochali się w niej inteligentni, kulturalni, wybitnie utalentowani mężczyźni, ale też chuligani. Przeżyła wiele intensywnych związków, przyjaźni, flirtów, romansów, małżeństw. Nie raz miała złamane serce. Skutkiem wszystkiego są najpiękniejsze teksty o miłości.

Tęsknota

Osiecka nieustannie czegoś poszukiwała, była w ciągłej podróży. Tęsknota była wpisana w jej życie. Uczucie to stało się źródłem inspiracji do lirycznej korespondencji z obiektami jej westchnień.

Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie. Na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie – przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Życiowa lekkość

Potrafiła podjąć dyskusję zarówno na ważne i wysublimowane tematy, jak i plotkować o rzeczach zupełnie przyziemnych. Nadawało to jej twórczości lekkiego charakteru i sprawiało, że wiersze i piosenki trafiały do każdego a jednocześnie niosły za sobą poważny przekaz. Osiecka swoimi tekstami z pełną świadomością uczyła traktowania rzeczy lżej niż one się przedstawiają. Nie bez przyczyny Maryla Rodowicz śpiewała jej słowami:

„nie daj mi Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa”

(fragment piosenki Maryli Rodowicz „Wielka Woda” ze słowami Agnieszki Osieckiej)
 

https://www.youtube.com/watch?v=xxohxQOO0kA

Złamane serce

Kochałam Pana po swojemu, kochałam Pana tak , jak umiem a Pan się na to zgodzić nie mógł, odszedł i zniknął w obcych tłumie… Teraz Pan wzrusza ramionami sam nad zielonym oceanem, a patetyczni zakochani szepcą nad Panem – swoje amen”

(fragment wiersza „Kochałam Pana” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
Rzeczywistość ją nudziła. Nie potrafiła stać w miejscu, nienawidziła się przyzwyczajać. Magda Umer mówiła, że „ona nie zaprzyjaźniała się, tylko uwodziła – nieustannie rozkochiwała w sobie ludzi, zwierzęta, rośliny i porzucała w pół kroku, w pół zdania, nagle, może nawet nieoczekiwanie dla niej samej”. Agnieszka miała skłonność do łamania serc, chociaż sama nieustannie doświadczała tego samego.

Samotność

Agnieszka wielokrotnie podkreślała, że ma w życiu jednego wroga – Agnieszkę Osiecką. Nawet jej najbliżsi przyjaciele przyznawali, że często nie rozumieli jej zachowania, albo rozumieli zupełnie na opak. Ciągle zmieniała nastrój, nie potrafiła nad tym zapanować, a swoje myśli umiała uporządkować tylko w jeden sposób – przelewając je na papier.

„Boję się, że Ty wcale tego moje kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie. Chciałabym jednak, żebyś pamiętał, że ja o siebie też przecież nie dbam. Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz - ja i sobie nie zrobię śniadania”

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Szczęście

Osiecką inspirowało wszystko co znajdowało się wokół niej, ale szczególny rodzaj twórczego natchnienia czerpała z drugiego człowieka. Szczęśliwa czuła się wyłącznie w towarzystwie ludzi, których zachowania rozkładała na czynniki pierwsze i z uporem starała się zrozumieć. W „Rozmowach w tańcu” (wyd. Tenten, 1992) pisała, że szczęście to jest radość powtarzania. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy… no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł tam się jeden jedyny raz i się ucieszył raz szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu się coś udało. (…) Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy

Portem Osieckiej były noce spędzone na rozmowach z kolejnymi znajomymi, po których włóczyła się bez końca, nie mogąc znaleźć swojego miejsca na ziemi.

Pośpiech

Lubiła się włóczyć, chodzić na długie spacery, a przede wszystkim do niczego i nikogo się nie spieszyć. Wówczas rozmyślała jeszcze intensywniej, wspominała i szukała odpowiedzi na pytania, które wiatr przywiał jej do głowy.

Dawniej było łatwiej patrzeć niż teraz. Szedł sobie człowiek po ulicy, patrzył, rozglądał się, aż wypatrzył jakiś fakt. Więc zaraz o tym fakcie coś sobie pomyślał. (…) Ale teraz to nie jest takie proste. Zegarki pognały do przodu, fakty runęły przed siebie, myśli ruszyły z kopyta, wszystko się przemieszało, wszystko szumi jednocześnie albo są same fakty i nie ma żadnych myśli, albo myśli ciurkiem lecą jedna po drugiej jak autobusy i na to wygląda, że jest pożar w kurniku i wyścigi stylem dowolnym

(fragment opowiadania „Biała bluzka”, Wydawnictwo Literackie, 1998)
 

Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum) Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum)

Problemy

Jej wiersze z ostatnich lat przed śmiercią są dramatyczne i smutne, nie jest to ta Osiecka, do której nas przyzwyczaiła. W „Rozmowach w tańcu” otwarcie pisała o swoim alkoholizmie, a w „Białej bluzce” własne problemy przeobraziła w czystą poezję.

„Zobaczysz, jeszcze z tego wybrnę, nie będzie dziury w niebie, pamięć - jak szybę - wytrę... Niech no tylko przyjdę do siebie. Wystarczy jedna chwilka, wystarczy jeden gest, a przyjdę, przyjdę do siebie... Lecz gdzie to? Gdzie to jest?”

(fragment wiersza „Przyjdę do siebie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Śmierć

Starała oswoić się z umieraniem piosenkami i poezją, pomogło jej to odważnie patrzeć śmierci prosto w oczy. Odchodziła stopniowo, z dnia na dzień mocniej zaplątana w sidła choroby pomagała innym, nadal nie dbała o sprawy materialne i zastanawiała się co spotka ją tam, po drugiej stronie. Wierzyła, że Bóg – także poeta – będzie opiekował się nią bezpośrednio i da jej specjalne prawa.

„Ty przyjdź do mnie kiedyś nad ranem, ze śmiercią jak z panną pod rękę, i podaj mi czarny atrament na śmieszną ostatnią piosenkę. Staniemy tak sobie jak w lustrach ty – moje życie, i ja, i może to będzie szósta a może przejdzie sto dwa… „Niebrzydka z was dwojga jest para” – śmierć powie, ścierając z nas kurz. ja na to powiem: „Sen mara”… A życie: „już”

(fragment wiersza „Zesłowiczenie”z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Zakręty życia

Agnieszka Osiecka jest autorką tekstów, ponad dwóch tysięcy piosenek oraz nieskończonej liczby pięknych wersów. Bezbłędnie nazywała rzeczywistość, snuła nieustanne refleksje, podejmowała tematy zarówno przyziemne, jak i te najwyższych lotów, potrafiła nadać kolor nawet najbardziej błahym sprawom ludzkiej codzienności. Wielki talent, łatwość tworzenia i ciągły mętlik w głowie – to wszystko w jednej poetce, która cały czas żyła „na zakręcie”.

„A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Ode mnie widać niebo przekrzywione. Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół. Pan kocha swoją żonę”

(fragment wiersza „Na zakręcie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
https://www.youtube.com/watch?v=vNP-Yz50NDE

 

  1. Kultura

Cate Blanchett w ekranizacji światowego bestsellera "Gdzie jesteś, Bernadette?"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Gdzie jesteś, Bernadette?" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Marii Semple "Gdzie jesteś, Bernadette?" to pełna humoru opowieść o współczesnej amerykańskiej rodzinie i kręgach artystyczno-biznesowych, która bawi i wzrusza od pierwszej do ostatniej minuty. Komediodramat w reżyserii Richarda Linklatera trafi do kin 16 sierpnia, a w roli tytułowej Bernadette zobaczymy podwójną zdobywczynię Oscara, Cate Blanchett. 

Powieść Marii Semple stała się prawdziwym światowym hitem. "Gdzie jesteś, Bernadette?" przez rok figurowała na szczycie listy najlepiej sprzedających się książek "New York Timesa", zebrała ogrom pozytywnych recenzji i rozbawiła tysiące czytelników na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że film powtórzy sukces książki i przyciągnie do kin wielu widzów.

Tytułowa Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża (Billy Crudup) oraz wspaniałą córkę, piętnastoletnią Bee (Emma Nelson), dla której jest najlepszą przyjaciółką. Kobieta nie cieszy się jednak dobrą reputacją, a najbliżsi z jej otoczenia uważają, że przynosi hańbę całemu miastu. Jest ekscentryczna, neurotyczna, nieprzyjemna, zgryźliwa i cierpi na lęk przed otwartą przestrzenią. Mimo to, uważana jest w kręgach designu za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury. Pewnego deszczowego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Jej córka, która postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć, stopniowo odkrywa zaskakujące fakty z życia swojej matki. Zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

Zobacz zwiastun:

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.