1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Cate Blanchett: "Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze"

Cate Blanchett: "Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze"

Cate Blanchett na Festiwalu w Cannes (2018), fot. Getty Images
Cate Blanchett na Festiwalu w Cannes (2018), fot. Getty Images
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej uroda w otoczce chłodnej elegancji bywa myląca. Bo ta mistrzyni ciętej riposty potrafi w mgnieniu oka sprowadzić rozmówcę na ziemię. Odrzuca etykietkę „ładnej aktorki”. I stoi murem za kobietami, które miały mniej szczęścia niż ona.

W dniu 50. urodzin Cate Blanchett przypominamy artykuł Doroty Tomaszewicz z sierpnia 2018 roku. 

Cannes. Festiwal filmowy. Właśnie ma się odbyć premiera filmu „Girls of the Sun” kurdyjskiej reżyserki Evy Husson, jednej z trzech kobiet, których filmy znalazły się wśród 21 zakwalifikowanych do głównego konkursu festiwalowego. I wtedy na pokrytych czerwonym dywanem schodach canneńskiego pałacu festiwalowego staje tłum kobiet. Trzymają się za ręce. Jest ich 82, bo dokładnie tyle reżyserek miało okazję przejść po czerwonym dywanie w czasie 70 lat istnienia festiwalu. Reżyserów w tym samym czasie było tu aż 1866.

Na czele kobiet stoi Cate Blanchett, przewodnicząca festiwalowego jury i jedna z inicjatorek tego manifestu. Mówi zdecydowanym głosem: „Złotą Palmę wręczono 71 reżyserom i tylko dwóm reżyserkom: Jane Campion, która jest z nami duchem, i Agnès Vardzie, która jest tu z nami dzisiaj. Ta manifestacja to symbol naszej determinacji i zaangażowania w rozwój przemysłu filmowego. Kobiety nie są mniejszością na świecie, ale stan naszej branży sugeruje coś innego”.

„Tama została przerwana. Rysy pojawiały się na niej wcześ­niej, ale jakoś nie dochodziło do ostatecznego pęknięcia. Teraz wreszcie się stało” – dodała później aktorka. Jeśli chce się robić rewolucję, dobrze mieć na czele charyzmatyczną postać. Taką, która dała się poznać jako mocno niepokorna. Trzeba przyznać, że nowy ruch kobiet w przemyśle filmowym nie mógł sobie wymarzyć lepszej ambasadorki niż Blanchett.

Pytania o sukienki

Zawsze podkreślała swoje feministyczne poglądy. Nieraz dawała do zrozumienia, że nie zamierza akceptować traktowania jej pracy pobłażliwie czy protekcjonalnie. Tam, gdzie inni stali grzecznie w szeregu, tłumacząc sobie w duchu, że branża filmowa rządzi się swoimi prawami, ona nie zamierzała siedzieć cicho.

„Te pytania o sukienki! Niedługo zaczną pytać, jakiej marki tampon dzisiaj włożyłaś!” – skomentowała powtarzające się w kółko pytania o jej festiwalowe kreacje. A kamerzystów na czerwonym dywanie, skupionych na filmowaniu jej sukni, prowokacyjnie pytała, czy tak samo filmują mężczyzn.

Cate Blanchett w filmie 'Carol' z 2015 roku. (Fot. BEW Photo) Cate Blanchett w filmie "Carol" z 2015 roku. (Fot. BEW Photo)

Po premierze filmu „Carol”, opowiadającym o miłości dwóch kobiet, rozpoczęła się litania pytań o sceny erotyczne z Rooney Marą, ale także o jej własne życie seksualne. W programie Jimmy’ego Fallona Blanchett ironizowała: „Tak, Jimmy, dziewczyny uprawiają seks z dziewczynami, a chłopcy z chłopcami już od bardzo dawna…”. Straciła cierpliwość, kiedy w końcu poczuła się zmanipulowana przez media. Z wywiadu, którego udzieliła magazynowi „Variety”, wynikało, że przyznaje, iż miała doświadczenia homoseksualne. Informacja obiegła świat. „O ile pamiętam, pytanie brzmiało: »Czy miałaś relacje z kobietami?«. Odpowiedziałam: »Tak, wiele«. Ale jeśli to pytanie miało oznaczać, czy miałam seksualne relacje z kobietami, to odpowiedź brzmi: »nie«”. Środowisko LGBT pogodziło się z tym rozczarowaniem, szczególnie że niedługo potem Blanchett pojawiła się w znanym nowojorskim barze gejowskim. Ale krótko po tym oświadczyła: „Kiedy grasz osobę homoseksualną, nieoczekiwanie stajesz się przedstawicielem i rzecznikiem całego środowiska. Nie jestem przekonana, czy to uzasadnione”.

Każdy, kto uważniej przysłuchuje się jej wypowiedziom, wie, że ostatnią rzeczą, jakiej poddałaby się Cate, jest zaszufladkowanie. Mówimy o aktorce, która z tym samym zaangażowaniem gra u Allena czy Jarmuscha co w disnejowskim „Kopciuszku”. A jednak zawsze musi mieć dostatecznie dobry powód, żeby zacząć z kimś współpracę.

Rola nordyckiej bogini śmierci w kręconej za miliony dolarów adaptacji marvelowskiego komiksu „Thor: Ragnarok” może się wydawać dobrym sposobem na podreperowanie rodzinnego budżetu. Warto jednak pamiętać, że Hela, która jedną ręką miażdży słynny młot Thora, pierwszy samodzielny kobiecy czarny charakter w filmowych adaptacjach komiksów Marvela, to feministyczny symbol. „Jako matka czwórki dzieci widziałam wiele marvelowskich filmów i jestem przekonana, że mamy do czynienia z rewolucyjną zmianą”, twierdzi Blanchett. Jak mogło jej przy tym nie być!

Tak jak nie mogło jej zabraknąć w „Ocean’s 8”. Kolejnej części kasowego hitu, który dopiero co pojawił się w kinach. Męskiego z definicji kina, które teraz nieoczekiwanie zamieniło się w kino kobiece. Przynajmniej pod względem obsady, w której – oprócz Blanchett – znalazły się m.in.: Sandra Bullock, Anne Hathaway, Helena Bonham-Carter, Rihanna.

„Nie ma nic przyjemniejszego niż grać w takim towarzystwie”, mówiła Cate, a usłyszawszy podczas programu Stephena Colberta pytanie, dlaczego w przeciwieństwie do męskiej wersji tu bohaterek jest tylko osiem, nie zastanawiała się długo: „Bo w Hollywood pracuje tylko osiem kobiet”.

W tym samym programie padło pytanie, co jest jej moralnym kompasem, źródłem dobra i człowieczeństwa. Blanchett bez zastanowienia wypaliła: „Moja wagina”.

„Ocean’s 8” jest przyjmowany różnie. Dla jednych stanowi dowód, że kręcenie na nowo tych samych filmów z kobietami zamiast mężczyzn to tylko chwyt, chwilowa moda. Inni zachwycają się świetną grą aktorek i akceptują dowcipną konwencję kręcenia męskich filmów w kobiecej wersji. Jedno jest pewne, „Ocean’s 8” to dobrej jakości rozrywka i kolejny przyczynek do dyskusji o roli kobiet w przemyśle filmowym.

Przyklejane wąsy

To jej przyjaciel, aktor Geoffrey Rush, z którym zagrała swoją pierwszą ważną rolę teatralną w spektaklu „Oleanna” Davida Mameta w 1993 roku, zwrócił uwagę, że jest pełna sprzeczności. Poukładana, pragmatyczna, trzeźwo stąpająca po ziemi, jednocześnie ma w sobie niespokojnego ducha. „Nie wiem, do czego byłabym zdolna, gdyby nie aktorstwo. Ten zawód kanalizuje moją nieustającą potrzebę, a nawet głód, mierzenia się z czymś, co mnie przekracza. Ciągle mam ochotę próbować, eksperymentować, szukać czegoś nowego, prowokować... Nie wiem, może mam to po ojcu”, przyznała aktorka.

Właśnie do ojca, teksaskiego marynarza o francuskich korzeniach, z trójki dzieci państwa Blanchett Cate jest podobna najbardziej. Nim Robert Blanchett osiadł na stałe w Melbourne, opłynął cały świat. W Australii znalazł się przypadkiem, kiedy jego okręt płynący na Antarktydę miał awarię i musiał zawinąć do portu. Tam w klubie poznał matkę Cate: June, nauczycielkę i wielbicielkę jazzu. Zakochany pisał do niej listy przez trzy lata, aż do ukończenia służby wojskowej. Po czym przyjechał do Melbourne, wzięli ślub i Robert nie wrócił już na morze. Został agentem ubezpieczeniowym i pracował w reklamie. Jego nagła śmierć na zawał serca, kiedy Cate miała dziesięć lat, odcisnęła na niej silne piętno. „Zmarł tak jak żył – szybko”, wspominała. Zapamiętała, że tego ranka grała na pianinie, a on wychodził do pracy. Zawsze żałowała, że nie uścisnęła go na pożegnanie. To dlatego sama nigdy nie wychodzi z domu, zanim nie przytuli się do swoich dzieci i męża.

Pierwszy raz myśl o aktorstwie pojawiła się w jej głowie, kiedy jako mała dziewczynka oglądała w teatrze adaptację opery „The Mikado”. Podczas spektaklu jednemu z aktorów spadły doklejone wąsy. „Po sali przeszedł szmer, bo nagle w trakcie zupełnie nierealistycznej historii wydarzyło się coś prawdziwego. Aktor poprawił wąsy i zażartował na temat zaufania do Japończyków. Pamiętam ten moment. Chciałam być razem z nim na scenie”. W sobotnie popołudnia zaczęła chodzić na zajęcia teatralne, podczas których sama lub z koleżanką wymyślały kolejne scenki do odegrania. „Byłam dzieckiem, o którym wszyscy mówili: »Ona na pewno zostanie aktorką«”.

A jednak zaraz po maturze miała inne plany. Najpierw postanowiła wyruszyć w podróż po świecie. „Jadłam, co popadło, nocowałam w klasztorach i schroniskach dla bezdomnych. Kiedy skończyły się pieniądze, zostałam statystką na planie jakiegoś idiotycznego bokserskiego filmu”. Występ, za który miała dostać pięć funtów i coś do jedzenia, nie bardzo się jej podobał. Wróciła do Sydney i zdała na ekonomię oraz historię sztuki. Ale zapisała się też do kółka teatralnego na uniwersytecie i… odkryła, że to jest to. Wtedy postanowiła zostać studentką National Institute of Dramatic Art.

Była tak zdolna, że szybko zaczęła grać w sztukach u boku swoich wykładowców. Pojawiała się w serialach. Choć i tak australijscy widzowie kojarzyli ją raczej z reklamą ciasteczek Tim Tam. Do momentu, kiedy w wieku 25 lat Cate dostała propozycję zagrania głównej roli w filmie Shekhara Kapura „Elizabeth” o słynnej angielskiej królowej. Po premierze wszystko było jasne – oto nieznana aktorka stała się gwiazdą. Za tę kreację otrzymała Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz Critics’ Choice Award. Zabrakło tylko Oscara.

Do widzenia, Hollywood

Przez lata Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej zdążyła jej wynagrodzić tamto niedopatrzenie. Siedem nominacji, dwie statuetki. Po drugoplanowej roli w „Aviatorze” została pierwszą aktorką, którą nagrodzono za zagranie innej zdobywczyni Oscara – Katharine Hepburn. Za to nominacja za „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”, w którym wcieliła się w młodego Boba Dylana, sprawiła, że znalazła się wśród trzech aktorek nominowanych za zagranie mężczyzny.

Cate Blanchett w filmie 'Blue Jasmine' z 2013 roku. (Fot. BEW Photo) Cate Blanchett w filmie "Blue Jasmine" z 2013 roku. (Fot. BEW Photo)

Wielokrotnie udowodniła, że jest w stanie przeistoczyć się w każdego. Pomagają jej naturalne warunki: ma trzyoktawowy głos ( jest w stanie mówić falsetem i barytonem), talent do języków i słuch do akcentów: przekonująco grała Irlandkę („Veronica Guerin”), Niemkę („Dobry Niemiec”), Brytyjkę (m.in. „Notatki o skandalu”). Jej niewiarygodne zdolności do metamorfozy ukazywało „Manifesto”, instalacja Juliana Rosefeldta eksponowana najpierw w berlińskim muzeum Hamburger Bahnhof, a potem przekształcona w pełnometrażowy film fabularny pod tym samym tytułem. Blanchett wciela się tu aż w 13 różnych ról, cytując fragmenty ze słynnych artystycznych manifestów. Jako nauczycielka baletu, prezenterka telewizyjna, bezdomny, wdowa, robotnik.

Nieustannie poszukuje okazji do zdobywania nowych doświadczeń i rozwoju. Nawet jeśli miałaby z czegoś zrezygnować. Tak było, kiedy w 2008 roku Blanchett i jej mąż, pisarz i scenarzysta Andrew Upton, dostali propozycję poprowadzenia Sydney Theatre Company, co oznaczało przeprowadzenie się z Anglii (gdzie mieszkali od dłuższego czasu) do Australii. „Podpisaliśmy kontrakt. Powiedziałam Hollywood do widzenia i wyjechałam. Wszyscy mówili, że kiedy wrócę, nikt nie zadzwoni. A ja chciałam być lepszą aktorką. Grać wielkie role w sztukach Czechowa, Williamsa, Dostojewskiego. Byłabym idiotką, gdybym z tego nie skorzystała”, mówiła aktorka.

Z roli dyrektorki Sydney Theatre Company zrezygnowała w 2013 roku, kiedy Woody Allen zaproponował jej rolę w „Blue Jasmine”. Upton kierował STC do końca 2015 roku. Teraz, kiedy Cate znowu mieszka z rodziną w Anglii (kupili posiadłość w East Sussex), zadebiutuje w przyszłym roku w londyńskim National Theatre.

Od pierwszego pocałunku

Mówi: „Cenię sobie prostotę zajęć, które wiele osób uważa za nudne: robienie synom kanapek do szkoły, gotowanie, spacery z psem”. Ma trzech synów: Dashiella (17 lat), Romana (13) i Ignatiusa (10) oraz adoptowaną w 2015 roku córeczkę Edith. Przyznaje, że życie z czwórką dzieci zawsze jest do pewnego stopnia chaosem, a jednak, nawet przy wysokim stopniu dyskrecji ze strony samej Blanchett, łatwo się domyślić, że rodzina daje jej dużo radości.

Z Andrew Uptonem poznali się podczas realizacji filmu „Dzięki Bogu spotkał Lizzie”. Cate: „Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy na kolacji u znajomych, wydał się zarozumiały i arogancki. W dodatku nie jest i nie był tak zwanym ciachem. A jednak kiedy któregoś wieczoru po prostu podszedł i mnie pocałował, to był wstrząs! Zobaczyłam zupełnie innego mężczyznę”. Pobrali się po trzech tygodniach znajomości w 1997 roku.

Zaraz po ślubie wyjechała na trzy miesiące grać w „Elizabeth”, po czym postanowiła, że już nigdy tego nie zrobi. Nie zostawi Andrew. Od tamtej pory na każdy plan filmowy jeździ z mężem i dziećmi. Czasem nawet udaje jej się wynegocjować, żeby plan przyjechał do niej. Tak było z filmem „Niewygodna prawda” Jamesa Vanderbilta. „Bardzo chciałam wystąpić w tym filmie, ale mam dzieci i męża, który wtedy prowadził teatr. Spytałam więc: »Czy jest jakiś sposób, żebyśmy mogli to zrobić tutaj, w Sydney?«. Był. Plan został przeniesiony”. Mimo to nie uważa, że można mieć wszystko, i pamięta, w jak uprzywilejowanej jest sytuacji. „Życie aktywnej zawodowo matki jest trudne, zwłaszcza gdy godziny pracy w firmie kompletnie nie dają się pogodzić z dowożeniem dzieci do szkoły i ich odbieraniem. Ja mogę pracować albo nie, ale miliony kobiet nie mają takiego wyboru”.

To dlatego tak dobrze nadaje się na rewolucjonistkę. Nie ma złudzeń co do otaczającego ją świata, ale jednocześnie wierzy, że można coś zmienić.

Dziś skończy 50 lat. Zapytana o wiek odpowiada: „Nigdy nie czułam się tak dobrze w swojej skórze”. Może to brzmieć banalnie, większość jej koleżanek z branży mówi w wywiadach podobne rzeczy. A jednak Blanchett brzmi wiarygodnie. Nietrudno jej uwierzyć, kiedy dodaje: „Jestem pewniejsza siebie i bardziej spokojna, niż byłam jako 20- czy 30-latka. Nie chciałabym być znowu tamtą osobą. Mam tylko nadzieję, że z wiekiem nie opuszczą mnie ciekawość i potrzeba przygody”.

Wypowiedzi pochodzą z: „W”, „The New Yorker”, „The Guardian”, „The Independent”, „Harper’s Bazaar”, „Vanity Fair” oraz wywiadów telewizyjnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. "Na całych jeziorach - ty"

Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Krótki, przepełniony namiętnością i tęsknotą romans Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej przetrwał do dziś, za sprawą ich listów. Jak Starszy Pan B, znany z cylindra, butonierki i niebanalnego dowcipu, wyznawał miłość wschodzącej gwieździe polskiej piosenki?

Gdy się poznali on był u szczytu sławy jako współtwórca, wraz z Jerzym Wasowskim, Kabaretu Starszych Panów. Ona wielką popularność miała jeszcze przed sobą, choć już wtedy jej „Piosenkę o okularnikach” śpiewały tabuny młodych ludzi.

„Przypominam Ci, że to się zaczęło w nocy 1-go lutego – data nieważna, nawet lepiej w ogóle bez dat… Zupełnie przypadkowo, w przypadkowym towarzystwie znalazłem się w STS-ie, tańczyłem z paroma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą, i przypadkowość skończyła się, bo przecież byliśmy tamtej nocy umówieni od lat i ja to od razu zrozumiałem i dlatego powiedziałem sobie: Nareszcie!”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Jeremi Przybora miał wtedy 49 lat, dwójkę dzieci i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie.  Agnieszka Osiecka natomiast była 28-letnią rozwódką po wielu miłosnych przejściach, jej kariera dopiero nabierała tempa, a Starszego Pana B uwielbiała, podobnie zresztą jak większość polskiego społeczeństwa. Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa –  już w marcu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać, Osiecka odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej w rzeczywistości.
„Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco […]”
(tak Jeremi pisał do Agnieszki podczas pierwszej rozłąki, gdy wyjechał do Paryża w maju 1964 roku, fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ona odpowiedziała mu: Coś ty zrobił Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz - i również zdecydowała wyjechać. To był początek ciągłej rozłąki dwojga zakochanych poetów, której wynikiem jest najpiękniejsza w polskiej literaturze korespondencja miłosna. Jeremi potwornie tęsknił, a podróże Agnieszki zdawały się nie kończyć. Wyjeżdżała do Budapesztu, na Mazury, do Bułgarii, Londynu, Szwecji.
„[…] ale to jest skądinąd pretekst, żeby całować Cię znowu przez całą stronę, zaczynając od włosów na skroniach, a potem [dłuuugo] zabawić przy uszach, najpierw prawym, a potem lewym, z uwzględnieniem całej skomplikowanej rzeźby i detalu, a potem skupić się na oczach, takich wiecznych sadzawkach-wniebowstąpionkach. A potem powędrować ustami przez nosek bardzo kruchy, aż do ust i najpierw długo je przepraszać za zachłanność, z którą się spotkają, bardzo się z nimi zaprzyjaźnić i delikatnie scałować z nich całą nieufność, zarówno wargi górnej, jak i dolnej”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)

Nie afiszowali się swoich związkiem, raczej trzymali go w tajemnicy. Jeremi nie mówił o nim nawet najbliższym przyjaciołom, Agnieszka utrzymywała, że łączyła ich zawodowa fascynacja. Rosnącą namiętność między nimi szczelnie zamykali w kopertach z listami, do których Jeremi dołączał kwiaty, a Agnieszka zasuszone listki i prezenty z zagranicy dla jego dzieci. Gdy tylko odkładali słuchawkę telefonu siadali za biurkiem i pisali do siebie listy, pocztówki, depesze, a w nich setki wierszy i piosenek. Z miłości między nimi powstały między innymi: „Na całych jeziorach – ty”, „Mówiłam żartem”, „Miłość w Portofino”, „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, „Podła”.

„Zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, niezależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię chodząc lub stojąc, inaczej – siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie…”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Gdy w końcu Agnieszka wróciła do Warszawy okazało się, że bardzo trudno im przeistoczyć głębokie uczucia z papieru w rzeczywistość. Nie poddawali się – Jeremi wyprowadził się od żony, postanowili więc zamieszkać razem. Pierwsza próba prawdziwego bycia razem uwypukliła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – w czasie gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę z tych różnic, Jeremi musiał wtedy znosić wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejna rozłąka pogłębiała kolejne problemy między nimi, choć uczucie jeszcze nie gasło.
„Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. Dookoła mnie trwa szczelne milczenie i jednostronne „atakowanie” tego milczenia jakoś mnie zbija z tropu”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
W marcu 1965 roku Osiecka wyjechała do Paryża i ta podróż była kresem ich związku. Jeremi zrozumiał wreszcie, że ze strony Agnieszki ich relacja była jedynie chwilowym zachwytem, fascynacją, złudzeniem. Najpierw nie mógł tego zrozumieć, nie potrafił wybaczyć sobie, że kochał tak bardzo kogoś, kto igrał z jego uczuciami. Później frustracja przerodziła się w złość. Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła – by nagle zepchnąć w otchłań – napisał w piosence dla Kabaretu Starszych Panów. Z kolei Agnieszka, w wywiadzie udzielonym Magdzie Umer, na pytanie o to, dla kogo napisała piosenkę „Na całych jeziorach ty” odpowiedziała: Zapomniałam.
„Dla ciebie jestem sobą i choć to tak mało jest, nie potrafię być przed tobą nikim więcej”
(fragment piosenki z Kabaretu Starszych Panów "Dla ciebie jestem sobą", sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski)

  1. Kultura

Marek Hłasko - pisarz, buntownik i łamacz serc

Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Marek Hłasko (Fot. Agencja BE&W)
Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem – w latach 50-tych najważniejszy głos młodego pokolenia, a przede wszystkim legenda polskiej literatury. Marek Hłasko obchodziłby dziś swoje 86 urodziny, przedstawiamy krótki rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem, a przede wszystkim legenda polskiej literatury i najważniejszy głos młodego pokolenia lat 50-tych. Marek Hłasko obchodziłby dziś 86. urodziny - przedstawiamy rys biograficzny autora, przeplatany jego najpiękniejszymi cytatami.

Marek Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku. Okres dzieciństwa spędził w Warszawie u boku ukochanej matki Marii Hłasko. Czas okupacji, powstanie warszawskie, przemarsz Armii Czerwonej i traumatyczne przeżycia wojenne młodego pisarza sprawiły, że nazywał siebie samego „produktem czasu wojny”. W „Pięknych dwudziestoletnich”, swojej literackiej autobiografii, napisał: „Jest dla mnie oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy więzieniem” (fragment z "Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski, wyd. Agora).

Na przekór światu

Po wojnie rodzina Hłasków zamieszkała we Wrocławiu. W czasach szkolnych Marek na dobre rozpoczyna swój bunt, zostaje wyrzucony ze szkoły i w wieku szesnastu lat całkowicie się z nią rozstaje, zaczyna pracować jako kierowca ciężarówki. Te, mogłoby się wydawać, prymitywne zajęcie młodego pisarza staje się później inspiracją dla jego twórczości. Pisarsko debiutuje w 1951 roku opowiadaniem „Baza Sokołowska”. Zostaje korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”, a w 1952 roku nawiązuje kontakt ze Związkiem Literatów Polskich, by rok później otrzymać trzymiesięczne stypendium twórcze dla wschodzących talentów.
„Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie"
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.

Bunt literacki

Po 1953 roku jego pisarska kariera nabiera zatrważającego tempa – publikuje „Sonatę marymoncką”, „Złotą jesień”, „Szkołę” i „Noc nad piękną rzeką”. Staje się znany w środowisku literackim, nie ma tygodnia bez artykułu prasowego o Marku Hłasce. W wieku 21 lat publikuje tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”, którego nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rozchodzi się błyskawicznie. Zachwyca niepowtarzalnym stylem, unikatową umiejętnością opisywania rzeczywistości, jego twórczość jest nowatorska, nikt wtedy nie pisał tak jak on, a przede wszystkim nikt z taką literacką bezczelnością nie przeciwstawiał się obowiązującym normom. Marka Hłaskę uznano za najważniejszy głos młodego pokolenia, stał się idolem młodzieży i symbolem buntu. Tysiące młodych ludzi powtarzało po nim słowa z opowiadania „Dom mojej matki” – „Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń” (fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora).

Rozkochiwał i uwodził

Słynął również z opinii nieprawdopodobnego kobieciarza, chociaż potrafił rozkochać w sobie nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, którzy, omamieni jego urokiem, byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwodził i tkwił ciągle w kilku romansach jednocześnie.
„Ja wiem, że ty wszystko wiesz. Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie w ogóle istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem. Biedne, nieszczęśliwe, mądre kobiety”
Fragment opowiadania Marka Hłaski „Pętla”, ze zbioru „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Żonaty był tylko raz, ze sławną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann, jednak to jego związek z Agnieszką Osiecką, którą nazwał swoją „Panną Czaczkes”, przeszedł do legendy.

W jednym z listów pisał do niej: „Gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem – śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno – z całym idiotyzmem i kabotynizmem - najwięcej Cię kochał" (fragment z książki Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej „Listy Marka Hłaski”, wyd. Ypsylon).

Emigracja a depresja

„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo” – napisze w swojej pierwszej powieści „Następny do raju”, nad którą później będzie pracował w roli scenarzysty. Po wydarzeniach z Października’56 ówczesne władze przestały tolerować jego nonkonformistyczne, literackie wybryki. By uniknąć konsekwencji w 1958 roku Marek wyjeżdża do Paryża, zupełnie nieświadomy tego, że czeka go podróż w jedną stronę, bez możliwości powrotu do ojczyzny.
„Lepiej się rozstać. W każdej sprawie ludzkiej istnieje krąg, którego nie powinno się przekraczać. Lepiej odejść i ocalić chociażby wspomnienia. Szacunek. Godność. To mimo wszystko nie są takie głupie sprawy, jak by się zdawało”
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wyd. Elf.
Początkowo na emigracji pozwala sobie na wszystko – prowadzi jeszcze bardziej awanturniczy tryb życia, bawi się, trwoni pieniądze, prowokuje i aż nadto korzysta z życia. Później jednak, gdy kolejne starania o powrót do kraju kończą się niepowodzeniem (próbował wrócić do Polski z Paryża, Berlina Zachodniego, Tel Awiwu), jego życie coraz bardziej zaczyna przypominać nieustanną gonitwę, przeplataną depresją, alkoholem, więzieniem, kliniką psychiatryczną, chwilowymi pracami fizycznymi, małżeństwem, rozwodem i zaprzepaszczoną szansą na karierę w Hollywood.
„Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”
Fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wyd. Agora.
Umarł w wieku 35 lat w Wiesbaden (Niemcy), po prawie jedenastu latach na emigracji, prawdopodobnie wskutek połączenia środków nasennych z alkoholem. „Żył, pił i nieźle pisał” – napisały po jego śmierci niemieckie media.

  1. Kultura

Osiecka na niepogodę

Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka poprzez swoje teksty dawała ludziom radość i piękno w trudnych czasach. (fot. Forum)
Agnieszka Osiecka dziś obchodziłaby 83. urodziny. W hołdzie artystce przypominamy jej 10 najpiękniejszych myś

li.

Miłość

Często kocha się z przerwami. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym – tak poetka pisała w liście do Jeremiego Przybory. Fragment pochodzi ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze” (wyd. Agora, 2016).

Za miłością goniła całe życie. Otaczała się mężczyznami od najmłodszych lat – kochali się w niej inteligentni, kulturalni, wybitnie utalentowani mężczyźni, ale też chuligani. Przeżyła wiele intensywnych związków, przyjaźni, flirtów, romansów, małżeństw. Nie raz miała złamane serce. Skutkiem wszystkiego są najpiękniejsze teksty o miłości.

Tęsknota

Osiecka nieustannie czegoś poszukiwała, była w ciągłej podróży. Tęsknota była wpisana w jej życie. Uczucie to stało się źródłem inspiracji do lirycznej korespondencji z obiektami jej westchnień.

Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie. Na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, też potrafię tęsknić do Ciebie – przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Życiowa lekkość

Potrafiła podjąć dyskusję zarówno na ważne i wysublimowane tematy, jak i plotkować o rzeczach zupełnie przyziemnych. Nadawało to jej twórczości lekkiego charakteru i sprawiało, że wiersze i piosenki trafiały do każdego a jednocześnie niosły za sobą poważny przekaz. Osiecka swoimi tekstami z pełną świadomością uczyła traktowania rzeczy lżej niż one się przedstawiają. Nie bez przyczyny Maryla Rodowicz śpiewała jej słowami:

„nie daj mi Boże, broń Boże skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki życie trwa, póki życie trwa”

(fragment piosenki Maryli Rodowicz „Wielka Woda” ze słowami Agnieszki Osieckiej)
 

https://www.youtube.com/watch?v=xxohxQOO0kA

Złamane serce

Kochałam Pana po swojemu, kochałam Pana tak , jak umiem a Pan się na to zgodzić nie mógł, odszedł i zniknął w obcych tłumie… Teraz Pan wzrusza ramionami sam nad zielonym oceanem, a patetyczni zakochani szepcą nad Panem – swoje amen”

(fragment wiersza „Kochałam Pana” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
Rzeczywistość ją nudziła. Nie potrafiła stać w miejscu, nienawidziła się przyzwyczajać. Magda Umer mówiła, że „ona nie zaprzyjaźniała się, tylko uwodziła – nieustannie rozkochiwała w sobie ludzi, zwierzęta, rośliny i porzucała w pół kroku, w pół zdania, nagle, może nawet nieoczekiwanie dla niej samej”. Agnieszka miała skłonność do łamania serc, chociaż sama nieustannie doświadczała tego samego.

Samotność

Agnieszka wielokrotnie podkreślała, że ma w życiu jednego wroga – Agnieszkę Osiecką. Nawet jej najbliżsi przyjaciele przyznawali, że często nie rozumieli jej zachowania, albo rozumieli zupełnie na opak. Ciągle zmieniała nastrój, nie potrafiła nad tym zapanować, a swoje myśli umiała uporządkować tylko w jeden sposób – przelewając je na papier.

„Boję się, że Ty wcale tego moje kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie. Chciałabym jednak, żebyś pamiętał, że ja o siebie też przecież nie dbam. Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz - ja i sobie nie zrobię śniadania”

(fragment listu do Jeremiego Przybory ze zbioru „Listy na wyczerpanym papierze”, wyd. Agora, 2016)

Szczęście

Osiecką inspirowało wszystko co znajdowało się wokół niej, ale szczególny rodzaj twórczego natchnienia czerpała z drugiego człowieka. Szczęśliwa czuła się wyłącznie w towarzystwie ludzi, których zachowania rozkładała na czynniki pierwsze i z uporem starała się zrozumieć. W „Rozmowach w tańcu” (wyd. Tenten, 1992) pisała, że szczęście to jest radość powtarzania. Jeśli ktoś stanął nad ranem w porcie, spojrzał w morze i zobaczył nagle jak niebo pęka i ze stalowej jamy wynurza się rdzawa kreska – jak w rozpalonym piecu – to znaczy… no właśnie, to nic nie znaczy. Bo ten, kto znalazł tam się jeden jedyny raz i się ucieszył raz szaleńczo, to nie jest jeszcze człowiek szczęśliwy. To jest człowiek, któremu się coś udało. (…) Ale człowiek, który chodzi na brzeg codziennie i za każdym razem jest olśniony, to jest człowiek szczęśliwy

Portem Osieckiej były noce spędzone na rozmowach z kolejnymi znajomymi, po których włóczyła się bez końca, nie mogąc znaleźć swojego miejsca na ziemi.

Pośpiech

Lubiła się włóczyć, chodzić na długie spacery, a przede wszystkim do niczego i nikogo się nie spieszyć. Wówczas rozmyślała jeszcze intensywniej, wspominała i szukała odpowiedzi na pytania, które wiatr przywiał jej do głowy.

Dawniej było łatwiej patrzeć niż teraz. Szedł sobie człowiek po ulicy, patrzył, rozglądał się, aż wypatrzył jakiś fakt. Więc zaraz o tym fakcie coś sobie pomyślał. (…) Ale teraz to nie jest takie proste. Zegarki pognały do przodu, fakty runęły przed siebie, myśli ruszyły z kopyta, wszystko się przemieszało, wszystko szumi jednocześnie albo są same fakty i nie ma żadnych myśli, albo myśli ciurkiem lecą jedna po drugiej jak autobusy i na to wygląda, że jest pożar w kurniku i wyścigi stylem dowolnym

(fragment opowiadania „Biała bluzka”, Wydawnictwo Literackie, 1998)
 

Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum) Agnieszka Osiecka była jedną z niewielu poetek, które tak trafnie potrafiły opisywać otaczającą nas rzeczywistość. (fot. Forum)

Problemy

Jej wiersze z ostatnich lat przed śmiercią są dramatyczne i smutne, nie jest to ta Osiecka, do której nas przyzwyczaiła. W „Rozmowach w tańcu” otwarcie pisała o swoim alkoholizmie, a w „Białej bluzce” własne problemy przeobraziła w czystą poezję.

„Zobaczysz, jeszcze z tego wybrnę, nie będzie dziury w niebie, pamięć - jak szybę - wytrę... Niech no tylko przyjdę do siebie. Wystarczy jedna chwilka, wystarczy jeden gest, a przyjdę, przyjdę do siebie... Lecz gdzie to? Gdzie to jest?”

(fragment wiersza „Przyjdę do siebie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Śmierć

Starała oswoić się z umieraniem piosenkami i poezją, pomogło jej to odważnie patrzeć śmierci prosto w oczy. Odchodziła stopniowo, z dnia na dzień mocniej zaplątana w sidła choroby pomagała innym, nadal nie dbała o sprawy materialne i zastanawiała się co spotka ją tam, po drugiej stronie. Wierzyła, że Bóg – także poeta – będzie opiekował się nią bezpośrednio i da jej specjalne prawa.

„Ty przyjdź do mnie kiedyś nad ranem, ze śmiercią jak z panną pod rękę, i podaj mi czarny atrament na śmieszną ostatnią piosenkę. Staniemy tak sobie jak w lustrach ty – moje życie, i ja, i może to będzie szósta a może przejdzie sto dwa… „Niebrzydka z was dwojga jest para” – śmierć powie, ścierając z nas kurz. ja na to powiem: „Sen mara”… A życie: „już”

(fragment wiersza „Zesłowiczenie”z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)

Zakręty życia

Agnieszka Osiecka jest autorką tekstów, ponad dwóch tysięcy piosenek oraz nieskończonej liczby pięknych wersów. Bezbłędnie nazywała rzeczywistość, snuła nieustanne refleksje, podejmowała tematy zarówno przyziemne, jak i te najwyższych lotów, potrafiła nadać kolor nawet najbardziej błahym sprawom ludzkiej codzienności. Wielki talent, łatwość tworzenia i ciągły mętlik w głowie – to wszystko w jednej poetce, która cały czas żyła „na zakręcie”.

„A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Ode mnie widać niebo przekrzywione. Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół. Pan kocha swoją żonę”

(fragment wiersza „Na zakręcie” z tomiku „Najpiękniejsze wiersze i piosenki”, wyd. Prószyński i S-ka, 2010)
https://www.youtube.com/watch?v=vNP-Yz50NDE

 

  1. Kultura

Cate Blanchett w ekranizacji światowego bestsellera "Gdzie jesteś, Bernadette?"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Gdzie jesteś, Bernadette?" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa Marii Semple "Gdzie jesteś, Bernadette?" to pełna humoru opowieść o współczesnej amerykańskiej rodzinie i kręgach artystyczno-biznesowych, która bawi i wzrusza od pierwszej do ostatniej minuty. Komediodramat w reżyserii Richarda Linklatera trafi do kin 16 sierpnia, a w roli tytułowej Bernadette zobaczymy podwójną zdobywczynię Oscara, Cate Blanchett. 

Powieść Marii Semple stała się prawdziwym światowym hitem. "Gdzie jesteś, Bernadette?" przez rok figurowała na szczycie listy najlepiej sprzedających się książek "New York Timesa", zebrała ogrom pozytywnych recenzji i rozbawiła tysiące czytelników na całym świecie. Wszystko wskazuje na to, że film powtórzy sukces książki i przyciągnie do kin wielu widzów.

Tytułowa Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża (Billy Crudup) oraz wspaniałą córkę, piętnastoletnią Bee (Emma Nelson), dla której jest najlepszą przyjaciółką. Kobieta nie cieszy się jednak dobrą reputacją, a najbliżsi z jej otoczenia uważają, że przynosi hańbę całemu miastu. Jest ekscentryczna, neurotyczna, nieprzyjemna, zgryźliwa i cierpi na lęk przed otwartą przestrzenią. Mimo to, uważana jest w kręgach designu za genialną rewolucjonistkę w dziedzinie architektury. Pewnego deszczowego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Jej córka, która postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć, stopniowo odkrywa zaskakujące fakty z życia swojej matki. Zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję i próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

Zobacz zwiastun:

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".