1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Najlepsze filmy Quentina Tarantino

Uma Thurman i John Travolta w kultowej scenie z filmu
Uma Thurman i John Travolta w kultowej scenie z filmu "Pulp Fiction" (1994), fot. BEW PHOTO
Quentin Tarantino to ścisła czołówka reżyserów Hollywood i jeden z niewielu mistrzów swojego fachu, który od ponad dwóch dekad tworzy niezwykle elektryzujące filmy będące kombinacją przeróżnych konwencji i gatunków.

Jest specjalistą w kwestii pracy z aktorami, wybitnym znawcą popkultury i prawdziwym zawodowcem w sprawach filmowych. Znany jest z zamiłowania do błyskotliwych dialogów oraz brutalnych i krwawych scen, często jednak ujętych w niezwykle zabawny sposób. Jego styl nie każdemu może odpowiadać - jedni go kochają, inni nienawidzą. Nie można jednak zaprzeczyć, że na tworzeniu kina zna się jak mało kto.

W ostatnim czasie znów jest o nim głośno za sprawą najnowszego, dziewiątego w jego dorobku filmu - „Pewnego razu… w Hollywood”. To doskonała okazja, aby przypomnieć najlepsze produkcje znanego reżysera. Oto nasze zestawienie.

Wściekłe psy (1992)

„Wściekłe psy” to wybuchowy debiut reżyserski Quentina Tarantino. Według magazynu „Empire” to również największy niezależny film wszech czasów. Od właśnie od niego rozpoczęła się wielka kariera reżysera. Sukces tej produkcji zapewniły przede wszystkim błyskotliwe, ostre dialogi oraz przemoc ukazana w przezabawny, charakterystyczny dla reżysera sposób. Film ten jest swego rodzaju hybrydą wszystkiego, za co pokochaliśmy Tarantino. Przy jego tworzeniu Tarantino inspirował się m.in. „Zabójstwem” Stanleya Kubricka oraz „Ulicą nędzy” Martina Scorsesego.

Pulp Fiction (1994)

„Pulp Fiction” to prawdziwa klasyka kina gangsterskiego i zarazem jeden z najważniejszych filmów Tarantino. W czym tkwi jego fenomen? Za każdym razem zachwyca tak samo. Jak udało się osiągnąć taki efekt? Nietypowa kompozycja kilku przeplatających się ze sobą historii, liczne zapożyczenia z innych filmów, charakterystyczna obsada aktorska (w rolach głównych Uma Thurman, John Travolta, Samuel L. Jackson i Bruce Willis), fenomenalny montaż, nieliniowa narracja, specyficzny humor (głównie sytuacyjny), błyskotliwe dialogi i wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa. To właśnie dzięki „Pulp Fiction” uznano Tarantino za najciekawszego twórcę kina młodego pokolenia.

Kill Bill (2003) i Kill Bill 2 (2004)

„Kill Bill”, czyli Uma Thurman w żółtym dresie versus osiemdziesięciu ośmiu Japończyków to hołd Tarantino dla uwielbianych przez niego azjatyckich produkcji, z których garściami czerpie inspiracje. Mowa tu w szczególności o filmach sztuk walki i kinie samurajskim. Początkowo miał być to jeden film, gdyż obie części tworzą spójną całość. Podzielono ją tylko ze względów dystrybucyjnych – film trwający przeszło 240 minut mógłby być komercyjnym strzałem w kolano. „Kill Bill” to absolutny must watch dla wszystkich fanów stylistyki Tarantino - brutalny, stylowy i ekscytujący.

Bękarty wojny (2009)

Zainspirowane filmem „Bohaterowie z piekła” z 1978 roku „Bękarty wojny” to najlepszy dowód na to, jak ogromną moc zmieniania rzeczywistości ma kino. Chyba tylko Quentin Tarantino potrafi przekształcić Holokaust w zabawną, opowiedzianą z niezwykłą werwą historię. Nominowana do ośmiu Oscarów produkcja przedstawia alternatywną wersję zakończenia II wojny światowej. Scenariusz filmu został napisany już w 1998 roku, jednak do realizacji doszło dopiero po 10 latach. W rolach głównych: fenomenalny Christoph Walz i zabawny jak nigdy wcześniej Brad Pitt. „Bękarty wojny” to amoralne, ekscytujące dzieło z porywającą grą aktorską i zarazem drugi, najbardziej dochodowy film Tarantino.

Django (2013)

To kolejny film Tarantino inspirowany westernami spaghetti, który przedstawia alternatywny bieg historycznych wydarzeń, gdzie ofiary rozprawiają się ze swoimi oprawcami. Pięknie sfilmowane, z dbałością o najmniejsze szczegóły, odważne połączenie komedii, melodramatu i kina akcji porusza temat tabu, jakim jest niewolnictwo. „Django” to najbardziej kasowy hit w dorobku reżyserskim Quentina Tarantino. Gwiazdorska obsada (Jamie Foxx, Christoph Walz i Leonardo DiCaprio), fenomenalny soundtrack i błyskotliwe, jak zawsze u Tarantino dialogi sprawiają, że nie da się przejść obok tego dzieła obojętnie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tilda Swinton nagrodzona Złotym Lwem za całokształt twórczości

Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
"Kino to moje szczęśliwe miejsce, moja prawdziwa ojczyzna", powiedziała Tilda Swinton odbierając Złotego Lwa za całokształt twórczości podczas uroczystej ceremonii otwarcia tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. 

Trwa 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Podczas uroczystej ceremonii otwarcia, Złotego Lwa za całokształt twórczości otrzymała aktorka Tilda Swinton. Statuetkę odebrała z rąk Cate Blanchett, przewodniczącej jury, a następnie z dumą uniosła ją w górę wykrzykując "Viva Venezia. Kino, kino, kino... Wakanda Forever. Tylko miłość!". Swoimi słowami uczciła pamięć zmarłego niedawno Chadwicka Bosemana, aktora znanego m.in. z "Czarnej Pantery".

"Zawsze grasz samego siebie. Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie" - tak Tilda Swinton mówi o swoim zawodzie. Dziś przypominamy jej najważniejsze kreacje filmowe i odkrywamy, czego możemy się od nich nauczyć.

Wybór i opracowanie: Joanna Olekszyk

„Orlando”

Dla wielu osób film kultowy. Opowiada o podróży młodego szlachcica Orlando, który na przestrzeni wieków szuka swojej tożsamości, stopniowo zmieniając się w kobietę i ostatecznie odkrywając, że płeć to tylko rola, jaką mamy do odegrania.

Kadr z filmu 'Orlando' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Orlando" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

„Musimy porozmawiać o Kevinie”

Historia nieperfekcyjnej matki, która nie radzi sobie z wychowaniem syna. Film porusza jeden z tematów tabu w naszej kulturze i zadaje odważne pytanie: Czy matka może nie kochać swojego dziecka? Dla Tildy była to próba zmierzenia się z największym lękiem, jaki przeżywa kobieta w ciąży – że nie uda jej się nawiązać kontaktu ze swoim jeszcze nienarodzonym dzieckiem.

Kadr z filmu 'Musimy porozmawiać o Kevinie' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (Fot. BEW Photo)

„Michael Clayton”

– Kiedyś zapytano mnie, co było największym wyzwaniem w moim życiu. Odpowiedziałam: zagranie bezwzględnej prawniczki wielkiej korporacji – wyznała Tilda. – Karen to samuraj, którego cesarzem jest firma, jest jak żołnierz gotowy do wykonania każdego rozkazu. Bezwzględna i bezbłędna, a ponieważ zajmuje wysokie stanowisko i jest kobietą, musi przebić „szklany sufit” i udowodnić wszystkim, że zasługuje na duże pieniądze, jakie jej płaci firma. To jedna z najbardziej przerażających i odhumanizowanych kreacji w karierze aktorki, uhonorowana Oscarem.

Kadr z filmu 'Michael Clayton' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Michael Clayton" (Fot. NG Collection/Forum)

„Tylko kochankowie przeżyją”

Lekcja na temat tego, jak trwać długo w udanym związku. Eve i Adam, małżeństwo wampirów, są ze sobą całą wieczność, mają różne charaktery, ale też różne przyzwyczajenia i pasje, na dodatek mieszkają osobno, na dwóch przeciwległych krańcach świata. A mimo to łączy ich silna więź, wręcz telepatyczna, tak jakby byli dwoma różnymi kawałkami jednej całości.

Kadr z filmu 'Tylko kochankowie przeżyją' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Tylko kochankowie przeżyją" (Fot. BEW Photo)

„Jestem miłością”

Bohaterka grana przez Tildę jest rosyjską arystokratką, żoną majętnego Włocha, osamotnioną zarówno w Mediolanie, jak i w małżeństwie, tęskniącą za miłością, którą niespodziewanie zaczyna czuć do przyjaciela swojego syna. To opowieść o tym, czy siła uczucia jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody.

Kadr z filmu 'Jestem miłością' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Jestem miłością" (Fot. NG Collection/Forum)

„Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”

Biała Czarownica w wydaniu Tildy jest zła w najbardziej przerażający sposób, bo opierający się na emocjonalnej niestabilności. Tworząc tę postać, aktorka opierała się na doświadczeniach z własnego dzieciństwa i tym, czego najbardziej się bała – wcale nie krzyku czy groźby, ale chłodnej grzeczności przechodzącej w okrucieństwo.

Kadr z filmu 'Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" (Fot. BEW Photo)

„Nienasyceni”

Początkowo Tilda nie chciała zagrać w tym filmie ani w żadnym innym z powodu cierpienia po śmierci matki. Ostatecznie przyjęła tę rolę, ale ponieważ prywatnie ciężko było jej wydobyć z siebie głos, zaproponowała, by jej postać – piosenkarka rockowa - również była (na skutek operacji) bez głosu. Jej milczenie jest tu przeciwieństwem hałasu, jaki robią inni ludzie dookoła niej, i konsekwencją chaosu z jej przeszłości, który czasem ma wpływ na jej teraźniejszość.

Kadr z filmu 'Nienasyceni' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Nienasyceni" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

  1. Kultura

Stanley Kubrick - wizjoner i obsesyjny geniusz kina. Sylwetka i przegląd twórczości

Stanley Kubrick na planie
Stanley Kubrick na planie "Mechanicznej pomarańczy" (1981 rok), fot. BEW PHOTO
Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych twórców w historii światowego kina XX wieku. Stanley Kubrick – obsesyjny geniusz i ekscentryczny wizjoner. 26 lipca skończyłby 92 lata. W czym tkwi jego fenomen?

Wirtuoz reżyserii, scenarzysta, montażysta, producent filmowy i fotograf. Dbał o każdy szczegół swojej twórczości, a jego filmy to doprowadzone niemalże do całkowitej perfekcji dzieła. Z okazji rocznicy urodzin słynnego twórcy, przypominamy najważniejsze produkcje, które wyniosły go na szczyt.

Od fotografa do twórcy kina

Pierwszą i prawdopodobnie największą pasją Kubricka była fotografia. Gdy miał 13 lat otrzymał od ojca swój pierwszy aparat fotograficzny. Jego talent szybko został zauważony i doceniony przez amerykański magazyn „The Look”. W wieku 16 lat udało mu się sprzedać pierwsze zdjęcie, które przedstawiało zasmuconego sklepikarza, a rok później rozpoczął pracę już jako profesjonalny fotograf, najmłodszy w historii wspomnianego wcześniej pisma. Przez kilka lat współpracował z magazynem, jednak pociąg do świata kina okazał się silniejszy. Jako młody reżyser nie miał zbyt wielu dochodów. Zapożyczając się u rodziny i znajomych, zaczął tworzyć niezwykłe filmy, które balansowały na granicy świata realnego i nadprzyrodzonego.

Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1963)

Kubrick wielokrotnie podkreślał, że jego pierwszym w pełni udanym filmem jest "Doktor Stangelove" z 1963 roku. Nakręcił go pod wpływem fascynacji światową obawą przed wojną atomową. Według pierwotnych założeń film miał być projekcją w stylu „co by było, gdyby…”. W efekcie dramatyczny scenariusz przerodził się jednak w przezabawną satyrę. Film przyjęto niezwykle entuzjastycznie. Został też doceniony przez krytyków filmowych. Pierwszy pokaz miał odbyć się 22 listopada. Kubrick jednak przesunął premierę ze względu na wydarzenia w Dallas związane z zamachem na prezydenta Johna Kennedy’ego.

2001: Odyseja kosmiczna (1968)

Po ogromnym sukcesie filmu "Doktor Strangelove", Kubrick postanowił nakręcić wysokobudżetowe, ambitne kino science fiction. "Odyseja kosmiczna" to historia o człowieku w kosmosie rozpoczynająca się zaskakującym prologiem w czasach prehistorycznych, kiedy to nastąpił przełom w ewolucji rodzaju ludzkiego. Film powstał na podstawie opowiadania Arthura C. Clarke’a, lecz nie jest on wiernym odzwierciedleniem książki. W filmowej wersji "Odysei kosmicznej" reżyser zadaje pytanie gdzie jest miejsce ludzi w świecie inteligentnych maszyn oraz przedstawia swoją teorię na temat istnienia pozaziemskich cywilizacji i dalszej ewolucji człowieka. Film robi niesamowite wrażenie i jest prawdopodobnie jednym z najwybitniejszych dzieł Stanleya Kubricka.

Napoleon (lata 70)

Na przełomie lat 60. i 70., po głośnej "Odysei kosmicznej" Kubrick chciał przystąpić do wymarzonego dzieła o życiu Napoleona. Zaplanowano gigantyczne przedsięwzięcie: Jack Nicholson w roli głównej, 35 tysięcy statystów, 4 tysiące specjalnie szytych kostiumów... Gotowy był już nawet szczegółowy spin scen. Nie dziwi więc, że filmowa biografia Napoleona to najważniejszy z niezrealizowanych projektów reżysera. Kubrick miał obsesję na punkcie „cesarza Francuzów” i przeczytał na jego temat niezliczoną ilość książek. W obsadzie, oprócz Jacka Nicholsona mieliśmy zobaczyć Audrey Hepburn oraz znanego z „Powiększenia” Davida Hemmingsa. Projekt porzucono jednak ze względu na kłopoty finansowe, kryzys panujący w wytwórni MGM oraz niepowodzenie innego filmu o Napoleonie, brytyjskiego „Waterloo” w reżyserii Siergieja Bondarczuka.

Mechaniczna pomarańcza (1971)

Po przeczytaniu „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgess’a, Kubrick miał już materiał na kolejny film. Historia młodego chuligana Alexa to utopijna wizja przyszłości, która obraca się wokół pytania czy człowiek pozbawiony możliwości wyboru jest jeszcze człowiekiem. Główny bohater zostaje przyłapany na zbrodni i trafia do więzienia, gdzie decyduje się na niekonwencjonalne metody resocjalizacji, które mają wyplenić z niego całe zło. Podobnie jak w przypadku "Odysei kosmicznej", ekscentryczny reżyser zdecydował się po swojemu zinterpretować treść książki Burgess’a. "Mechaniczna pomarańcza" to surrealistyczna wizja świata, określana przez znawców kina jako swoisty retro futuryzm. Film pojawił się w kinach w 1971 roku i był wyjątkowo brutalny jak na tamte czasy. Sceny przemocy i gwałtu sprawiły, że dzieło spotkało się z ostrą krytyką, a sam reżyser i jego rodzina zaczęli otrzymywać nawet groźby śmierci.

Barry Lyndon (1975)

Inspiracją do powstania filmu była powieść o niejakim Barrym Lyndonie. Jest to niezbyt znana, jednak ciekawa historia, która w doskonały sposób ukazuje piękno tragizmu filmów Kubricka. Widać tu pieczołowitą dbałość o najmniejsze szczegóły scenograficzne, dekoracyjne i kostiumowe, które budują wrażenie obcowania z prawdziwym światem arystokratów. Aby oddać realia epoki, Kubrick zrezygnował z oświetlenia lamp na rzecz świec (w zrealizowaniu tego pomysłu pomogła mu ekipa NASA). Jest to zdecydowanie najsmutniejszy ze wszystkich filmów reżysera, ale też najbardziej dojrzały. "Barry Lyndon" to bowiem historia o człowieku zdominowanym przez siły zupełnie od niego niezależne. Co ciekawe, film zawiera również wątki komediowe. Narrator, który opowiada historię głównego bohatera często ironizuje, przez co film staje się jeszcze ciekawszy.

Lśnienie (1980)

Nad przestrzeni lat Kubrick eksperymentował z różnymi gatunkami filmowymi. Pod koniec lat 70. postanowił więc nakręcić horror będący ekranizacją słynnej powieści Stevena Kinga. Reżyser jednak ponownie bardzo luźno potraktował oryginał. Odrzucił wiele (jego zdaniem) zbędnych elementów i zostawił sam trzon, co nie spodobało się autorowi pierwowzoru. "Lśnienie" ignoruje wszystkie wartości, którymi oznaczają się horrory. Całość nakręcono wyłącznie w jasnych pomieszczeniach, ponadto wykorzystano symbolizm kolorów i zrezygnowano z duchów i zjaw wyskakujących z szaf. Mamy za to skrajny niepokój i tajemniczy świat, który rządzi się własnymi prawami. Warto też wspomnieć, że najsłynniejsza scena z "Lśnienia" została… całkowicie zaimprowizowana. Kultowe już „Here’s Johnny!” nigdy nie znajdowało się w scenariuszu, a w filmie znalazło się wyłącznie dzięki genialnemu Jackowi Nicholsonowi.

Niedoceniony

Kubrick zmarł w 1999 roku i, co ciekawe, nigdy nie udało mu się zdobyć Oscara dla najlepszego reżysera, mimo, że wielokrotnie był nominowany. Czym dziś są dla nas jego filmy? Przede wszystkim pretekstem do refleksji nad sensem ludzkiego istnienia oraz niepowtarzalną okazją do obcowania ze sztuką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Produkcje takie jak "Lśnienie", "2001: Odyseja kosmiczna", czy "Mechaniczna Pomarańcza" to kino, które nikogo nie pozostawi obojętnym.

  1. Kultura

Frida Kahlo - o życiu, obrazach i twórczości meksykańskiej malarki

Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym
naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Zobacz galerię 10 Zdjęć
„Niech żyje życie” – te słowa, dopisane tuż przed śmiercią na obrazie przedstawiającym arbuzy, uważa się za ostatnie przesłanie artystki. O tyle zaskakujące, że 47-letnie życie Fridy Kahlo w równej mierze naznaczone było blaskiem, co bólem. Zdradzana przez męża i cierpiąca katusze fizyczne, odnalazła ukojenie w malarstwie, siebie samą czyniąc dziełem sztuki.

Trudno powiedzieć, gdzie kończy się Frida Kahlo, a zaczyna jej sztuka. I to nie tylko dlatego, że jedną trzecią spośród wszystkich jej obrazów stanowią autoportrety. Jak sama przyznała, malowała siebie, bo „siebie znała najlepiej”. Jej sztukę można by spokojnie nazwać ekshibicjonistyczną – pełno w niej odniesień do życia osobistego i dramatycznych doświadczeń, które na zawsze naznaczyły jej życie: poronień, wypadku czy poznania słynnego muralisty Diega Rivery. Można też nazwać ją symboliczną czy naiwną – twórczo czerpała z motywów charakterystycznych dla religii chrześcijańskiej czy sztuki prekolumbijskiej.

André Breton, żyjący na początku XX wieku krytyk sztuki i poeta, ochrzcił ją mianem „naturalnej surrealistki”; zachwycony był zwłaszcza jej „Autoportretem, który dała mi woda”. „Frida w swej sztuce nie była zainteresowana zewnętrznym światem, lecz introspekcją, warząc z tego – przy użyciu kilku kropli okrucieństwa i humoru – typowy meksykański czarodziejski napój” – czytamy w tekście  kuratorskim do wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Sama artystka pisała tak:

„Nie jestem surrealistką. Nigdy nie malowałam snów, jedynie swoją rzeczywistość”
Zawsze była wierna swojemu stylowi, początkowo inspirowanemu przez styl Diega. To dzięki niemu wprowadziła do swoich obrazów, ale i do życia, kojarzący się silnie z Meksykiem kult barwy. Siebie samą też traktowała jak kanwę obrazu. Podkreślała swoją androniczną urodę – mocne, zrastające się u nasady nosa brwi oraz delikatny wąsik – a jednocześnie ukrywała defekty. Długie spódnice maskowały krótszą prawą nogę, a liczne ozdoby, kwiaty we włosach oraz warkocze czyniły z niej barwnego ptaka i nadawały niepowtarzalny wyraz.

Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo) Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo)

W stroju stawiała na ludowość i elementy ubioru indiańskiego, wzorując się na wyglądzie kobiet z regionu Tehuantepec (Oaxaca), mającego sławę „społeczeństwa matriarchalnego”. Stworzyła Fridę-Tehuanę, ikonę, do dziś kopiowaną przez świat mody i designu, multiplikowaną na wszystkich możliwych przedmiotach użytkowych – kubkach, koszulkach, magnesach na lodówkę. Czy więcej było w tym kreacji czy naturalności – też trudno powiedzieć. Jak napisał we wspomnieniach jej pierwszy chłopak, szkolna miłość Alejandro Gómez Arias, „istniało wiele wersji Fridy, być może żadna z nich nie była tą, którą naprawdę chciała być”.

Tym, co ją wyróżniało, był wielki apetyt na życie i równie wielki głód miłości. Jak zauważają jej biografowie, od pierwszych chwil musiała radzić sobie z odrzuceniem. Niespełna rok po jej narodzinach na świat przyszła jej siostra Cristina; matka nie miała wystarczająco pokarmu, by starczyło dla obu dziewczynek, małą Fridę oddała więc mamce. Dorosła Frida namaluje potem siebie jako Dzieciątko ssące pierś ogromnej kobiety z maską na twarzy, uosabiającej ziemię meksykańską (obraz „Moja niania i ja”). A ta sama Cristina, którą zwykła nazywać swoją bliźniaczą siostrą, będzie miała romans z jej mężem. „Zawsze musiałam dzielić się miłością” – napisze artystka. W jej życiu szczęście od początku było zaprawione bólem. Biografka Fridy, Hayden Herrera podejrzewała u niej nawet syndrom Münchhausena, komentując około 35 operacji, którym była poddana podczas swojego krótkiego życia. Zdaniem Herrery większość z tych przeprowadzonych w późniejszym okresie było niczym innym jak wołaniem o miłość i uwagę. Być może tym samym była jej sztuka.

Frida Kahlo (fot. Getty Images) Frida Kahlo (fot. Getty Images)

Strzaskana kolumna

„Na rogu ulic Allende i Londres, w mieście Meksyk, stoi kobaltowy do . Codziennie ustawia się przed nim długa kolejka zwiedzających. 6 lipca 1907 roku urodziła się tu Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón, kobieta, która oddała się trzem życiowym pasjom: malarstwu, polityce, a przede wszystkim Diegowi Riverze” – pisze w swojej książce „Frida Kahlo prywatnie” Suzanne Barbezat (wyd. Marginesy).

Dom nosi nazwę Casa Azul, dziś mieści się w nim muzeum artystki, w rzeczywistości to jej dom rodzinny – przyszła w nim na świat jako trzecia z czterech sióstr. (sama lubiła podawać jako swoją datę urodzenia 7 lipca 1910 roku – chciała być rówieśniczką meksykańskiej rewolucji). Jej ojciec, Guillermo Kahlo, był niemieckim emigrantem o żydowskich korzeniach, matka Matilde Calderón y Gonzalez – gorliwą katoliczką z korzeniami indiańskimi i hiszpańskimi. Frida, która początkowo pisała swoje imię z niemiecka – Frieda, była oczkiem w głowie ojca. Guillermo interesował się malarstwem, a zawodowo zajmował się fotografią. Zdaniem biografów artystki to dzięki temu, że od najmłodszych lat ustawiał córkę do zdjęć, nauczyła się pozować. Na jej obrazach możemy zaobserwować właściwie to samo, nieznacznie modyfikowane ustawienie. Poważna mina, lekki profil i przeszywające widza spojrzenie. Co ciekawe, eksperci są zdania, że słynne autoportrety Frida malowała właśnie na podstawie zdjęć, a nie jak się uważa – odbicia w lustrze.

Dzieciństwo i młodość artystki naznaczyły dwa wydarzenia. Jako sześciolatka zachorowała na polio, czyli paraliż dziecięcy – bolesne schorzenie, którego pozostałością stała się krótsza i chudsza prawa noga. Prawdopodobnie pod wpływem tamtych przeżyć zapragnęła zostać lekarką. Niestety, jej plany na przyszłość przekreślił tragiczny wypadek. W 1925 roku w towarzystwie ówczesnego chłopaka Alejandra wracała ze szkoły medycznej. W autobus, którym jechali, uderzył wykolejony trolejbus. Frida ledwo uszła z życiem, doznała jednak bardzo poważnych obrażeń: złamania kręgosłupa, złamania obojczyka, połamania żeber, złamania miednicy, 11 złamań prawej nogi, złamania i zwichnięcia prawej stopy, a także zwichnięcia ramienia. Do tego stalowy uchwyt poręczy autobusu przebił jej podbrzusze i macicę, co jak się okazało później, przekreśliło jej szanse na macierzyństwo. Przez trzy miesiące po wypadku leżała w odlewie gipsowym, którym unieruchomiono jej ciało. W tym czasie zaczęła malować. Ojciec pożyczył jej pędzle i farby, przekazał podstawy techniki i przygotowania podobrazia, chłopak przyniósł książkę o włoskim renesansie. I tak malarstwo uratowało jej życie po raz pierwszy.

12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo) 12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo)

Z tygodnia na tydzień doskonaliła warsztat, portretując najpierw członków najbliższej rodziny, potem także siebie. (Podczas pracy najczęściej przyjmowała pozycję leżącą, dlatego też większość jej obrazów ma niewielkie wymiary.) Kiedy rodzina Alejandra, w obawie, że do końca życia będzie skazany na opiekę nad żoną kaleką, wysłała go do Niemiec, Frida w akcie zemsty na niewiernym kochanku namalowała inspirowany Boticellim „Autoportret w aksamitnej sukni”, uznawany za pierwszą ważną pracę w jej karierze. To ten obraz pokazała najsłynniejszemu wtedy meksykańskiemu artyście i czołowemu komuniście Diegowi Riverze, prosząc go o ocenę jej umiejętności. Orzekł, że zostanie artystką.

W świetnym filmie dokumentalnym „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya widzimy studium jej obrazu o sugestywnym tytule „Strzaskana kolumna”. Frida ma na nim rozpuszczone włosy, a po twarzy ciekną jej łzy. Jej ciało wciśnięte jest w metalowy gorset ortopedyczny, niczym w klatkę, i pęknięte wzdłuż kręgosłupa, który ma kształt antycznej kolumny, podtrzymującej podbródek i strzaskanej na całej długości. Na twarzy, ciele, a nawet na fragmencie materiału osłaniającego dół sylwetki widzimy wbite niewielkie gwoździe, symbolizujące nieprzemijający ból. Jednocześnie spojrzenie ma harde i odważne, głowę uniesioną. Choć trudno sobie wyobrazić, jakiego cierpienia przysparzało malarce zgruchotane ciało, znosiła je dumnie. Skutki wypadku z młodości dawały bowiem o sobie znać do końca życia. Najciężej przeżyła poronienia, które też były jego konsekwencją. To, które zdarzyło się podczas pobytu w Stanach Zjednocznonych, uwieczniła na jednej z najbardziej przejmujących swoich prac: „Szpitalu Henry’ego Forda”. Było to pierwsze w historii dzieło sztuki, w którym narodziny zostały przedstawione jako pełna bólu, łez i krwi opowieść o utracie. „Straciłam troje dzieci. Zastąpiły je obrazy” – napisała potem.

Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images) Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images)

Poddawana rozlicznym operacjom oraz rehabilitacji (najpierw w postaci drewnianego, potem stalowego gorsetu), pod koniec życia uzależniła się od morfiny. Ostatecznie krótsza prawa noga, ta sama, która w wypadku uległa wielokrotnemu złamaniu, musiała zostać amputowana. Frida sprawiła sobie wtedy protezę, którą ubierała w przepiękne, misternie wykonane buty. Do dziś można ją ogladać w muzeum w Casa Azul.

„Jestem kaleką, ale zamierzam być kaleką produktywną” – mówi ustami aktorki Salmy Hayek w jednej ze scen filmu biograficznego„Frida” z 2002 roku.

Nigdy nie pozwoliła, by choroba odebrała jej radość z życia. Nawet gdy fizycznie nie dawała już rady. Na swój pożegnalny wernisaż w Meksyku (i drugą indywidualną wystawę w życiu) została wniesiona na łóżku, które potem postawiono pod baldachimem na środku sali. Leżała otoczona przez wielbicieli, fotografów i dziennikarzy. Niczym bogini przyjmująca wyznawców swojego kultu.

Słoń i gołębica

„Po co mi nogi, skoro mam skrzydła” – napisała kiedyś w pamiętniku będącym zapisem jej doświadczeń, myśli, politycznych przekonań i szkiców do kolejnych obrazów. Tymi skrzydłami był Diego Rivera. Starszy o 20 lat, potężnej budowy, dyskusyjnej urody malarz, ateista i kobieciarz. Zobaczyła go pierwszy raz jako kilkunastoletnia dziewczyna, gdy pracował nad muralem w Szkole Przygotowawczej. Podobno wówczas postanowiła, iż zostanie malarką, aby zbliżyć się do niego, po czym zostanie jego żoną i urodzi mu małego Dieguito. Dwa pierwsze punkty z tej listy udało jej się wypełnić. Ślub wzięli w 1929 roku – cywilny, bo Diego miał nadal ważny ślub kościelny z poprzednią żoną Lupe. Matka Fridy, przeciwna temu związkowi, nazwała ich małżeństwem słonia i gołębicy – rzeczywiście, przy mierzącej ledwie półtora metra, drobnej dziewczynie Diego wyglądał jak monstrum. Ona jednak promieniała. Był jej mentorem i przyjacielem, łączyły ich przekonania polityczne i miłość do wszystkiego, co meksykańskie. Zamieszkali w modernistycznym domu-pracowni, zaprojektowanym przez słynnego architekta Juana O’Gormana. Składały się na niego dwa budynki: jeden Fridy, drugi Diega, połączone mostem. Już sama ta konstrukcja wskazywała na to, że Diego od małżeństwa oczekuje głównie wolności.

21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images) 21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images)

Frida nie umiała poradzić sobie z tabunem kochanek męża, do tego − jak pisze Suzanne Barbezat − Diego nigdy nie okazywał zachwytu jej urodą, jak czynił to w przypadku Lupe i kilku innych modelek. Pewnego razu, gdy ją malował, stwierdził podobno: „Z twarzy przypominasz psa”. Odrzekła niewzruszona: „A ty żabę”. Jako typowy macho nie znosił jednak męskiej konkurencji (choć nie miał nic przeciwko jej flirtom z kobietami). Kiedy dowiedział się, że Frida miała romans z Lwem Trockim, któremu udzielała gościny, wystąpił o rozwód. To był dla niej cios. Z rozpaczy obcięła włosy i zaczęła nosić męskie ubrania. Piła na umór i romansowała, i z mężczyznami, i z kobietami. Wiele z tych przygód przeradzało się potem w przyjaźnie, jak kilkuletni związek z fotografem Nickolasem Murayem, któremu zawdzięczamy unikalne kolorowe fotografie artystki. A jednak Diego nie opuszczał jej myśli ani jej obrazów, w tym jednego z najsłynniejszych „Dwie Fridy”, uznawanego za najważniejszy meksykański obraz XX wieku. „Miałam w życiu dwa tragiczne wypadki. Pierwszy – autobus. Drugi – Diego” – mówi w jednej ze scen w filmie „Frida”. I to ten drugi przysporzył jej więcej cierpienia. Jednak po roku małżonkowie pogodzili się i zawarli ponowne małżeństwo, tym razem z założenia „otwarte”. Zamieszkali w Casa Azul, który stał się kulturalnym centrum Meksyku. Gościli w nim artystów, wyprawiali niekończące się przyjęcia i już oficjalnie romansowali. „Gdyby nie ból fizyczny, czułabym się teraz naprawdę szczęśliwa” – pisała Frida w liście. Po jej śmierci 13 lipca 1954 roku Diego podobno pogrążył się w głębokiej żałobie. Co nie przeszkodziło mu rok później znów się ożenić.

„Żyła tak, jak chciała, i nikogo nie zamierzała za to przepraszać” – mówi o Fridzie Salma Hayek, prywatnie jej wielka fanka i kolekcjonerka jej sztuki (druga najbardziej znana po Madonnie). Jak wyznała dziennikarzowi „The Guardian”: „Nigdy nie postrzegałam jej jako ofiary. Spójrz na to zdjęcie, od miesięcy jest przykuta do łóżka, a ma pomalowane paznokcie, zrobioną fryzurę. Ona codziennie budziła się i zmieniała siebie samą w dzieło sztuki, uwielbiała to. A poza tym, czy ktoś schorowany, zgnębiony, w depresji – na krótko przed śmiercią tytułuje swój ostatni obraz »Niech żyje życie«?”.

„Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo) „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo)

Dokument „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya będzie można zobaczyć tej jesieni m.in. w warszawskim kinie Muranów, www.kinomuranow.pl. Film „Frida” w reż. Julie Taymor jest dostępny na platformie HBO GO. Wirtualnie można obejrzeć wystawę "Twarze Fridy" na platfromie Google Arts & Culture, artsandculture.google.com.  Dla internautów swoje podwoje otworzył też słynny Casa Azul, dom, w którym mieści się jej muzeum, www.recorridos-virtuales.com.

  1. Kultura

Joanna Okuniewska, czyli dziewczyna, której podcasty biją rekordy popularności

Joanna Okuniewska - im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić. (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)
Joanna Okuniewska - im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić. (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Postawiła wszystko na jedną kartę - odeszła ze stabilnej pracy w korporacji, by pośród islandzkich białych nocy, zórz polarnych i kąpieli w gorących źródłach odnaleźć spokój. A w momencie życiowego dołka zaczęła nagrywać podcasty, które teraz biją rekordy popularności. Joanna Okuniewska - o szczerości, blaskach i cieniach tworzenia w Internecie oraz pisaniu swojej pierwszej książki. 

Lubisz mówić o sobie?
Cały mój pierwszy podcast to mówienie o sobie, więc gdybym teraz powiedziała, że nie lubię, to zabrzmiałoby to głupio. Natomiast lubię mieć kontrolę nad tym co mówię - zwłaszcza w podcastach, bo mimo tego, że mówię o moich bliskich, przyjaciołach, rodzinie, to wiem, gdzie postawić granicę. Mam jednak wielki problem z mówieniem o rzeczach, które mi wychodzą, bo dorastałam w przekonaniu, że mi się po prostu nic nie udaje i się z tym pogodziłam. I teraz, kiedy moje podcasty osiągnęły popularność i ludziom się podobają, to jest to dla mnie coś zupełnie nowego. Jak ktoś mówi mi, że moje podcasty osiągnęły ogromny sukces, czy nazywa mnie „królową polskich podcastów”, to ja się nie umiem z tym pogodzić.

Gdy zaczęłam nagrywać podcasty miałam 25 lat, teraz mam 27 i jakoś nadal nie mogę uwierzyć w to, że robię to od dwóch lat - mam wrażenie, że od miesiąca. A prowadziłam już trzy podcasty, dwa swoje i jeden we współpracy z Showroom – takie luźne rozmowy z dziewczynami. Mój rozwój życiowy odbywa się teraz w kategorii podcastów i gadania.

Skąd zrodził się w tobie pomysł na pierwszy podcast, „Tu Okuniewska”, w którym z niezwykłą wnikliwością opowiadasz o tym, co siedzi głęboko w twojej głowie?
Podcast „Tu Okuniewska” powstał, gdy miałam depresję. W momencie, gdy przez dwa miesiące w ogólnie nie wychodziłam z domu, nie rozmawiałam z ludźmi. Chciałam wtedy uporządkować moje myśli, wyrzucić coś z siebie i potrzebowałam znaleźć sobie miejsce, w którym mogłabym to wszystko ulokować. Padło na podcast.

„Tu Okuniewska” to po prostu zbiór moich przemyśleń. Od początku traktowałam go jak pamiętnik i narzędzie terapeutyczne. Mówię w nim o sobie, o moich przeróżnych przemyśleniach, związanych przykładowo z posiadaniem beznadziejnej intuicji. Przytaczam w nim też pozytywne aspekty mojego życia, śmieszne historie, bo bardzo zależało mi na tym, żeby to wszystko udokumentować.

https://open.spotify.com/show/0kLHKpB3Zilm5YFIjh4J6t?si=77Kv1wUoTPCd2oJp2ZP35A

Dlaczego wybrałaś właśnie formę podcastu?
Sama nie słuchałam podcastów i to był także taki czas, gdy w Polsce nie było w ogóle podcastów lifestylowych. Jedna z moich znajomych obsesyjnie słuchała amerykańskich słuchowisk i próbowała mnie do nich zachęcić. Ja w ogóle nie rozumiałam ich fenomenu, ale spodobała mi się forma i dostępność. Zawsze lubiłam pisać, ale jednak wypowiedzenie moich myśli na głos dawało mi więcej. Gdy już postanowiłam, że będę nagrywać podcast, odkryłam jego kolejny plus – przy tworzeniu nie było żadnych zasad, nie musiałam się do niczego dostosowywać i mogłam go stworzyć według swoich przekonań, od początku do końca. Z racji tego, że to nie był najszczęśliwszy okres mojego życia, nie chciałam się także pokazywać. Dlatego siedzenie w domu, w dresach i mówienie do mikrofonu to było coś, dzięki czemu nie musiałam wychodzić ze swojej strefy komfortu.

I zaczęłaś opowiadać do mikrofonu historie ze swojego życia, bez zbędnego koloryzowania.
Wynikało to również z tego, że leżał mi na sercu fakt, że bardzo mało osób mówi w Internecie o tym, jak wygląda prawdziwe życie. Gdy siedziałam sama w domu i wydawało mi się, że jestem najsamotniejszą osobą we wszechświecie, w pełni zobaczyłam sztuczność w Internecie. Byłam wtedy przekonana, że nikt nie ma takich problemów i przemyśleń jak ja. A gdy to zwerbalizowałam w formie podcastu  okazało się, że jest zupełnie inaczej. Mnóstwo osób myśli jak ja, ma dokładnie tak samo i czuje to samo. Założenie tego podcastu wynikało również z mojej potrzeby racjonalizowania rzeczywistości. Chyba także sama potrzebowałam tej racjonalizacji, żeby ludzie mi powiedzieli: „zgadzam się, mam podobnie”.

Prawdziwy sukces przyniósł ci drugi podcast, „Ja i moje przyjaciółki idiotki”.
To pomysł, który bardzo długo we mnie dojrzewał. Chciałam stworzyć coś dla osób, które się nieszczęśliwie zakochały i choć bardzo wierzyły w happy end, okazało się, że przyszło z tego tylko rozczarowanie i łzy. Kto z nas nie ma za sobą takiej historii? Pragnęłam wymyślić coś, co będzie można wysłać przyjaciółce zmagającej się z rozstaniem, czy toksycznym związkiem, dzięki któremu będzie mogła poczuć się ze swoim stanem normalnie. Narzędzie racjonalizujące uczucia. Szukałam potwierdzenia w świecie, że wszyscy tak naprawdę mamy podobne historie i cierpimy z podobnych powodów. A każdemu z nas zależy na tym samym – żeby ktoś nas lubił, akceptował, wspierał i żebyśmy mieli osobę, na której możemy polegać i którą możemy kochać. I rzeczywiście, słuchacze zaczęli to między sobą podawać, aż urosło to do skali ruchu, zjawiska, o którym po cichu marzyłam, ale jednak w ogóle się nie spodziewałam, że to osiągnie aż taką skalę, że ludzie na podstawie tych podcastów będą pisali prace doktorskie.

https://open.spotify.com/show/3cY0d4zhf76UzaA7vKnMGJ?si=2d2jwjeaSkG4NJHBf-Q3FA

Drugi podcast, chociaż zupełnie inny, ale nadal opierający się o ten sam schemat – mówienie o życiu dokładnie tak, jakim jest. Czym, oprócz tej prawdziwości, kierujesz się tworząc podcasty?
Staram się przede wszystkim nikogo nie oceniać. Chcę, żeby moje podcasty były jak najbardziej inkluzywne, dostępne dla wszystkich. Bardzo cieszę się, że nie ma w nich żadnego progu wstępu, że musisz osiągnąć jakiś wiek, żeby się z tym utożsamiać – słuchają mnie zarówno 16-latki, jak i 65-latki.

Czy zgodzisz się moją z tezą, że po przeczytaniu tej rozmowy każdy rodzic nastolatka powinien zachęcić go do słuchania twoich podcastów?
Byłoby fajnie, choć nie wiem jaki jest do tego odpowiedni wiek, ponieważ zdarza mi się czasem przeklinać. Ale nie nadużywam takiego języka, staram się mówić poprawną polszczyzną i robię wszystko, żeby tworzyć przekaz dla inteligentnych ludzi. Faktycznie sądzę, że gdybym usłyszała niektóre rzeczy zawarte w tym podcaście będąc nastolatką, to być może łatwiej byłoby mi zrozumieć drugiego człowieka i miałabym potwierdzenie tego, że problemy, z którymi się mierzę, nie są tylko moimi problemami. To jednoczy i pokazuje pewien horyzont tego, że to co teraz wydaje się być końcem świata w perspektywie kilku lat jest śmieszną anegdotą. I żeby było jasne, ten podcast to nie jest poważny podcast psychologiczny, a raczej storytellingowy, składający się właśnie z anegdot pokazujących, że pewne uczucia przemijają.

Jednak niektórzy traktują cię jak terapeutkę
. Bardzo nie lubię tego określenia, bo uważam, że bycie terapeutą to jest ogromna odpowiedzialność, której ja nigdy nie chciałabym nieść. Nie mogę dawać rad, bo to przecież nie są moje kompetencje. Sama komuś płacę, żeby mnie terapeutyzował.

(Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer) (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)

Co w tworzeniu podcastów sprawia ci najwięcej frajdy?
Przede wszystkim lubię rzeczy, które od razu dają efekt. Dlatego nie lubiłam pracy w reklamie, bo tam bardzo długo się na ten efekt czekało. Poświęcało się godziny, czasem nawet miesiące, na wymyślanie jakichś konceptów, później sprzedawanie ich klientom, oni po negocjacjach się na to zgadzali, a potem raptownie wycofywali budżet – ja po tych miesiącach czekania miałam poczucie zmarnowania swojej pracy. A tworzenie podcastów to błyskawiczna gratyfikacja, bo po reakcji słuchaczy od razu można poznać, czy to co zrobiłam jest fajne, czy nie. Teraz, przez to że zrobiłam tych podcastów godziny, nie cieszy mnie już sama praca nad nimi, przygotowywanie ich - bo to jednak jest sporo roboty, nagranie jednego odcinka wymaga ode mnie wielu przygotowań i to nie jest tak, że po prostu siadam przed mikrofonem i gadam. Natomiast cieszy mnie, że ja to po prostu kontynuuję, że tego nie porzuciłam i to sprawia mi dużą przyjemność. Zazwyczaj porzucałam swoje projekty, zainteresowania i pasje, bo bardzo szybko się nudzę.

Nie mam też w sobie pogoni za lajkami. Na Spotify nie ma możliwości zamieszczania komentarzy, na swoich portalach także wyłączyłam funkcję komentowania, nie czytam wiadomości prywatnych. To dla mojego zdrowia psychicznego. Można mi jedynie wysłać maila. Ale gdy docierają do mnie nawet te pojedyncze komentarze, że to co zrobiłam jest fajne, podoba się, pomaga albo przynajmniej poprawia humor – to ma dla mnie dużą wartość.

A co cię niepokoi?
Przede wszystkim to, że narzucam na siebie pewien rygor systematyczności, z którym bardzo ciężko mi jest się czasem zmierzyć. Niepokoi mnie też dodatkowe zainteresowanie ludzi moją osobą prywatnie. Rozumiem to, jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że tak się dzieje w momencie, gdy jest się autorem czegoś. Natomiast zawsze wolę czytać o tym co robię, niż o prywatnych opiniach ludzi na mój temat.

Role w twoim życiu się nieco odwróciły – z osoby, która kreowała treści reklamowe stałaś się tą, która może je reklamować. Jaki masz stosunek do współprac w Internecie?
Uważam, że każde działanie w Internecie niesie za sobą ogromną odpowiedzialność – za to, co komunikujesz, jakie wzorce pielęgnujesz, jakie wspierasz wartości. Dla mnie niedopuszczalne byłoby przyjąć współpracę z firmą, której nie lubię, której nie znam, nie sprawdziłam. Dlatego 98 proc. współprac odrzucam, bo czuję ogromną własność do tego co robię i wiem, że sygnuję to swoim nazwiskiem. Bałabym się usłyszeć, że podcasty przestały się dla mnie liczyć jako forma przekazu, a zaczęły być tylko formą zarabiania pieniędzy.

Mam też bardzo ścisłe reguły przyjmowania współprac, chodzi na przykład o nietestowanie na zwierzętach, wykorzystywanie jak najmniej plastiku, dobre traktowanie swoich pracowników. W ciągu ponad dwóch lat nagrywania zdarzyły mi się więc jedynie pojedyncze współprace, co kilka odcinków. Z mojej strony zawsze staram się, żeby jakość treści była wysoka, żeby reklama, do której się zobowiązałam, wymagała ode mnie pracy intelektualnej, czyli przygotowania ciekawego odcinka. Odrzucam wszystkie współprace opierające się jedynie o Instagram, bo czuję dużą wewnętrzną niezgodę, gdy widzę, że ludzie na Instagramie, wstawiając po prostu zdjęcia jakichś produktów, zarabiają więcej niż nauczyciele, czy lekarze. Nie mieści mi się to w głowie, uważam, że to jest nieuczciwe i nie chcę wspierać takiego świata. Jestem wierna tym zasadom od początku istnienia podcastów.

Twoje współprace są spójne z tobą i z tym, co robisz. Jesteś przykładem tego, że reklamę w Internecie można wykorzystać w sposób, z którego ludzie faktycznie dowiedzą się o istnieniu potrzebnych marek i produktów, coś z niej wyniosą.
Bardzo staram się to robić właśnie w taki sposób, chociaż dochodzą do mnie fale uczucia bycia frajerem. To jak walka serca z rozumiem. Czasem kusi mnie nawiązanie jakiejś współpracy, bo mogłabym się przecież łatwo wzbogacić. Ale wtedy chyba bym płakała codziennie przed lustrem, utrzymanie zaufania ludzi jest dla mnie bezcenne. Dlatego odrzucam prawie wszystkie propozycje.

I straciłabyś to, co w tobie najcenniejsze – autentyczność. Nie byłoby w Internecie tej Okuniewskiej, która jest teraz.
Tak, i wtedy też nikt by nie myślał, że Okuniewska jest po prostu spoko. Ja sama szukam autentyczności w Internecie i to jest coś, co chciałabym wspierać i pokazywać całą sobą, również w tej kwestii – że da się reklamować coś fajnego i robić to etycznie.

Myślisz, że ludzie szukają autentyczności w Internecie? Że powoli kończy się era idealnego życia rodem z Instagrama?
Niestety ta era się jeszcze nie skończyła i być może szybko się nie skończy. Wynika to z tego, że każdy z nas szuka zupełnie innych rzeczy w Internecie. Część ludzi szuka autentyczności i zwykłego życia, inni po prostu kontaktu z ludźmi, a część lubi oglądać ładne obrazki, na przykład ładnych elementów położonych na łóżku – książka i kubek herbaty – gdzie ja mam wrażenie, że lada chwila wskoczy kot i tę herbatę wyleje.

Z twojej autentyczności wynika również fakt, że odbiorcy traktują cię po prostu jak kumpelę.
Bo kiedy zaczyna się być szczerym, to inni ludzie też zaczynają być szczerzy. Im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić, bo nie są tymi jedynymi w sali, którzy przyznają, że siedzą na niewygodnym krześle. Bardzo męczące jest dzisiejszych czasach to, w jak wielu dziedzinach my musimy coś udawać.

Ja gdy nie mam nic do powiedzenia to nie nagrywam odcinka „zapchaj dziurę”. A mogłabym robić je codziennie, ale wtedy byłyby o niczym. I to też wynika z tej szczerości, bo gdy wprost mówisz, że dziś jesteś do dupy, to wtedy nikt od ciebie nic nie oczekuje. Bo dajesz ludziom sygnał, że jesteś taka jak oni i oni to w pełni rozumieją.

(Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer) (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)

Teraz tę swoją szczerość planujesz wydać w formie książki.
Tak, to jest teraz mój największy projekt, nad którym intensywnie pracuję. Mimo wielu propozycji wydawniczych postanowiłam wydać ją sama – zatrudniłam jedynie kilku zdolnych freelancerów, którzy pomagają mi złożyć wszystko do kupy. Okładkę do mojej książki zaprojektuje Gosia Bieroza, która zaprojektowała również okładki moich podcastów. Planuję także wydać jej audiobooka.

I to będzie kawał książki, bo już teraz czyta się ją cztery godziny, a jestem dopiero w jednej trzeciej pisania. W dobie książek, w których bardziej liczą obrazki niż treść, jestem bardzo dumna z tego, że tego tekstu będzie dużo. To będzie jak 12 godzinny podcast!

Czego w książce będzie więcej, treści inspirowanych podcastem „Ja i moje przyjaciółki idiotki” czy „Tu Okuniewska”?
To będzie książka „idiotkowa”, taki „elementarz idiotkowania”. Jest podzielona na trzy części. Pierwsza dotyczy okresu zanim wejdziemy w związek, czyli na przykład szukanie kogoś, kto naklei nam plasterek na złamane serce, albo godzenie się na randki poniżej naszych oczekiwań tylko po to, żeby znaleźć miłość. To będą te wszystkie zjawiska, które są za krótkie na osobny podcast, ale są ciekawe w tym naszym „idiotkowym” świecie. Druga część to etap kiedy wchodzimy w związek, otwiera się przed nami rajski ogród i jesteśmy niesieni skrzydłami miłości. Natomiast trzecia część będzie mówiła o rozstaniach, czyli powyciągam wszystkie trupy z szafy, zdrady i różne inne dramaty. To będzie część z jednej strony bardzo humorystyczna, w stylu podcastu „Ja i moje przyjaciółki idiotki”, ale także poradnikowa. I tutaj pomoże mi współpraca z psychologami, bo udało mi się zachęcić do współpracy przy tej książce dwie świetne osoby – psycholożkę i edukatorkę seksualną, które pomogą mi odpowiedzialnie ugryźć temat seksu i zgody na niego oraz tego, jak mądrze wspierać bliską osobę, mierzącą się z rozstaniem. Bardzo cieszy mnie fakt, że udało mi się zagospodarować w książce przestrzeń na wiedzę ekspercką.

Czym kierujesz się podczas pisania książki?
Chcę napisać książkę, którą sama chciałabym dostać na takie momenty rozterek. Książkę, którą będzie można podarować komuś, kto ma za sobą trudny czas i nie mówić nic. Na takie momenty, gdy nie potrafimy wesprzeć drugiej osoby, chociaż bardzo byśmy chcieli, a jest nam ciężko przyjąć te jej trudne uczucia. Takie jakościowe wsparcie, które będzie można ofiarować swojej córce, przyjaciółce, dorastającemu synowi. Powiedzieć za pomocą tej książki: „myślę o tobie, wiem, że mierzysz się z czymś bardzo trudnym, a to jest coś, co może pomóc, albo przynajmniej poprawi ci humor”. Zupełnie tak jak moje podcasty.

 

  1. Kultura

Uma Thurman: "Jestem szczęśliwa sama ze sobą"

Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Uma Thurman podczas 64. Festiwalu Filmowego w Cannes. (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa - posągowa, chłodna uroda, wzrost i wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Z okazji 50. urodzin Umy Thurman przypominamy sylwetkę aktorki. 

Nowy Jork. Czerwony dywan przed premierą spektaklu „The Parisian Woman” w The Hudson Theatre. Broadwayowski debiut Umy Thurman. Wchodzą kolejne gwiazdy. Do bohaterki wieczoru podchodzi dziennikarka i pyta o opinię w sprawie coraz większej liczby kobiet mówiących o molestowaniu seksualnym w Hollywood. Uma wciąga powietrze. Odpowiada powoli i wyraźnie:

„Nie jestem dzieckiem. Nauczyłam się, że kiedy wypowiadam się w gniewie, zazwyczaj tego żałuję. Dlatego poczekam, aż będę mniej wściekła. Kiedy będę gotowa, powiem to, co mam do powiedzenia”
Thurman robi wrażenie osoby, która nie boi się niczego. Wiele się na to składa. Posągowa, chłodna uroda, dzięki której jest porównywana do Grety Garbo i Lauren Bacall. Wzrost, który sprawia, że niemal na wszystkich patrzy z góry. I wyraziste role silnych kobiet, jak w „Pulp Fiction” czy „Kill Billu”. Ale aktorka przyzwyczaiła wszystkich do swojego olimpijskiego spokoju, niemal chłodu. Nie traciła panowania nad sobą, nie zwierzała się, nie mówiła o szczegółach swojego życia osobistego. Zazwyczaj interpretowano to jako wpływ obecnej w jej życiu dzięki ojcu filozofii buddyjskiej. Tamtego wieczoru coś w niej pękło. Nie było w niej rezerwy, mówiła przez ściśnięte gardło, ledwie opanowując emocje. Później przyznała, że w rzeczywistości usiłowała ze wszystkich sił się nie rozpłakać.

Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z 'Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO Uma Thurman i John Travolta w niezapomnianej scenie z "Pulp Fiction' (reż. Quentin Tarantino, 1994), fot. BEW PHOTO

Jestem ofiarą i zasłoną dymną

Pytanie właśnie ją o oskarżenia o molestowanie seksualne, szczególnie te kierowane pod adresem hollywoodzkiego producenta Harveya Weinsteina, nie było bezpodstawne. O jego zachowaniach opowiedziało wcześniej wiele kobiet, wśród nich: Gwyneth Paltrow, Angelina Jolie, Cara Delevingne, Mira Sorvino. A Weinstein był przez lata producentem filmów, w których grała Thurman. Jej zdanie było ważne i wszyscy chcieli je usłyszeć. Tak jakby miała decydujący głos. Im dłużej milczała, tym bardziej wydawało się, że za tym milczeniem kryje się tajemnica. Tylko że nikt nie może nikogo zmusić do opowiadania o własnych bolesnych doświadczeniach.

Niedługo potem, w lutym 2018 roku, w „The New York Times” ukazał się artykuł zatytułowany „This Is Why Uma Thurman Is Angry” (Oto dlaczego Uma Thurman czuje gniew). Tam po raz pierwszy opowiedziała o swoich doświadczeniach związanych z przemocą seksualną. Opowiedziała o gwałcie. Jako 16-latka mieszkała sama na Manhattanie. Pewnego zimowego dnia weszła do baru. Spotkała tam starszego o 20 lat aktora. Jego nazwiska nie ujawniła. Tego samego wieczoru zmusił ją do uprawiania seksu.

„Próbowałam mówić »nie«, płakałam, robiłam wszystko, co mogłam. Jednak kiedy powiedział mi, że drzwi są zamknięte, nie pobiegłam tego sprawdzić. A kiedy wróciłam do domu i popatrzyłam na siebie w lustrze, byłam zrozpaczona, że nie mam na rękach żadnych zadrapań i krwi. Zastanawiałam się, czy broniłam się wystarczająco”
Nie po raz ostatni będzie widziała winę w sobie.

Potwierdziła też to, czego można było się domyślać. Spotkanie z Weinsteinem. Rozmowa o wspólnych projektach. Nagle on się rozbiera i każe jej iść za sobą. Przez cały czas mówi o jakimś filmie. Półnagi wchodzi do sauny, zaprasza także ją. Thurman w butach, skórzanych spodniach i kurtce. Wychodzi. Wtedy jeszcze nie czuła zagrożenia. Nadal traktowała jego zachowania jak dziwactwa podstarzałego wujka ekscentryka. Dlatego atak podczas kolejnego spotkania w londyńskim hotelu był dla niej kompletnym zaskoczeniem.

„Popchnął mnie. Napierał na mnie. Próbował się obnażyć. Robił wiele nieprzyjemnych rzeczy”
Mimo że następnego dnia producent przysłał jej bukiet żółtych róż, pozostała nieufna. Słusznie, bo kiedy spotkali się po raz kolejny, zagroził, że zniszczy jej karierę. Thurman wspomina też o asystentkach Weinsteina – jej zdaniem doskonale wiedziały, co dzieje się podczas spotkań z aktorkami.

O wszystkim powiedziała Quentinowi Tarantino. Reżyser najpierw zbagatelizował sprawę, ale kiedy zorientował się, że Uma zachowuje się w obecności producenta nieswojo, postanowił z nim porozmawiać. Weinstein przeprosił za swoje zachowanie. Ale silne emocje pozostały w Umie do dzisiaj.

„Bardzo źle czuję się na myśl o tych wszystkich kobietach, które zaatakował po mnie. Jestem jednym z powodów, dla których każda kolejna młoda dziewczyna czuła się pewnie, wchodząc sama do jego pokoju, zupełnie tak jak ja kiedyś. Występuję w podwójnej roli: ofiary i zasłony dymnej dla sprawcy”
Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku 'Trujący Bluszcz' - 'Batman i Robin' (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO Uma Thurman brawurowo zagrała postać i przydomku "Trujący Bluszcz" - "Batman i Robin" (reż. Joel Schumacher, 1997), fot. BEW PHOTO

Mój przyjaciel Quentin

Tarantino o Umie Thurman w 2004 roku: „Von Sternberg miał Marlenę Dietrich, Hitchcock – Ingrid Bergman, André Téchiné – Catherine Deneuve. A ja Umę. Łączy nas specjalna więź, z której jestem dumny”. W obliczu tej deklaracji opowieść o wypadku, który zdarzył się podczas kręcenia filmu „Kill Bill”, brzmi poruszająco. Thurman miała przejechać przez pustynię kabrioletem. Żeby wiatr efektownie rozwiewał jej włosy, musiała się rozpędzić do 70 km/h. Bała się. Tym bardziej że jeden z techników ostrzegał ją, że samochód przerabiany na planie może nie być w pełni sprawny. Sugerowała kaskaderkę. Ale Tarantino nie chciał tracić czasu – przekonał ją, że droga jest prosta, a samochód sprawny.

W trakcie kręcenia sceny Thurman straciła panowanie nad kierownicą i uderzyła w drzewo. „Siedzenie nie było odpowiednio przytwierdzone. A droga była piaszczysta i wcale nie prosta. Samochód stał się pułapką. Miałam unieruchomione nogi, czułam ból i pomyślałam: »O Boże, już nigdy nie będę chodzić«”. W konsekwencji wypadku aktorka do dzisiaj ma problemy z kręgosłupem szyjnym i kolanami. W „The New York Times” ujawniła, że producenci nie chcieli jej udostępnić nagrania z wydarzenia, dopóki nie podpisze deklaracji, że nie będzie się domagać odszkodowania. Nie podpisała.

Podczas kręcenia obu części filmu „Kill Bill” Thurman musiała znieść naprawdę sporo.

„Strzelano mi w głowę, gwałcono mnie, bito i siekano na kawałki samurajskim mieczem. Ten film powinien się nazywać »Kill Uma«”.
Tarantino w wywiadach, których udzielił po publikacji w „The New York Times”, przyznał, że aktorka podczas kręcenia sceny na pustyni bała się wsiąść za kierownicę. „Powiedziałem jej, że to bezpieczne. Nie było. Myliłem się. Nie zmusiłem jej, by wsiadła do samochodu. Zrobiła to, bo mi ufała”. Wypadek nazwał jedną z rzeczy, których żałuje w życiu najbardziej. Potwierdził też, że wiedział, iż producenci nie chcą udostępnić Thurman nagrania z wypadku. Z poczucia winy zdobył je i oddał Umie.

Aktorka umieściła film na Instagramie. W komentarzu dodała, że choć do wypadku doprowadziły „graniczące z przestępstwem zaniedbania”, to nie uważa, by wynikały one ze złej woli reżysera. Odpowiedzialnością za „niewybaczalną” próbę tuszowania sprawy obciążyła wyłącznie producentów filmu „Kill Bill”.

„Quentin żałował i żałuje, że doszło do tego przykrego wydarzenia, i po latach dał mi nagranie, bym mogła je upublicznić. Zrobił to z pełną świadomością, że osobiście może na tym ucierpieć. Jestem bardzo dumna, że wykazał się odwagą i postąpił jak trzeba”, napisała.
Można zrozumieć, że zachowanie Tarantino przyniosło jej ulgę. Okazało się, że opowiedzenie o tłumionych emocjach miało działanie oczyszczające i doprowadziło do naprawienia ich relacji. W końcu byli przyjaciółmi i razem osiągnęli coś niezwykłego. Nie ma listy najważniejszych dokonań w kinie bez „Pulp Fiction”, które trafiło do narodowych zbiorów Biblioteki Kongresu USA. A obie części „Kill Billa” są tak naprawdę opowieściami o odzyskiwaniu siły i pozycji przez kobiety.

„Nie pamiętam już, ilu ludzi zabija w tych filmach moja bohaterka. Z drugiej strony – kiedy liczby robią się dwucyfrowe, nie robi to zbyt wielkiej różnicy. To była ciężka praca i jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu – nigdy tego nie ukrywałam. Po jakimś czasie odkryłam jednak, że młode kobiety uwielbiają postać, którą zagrałam. Kiedy je spotykałam, zamiast mówić, że film bardzo im się podobał – albo i nie, bo tak się też czasem zdarza – opowiadały, że »Kill Bill« pomógł im w życiu osobistym. Miały poczucie, że są wykorzystywane, tkwiły w złych związkach, nie czuły się ze sobą dobrze. Ten film dał im siłę, żeby coś zmienić. Zawsze uważałam, że warto się pomęczyć, żeby usłyszeć takie słowa”.

Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - 'Kill Bill' (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO Krwawa Uma w doskonałej roli płatnej zabójczyni - "Kill Bill" (reż. Quentin Tarantino, 2003), fot. BEW PHOTO

Nie chce słyszeć o małżeństwie

Uma nie ma szczęścia do związków. Jej pierwszą wielką miłością był aktor Gary Oldman, którego poznała na planie filmu „Henry i June”. Wzięli ślub niedługo potem. „Miałam zaledwie 20 lat. Nic nie wiedziałam o życiu. Gary był moim przewodnikiem”. Niestety, był także alkoholikiem. Odeszła od niego po dwóch latach.

Kilka lat później na planie filmu „Gattaca. Szok przyszłości” zakochała się w Ethanie Hawke’u. Ślub wzięli w niewielkiej kaplicy na Manhattanie. Uma była w ciąży. Kiedy urodziła się ich córka Maya Ray, na jakiś czas zamknęli się w swoim nowojorskim domu jak w twierdzy. Cztery lata później na świat przyszedł Levon. Uma miała to, o czym marzyła całe życie: szczęśliwą rodzinę. Kiedy po latach wspominała siebie z tamtych czasów, mówiła: „Byłam zakochana i nic więcej się dla mnie nie liczyło. Mogłam nie grać, z nikim się nie spotykać, nigdzie nie bywać. Liczył się dla mnie tylko mężczyzna, którego kochałam. W związek wtapiałam się zupełnie”.

Wtedy przyjęła rolę w filmie „Kill Bill” i skupiła się na wyczerpujących fizycznie przygotowaniach do roli, a jej szczęśliwe życie zaczęło się psuć. W końcu okazało się, że jej mąż ma romans z 22-letnią kanadyjską modelką Jen Perzow. Doniesienia o tym pojawiły się w prasie w tym samym momencie, w którym promowała film. „Mogłam zostać w domu i zrobić z tego jeszcze większy dramat. Wiedziałam jednak, że kiedyś i tak będę musiała odpowiedzieć na te wszystkie pytania dotyczące mojego małżeństwa”. Tylko raz opowiedziała o swoim stanie otwarcie – w programie Oprah Winfrey. Ze łzami w oczach mówiła o lęku przed samotnością, tęsknocie za mężem i niepokoju, jak rozstanie wpłynie na ich dzieci.

Rozwód zmienił jej stosunek do małżeństwa. „Przestałam ufać tej instytucji. Nie zamierzam być niczyją żoną. Jestem szczęśliwa sama ze sobą”. Co nie znaczy, że nie wiązała się przez ostatnie lata z mężczyznami. Jednym z nich był hotelarz André Balazs, właściciel m.in. słynnego Chateau Marmont w Los Angeles. Jeździli razem na wakacje, pokazywali się na oscarowych galach, aktorka spędzała czas w jego hotelowych apartamentach, ale nazywała go jedynie „dżentelmenem, z którym się widuje”. Kolejny związek, z francuskim finansistą i multimilionerem Arpadem Bussonem, z którym ma córkę Lunę, okazał się wyjątkowo burzliwy. Dwa razy ogłaszali zaręczyny i za każdym razem Uma je odwoływała. Ostatecznie dopiero w zeszłym roku, po długiej batalii, doszli do porozumienia w sprawie opieki nad córką. Uma mieszka teraz w Nowym Jorku, ma blisko trójkę swoich dzieci i, jak twierdzi, niczego więcej nie potrzeba jej do szczęścia.

Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - 'Nędznicy' (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO Uma Thurman w ekranizacji słynnej powieści Victora Hugo - "Nędznicy" (reż. Bille August, 1998), fot. BEW PHOTO

Zmieniam zasady gry

Marzyła o teatrze. „W życiu można dostać dwie, trzy naprawdę znaczące role kinowe – i to wszystko. Może niektórym zdarza się to częściej, ale na pewno nie wszystkim. Kino przestaje się interesować aktorkami po 35. roku życia, a co dopiero tymi przed pięćdziesiątką. Prawdę mówiąc, nawet dla tych młodszych nie ma zbyt wielu ciekawych ról”. Dlatego kiedy w jej ręce trafił tekst „The Parisian Woman” o kulisach polityki w Waszyngtonie, od razu zobaczyła się w roli Chloe. „Podobały mi się jej pewność siebie, poczucie siły, niezależności i seksualna swoboda”. Przedstawienie okazało się sukcesem, a Uma zwyciężyła w plebiscycie organizowanym przez serwis broadway.com w kategorii najlepsza aktorka w spektaklu dramatycznym.

To nie był jej pierwszy kontakt ze sceną teatralną. Już po sukcesie „Pulp Fiction” próbowała zaistnieć w teatrze – zagrała w adaptacji Molierowskiego „Mizantropa” na scenie Off Broadway, ale krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. Na długo zwątpiła w szansę na teatralną karierę. Chociaż jej zamiłowanie do aktorstwa zaczęło się od ról w szkolnych przedstawieniach. Uma jako wyjątkowo wysoka nastolatka o dużych stopach, tyczkowatej figurze, dużym nosie i dziwnym imieniu nie czuła się dobrze ze sobą w czasach szkolnych. A przez rówieśników była uznawana za dziwaczkę. Szansa, by stawać się kimś innym, okazała się dla niej wyzwoleniem i działała terapeutycznie. A kiedy w liceum zagrała główną rolę w „Czarownicach z Salem”, zainteresowali się nią agenci poszukujący młodych talentów. To przekonało jej rodziców, Roberta Thurmana, profesora studiów buddyjskich na Uniwersytecie Columbia, i „Nenę” von Schlebrügge, wcześniej modelkę, a potem psychoterapeutkę, by przenieść utalentowaną córkę do szkoły aktorskiej w Nowym Jorku. Jako 17-latka dostała pierwsze role filmowe: Venus w „Przygodach Barona Munchausena” i Cecylii de Volanges w „Niebezpiecznych związkach” Stephena Frearsa.

W ubiegłym roku zagrała w filmie Larsa von Triera „Dom, który zbudował Jack”, pełnej przemocy historii o seryjnym mordercy. Decyzja ryzykowna i zaskakująca. Ze względu na osobowość twórcy, a także doświadczenia podczas kręcenia z nim „Nimfomanki”. Von Trier podczas zdjęć usiłował wydobyć z niej „zwierzęcy ryk”. Uma grała zdradzoną żonę, załamującą się na oczach własnych dzieci. Musiała tę scenę powtarzać wiele razy, żeby krzyk był właśnie taki, jakiego oczekiwał reżyser. Można się tylko domyślać, z jakich emocjonalnych pokładów musiała skorzystać, żeby stanąć na wysokości zadania. Mimo to zdecydowała się pracować z nim po raz kolejny.

„Okazało się, że poprzednim razem jednak nie rozczarowałam go tak bardzo. Rola w »Nimfomance«, którą dla mnie napisał, była wyjątkowo wymagająca. Kiedy przeczytałam scenariusz nowego filmu, nie miałam wątpliwości, że chcę w nim zagrać”
Na konferencji z okazji premiery duński reżyser przyznał, że niemal wszyscy aktorzy, którym wysłał scenariusz, odmówili udziału w filmie. Poza Mattem Dillonem i właśnie Umą Thurman. „Mam wątpliwości, czy rzeczywiście potrafią czytać”, dowcipkował o obojgu. Von Trier znany jest z dziwacznego poczucia humoru. Kiedy siedem lat temu podczas festiwalu w Cannes „zażartował” na temat swojego zrozumienia dla Hitlera, na kilka lat stał się persona non grata. „Dom, który zbudował Jack” to dla niego powrót z wygnania – Uma postanowiła mu w tym towarzyszyć.
„Lubię pracę nad trudnymi filmami, więc rzadko zdarza mi się odrzucić rolę dlatego, że może się okazać zbyt dużym wyzwaniem. Myślę, że właśnie tego się ode mnie oczekuje”
'Lubię pracę nad trudnymi filmami' - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO "Lubię pracę nad trudnymi filmami" - wyznaje Uma Thurman, fot. BEW PHOTO

Moja europejska ojczyzna

Ostatnio Uma ma jeszcze jedną idée fixe. Myśli o powrocie do swoich europejskich korzeni. Jej dziadek Friedrich Karl Johannes von Schlebrügge urodził się na Śląsku, ale w latach 30. wyjechał do Szwecji. Jego córka, matka Umy, „Nena” Birgitte Caroline von Schlebrügge, wyjechała ze Szwecji do USA i stała się w latach 60. znaną modelką. Jej pierwszym mężem był apostoł LSD i ruchu hipisowskiego, Timothy Leary. Drugim – Robert Thurman.

Z myślą o przeniesieniu się do ojczyzny matki – na tę decyzję miała wpływ sytuacja polityczna w USA – aktorka uczy się szwedzkiego i w ubiegłym roku rozpoczęła starania o szwedzkie obywatelstwo.

„Jestem przygotowana do takiej zmiany. Wychowywali mnie socjaliści. A poza tym ciekawi mnie przeszłość mojej rodziny”
Można przypuszczać, że na przeprowadzkę na północ Europy nie będzie miała na razie ochoty starsza córka Umy. 20-letnia Maya Hawke stawia właśnie pierwsze kroki w świecie kina.

Maya zagrała już w serialu „Stranger Things” i nowym filmie Quentina Tarantino „Once Upon a Time in Hollywood”, opowiadającym o tragicznych wydarzeniach w domu Romana Polańskiego zaatakowanym w 1969 roku przez Rodzinę Mansona. To w pewien sposób zamyka historię związku Umy Thurman i Quentina Tarantino, a jednocześnie otwiera w nim zupełnie nowy etap.