1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Robert Więckiewicz - Na granicy eksplozji

Robert Więckiewicz - Na granicy eksplozji

</a>
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Żeby mnie zrozumieć, trzeba by przeczytać książkę pod tytułem „Robert Więckiewicz”. Nie jest już nowa, właściwie jest zniszczona, bo czasami przytulam się do niej, a czasami rzucam nią o ścianę. Potem ją naprawiam, zszywam, a potem znów zaczynam po niej kreślić. Są w niej już tak pokreślone strony, że nic nie można z nich przeczytać – mówi Robert Więckiewicz.

– Mam się przygotować na trudną rozmowę?

– To zależy od pytań. W wywiadach wolę mówić o mojej pracy. Obejrzałeś trzy moje nowe filmy i o nich rozmawiajmy.

– W filmie Marka Koterskiego „Baby są jakieś inne” przez prawie dwie godziny siedzicie z Adamem Woronowiczem w aucie i rozmawiacie o kobietach. Czy ktoś inny niż Koterski byłby w stanie cię do tego namówić?

– Nie wiem. Koterskiemu się nie odmawia. Zadzwonił i powiedział, że chce poznać moją opinię o scenariuszu. Przeczytałem, spotkaliśmy się. Powiedziałem, że to szatański pomysł – co go ucieszyło. Powiedziałem też, że to niemożliwe do zrobienia, co ucieszyło go jeszcze bardziej i stało się mottem naszej pracy. W końcu zapytałem: „po co ci to?”. Film wydawał się gigantycznym ryzykiem, a przecież Koterski nie musi niczego udowadniać. Powiedział, że kiedy nic nie robisz, to nagle przychodzi taki moment, że coś w tobie eksploduje i musisz podjąć wyzwanie. Tym mnie przekonał.

– Masz takie momenty eksplozji?

– Teraz czuję coś takiego. Mam za sobą już półroczną przerwę, którą sam sobie narzuciłem po poprzednim bardzo intensywnym roku. Jestem gotowy do pracy.

– Nie bałeś się, że Koterski was sterroryzuje, że jego uwaga będzie skupiona tylko na was?

– Trudność była w innym miejscu. Dostaliśmy prawie po 100 stron tekstu napisanego słynną składnią Koterskiego, ze wszystkimi jego ulubionymi powiedzeniami, z powtórzeniami, z tą legendarną frazą. Zaszyłem się na dwa tygodnie na wakacjach nad morzem, sam, i uczyłem się tekstu, ogromnych monologów. W pewnym momencie poczułem, że nie dam rady, ale uczyłem się dalej. Zaczęły się zdjęcia, przez 20 dni byliśmy zamknięci w hali, o ósmej rano wchodziliśmy do samochodu, wychodziliśmy z niego po kilkunastu godzinach. Po trzech dniach weszliśmy w reżim tej pracy, wytworzyła się gęsta atmosfera skupienia. Później mieliśmy dziesięć dni nocnych w plenerze, a potem, już bez nas, powstał jeszcze jeden film, który służy za tła – to plenery za oknem. Bo całą tę jazdę kręciliśmy na tzw. green screenie.

– Pytałem, czy Marek Koterski się nad wami znęcał?

– Przeciwnie, zdając sobie sprawę ze skali trudności, był stale z nami. Inspirował, nie poganiał, był cierpliwy i zawsze pomocny. Zresztą razem z operatorem Jerzym Zielińskim tworzyli fantastyczny tandem.

– Na ile podzielaliście jego widzenie kobiet?

– Jako aktor musiałem uwierzyć w to, co mówię. Inaczej bym tego nie zagrał. Marek był bardzo przygotowany, obłożył nas literaturą, odkryłem kilka faktów, które mnie przeraziły, na przykład to, jak często kobiety w związkach dopuszczają się przemocy w stosunku do mężczyzn. Mam poczucie, że to właściwie film o facetach, a nie o kobietach. O tych dwóch gościach w aucie, o ich dupowatości, rozmemłaniu, o kryzysie, jaki przechodzą. Trochę to wstydliwy temat, a Marek miał odwagę go podjąć. Głośno jest o coming outach, metroseksualizmie, prymitywnym machismo. A to, że faceci bywają sfrustrowani swoją sytuacją w relacjach z kobietami, nie jest traktowane jako poważny problem.

– Zdarza ci się użalać nad sobą?

– Pewnie. Są sytuacje, kiedy chcę się skulić, schować, żeby ktoś mnie przytulił. W filmie Marek doprowadza ten temat do granicy, pozwala tym facetom wylać z siebie żal.

– Przechodziłeś kiedyś poważny kryzys?

– Ja mam kryzys permanentny. Jestem typem depresyjnym, trudno jest mi się cieszyć z czegokolwiek, widzę świat w ciemnych barwach. Jest fajnie, bo pijemy herbatę, gadamy, jest ładna pogoda, ale mam w sobie czarną dziurę, która cały czas promieniuje. Jak każdy zneurotyzowany typ przeżywam momenty euforii. Im większa euforia, tym potem większy dół. Taka sinusoida, bez równowagi. Potrzebuję ekstremalnych bodźców. Praca to rodzaj transu, to chęć nieustannego rozwoju. Kiedy przeskoczysz dwa trzydzieści pięć, chciałbyś przeskoczyć dwa trzydzieści sześć. I tak dalej. Dlatego cieszę się, że w ubiegłym roku dostałem trzy fantastyczne scenariusze. Te filmy teraz wchodzą na ekrany.

– W nagrodzonym w Gdyni „Wymyku” Grega Zglińskiego dwaj bracia prowadzą firmę. Rywalizują. Starszy, którego grasz, nie chce rozwoju. Młodszy wrócił z Ameryki, ma odświeżoną głowę. Jadą pociągiem do Warszawy, młodszy staje w obronie dziewczyny napadniętej przez bandziorów. Starszy nie reaguje, również gdy ten młodszy zostaje wyrzucony z pociągu. Myślałeś o tym, jak zachowałbyś się na jego miejscu?

– Kiedy czytałem scenariusz, byłem przekonany, że rzuciłbym się na tych facetów. Kiedy obejrzałem film, straciłem tę pewność. Pomyślałem, że być może jest w człowieku pokusa badania granic, na ułamek sekundy być może odezwał się w nim rodzaj zawiści wobec brata. Może pomyślał: „niech mu wpierdolą”. Dla mnie to bohater, który się boi, ale nie agresji, tylko życia, podejmowania decyzji, jak chłopiec. Ale po tym zdarzeniu musi stawić czoła okolicznościom, działa instynktownie, coś mu mówi, co robić. Musiały w nim być ukryte pokłady siły, inaczej by się nie podniósł, może popełniłby samobójstwo. To swoista pokuta – brat musiał zginąć, żeby on mógł się narodzić. Podobnie zresztą jak u Agnieszki Holland w filmie „W ciemności”, gdzie gram Sochę, pracownika lwowskich kanałów, który decyduje się ukrywać grupę Żydów. Jeśli człowiek nie ma w sobie pokładów dobra, które są być może nieuświadomione, to przemiana się nie dokona.

– Zaskoczyła cię propozycja Zglińskiego przełamująca twój wizerunek twardziela?

– Ujęła mnie. Greg zobaczył we mnie coś, co niewielu ludzi widzi – pewną defensywę. Twardziele, których gram, to nie jestem ja. Ta rola była mi potrzebna.

– Czym jest ta defensywa?

– Jego zapytaj. Może mnie trochę poznał, a może jest świetnym psychologiem?

– Przecież wiesz, co zobaczył.

– Namawiasz mnie, żebym się przed tobą otworzył. Mogę ci powiedzieć wszystko o postaciach, które zagrałem, ale nie powiem ci wszystkiego o sobie. Czy jeśli zestawimy role u Koterskiego, Zglińskiego i Holland, to będzie znaczyło, że ci wszyscy bohaterowie tkwią w Więckiewiczu? W jakimś sensie tak. To jestem ja, ale też to nie jestem ja.

– Kiedy oglądałem „Wymyk”, zastanowiłem się: dlaczego osądzam tego faceta, a nie bandziorów? To nie on pobił brata. Musiałeś sobie zadawać pewne pytania, żebym – siedząc w kinie – doszedł do tej refleksji.

– Ten facet skrywa w sobie głębokie pęknięcie. Jest to subtelnie zaznaczone, widzimy jego nie najlepsze relacje z rodzicami i z żoną. Zawsze był też ten młodszy, lepszy brat, któremu mój bohater musiał ustępować. To wszystko osadzało się w tym głęboko introwertycznym człowieku. Ujawniał siebie w brawurze, broni, jaką nosił, gadżetach. Tak naprawdę to pokaleczony, skarlały facet. Musisz wiedzieć, że na planie nie buduję z premedytacją przebiegu psychologicznego postaci. Nie zastanawiam się nad całością filmu, bo nie jestem reżyserem. Staram się realizować to, co jest zapisane w scenariuszu, i to, co wynika z rozmów z reżyserem.

– Przychodzisz na plan i nie wiesz?

– Po pięciu albo 17 dniach zdjęciowych wiem więcej o postaci niż reżyser i scenarzysta. Ale kiedy kamera zaczyna pracować, nie mogę nic wiedzieć. Gdybym wiedział, nie musiałbym grać. Wierzę w moment kreacji. Dlatego czasami robię coś wbrew zapisowi w scenariuszu. W „Wymyku” spróbowałem wyobrazić sobie człowieka, w którego życiu wybucha nagle bomba, musi zacząć działać niestandardowo. Uświadomiłem sobie, że on nie umie się znaleźć w tej sytuacji, błądzi, to jest w gruncie rzeczy proces jego ponownych narodzin, nauka chodzenia. Na przykład w scenie, w której stoję nad bratem w szpitalu, nie myślałem, że on cierpi. Dla mnie to było tak: brat leży, a ja nie wiem, co mam z tym zrobić. Wiem, że w scenariuszu mam zapisane, że mam go masować, ale nie wiem, jak się do tego zabrać. I to „jak” musi się urodzić w tym momencie. To są impulsy. Podobnie funkcjonuje bohater, którego gram w filmie Agnieszki Holland. Socha to robotnik, działa instynktownie. Albo coś działa za niego. Na początku za przeprowadzenie Żydów przez kanały bierze pieniądze, mówi: „zobaczymy, ile mają forsy, zawsze możemy ich zakapować”. Nie mówi o ich cierpieniach i o tym, że naraża swoje życie. Jest w nim bezwzględność, liczenie pieniędzy, liczenie, ilu przeprowadzi za określoną sumę. Później jego nastawienie zmienia się diametralnie. Nie widzimy natomiast konkretnego momentu przemiany w tego „dobrego” – i to jest najciekawsze. Staram się szukać takiego przebiegu, żeby zatrzeć moment zmiany, chcę, żeby widz pytał: a kiedy to się stało?

– Mówiąc kiedyś o swoich idolach, wymieniałeś Dustina Hoffmana, Roberta De Niro, Anthony’ego Hopkinsa.

– To się zmienia. Lubię aktorów, którzy potrafią być powściągliwi. Ci, których wymieniasz, są na granicy eksplozji emocji, ale nie pozwalają sobie na nią. Taką czujność lubię w aktorstwie. Coś, co nie wymaga słów. W „Wymyku” są momenty, w których, niestety, sam się sobie podobam. Nie to, jak zagrałem, ale ten facet mi się po prostu podoba. Tak naprawdę zrozumiałem, o co chodzi w tym zawodzie, dość późno. W szkole teatralnej były zaledwie dotknięcia, próby, na trzecim roku poczułem może trochę więcej. Mam 44 lata, inny stan świadomości niż na przykład dziesięć lat temu, wiele się zmieniło w życiu, przeczytałem kilka reportaży, książek, zacząłem inaczej myśleć. Dzisiaj mogę powiedzieć, że moimi idolami jest paru pisarzy.

– W którym momencie przyszły do ciebie książki?

– Książki były w domu zawsze, ale takie poważne zacząłem czytać w siódmej klasie podstawówki. Pierwszą książką, która zrobiła na mnie duże wrażenie, był „Hamlet”, choć zrozumiałem tylko intrygę, potraktowałem jak młodzieżowe książki Niziurskiego. Ale to była poważna lektura, mimo że bardzo prosto i naiwnie przeze mnie przyswojona. Byłem normalnym chłopakiem z małego miasta. Oglądałem filmy, grałem w piłkę.

– Nowa Ruda jest jak w powieściach Olgi Tokarczuk?

– Nowa Ruda Olgi Tokarczuk jest magiczna. Zazdroszczę jej tej umiejętności patrzenia i widzenia w drobnych rzeczach kosmosu. Gdybym umiał tak patrzeć, pewnie też bym pisał. Nie umiem dostrzec w Nowej Rudzie tego co Tokarczuk. Urodziłem się tam. Pamiętam syf. Wybudowali bloki, ale nie wybudowali drogi i po kolana chodziło się w błocie. To była walka. Olga Tokarczuk mieszka w domu, w pięknej okolicy, spotyka innych ludzi niż ci z kopalni, których znałem, a kopalnia była 500 metrów wyżej niż mój blok, górowała nad miastem. To była moja Nowa Ruda.

– Z okna widziałeś kopalnię?

– Zewsząd. Mój ojciec pracował na kopalni 15 lat. Nasłuchałem się opowieści i teraz, zamykając oczy, widzę te urządzenia, podziemne chodniki, ściany węglowe. To we mnie jest.

– Czym była kopalnia?

– Wszystkim. Matką po prostu. Utrzymywała przedszkola, ogródki jordanowskie, klub sportowy, osiedla, przychodnie lekarskie, wszystko było zakładowe.

– Ojciec kochał swoją robotę?

– Nie wiem, czy jakiś górnik kocha swoją robotę. Myślę, że im więcej górnicy zarabiali, tym bardziej ją kochali, ale gdyby mogli zarobić gdzie indziej tyle samo, to pewnie by rzucili kopalnię.

– Jak sobie wyobrażałeś życie, będąc w Nowej Rudzie?

– Chciałem się wyrwać, gdzie mnie poniesie.

– Chodziłeś do kina?

– W kinie Barbara w Nowej Rudzie obejrzałem „Wejście smoka” i wszystkie japońskie filmy o Godzilli, z prymitywnymi efektami, które wtedy wciskały człowieka w fotel.

– Ale już coś ci świtało, że film to pomysł na życie?

– Co ty! Nie wycinałem z gazet zdjęć aktorów.

– A teraz o czym marzysz?

– Chciałbym się porozpychać – podotykać w sobie miejsc, o których nie wiem, że istnieją. Człowiek może być kreatorem piękna i niszczycielem. To nie znaczy, że chciałbym się dokopywać do mrocznych miejsc w sobie, ale jako aktor chciałbym poszerzać swoje możliwości. Chodzi o to, żebyście mi uwierzyli. Walczę, żeby każda moja rola była inna, ale to nie jest cel sam w sobie. Chciałbym nadawać życiu znaczenia. Jak się robi rzeczy miałkie, to tak się żyje.

– Czy myślałeś podobnie, kiedy przyjechałeś do Warszawy ze słabymi perspektywami utrzymania się w zawodzie?

– Już sama decyzja o przyjeździe wynikała z potrzeby zawalczenia o przyszłość. Z jednej strony byłem pełen entuzjazmu, z drugiej miałem myśli, że może mnie jest co innego pisane. Jeśli nie jesteś wyciągnięty do pracy już w szkole albo zaraz po szkole, to dzielisz los większości. Popatrz, ilu jest aktorów w Polsce. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że to dobrzy aktorzy, ale nie pracują z jakichś powodów. Mnie też mogło to spotkać.

– Miałeś momenty zwątpienia?

– Zdarzyło mi się kupić poniedziałkową „Wyborczą” z dodatkiem „Praca”, ale ciągle miałem poczucie, że coś się musi stać. Na początku zagrałem w paru serialach. Kiedy tylko pojawiła się możliwość, żeby pójść dalej, skorzystałem. Nienawidzę wielkich słów… chodzi o to, żeby prosto żyć i starać się szukać sensu.

– Jaką książkę trzeba przeczytać, żeby cię zrozumieć?

– Żeby mnie zrozumieć, stary, trzeba by przeczytać książkę pt. „Robert Więckiewicz”. Nie ma książki, która by kogoś opisała od A do Z. Jak w ogóle można zrozumieć kogoś drugiego?

– A ta powieść „Robert Więckiewicz” cię wciąga?

– Nie jest już nowa, właściwie jest zniszczona, bo czasami przytulam się do niej, a czasami rzucam nią o ścianę. Potem ją naprawiam, zszywam i znów po niej kreślę. Są w niej już tak pokreślone strony, że nic nie można z nich przeczytać. Wydaje mi się, że nie jestem nikim szczególnym – rozmawiamy, bo gram w filmach i jestem rozpoznawalny. Inaczej byśmy nie rozmawiali.

– Skoro tam tyle podkreśleń, to musi być ciekawa.

– No, ja nie narzekam. Myślę, że to, co się dzieje, jest ciekawe. Mogę swoimi rolami w miarę bezkarnie, choć czasami nie do końca, się wypowiadać, mówić nie tylko do swych najbliższych.

– A co cię wkurza?

– Autoryzacja wywiadów. Wyrzucę ci trzy czwarte tekstu, i już!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

</a> Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland? Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino? Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu? Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu. Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy? Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie? Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą? Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach? Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem? Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał? Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem? Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać? Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty. Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ? Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła? Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton: urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

  1. Zwierciadło poleca

Agnieszka Holland i Kasia Adamik: Blisko, ale oddzielnie

 Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak
Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Nie byłam matką o wielkiej cierpliwości, która poświęca dziecku dużo uwagi. Raz, że byłam zapracowana, a dwa, że nie mam temperamentu opiekuńczo-macierzyńskiego. Wiedziałam jednak, że dziecko ma różne okresy rozwojowe, że manifestuje swoją tożsamość i niezależność, co może być irytujące i męczące, ale trzeba to przeczekać. Naczytałam się Korczaka, więc ideologicznie miałam opracowane, że dziecko jest człowiekiem, podmiotem. Ale kiedy Kasia miała około trzech lat, zrobiłam coś, czego się wstydzę do dziś. Nie mogła chodzić do żłobka, bo miała powiększoną grasicę i jak tylko poszła, natychmiast chorowała, więc odwoziłam ją do opiekunki. Miała wtedy okres nieznośnych zachowań – na przykład jak szłam w prawo, to ona w lewo. Musiałam przyjmować strategię, że jak chciałam iść w prawo, to szłam w lewo. Któregoś dnia Kasia tak się zaparła pośrodku placu Konstytucji, że nie mogłam jej podnieść, więc dałam jej po łapach. Podniosła główkę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jakim prawem mnie bijesz?”. To zdanie było dla mnie szokujące. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam coś okropnego i że nigdy już jej nie uderzę.

Kobieta samotna?

Do dziewiątego roku życia wychowywaliśmy Kasię z Laco [Adamikiem, reżyserem, z pochodzenia Słowakiem – przyp. red.]. Kasia może zawsze liczyć na ojca, mówię to gwoli sprawiedliwości, bo to nie jest tak, że zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dopóki byliśmy w Polsce, pomagała mi także rodzina, przede wszystkim mama.

W 1981 roku musiałam się rozstać z Kasią na dziewięć miesięcy. Gdy wprowadzono stan wojenny, byłam w Szwecji z promocją mojego filmu „Kobieta samotna”. Wiedziałam, że jak wrócę, to mnie internują. Pojechałam do Paryża. To był trudny psychicznie okres dla nas wszystkich. Kiedy zorientowaliśmy się, że to potrwa dłużej, zaczęły się starania, żeby Kasia z Laco mogli do mnie przyjechać. Bardzo pomógł nam Krzysiek Kieślowski. W rezultacie przyjechali do Paryża w sierpniu ’82 roku.

Dla Kasi rozstanie ze mną było traumatyczne. Telefony odcięte, brak kontaktu – myślała, że umarłam i że ją okłamują. Początki w Paryżu też były dla niej trudne. Laco po miesiącu zdecydował się wracać do Polski, nie czuł się na siłach na kolejną emigrację, i Kasia znów przeżywała rozstanie, tym razem z tatą. Zostałyśmy same. Na dokładkę nie znałam francuskiego, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Całe szczęście, że przyjechali Wajdowie, bo Andrzej szykował „Dantona”, i bardzo mi pomogli.

Szkoły francuskie okazały się dobre, radziły sobie nawet z dziećmi imigrantów nieznających języka. Pojechaliśmy pierwszego dnia z Laco po Kasię do szkoły, czekamy w niepokoju, czy cokolwiek zrozumiała z tego, co się tam działo. A ona wychodzi i mówi nam, co trzeba przynieść następnego dnia.

W ciągu dwóch pierwszych tygodni Kasia wykazywała wielką nerwowość przed każdym pójściem do szkoły, a właściwie do szkolnej toalety. Dopiero po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, o co chodzi. Wyglądała jak chłopczyca: krótko obcięta, sportowe ubranie, więc dzieci brały ją za chłopca, w związku z czym dziewczynki nie wpuszczały jej do toalety, a ona nie była w stanie wytłumaczyć im w ich języku, że nie jest chłopcem. Po dwóch tygodniach na matematyce przerabiano zbiory i nauczyciel podzielił klasę na zbiór chłopców i dziewczynek. Kasia poszła do dziewczynek, ale one zaczęły ją wypychać. Wtedy zareagował nauczyciel i tak zyskała status dziewczynki.

Długo miała autystyczne symptomy – z jednej strony niechęć do komunikacji, zamknięcie, a z drugiej – agresję nakierowaną bardziej do wewnątrz. Czułam, że jest jej źle, że jest trochę taką tykającą bombą.

To było spowodowane, oczywiście, emigracją i związaną z tym doświadczeniem traumą. Nagle straciła wszystkich bliskich, świat ograniczył się do mnie. A ja byłam napięta, bo nie wiedziałam, co z nami będzie, czy zarobię na życie, czy będę mogła kręcić filmy.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zapisać ją na dżudo. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Wykazała ogromny talent, ale też wyładowała emocje. Została mistrzynią grupy, a potem w swojej kategorii zdobyła ogólnoparyskie medale. Pewnego dnia przyszła do ich grupy mistrzyni Francji w dżudo. Trener wyciągnął Kasię i powiedział: „To jest przyszła mistrzyni Francji”. Walczyła tak zacięcie, że rzucała po macie dwa razy większych chłopców. Miała aparat ortodontyczny na zębach, który w czasie walki przecinał jej dziąsła i czasem dosłownie broczyła krwią. Myślę, że wypluła z siebie całą złość i poczucie obcości. Dżudo okazało się dla niej zbawienne, a kiedy w końcu zaczęła mówić po francusku, wreszcie poczuła się dobrze. Oczywiście, to był długi proces. Dużo czasu spędzała sama, bo w Paryżu dzieci po szkole nie chodziły bawić się na podwórko jak w Polsce. Rysowała albo oglądała filmy, na szczęście nie było gier komputerowych.

W obronie indywidualności

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne, o czym Kasia zresztą chętnie opowiada. W pewnym momencie zorientowałam się, że wpada w pułapkę imigranckiego konformizmu. Jak wiadomo, dzieci chcą się upodobnić do grupy, a dzieci imigrantów mają dodatkowo ten problem, że ich rodzice są inni, nie tacy jak rodzice koleżanek. Postanowiłam jeszcze mocniej zaakcentować naszą inność. I na przykład w metrze w godzinach szczytu brałam Kasię mocno za rękę i bardzo głośno piałam. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. Rzeczywiście było to ryzykowne, bo mogłam ją dodatkowo straumatyzować. Ale chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się inności, żeby była z nią solidarna. Bałam się, że zbytni konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, jest niebezpieczny, szczególnie dla ludzi twórczych.

Bardzo długo nie wyrażała chęci, żeby zająć się reżyserią. Jej pasją było rysowanie komiksów, miała osiem lat, kiedy powiedziała, że to będzie jej zawód. Kiedy robiłam „Tajemniczy ogród”, a ona studiowała na pierwszym roku studiów plastycznych w Brukseli, zaproponowałam jej, że jeżeli nauczy się dobrze angielskiego, to może być moją asystentką biurową. Poszła na kurs, nauczyła się języka, zaczęła pracę. Miałam na planie bardzo dobrego storyboardzistę. Kasię wciągnęło to, co robił, sama narysowała kilka pięknych rysunków. I tak połknęła haczyk. Po studiach zorientowała się, że trudno będzie wyżyć z komiksów, szczególnie że jej prace były inne niż te modne wtedy w Belgii czy we Francji. No i ze swoją przyjaciółką Elisabeth z liceum plastycznego, zdolną dziewczyną z Martyniki, przyjechały do Los Angeles i postanowiły, że będą robiły storyboardy. Pracowały częściowo u mnie: na planie „Całkowitego zaćmienia”, „Placu Waszyngtona”, „Trzeciego cudu”, a potem u innych reżyserów. Wymyślanie wizualnych scen filmowych to jest coś, w czym była mocna. Jako storyboardzistka zrobiła w Stanach karierę. Ale często jej świetne pomysły były psute przez średnich reżyserów, więc narastała w niej frustracja. Kiedy producent zaproponował jej wyreżyserowanie niezależnego filmu, to przyjęła propozycję i zrobiła bardzo dobry film „Szczek” [„Bark!”].

Bunty? Owszem, były, rozciągnięte na lata. Za każdym razem, gdy była w niezgodzie ze sobą albo coś jej się nie udawało, to cierpiały nasze stosunki, co, oczywiście, jest naturalne. Kasia musiała sobie wywojować swoją przestrzeń, bo ja jestem dość ekspansywna. Często pracowałyśmy razem, a w pracy nasze relacje były harmonijne i partnerskie. I właśnie dlatego, że zgodnie pracowałyśmy, to dla Kasi było bardzo ważne, żeby prywatnie postawić mi granice. Bo czasem za bardzo chciałam jej pomóc, za bardzo być obecną w jej życiu. I wtedy dostawałam sygnał, żeby się wycofać.

Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas. W Los Angeles mieszkałyśmy w jednym domu podzielonym przez kuchnię, ona ze swoją dziewczyną i ja żyłyśmy trochę w komunie. Choć uważałam, żeby nie wchodzić w jej przestrzeń, pojawiały się pewne napięcia. Od tej pory nie mieszkamy już razem, choć na przykład w Bretanii oddziela nas tylko droga. Myślę, że blisko, ale oddzielnie to jest dobre rozwiązanie, ułatwia technikę życia, szczególnie że mamy tych domów kilka i rzadko jesteśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie, więc świadczymy sobie pewne usługi [śmiech].

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak

Akceptacja i wymagania

Spodziewałam się coming outu Kasi. Od dziecka była inna – nie nosiła sukienek, lubiła chłopięce zabawy. Powiedziała mi, że chyba jest homoseksualna, kiedy studiowała w Brukseli. A już zdecydowanie się tak określiła, kiedy miała pierwszy poważniejszy związek z Amerykanką Sue. Dla mnie to nie był żaden problem. To znaczy – dla matki zawsze jest problem, czy dziecko będzie szczęśliwe, akceptowane, spełnione. Na szczęście mieszkałyśmy wtedy nie Polsce, tylko w Stanach, gdzie następowały duże zmiany, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób homoseksualnych. Ale nie było jeszcze takiej otwartości jak teraz.

Co jej wtedy powiedziałam? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno nie to, że jest super, że się cieszę. Raczej że to między nami niczego nie zmienia i że zawsze będę ją kochać i wspierać. Oczywiście, potem pojawiają się problemy takie jak w każdej rodzinie, kiedy rodzice widzą, że dziecko wchodzi w związek, który nie wydaje im się najlepszy. Starałam się uważać, żeby nie dać jej do zrozumienia, że mam obawy, bo wiedziałam, że potrzebuje przede wszystkim mojej akceptacji.

Uważam, że jeśli partner dziecka nam się nie podoba albo inaczej go sobie  wyobrażaliśmy, to – o ile nie mamy do czynienia z jakąś psychopatią, przemocą – powinniśmy ugryźć się w język. Bo to życie dziecka, nie nasze. Próbując narzucić mu swoje widzenie, możemy zepsuć stosunki nawet na zawsze.

Kasia nie planowała publicznego coming outu, stało się to przy jakiejś okazji. Przyjechała do Polski pracować przy moim serialu „Ekipa” i poznała Olgę (Chajdas, reżyserkę, jesienią wszedł do kin jej debiut reżyserski „Nina”). Ich związek trwa szczęśliwie do dziś. To, że Kasia wtedy go nie ukrywała, było czymś naturalnym. Według mnie jest coś głęboko toksycznego w podwójnym życiu, szczególnie jeśli nie mamy się czego wstydzić, bo przecież nie można wstydzić się miłości. Oczywiście, ujawnienie się wymaga pewnej odwagi, ale to o wiele łatwiejsze, gdy funkcjonuje się w środowisku, w rodzinie, w których inność jest akceptowana. Kasia miała pełną akceptację nie tylko z mojej strony, lecz także ze strony całej rodziny.

Kiedy mówię o akceptacji dziecka, to myślę o czymś istotniejszym, czyli o tożsamości, natomiast codzienne zachowania czy obowiązki egzekwowałam w miarę możliwości od najmłodszych lat. Moja najbliższa przyjaciółka uważa, że nie ma prawa niczego wymagać od dzieci. Ja uważałam, i to dość wcześnie – może dlatego, że było mi ciężko, również finansowo – że mam prawo wymagać od Kasi, na przykład sprzątania. Wyrażałam też poglądy na temat jej zachowań, jeżeli uważałam, że są niewłaściwe. Ale też zostawiałam jej, częściowo z konieczności, częściowo, bo tak uważam, dużą sferę wolności i samodzielności.

Co mi się udało?

To, że się przyjaźnimy, że ze sobą twórczo współpracujemy we wzajemnym poszanowaniu inności i czerpiąc wzajemnie ze swoich mocnych stron. Dużo nas łączy, ale w wielu sprawach Kasia ma inne gusta albo umie co innego niż ja.

Wzajemnie się uzupełniamy. Także w życiu. Kasia ma w sobie odwagę cywilną i jasność oglądu tego, co dobre, a co złe. A jednocześnie nie ma temperamentu politycznego takiego jak ja. Bardziej obchodzą ją podwórko i dzielnica, w której mieszka, co jest typowe dla młodszych pokoleń. Ma zdecydowanie bardziej eskapistyczne podejście do polityki niż ja, bo ja staram się czytać i słuchać racji różnych stron, a ona tego unika. Chyba jest bardziej wrażliwa niż ja i boi się, żeby to jej to nie zniszczyło. Moja odwaga polityczna bywa trochę tania. Jeżeli nie mogę kręcić filmów po polsku – co uwielbiam – to kręcę za granicą. Za moje zaangażowanie płacą Kasia czy moja siostra Magda.

Na pewno popełniałam błędy wychowawcze. Trzeba by spytać Kasię, jaką cenę zapłaciła za to, że nie poświęciłam moich zawodowych spraw dla bycia z nią albo dla jej poczucia bezpieczeństwa. Wydaje mi się jednak, że niespełniona i sfrustrowana matka nie może być dobrą matką. No, ale być może mogłam poświęcać jakieś swoje sprawy dla niej. Trudno to wyważyć. Wspierałam ją we wszystkim, co ją pasjonowało, nie pchałam jej w żadną stronę, także w życiu prywatnym. Kocham ją taką, jaka jest, i chcę, żeby czuła się spełniona.

  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

 Carlos Ruiz Zafón.
Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. \"Miasto z mgły\", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kultura

Rodzinnie przed ekranem - filmowa majówka z Nowymi Horyzontami VOD

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Majówka z Nowymi Horyzontami VOD to nasza propozycja na nadchodzący długi weekend. Na każdy dzień platforma przygotowała filmowe atrakcje dla całej rodziny - zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. 

Małe, duże, nuklearne, wielopokoleniowe, patchworkowe. Każda rodzina znajdzie coś dla siebie w ofercie NH VOD. W ramach majówki zespoły festiwali Nowe Horyzonty i Kino Dzieci połączyły siły, wybierając zestawy tytułów, które zebrano w blokach tematycznych. Każdemu dniu majówki przyświeca specjalne hasło, a za nim idą znakomite filmy – jeden skierowany do młodego widza, drugi dla dorosłego. Przygotowując cały plan inspirowano się staropolskim zwyczajem oglądania filmów w układzie „najpierw wieczorynka, później propozycja dla dorosłych”. Oczywiście, wieczorynkę można oglądać o dowolnej porze.

Sobota, 1 maja: Międzypokoleniowe starcia

Starsi nie rozumieją młodszych, a młodsi nie chcą zrozumieć starszych – to punkt wyjścia. Więcej zrozumienia pomiędzy obiema stronami – to efekt, jaki można uzyskać po seansach filmów z propozycji na pierwszy dzień majówki.

"Sekrety morza", reż. Tomm Moore – nominowana do Oscara, ponadczasowa i ponadpokoleniowa baśń z Irlandii, która przypomina o potędze wyobraźni i jeszcze większej sile rodzinnej miłości. Sekrety morza to także powrót do tradycyjnej, ręcznej animacji, co zdecydowanie odróżnia film od wszechobecnej w dzisiejszym kinie ponurej, cyfrowej technologii 3D.

https://www.youtube.com/watch?v=7Lj-vqlmiAY

"Toni Erdmann", reż. Maren Ade – obsypana nagrodami, przewrotna, pełna niepoprawnego humoru historia relacji między śmiertelnie poważną trzydziestolatką a jej bujającym w obłokach ojcem. Dużo śmiechu, jeszcze więcej wzruszeń.

https://www.youtube.com/watch?v=VwinzcBGqYw

Niedziela, 2 maja: Zwierzęta mają głos

Dziś celebrujemy uczucia międzygatunkowe i przypominamy o tym, że nasi czworonożni, płetwiaści lub skrzydlaci przyjaciele są pełnoprawnymi członkami rodziny.

"Jakub, Mimmi i gadające psy", reż. Edmunds Jansons – tytułowi bohaterowie to para rezolutnych dzieciaków, która staje w obronie swojego ulubionego parku, będącego łakomym kąskiem dla bezwzględnego inwestora. W walce o zachowanie „zielonych płuc” miasta pomaga im gang gadających psów. Cała animacja została przepięknie wykonana za pomocą metody „cut-out”.

https://www.youtube.com/watch?v=ELO_pE0-VmQ

"Serce psa", reż. Laurie Anderson – zaskakujący, nowatorski hołd dla męża autorki, Lou Reeda, i ukochanej terierki Lolabelle. Mnóstwo świetnej muzyki, nowojorskich pejzaży oraz małych-wielkich przemyśleń o blaskach i cieniach naszego życia.

https://www.youtube.com/watch?v=0filyleqHGo

Poniedziałek, 3 maja: Girl Power

Dziewczyny u sterów! Dzień zaczynamy patriotycznie – wspólnie z Basią, jedną z najpopularniejszych bohaterek z polskiej animacji, a później zapraszamy na pokład legendarnego jachtu Maiden, dowodzonego przez załogę nieustraszonych kobiet.

"Basia", "Basia 2" i "Basia 3", reż. Marcin Wasilewski, Łukasz Kacprowicz – tytułowa Basia to wyjątkowo rezolutna pięciolatka, dobrze znana wielbicielom książek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Każdy odcinek uczy dzieci czegoś o dorosłych, ale i dorosłych czegoś o dzieciach.

https://www.youtube.com/watch?v=fLS_0l5O9U4

"Maiden", reż. Alex Holmes – trzymająca w napięciu – niczym rasowy thriller – opowieść o grupie upartych, odważnych i niezależnych kobiet, które stworzyły pierwszą w historii żeńską załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race.

https://www.youtube.com/watch?v=I98hJiZRQyM

Aby wziąć udział w majówce z Nowymi Horyzontami, wystarczy założyć konto na nowehoryzonty.pl/vod i wykupić dostęp do filmów (pojedyncze dostępy zaczynają się już od 7,90 zł). Można też zakupić pakiet dostępów za jedyne 49 zł (w pakiecie mieści się aż 15 filmów oznaczonych promocją) – wówczas uzyskujemy dostęp do wszystkich majówkowych propozycji. Każdy z zaproponowanych filmów można oglądać o dowolnej porze dnia (i nocy).

  1. Kultura

O kobiecej duszy i poszukiwaniu nowego sensu – nowa książka Grażyny Jagielskiej

Zobacz galerię 4 Zdjęć
Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

Kameralna, do bólu prawdziwa, pełna ironii i subtelnego humoru opowieść o poszukiwaniu wolności i sensu, która rozbiera na czynniki pierwsze kobiecą duszę. „Wszystkie moje domy” Grażyny Jagielskiej to świetnie napisana historia o budowaniu życia na nowo.

„Odchodząc z domu, zabrał, ile zdołał: świadectwo maturalne, płyty ojca i cały sok pomarańczowy z lodówki. Gitara już teraz obijała mu się̨ o nogi. Pomyślałam: od- prowadzam wzrokiem tego, który zwraca mi wolność́” — rozpoczyna swoją powieść Grażyna Jagielska. Koniec przychodzi często niepostrzeżenie i w mgnieniu oka kruszy fundamenty, na których oparliśmy naszą rzeczywistość. Tak też się dzieje w życiu głównej bohaterki „Wszystkich moich domów”, której dwójka synów opuszcza gniazdo rodzinne, a mąż przechodzi na emeryturę. W obliczu nadchodzących zmian ona sama postanawia sprzedać dom i pozbyć się większości starych przedmiotów. Zostawia dla siebie maszynę do pisania i mocne postanowienie, że znajdzie własny pokój, w którym będzie mogła wreszcie robić to, o czym zawsze marzyła: pisać.

Kolejne przeprowadzki i próby odnalezienia spokojnej przystani dla niej i dla męża spełzają na niczym, a pragnienie zalepienia pustki po starym życiu duchowością i kontaktem z naturą kończą się sromotną porażką. Jednakże ta podróż przez wszystkie nowe przestrzenie i domy staje się też formą terapii: możliwością skonfrontowania się z tym, co wyparte, przyjrzenia się sobie i relacji z mężem (opartej na tradycyjnym podziale ról, w której to ona poświęciła kiedyś wszystko dla swojej rodziny). Kiedy drzwi do przeszłości zostają zamknięte z hukiem, otwierają się nowe, które po wielu latach ciemności, oświetlają w końcu niewypowiedziane wcześniej pretensje, żale i tęsknoty. Lekarstwem staje się zakotwiczenie w codzienności, a także udomowienie nowej rzeczywistości za pomocą ciepła, czułości i poczucia humoru.

Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera) Grażyna Jagielska (fot. materiał partnera)

Grażyna Jagielska, świetna pisarka, tłumaczka i autorka doskonale przyjętych przez krytyków i czytelników bestsellerów, w swojej nowej powieści eksploruje mikrokosmos kobiecych emocji, tęsknot i wspomnień. „Wszystkie moje domy” to z pozoru spokojna i pozbawiona fajerwerków powieść, która w subtelnościach i niedopowiedzeniach skrywa kobiecy wszechświat: gęsty, wielowarstwowy, pełen ciemności i blasku, co zbliża ją do niektórych książek włoskiej pisarki Eleny Ferrante. To opowieść o stracie, która jest wyzwoleniem i o domu, który każdy z nas nosi w sobie. „Wszystkie moje domy” jest pozycją obowiązkową dla każdej kobiety, zostawiającej za sobą trudną przeszłość i otwierającej się na nowe.

2021/04/o-kobiecej-duszy-i-poszukiwaniu-nowego-sensu-premiera-nowej-ksiazki-grazyny-jagielskiej-Wszystkie-moje-domy_okladka.jpg