1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Laureatka Oscara Hildur Guðnadóttir zagra w Warszawie swoją ścieżkę dźwiękową do „Czarnobyla”

Laureatka Oscara Hildur Guðnadóttir zagra w Warszawie swoją ścieżkę dźwiękową do „Czarnobyla”

Laureatka Oscara Hildur Guðnadóttir zagra w Warszawie swoją ścieżkę dźwiękową do „Czarnobyla”. (Fot. materiały praoswe)
Laureatka Oscara Hildur Guðnadóttir zagra w Warszawie swoją ścieżkę dźwiękową do „Czarnobyla”. (Fot. materiały praoswe)
Twórcy krakowskiego Unsoundu zapraszają na pierwszą edycję nowego warszawskiego festiwalu. Ephemera odbędzie się w różnych miejscach w stolicy w dniach 12-13 września oraz 14-15 listopada 2020 roku. W programie nie zabraknie koncertów, wystaw i performansów. 

Festiwal Ephemera to wynik solidarnej pracy wielu osób, organizacji i instytucji ważnych dla warszawskiego życia kulturalnego – Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Nowego Teatru, TR Warszawa i Teatru Powszechnego.

Pomysł na wydarzenie, które będzie łączyło różne dziedziny sztuki, ale też ludzi i miejsca w Warszawie powstał jakiś czas temu, jeszcze przed pojawieniem się koronawirusa. Naszym celem jest stworzenie bezpiecznego wydarzenia, które połączy warszawską społeczność oraz pozwoli przepracować ostatnie wydarzenia – mówi Małgorzata Płysa, współdyrektorka artystyczna festiwalu.

Jednym z głównych elementów wrześniowego programu będzie „Chernobyl live” Hildur Guðnadóttir. Kompozycja na motywach głośnego serialu HBO zostanie wykonana na żywo w wyjątkowej przestrzeni oraz specjalnej scenografii, której wygląd i charakter jest efektem zastosowania maksymalnego reżimu sanitarnego. Przejmujący utwór wybrzmi szczególnie mocno w wielkiej przestrzeni dawnej drukarni przy ul. Mińskiej w Warszawie. Ograniczona liczba widzów i możliwość poruszania się będą częścią eksperymentu, testu na to, jak najbezpieczniej brać udział w wydarzeniach muzycznych w 2020 roku. Nagranie z wydarzenia stanie się częścią specjalnego dokumentu oraz zostanie w późniejszym terminie udostępnione on-line.

Za swoją kompozycję „Chernobyl” Gudnadottir była wielokrotnie nagradzana. Artystka otrzymała również Oscara za muzykę do filmu „Joker”.  Z powodu pandemii „Chernobyl live”  będzie w tym roku wykonany na żywo jedynie dwa razy.

W Nowym Teatrze odbędzie się polska premiera „Untitled (Holding Horizon)” Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa, który stworzył choreografię nawiązującą do pożądania, dezorientacji i wspólnotowości.

Weekend zamykają dwa występy na świeżym powietrzu. Pierwszy z nich będzie „Martwa natura” Antoniny Nowackiej, którą artystka wykona wraz z Michałem Czachorem i Grzegorzem Artmanem. Artyści stworzyli głosową rzeźbę, w ramach której trawestują ideę pożegnań z naturą. Kompozycja jest częścią spektaklu „Martwa natura” przygotowywanego dla Teatru Powszechnego. Potem przyjdzie pora na solowy występ Lyry Pramuk, artystki która łączy ze sobą klasyczny śpiew, popową wrażliwość, performatywne praktyki, elementy kultury klubowej oraz walkę o obecność osób niebinarnych w kulturze klubowej. Częścią Ephemery będzie też listopadowy koncert tajemniczego artysty Andrzeja Nowaka.

"Chernobyl live" oraz koncerty Lyry Pramuk i Antoniny Nowackiej w ramach Ephemery będą także częścią weekendu zamykającego wystawę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”. Zobaczyć na niej można prace artystyczne dotyczące przemian zachodzących na kuli ziemskiej. Jak słusznie zauważyli kuratorzy wystawy:

„Sztuka z pewnością nie ochroni nas przed katastrofą, ale pomoże nam uzbroić się w dziwne narzędzia służące pracy wyobraźni i współodczuwania”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowe płyty – warto posłuchać

(Fot. Kempsk/materiały prasowe)
(Fot. Kempsk/materiały prasowe)
Słuchanie muzyki to nie tylko relaks i wyciszenie, to także czerpanie inspiracji z tekstów i dźwięków. Wybieramy płyty, które dostarczają dobrej rozrywki.

Coś dla ciała, coś dla ducha

Brodka „BRUT”, PIAS.

Była już roztańczona, wkurzona, refleksyjna. Jaka jest Brodka w najnowszej odsłonie? O klipie „Game Change” pisał do mnie znajomy dziennikarz ze Słowacji, że Brodka trafiła nim – ten wątek zapewne zabrzmi znajomo – w toczony u naszych sąsiadów spór o prawa i miejsce kobiet w społeczeństwie. We wspomnianym teledysku artystka przyjmuje męską rolę. W kolejnym, „Hey Man”, wciela się w tajną agentkę, której bronią jest seks. Oba klipy zapowiadały płytę z wielkimi literami „BRUT” na okładce, na której wąż obejmuje pięcioletnią Brodkę. Mimo takich zwiastunów sam album okazuje się... niebrutalny. Solo czy w chórkach, Brodka dialoguje tu głównie z gęstą perkusją i basem, wspólnie uwodzą i hipnotyzują. W zamyśle album miał być „muzyką dla ciała”. I tak, wprost zmusza do bujania, ale są tu także nastrój tajemnicy i finezyjne detale. Na siedząco też się zatem sprawdzi.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Kwestia czasu

Morcheeba „Blackest Blue”, NoPaper Records.

Dziesiąta płyta Morcheeby ukazuje się ćwierć wieku po ich słynnym debiucie, który był jednym z filarów triphopowego boomu z lat 90. Dziś ich muzykę definiuje głównie Skye Edwards. Aranże bywają elektroniczne, bliżej rocka lub wprost popowe, ale wszystko i tak obraca się wokół ciepłej melancholii jej wokalu. Tym bardziej że po odejściu jednego z braci Godfreyów przejęła też obowiązki tekściarki i wreszcie dzieli się własnymi myślami. Ciekawostka: za perkusją usadziła własnego syna, też kończącego właśnie ćwierć wieku.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Z drugiej ręki

Arek Kłusowski „Lumpeks”, Kayax.

Choć ma niespełna trzydziestkę, Arek Kłusowski jest już branżowym weteranem. Pisał piosenki dla innych artystów, organizował festiwale, startował w talent show, a w innym sam był potem jurorem. Ostatnio zaspokaja jednak własne widzimisię – co w przypadku jego drugiej płyty oznacza syntezatorowe lata 80. Kłusowski nawiązuje do Depeche Mode i Blondie, ale „Lumpeks” pobrzmiewa też tradycją polskiego popu, sprzed dekad i współczesnego. To muzyka, a teksty? Bywa bardzo serio, kiedy śpiewa choćby o rodzinnej i społecznej presji.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Bo to już lato

Paula i Karol „Lifestrange”, Mystic.

„Dziwne czasy. Dziwne żyćko, a my swoje” – mówią o swojej piątej płycie, zatytułowanej wymownie „Lifestrange”. Najpogodniejszy duet w Polsce jak wiele z nas musiał ostatnio odnaleźć się w pracy zdalnej. Nie tylko z powodu pandemii: Paula przeniosła się do Hamburga, a Karol pozostał w Warszawie. Ich nowe folkowo-popowe szlagiery energią nie ustępują jednak wcześniejszym, słusznie więc wręczają je nam u progu lata. Najlepiej słucha się ich na żywo, w związku z czym w połowie lipca warto się wybrać
do Jarocina. Obiecują „dym na scenie”.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Festiwal Wibracje – w dobrym rytmie

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Wibracje to festiwal nietypowy. Główną osią programu są wykłady i warsztaty na temat holistycznego i naturalnego podejścia do zdrowia. Impreza odpowiada na rosnącą potrzebę harmonii, zwolnienia, i odbicia się od korporacyjnego świata emocjonalnego smogu.

Po czterech edycjach nad Zalewem Zegrzyńskim organizatorzy przenieśli wydarzenie na mazurskie moreny koło Ełku – blisko przyrody, gdzie jest naturalne środowisko dla takiego wydarzenia. Festiwal trwa 5 dni: zaczyna się w środę 21 lipca i kończy w niedzielne popołudnie.

Program Wibracji odbywa się równocześnie na 2 scenach plenerowych i w 2 dużych namiotach. Na scenach dominują zajęcia ruchowe, np.: tai-chi, tao yin, czy joga – tym festiwalowicze zwykli zaczynać dzień. Potem są tańce afrykańskie, 5 rytmów czy movement medicine. Tematy związane z metodami Aleksandra Lowena, czyli o uwalnianiu świadomym ruchem napięć w ciele.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Wieczorem rozpoczyna się część muzyczna gdzie dominują klimaty reggae’owe, etnohouse, ambient czy jazz. W tym roku na scenie wystąpi Leszek Możdżer. Nie będzie to-li zwykły koncert, ale koncert na dwa fortepiany w strojeniach 432 i 440 Hz. O tym strojeniu jest teraz coraz głośniej więc będzie można posłuchać o tej różnicy i samej różnicy od koronnego świadka w tej dziedzinie. W duecie z Gooralem swój nowy projekt muzyczny zaprezentuje też Włodek Paprodziad Dembowski – frontman Łąki Łan. O naturalny taniec zadba Iwona Olszkowska – krakowska szkoła choreografii i improwizacji, Ania Sierpowska (movement medicine) oraz Adam Barley, światowy guru metody 5 rytmów, która opiera się ona na improwizowanym autentycznym ruchu przywracającym jedność pomiędzy psychiką a ciałem.

Z kolei wśród prelegentów posłuchamy w tym roku dr Marka Kaczmarzyka, który opowie o naszych pierwotnych mózgach i atawistycznych odruchach, które nadal w nas drzemią. O Emocjach i ich dyscyplinie opowie doktorantka SWPS Klaudia Krystecka; odbędą się pogadanki i warsztaty tantry prowadzone przez państwa Rzepeckich. Psychoterapeuta Norbert Jamróz będzie z kolei opowiadał o świeżych badaniach w wykorzystaniu psychodelików w terapiach. Temat ziół, ich właściwościach i zastosowaniu zaprezentuje Joanna Nestorowicz z Instytutu Zielarstwa Polskiego. Będzie między innymi mowa o naturalnych ziołowych afrodyzjakach czy o dzikich roślinach jadalnych.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Do tego masę dobrego wegetariańskiego jedzenia, przechadzających się kuglarzy, strefy masażu, slackline, hipnozy, chilloutu wszystko wśród pagórków otoczonych lasami – tak wyglądają Wibracje.

Aktywności jest dużo więcej, bo na Wibracjach odbywa się łącznie ponad 100 wykładów i warsztatów.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Aktualizowany program oraz bilety znajdziecie tutaj: wibracje.com.pl

Film z ubiegłego roku:

  1. Kultura

Leszek Możdzer – wszystko jest wibracją

– Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości – mówi Leszek Możdzer. (Fot. Roman Bosiacki/Forum)
– Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości – mówi Leszek Możdzer. (Fot. Roman Bosiacki/Forum)
Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora – mówi pianista i kompozytor Leszek Możdżer.

Podczas pandemii wiele koncertów odbywało się w sieci, a jednak dla słuchacza to nie to samo. Czy dla muzyka niemożność kontaktu z publicznością była też trudna?
Koncerty online to tak naprawdę nagrania studyjne, z tą różnicą, że trzeba jeszcze do tego dobrze wyglądać oraz pamiętać o tym, że tylko pierwsza wersja wchodzi. Koncerty online są okropne i nie przepadam za nimi, no chyba że mógłbym się podczas nich zachowywać normalnie, tak jak w studiu – robić sobie przerwy na herbatę, odzywać się swobodnie do realizatora nagrania czy wykonywać telefony.

Na szczęście tego lata będzie pana można posłuchać już na żywo. Zanim o to spytam, chciałabym cofnąć się o cztery lata. Wydał pan wtedy album „Earth Particles” – Cząstki Ziemi. Opowiadał pan, że to początek nowego etapu twórczości, co też wiązało się ze strojeniem 432, uznawanym za częstotliwość pierwotną i naturalną. Mówi się o niej, że jest dźwiękiem czystszym i bardziej harmonijnym niż powszechnie stosowana 440, ale też uzdrawiającym. Częstotliwością kosmiczną.
W moim przypadku granie w stroju 432 ma raczej znaczenie symboliczne i jest wyrazem wewnętrznej niezgody na ogólnie przyjęte parametry systemu. Cała nowoczesna muzyka jest realizowana w standardzie strojenia ISO 16, który dla dźwięku A wynosi 440 Hz. Zdecydowałem się przestroić swój fortepian do stroju 432 Hz, co wiązało się z różnymi technicznymi problemami: trzeba było ponownie przeliczyć naprężenia oraz wymienić struny, z których dopiero trzeci komplet zabrzmiał zadowalająco. Taka zmiana stroju jest niemal niesłyszalna, bo wynosi około ćwierć tonu, ale podczas gry powoduje pewne zmiany w środowisku rezonansowym. Ciągle to testuję, ostatnio udało mi się wytworzyć fortepian w stroju 417 Hz, bo próbuję różnych.

Na Festiwalu Wibracje zagra pan koncert plenerowy na dwóch fortepianach – w strojeniach 432 i 440 Hz. Jak duże to wyzwanie od strony strojenia instrumentów na otwartym powietrzu?
Każdy stroiciel potrzebuje ciszy, ale wytrawny poradzi sobie nawet wtedy, gdy towarzyszy mu hałas. Chciałbym dać publiczności możliwość „przepuszczenia” sobie obydwu tych strojów przez własne ciało i przedyskutowania samemu ze sobą, który jest lepszy. Często spotykam się z krytyką stroju 432 jako „foliarskiej teorii”. Krytycy nierzadko bywają agresywni, twierdząc, że to jest bez znaczenia. Ale gdyby rzeczywiście było bez znaczenia, to po prostu nie zwracaliby na niego uwagi, zamiast go zwalczać, prawda?

Muzyka to nie tylko dźwięki, ale i cisza pomiędzy nimi. Czym dla pana jest cisza?
Cisza umożliwia mi odczuwanie częstotliwości płynących z wnętrza mojego organizmu. Przy uważnie przeżywanej ciszy mogę wyczuć delikatne drgania własnych komórek, własnego DNA, a co najważniejsze, mogę wyłapać źródłowe częstotliwości płynące od samego Stwórcy. Cały świat zewnętrzny odciąga mnie od wsłuchiwania się w ten wewnętrzny dźwięk i narzuca różne swoje częstotliwości, zachęcając do wejścia z nimi w rezonans.

W społeczności więziennej mówi się o torturze polegającej na „wzięciu kogoś na dźwięki”. Otóż zamyka się skazanego w całkowicie wygłuszonym, odizolowanym pomieszczeniu, do którego nie dochodzą żadne sygnały z zewnątrz, a dźwięki wytwarzane wewnątrz pomieszczenia nie mają odbić, bo ściany i sufit zrobione są z materiałów dźwiękochłonnych. To doświadczenie sprawia, że słyszymy własne wnętrze, w którym panuje dysharmonia. Ten cały wewnętrzny bałagan zrobiony z obcych, siłą narzuconych częstotliwości, zaczyna dochodzić do świadomości skazanego, który tylko marzy o tym, żeby opuścić wygłuszoną celę i przestać się konfrontować z własnym, wewnętrznym cierpieniem. Tymczasem dla każdego mistyka, czyli człowieka świadomie i łagodnie regulującego swój świat wewnętrzny, obcowanie z ciszą powoduje akomodację wewnętrznego słyszenia, wychwycenie dysharmonii i wyregulowanie ich poprzez akceptację i miłość.

– Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania – mówi Leszek Możdżer. (Fot. Jarek Wierzbicki)– Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania – mówi Leszek Możdżer. (Fot. Jarek Wierzbicki)

Jak pan sobie radzi z nadmiarem dźwięków, hałasem? Czy mimo takich „szumów” potrafi się pan wyłączyć?
Jedynym wyjściem jest uprawianie ciągłej samoobserwacji, czyli wznoszenie się na poziom obserwatora swojego stanu wewnętrznego. Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania.

Czy uważa pan, że podobnie jak w przypadku śmieciowego jedzenia, jesteśmy zatruwani „śmieciowymi dźwiękami”?
Nie ma czegoś takiego jak trucizna, istnieją tylko zbyt duże dawki. Generalnie oczyszczanie jest bardzo proste: najlepiej oczyszcza przebywanie w samotności, a na poziomie fizycznym – kontakt z własnym oddechem.

Czy podczas samoobserwacji pomagają panu dźwięki ciała, na przykład oddech, bicie serca?
Wrażenia akustyczne dochodzące z wnętrza ciała nie są najistotniejsze, ale lubię się wsłuchiwać w piski i szumy wytwarzane przez mój aparat słuchu. W moim odczuciu jest to zwykła dekompresja aparatu słuchowego, który musi sobie „odprowadzić” niektóre częstotliwości do świadomości, bo z większości dźwięków nawet sobie nie zdajemy sprawy i nie uzmysławiamy sobie tego, co słyszymy podczas zwykłego dnia. Większość ludzi idzie z tym do lekarza, ja akurat traktuję to jako normalną reakcję organizmu na ogromną ilość słuchowych zjawisk dochodzących z zewnątrz. Tak naprawdę jesteśmy nieustannie gwałceni przez uszy. Maszyny, samochody, głośna muzyka, szumy miasta, jęki radiowozów oraz karetek pogotowia i wszystkie tego typu akustyczne impulsy powodują nadwyrężenie aparatu słyszenia, który musi sobie zwyczajnie „odparować” poprzez piski i szumy. Im uważniej się w to wsłuchuję, tym krócej to wszystko trwa.

A co sprawia, że jakaś muzyka nam się podoba i jest przyjemna, a inna denerwuje czy smuci? Dlaczego werble aktywizują, a misy tybetańskie uspokajają?
Wszystko zależy od kontekstu. Akurat werble były często stosowane przez przemysł militarny, dlatego skojarzenia z werblami powodują określone reakcje. Ale nie można przecież wykluczyć sytuacji, że misy tybetańskie będą kogoś irytować. Mamy pewne normy i zapisy w podświadomości, ale ciało generalnie zawsze emituje jakieś tam emocje i najczęściej są to emocje zaległe, dopiero czekające na uświadomienie. Często podczas koncertu przychodzi odpowiedni moment, żeby sobie uświadomić rzeczy, na które wcześniej nie było czasu.

Interesuje pana wiedza dotycząca zdrowia i natury. Jak się pan zapatruje na pogląd, że wszystko, co nas otacza, jest wibracją, która może wpływać na zdrowie psychiczne, a nawet fizyczne człowieka?
Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości.

Leszek Możdzer, jeden z najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych, pianista, kompozytor. Ma na koncie ponad 100 albumów. Od roku 2011 jest dyrektorem artystycznym plenerowego festiwalu muzycznego nad Jeziorem Strzeszyńskim w Poznaniu – Enter Music Festival.

Wibracje to największy w Polsce festiwal dotyczący holistycznego, naturalnego dbania o siebie i swoje otoczenie, ekologii, rozwoju i życia w harmonii. W tym roku odbędzie się on w dniach 21–25 lipca. Program składa się z pięciu bloków: prelekcje i wykłady warsztaty świadoma praca z ciałem: m.in. joga, taniec koncerty część targowa. Weźmie w nich udział ponad 100 prelegentów i artystów z Polski i z zagranicy. Więcej na stronie wibracje.com.pl.

  1. Spotkania

Agnieszka Morawińska – w poczuciu misji

Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Była dyrektorką Zachęty i Muzeum Narodowego w Warszawie. Agnieszka Morawińska to wybitna historyczka i krytyczka sztuki. Siłaczka i niezależna myślicielka.

Kiedy dzwoniłem, wspomniała pani o wykładach, jakie ma dla dzieci. Uczy je pani sztuki?
Zaczęliśmy od psa, który zaprowadził dzieci do dziury w ziemi, jak się okazało, wejścia do jaskini – czyli od malowideł w Lascaux. Teraz jesteśmy przy gotyku. Fela ma osiem lat, Edzio pięć. To wnuki przyjaciółki. Wykłady przygotowuję i prowadzę tak samo jak akademickie. Zdarza się, że Fela przerywa: „Czy możesz powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie do końca zrozumiałam?”. To dla mnie wielkie doświadczenie, ale i przyjemność. Czy te dzieci będą inne jak dorosną?

W 2016 roku dostała pani nagrodę „O!Lśnienia” za projekt „W muzeum wszystko wolno”. Dzieci od 6 do 14 lat podzielone w zespoły kuratorskie przygotowały wystawę.
Gdybym nie była dyrektorem Muzeum Narodowego, nie mogłabym tego zrobić. Dla pracowników to było organizacyjnie trudne przedsięwzięcie. Dzieci przychodziły w każdą sobotę o 10, zostawały do 15, dostawały obiad. Koledzy kuratorzy musieli przełamać obawy przed wpuszczeniem dzieci do magazynu. Dostały rękawiczki, były bardzo przejęte i dotykały grafiki i przedmiotów sztuki zdobniczej z największą ostrożnością. Jeżeli traktuje się dzieci poważnie i stawia przed nimi zadania, potrafią góry przenosić.

Ma pani wiarę, że kształtuje małego obywatela?
Dzieci to mali obywatele. Należą się im szacunek, uwaga i równe traktowanie. Korczak powinien być lekturą obowiązkową.

Pani wychowała się na Korczaku?
Ja się w ogóle dość specjalnie wychowywałam. Ojciec umarł, kiedy miałam pięć i pół roku, i moje życie zmieniło się dramatycznie. Natomiast ojczym, który się szybko pojawił, był przekonanym korczakowcem.

Pani urodziła się tuż przed powstaniem warszawskim. Rodzice poznali się w czasie wojny?
Moja mama skończyła przed wojną Centralny Instytut Wychowania Fizycznego. Przez rok uczyła w Zamościu i prowadziła letnie kursy w uzdrowisku w Druskiennikach, a w czasie wojny znalazła się w majątku swoich rodziców pod Krasnymstawem i zajęła się tkactwem. Miała talent artystyczny. Mój ojciec wychował się w Moczydłowie pod Górą Kalwarią. Miał bardzo światłą matkę, choć może nie do końca, bo wymarzyła sobie, że jej dziesiąte, cudem urodzone dziecko będzie księdzem. Studiował w Rzymie, w Meranie, a potem historię sztuki w Warszawie – był bardzo dobrze wykształcony. Był katolickim księdzem do roku 1938, kiedy wystąpił z tego interesu. Mama czasami przyjeżdżała do Warszawy. Któregoś razu, a był rok 1943, przyjechała do jakiegoś wybitnego dentysty, a znajoma, chcąc ją pocieszyć po bolesnym zabiegu, zawiozła ją do mojego ojca, który pracował w Muzeum Narodowym. Trzy razy się widzieli i wzięli ślub.

Dlaczego ojciec zrzucił sutannę?
Nie mogłam się tego dowiedzieć od matki, bo była jednak zdroworozsądkową sportówką, bez wglądu w duchowość. Stosunkowo niedawno opowiadała mi pani Maria Brandysowa, że kiedyś w Tatrach, w czasie bardzo złej pogody, mój ojciec był w schronisku, gdzie był też architekt Maciej Nowicki. O czym rozmawiać z księdzem w takim miejscu? No, o Panu Bogu. Potem spotkali się przypadkowo w Warszawie. Nowicki powiedział: „Ksiądz mnie przekonał”. Na co mój ojciec: „A siebie nie”.

Co rodzice robili w czasie powstania?
Ojciec miał skład broni w Muzeum Warszawy, w kamienicy Baryczków. Ale z domu na Służewie nie zdołał się przedostać na Stare Miasto. Z grupą sąsiadów, kobiet z dziećmi, siedzieli w malutkiej piwnicy naszego domu. Dom był na linii strzałów zza Wisły. Kiedy wybuchło powstanie, miałam miesiąc. Przy drzwiach stały torby, tylko brać i uciekać. Tymczasem uciekali oknem, bo Niemcy wstawili karabin maszynowy w okienko piwnicy, kto się uratował, ten się uratował. Wyłapali ich pod tym oknem, kazali iść, nie odwracać się. Ludzie byli więc przekonani, że poleci seria. Tymczasem wpadły na siebie dwa oddziały niemieckie, każdy z innej strony domu, i wywiązała się strzelanina, przez drzwi. Rodzice runęli w zboże, tuż za naszym płotem. Tak doszli do Natolina. Tam ojciec został obarczony łubianką z biżuterią Branickich. Mieli dziecko bez jednej pieluchy i łubiankę biżuterii, której byli niewolnikami. Zatrzymali się w jakiejś marmoladziarni, podobnie jak kilkadziesiąt osób. Łubiankę dostarczono do Nieborowa, gdzie Braniccy zostali zwiezieni razem z całą polską arystokracją.

A gdzie przetrwali rodzice?
W leśniczówce w Chojnowie, mama handlowała mydłem. Ojciec jeździł do spalonej Warszawy z misjami porządkowania muzeum, organizowanymi przez profesora Stanisława Lorentza [dyrektora Muzeum Narodowego między 1935 a 1982 rokiem]. Z całą grupą czekał na ciężarówkę pod gmachem BGK – i wtedy został ranny w kolana strzałami artylerii zza Wisły. Leżąc w szpitalu w Pruszkowie, zarządził, aby matka pojechała zobaczyć, co z jego rzeczy zostało w piwnicy kamienicy Baryczków na Starym Mieście. Wiadomo, co się tam działo. No i mama największym wysiłkiem znalazła pół obrazka. Zaraz go panu pokażę. Pewnie to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam. Ojciec kazał jej wrócić następnego dnia i znaleźć drugą połowę. A to było szukanie w trupach, w pierzu… W końcu rodzice znaleźli się w Wilanowie, gdzie ojciec – dawniej kustosz kolekcji Branickich – został mianowany kuratorem Wilanowa jako oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie. Dość szybko MSZ powołało go do rewindykacji dzieł sztuki. Wyjechał do Berlina, gdzie z mamą dołączyłyśmy, potem przenieśliśmy się do Baden-Baden. Kiedy nasz dom został odbudowany, wróciliśmy do Warszawy. No i już miało być życie tutaj, ale ojciec został wysłany do Rzymu, by stworzyć Instytut Kultury Polskiej. Zdążyliśmy się tam trochę zadomowić, ojciec pojechał na kilka dni do Warszawy. Anna Branicka zobaczyła go na przystanku trolejbusu, koło ASP, dziwnie się zachowywał. Upadły mu rękawiczki, podniosła je. Upadła teczka. Zawiozła go do szpitala.

Rozumiała pani, co się stało?
To musiało być straszne przeżycie, bo wszystko mam wymazane. Pamiętam tylko, jak moja mama biega po Rzymie, chcąc wejść do kościoła, a jest akurat sjesta i wszystkie są zamknięte. Klamki z mojej perspektywy bardzo wysoko. Druga scena – pociąg. Mama usiłuje mi czytać jakąś książeczkę i powtarza, że to nieporozumienie, że zdarzają się takie przypadki…

To prawda, że mama zaczynała zawsze od „trzeba”?
Albo od „muszę”. Mam to po niej. Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia.

Mija 30 lat od jednej z najważniejszych polskich wystaw, „Artystki polskie”, na której pokazała pani około 200 obiektów.
Ta wystawa była trochę jak apel, żeby się sprawdzić, przeliczyć, zobaczyć, bo temat był tu wciąż nierozeznany. Dość długo byłam w Ameryce, między innymi na stypendiach Harvarda, USIA i IREX. Kiedyś w ciągu sześciu tygodni objechałam 16 ośrodków muzealnych, to były nie tylko Nowy Jork, Boston czy Waszyngton, lecz także Saint Louis, Minneapolis czy Detroit (gdzie przedtem zresztą robiłam wystawę). Formujące doświadczenie, bo zrozumiałam, że amerykańska akademia w swoim najlepszym wydaniu jest rajem. Nazwałabym to poczuciem absolutnej wspólnoty uczonych i wolności myśli, podczas gdy my w tamtym czasie mieliśmy bardzo ograniczone drogi myślenia i działania. Miałam kontakty z rozmaitymi historyczkami i historykami sztuki, wiedziałam, że tam sztuka kobiet jest hot. U nas nikt się nią nie zajmował.

„Następna wystawa będzie łysych?” – zapytała minister kultury.
Wiem, musi cierpieć, bo jej to wypominam. Ale właśnie takie było wtedy podejście.

To była pani najważniejsza wystawa?
Również „Malarstwo polskie XXI wieku” w Zachęcie w 2006 roku, po takim okresie, kiedy wydawało się, że malarstwo jest już dziedziną passé. Tymczasem udało się uzbierać uderzającą wystawę, włącznie z vlepkami, muralami, wideo.

Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)

Gdyby dzisiaj powtarzała pani „Artystki polskie”, na co zwróciłaby pani uwagę?
Na pewno dokonałabym większej selekcji. Wolałabym pokazać, jakie były dobre, a nie jak wiele ich było. Ale kiedy nad nią pracowałam i robiłam dokumentację, to ich przybywało i przybywało…

Którym kobietom najwięcej pani zawdzięcza?
Zaskoczył mnie pan. Niewątpliwie mojej mamie. W Ameryce spędziłam rok w jednym pokoju z Carolyn Kolb Lewis, historyczką sztuki. To była moja wielka przyjaciółka, latami prenumerowała dla mnie „Art Bulletin” i „Art Journal”, widywałyśmy się przy każdej możliwej okazji, odwiedzała mnie w Polsce, czułam, że bez przerwy o mnie myśli. Umarła na raka płuc, chociaż nigdy nie paliła. To od niej zaznałam absolutnego wsparcia. Czasem mam wyrzuty sumienia… Wiele zawdzięczam Hani Wróblewskiej, zachowała bardzo taktowną, lojalną postawę w czasie „przewrotu” w Zachęcie. Muszę wymienić Iwonę Danielewicz-Włodarczyk, w Muzeum Narodowym, nawet kiedy było najtrudniej, stała za mną murem.

A artystki?
Krystiana Robb-Narbutt, malarka. Miała w sobie słodycz życia. Jacek Sempoliński [malarz] mówił, że jest kobietą jedwabną, była arcydelikatna.

Jak wyobrażała sobie pani przyszłość, kiedy na studiach wpadała pani – jak sama mówi – w życie towarzyskie?
Chciałam mieć wolny zawód, myślałam o pracy naukowej, może publicystyce. Pojawiły się możliwości wyjazdów na czyjeś zaproszenie. Kupowało się pięć dolarów i z puszką kawioru do sprzedania jechało się do Paryża. W kawiarni hotelu Bristol spotykała się grupka kolegów historyków sztuki, niektórzy byli rok wyżej, rok niżej. Mieliśmy znakomite pomysły. Robiliśmy kabarecik u mnie w domu. Byliśmy wyraziści, widoczni na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymywano nas, pytano, skąd jesteśmy. „Z technologii drewna” – odpowiadało się takim kodem. Moja matka mówiła: „Dolce vita, tylko bez pieniędzy”. Program studiów obejmował tak zwane objazdy. Był autokar i opracowana trasa: „Od zabytka do zabytka wyciągniemy wnet kopytka”. Oglądaliśmy kościół po kościele, pałac po pałacu...

Żadnych marzeń o muzeum?
Muzea były obsadzone wiekowymi osobami. Panował zatęchły styl muzealnej elegancji. Korytarzem Muzeum Narodowego w Warszawie szła pani Maria Markiewicz, kustoszka działu tkanin, i niosła na wyciągniętej łyżce jajko, które ktoś jej ugotował na miękko. Może za głupia byłam, bo jednak muzeum jest świetnym warsztatem pracy. Ale wydawało mi się, że to nie na mój temperament. Po powrocie ze stypendium Harvarda zapytałam o pracę w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. „Proszę pani, to duża instytucja, może jest etat, ale zastanawiam się, czy chcę to zrobić dla pani”. Nie, to nie, podziękowałam temu dyrektorowi. I wtedy dostałam od profesora Lorentza propozycję pracy. Wie pan, jak to jest wrócić z Georgetown i zatrudnić się w Muzeum Narodowym, pięć osób w jednym pokoju i nikt nie chce słuchać, co też w tej Ameryce?

Została pani 16 lat, między innymi tworząc Galerię Malarstwa Polskiego.
Jednak było dużo ciekawej pracy – jako kurator zrobiłam kilka ważnych wystaw malarstwa polskiego za granicą, w Kilonii, Stuttgarcie, Lucernie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, no i bardzo ważną wystawę symbolizmu w Detroit. I jeśli chodzi o jakość, to ta wystawa na pewno było najlepsza.

Dyrekcję Zachęty objęła pani po głośnym odejściu Andy Rottenberg.
To był straszny moment. Zachęta była obciążona wielkimi długami. W dodatku nadal rozmaite osoby próbowały zaistnieć, nagłaśniając rzekome skandale w Zachęcie. Nie do końca spełniałam nadzieję tych, którzy oczekiwali, że ugrzecznię Zachętę. Z drugiej zaś strony podszczypywali mnie zwolennicy ostrzejszej linii Andy.

Nie bała się pani porównania do poprzedniczki, charyzmatycznej liderki?
Nie mam żadnych pretensji do charyzmy. Pewnie jeden szef musi być taki, drugi – inny. Starałam się wykorzystać wszystkie talenty i umiejętności współpracowniczek i chyba przez te dziewięć lat nic nie napsułam, a może i coś naprawiłam. To świetne kuratorki, powiększyłam zespół o parę osób. Zachęta w mojej karierze to był pałac cukiereczek. Miałam do czynienia z bardzo chętnymi, młodymi, pełnymi zapału kobietami i fascynującymi współczesnymi artystami z całego świata.

Dlaczego zdecydowała się pani odejść?
Chciałam już przejść na emeryturę. Zajmowanie się sztuką współczesną to sprawa pokoleniowa. Jeżeli nie można artystom towarzyszyć tak jak rówieśnikom, trzeba się wynosić. Każdy krytyk zajmujący się sztuką współczesną na ogół daje radę z jednym pokoleniem, swoim. Zobaczyłam, że Hania Wróblewska, moja prawa ręka, jest doskonale przygotowana, aby kierować Zachętą. Poszłam do ministra, żeby mu to powiedzieć. Zaproponował mi dyrekcję Muzeum Narodowego. Odchodziłam z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przekonaniem, że dopiero teraz przede mną przygoda życia.

Tymczasem profesor Lorentz przekonywał, że kobieta nigdy nie była i nie będzie dyrektorem Muzeum Narodowego.
To by się zdziwił. Mam do niego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony był zaprzyjaźniony z moimi rodzicami, z drugiej – miał bardzo nieprzyjemną cechę: uważał, że mu wolno więcej niż innym i że cel uświęca środki. Zupełnie inaczej niż [Jan] Białostocki, mój ukochany profesor. Gradacja gradacją, ale był kolegą. Ukochany człowiek, autorytet, dla mnie taki zastępca ojca. Wie pan, ja się w tym muzeum czułam absolutnie na swoim miejscu. W Zachęcie to było stąpanie po kruchym lodzie, tu nie musiałam wychodzić na korytarz, a wiedziałam, co się dzieje. Zadziwiające, jak długo trwają schematy.

Za pani dyrekcji zdarzało mi się stać w gigantycznych kolejkach, choćby na wystawę Gierymskiego.
Otwierałam muzeum wystawą „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” pod kierunkiem profesora Krzysztofa Pomiana, poświęconą mechanizmom władzy, hierarchiom społeczeństw od starożytności po współczesność, ikonografii władzy. Entuzjazm widzów wzbudzały wystawy monograficzne, a więc także Olga Boznańska, Józef Brandt. Ważna była wystawa Piotra Rypsona „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” konfrontująca przedstawienia wydarzeń historycznych i politycznych z przemianami polskiej sztuki na progu niepodległości. Wystawa otwarta już po mojej rezygnacji, niewygrana do końca, bo Piotr Rypson został zwolniony przez nowego dyrektora.

I kiedy maszyneria ruszyła pełną parą, pani złożyła rezygnację.
Bo został zakręcony kurek i przestaliśmy dostawać pieniądze z grantów ministerialnych, z których robiliśmy wystawy. Zabrakło 4 milionów. No więc co miałam robić? Miałam nadzieję, że trochę nastraszę pana ministra. Przeliczyłam się.

Żałuje pani?
Nie, miałam kontrakt do końca 2018 roku, odeszłam pół roku wcześniej, za to z przytupem. Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem.

Dlatego wcześniej, w 1991 roku, objęła pani stanowisko wiceministra kultury?
Marek Rostworowski, ówczesny minister [krytyk i historyk sztuki], był ze mną zaprzyjaźniony, a ja chciałam mu pomóc. Ale przede wszystkim mieliśmy do wykonania ważne zadanie, pracowaliśmy w uniesieniu. Wierzyliśmy, że po latach komunizmu nastąpi w Polsce wielka zmiana. Gdyby żył Rostworowski, może zrobiłby dzisiaj kolejny „Polaków portret własny” [tytuł wystawy z 1979 roku].

Czego byśmy się dowiedzieli?
Że jesteśmy inni, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy.

Czy teraz sztuka może przemówić do społeczeństwa?
Jest donośna w grafice czarnego protestu. Wspaniała jest ta błyskawica. Mówi się, że inter arma silent Musae – w czasie wojny milczą muzy – ale nie wiem, czy to prawda.

Agnieszka Morawińska, dyrektorka Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki (2001–2010) i Muzeum Narodowego w Warszawie (2010–2018). Była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki (1991–1992) i ambasadorką Rzeczypospolitej Polskiej w Australii (1993–1997). Autorka wielu wystaw, między innymi: „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w czasach Fryderyka Chopina”, „Przedwiośnie. Polska 1880–1920”, „Inwazja dźwięku”.

  1. Kultura

Ørganek wydaje płytę w hołdzie Powstańcom Warszawskim

„Ocali nas miłość” to tytuł płyty i koncertu zespołu Ørganek, upamiętniających 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. (Fot. materiały prasowe)
„Ocali nas miłość” to tytuł płyty i koncertu zespołu Ørganek, upamiętniających 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. (Fot. materiały prasowe)
Tomasz Organek, na zaproszenie Muzeum Powstania Warszawskiego, wziął udział w projekcie muzycznym upamiętniającym 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. Efektem będzie specjalnie przygotowana płyta inspirowana powstańczymi fotografiami oraz rocznicowy koncert w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.

„Ocali nas miłość” – taki tytuł będą miały płyta i koncert – to zbiór piosenek skomponowanych przez zespół Ørganek. Wszystkie piosenki z płyty powstały wskutek inspiracji zdjęciami jednego z najsłynniejszych powstańczych fotoreporterów: Eugeniusza Lokajskiego ps. Brok. Każda z ośmiu piosenek na płycie to historia innej fotografii.

Historia Lokajskiego wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Sportowiec, bojownik o wolność, dokumentalista, ale nade wszystko artysta. Esteta. Z jego zdjęć, paradoksalnie dla czasu powstańczej pożogi, bije życie. Roześmiane młode kobiety, pary łączące się w małżeństwie aż Bóg ich nie rozłączy, mężczyźni silni w swej wierze w zwycięstwo. Jest w tym wszystkim jakaś porywająca poezja. Teksty bezpośrednio inspirowane jego zdjęciami dosłownie pisały się same – mówi Tomasz Organek.

Kolekcja prawie tysiąca zdjęć Lokajskiego w ujmujący sposób dokumentuje zarówno prywatne życie bohaterów sierpnia 1944 roku, jak ich ofiarną walkę na ulicach Warszawy.

Na płycie „Ocali nas miłość” pojawią się również znakomici goście: Magda Umer, Ralph Kaminski i Klaudia Szafrańska.

Koncert Tomasza Organka i gości odbędzie się 24 lipca o godz. 21.00 w Parku Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego. Tego samego dnia odbędzie się premiera płyty „Ocali nas miłość”. Sprzedaż biletów rozpocznie się 7 lipca na stronie bilety.1944.pl.