1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Viggo Mortensen - Sami swoi

Viggo Mortensen - Sami swoi

Viggo Mortensen:
Viggo Mortensen: "Każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Viggo Mortensen nosił się z tym zamiarem  od dawna. Teraz wreszcie debiutuje jako reżyser. Przy okazji mocno się odsłania, wracając w swoim filmie „jeszcze jest czas” do wspomnień z dzieciństwa, ale też opowiadając o relacji dorosłego syna z ojcem i o godzeniu się z przeszłością.

Długo kazał pan czekać na swój reżyserski debiut. Sam w siebie zaczynałem już wątpić. Ale też nie chciałem niczego przyspieszać, pewne historie musiały we mnie dojrzeć.

„Jeszcze jest czas” to autobiografia? Nie, ale dotyczy mnie i mojej rodziny w znacznym stopniu. Moi rodzice rozstali się, kiedy miałem 10 lat. To był dziwny czas. Wchodziłem w wiek nastoletni, co niosło ze sobą wiele zmian, a tu jeszcze doszła transformacja rodziny. W filmie sporo jest moich własnych obserwacji. Starałem się oddać pewne trudne do uchwycenia napięcia, które towarzyszą kobiecie i mężczyźnie w tym szczególnym momencie. Posiadanie dzieci to zawsze jest próba dla związku. Założenie rodziny to test na odpowiedzialność. Nie każdy go zdaje. Ciężar odpowiedzialności doskwiera nam najmocniej właśnie w momencie rozstania. Jak nie skrzywdzić bliskich? Czy można utrzymać jakąś formę relacji? Szacunku? Mam strzępki wspomnień, zapachy łączą się z kolorami, echa rozmów uruchamiają się w mojej głowie nagle i bez kontekstu. Od dawna chciałem coś z tym zrobić, uporządkować swoje emocje i to, co jeszcze pamiętam. Zrealizowałem rodzinny dramat, mam nadzieję uniwersalny i wiarygodny. W szerszym wymiarze rzecz dotyczy rozpadu pewnych wartości czy wręcz świata, który składa się na portret dzieciństwa każdego z nas. Na pewnym etapie życia zdajesz sobie sprawę z tego, że pochodzisz z wymiaru, który już nie istnieje. Nie ma tej rzeczywistości, znajomej, bezpiecznej, bo wszystko ulega dekonstrukcji: ludzie, miejsca, emocje. I o tym jest ten film. Na pewno nie zrobiłem go po to, żeby rozliczyć się z bliskimi.

Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie 'Jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie "Jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

To raczej opowieść o wybaczaniu. Istotnie. Grany przeze mnie bohater John Peterson chce się zaopiekować swoim ojcem [w tej roli 80-letni Lance Henriksen, znany choćby z kultowej serii „Obcy” – przyp. red.]. Willis staje się niedołężny, ma problemy z pamięcią, więc John zabiera go do siebie. Problem w tym, że nestor rodziny jest konserwatystą, a trafia do domu, w którym para gejów wychowuje adoptowaną córkę.

Różnice światopoglądowe to jedno. Tymczasem twój bohater musi mieć anielską cierpliwość do człowieka, który w przeszłości bywał nieobliczalny, agresywny, okrutny. Filmowy Willis nie dość, że nie był dobrym ojcem, on najprawdopodobniej nie był dobrym człowiekiem. I co? Nic. John musi się z tym zmierzyć. Musi podjąć decyzję, czy chce pomagać człowiekowi o odmiennych od jego moralności i poglądach, który przy okazji skrzywdził jego matkę oraz siostrę i który, tak się składa, jest jego ojcem. Czy to czyni go współodpowiedzialnym za los niedołężnego, przerażonego i wściekłego człowieka?

Widz cały czas zastanawia się, jak można pogodzić się z tak złymi doświadczeniami, jak można coś takiego wybaczyć. Czy to w ogóle możliwe? Nie zawsze się to udaje. Ale też gorycz czy rozpamiętywanie ran nie przynoszą ukojenia. Świadomość i zgoda na to, że nie jesteśmy w stanie nikogo zmienić, może przynieść ukojenie. Nie sama naprawa, ale właśnie zgoda na brak porozumienia bywa uwalniająca. Trzeba pozwolić ludziom odchodzić na ich własnych warunkach. Filmowy Willis wie, że popełniał w przeszłości błędy, ale nie zamierza za nie przepraszać. Jest wściekły, bo starość... No, starość nie jest dla mięczaków.

Ten starszy człowiek, jakkolwiek złośliwy i wściekły, wydaje się już kimś innym niż wszechmocny ojciec z dziecięcych wspomnień. Kimś nieszkodliwym, wymagającym opieki. Znam wiele osób, które muszą się opiekować swoimi rodzicami. Niektórzy mają poczucie krzywdy, inni robią to z empatią i oddaniem. Ale równie często widzę fatalny stosunek młodych do starszych: traktują ich protekcjonalnie, lekceważą ich autonomię czy resztki wolności osobistej. Próbują zmieniać na siłę rodziców albo oczekują wdzięczności za okazaną pomoc. Ludzie pozostają ludźmi, do końca. To Oscar Wilde powiedział: „Nie jest problemem to, że się starzejemy. Problemem jest fakt, że pozostajemy młodzi”. Myślę, że dotknął istoty rzeczy. Pamiętajmy, że rodzice to ludzie, którzy mieli życie przed tym, zanim pojawiły się na świecie ich dzieci. I że gdy odchodzą wszyscy, z którymi łączy cię doświadczenie pokoleniowe, wspólne przeżycia i jakiś kulturowy budulec – twoje życie staje się naprawdę nieznośne.

Niejeden rodzic powinien obejrzeć „Jeszcze jest czas” jako film instruktażowy, czego unikać, wychowując dzieci. Mimo to uważam, że złożył pan hołd swojej przeszłości. Z czułością potraktował pan temat relacji między ojcem a dorosłym synem. Przede wszystkim warto pamiętać, że dzieci pojawiają się w naszym życiu na chwilę. Nie mamy tej świadomości, gdy je wychowujemy na bardzo wczesnym etapie ich życia. Zresztą ludzie często dają się złapać w taką pułapkę myślenia, że pewne rzeczy są im dane raz na zawsze. Nic takiego, każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć.

Pan tak robi? Chciałbym! Mądrzę się tu, ale w młodości przez wiele lat po prostu dryfowałem bez celu. Wiele zawdzięczam przypadkowi. Jako młody, bezczelny i naiwny gówniarz pozwalałem, żeby rzeczy po prostu się działy. Miałem szczęście. Dużo szczęścia.

Viggo Mortensen na planie filmu 'jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen na planie filmu "jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

Przypomniał mi się rok 2008. Jedliśmy z kolegą zapiekanki na dworcu Łódź Fabryczna. Głęboka noc, jedyna czynna buda z naprawdę podłym żarciem. Festiwal Camerimage trwał w najlepsze, musieliśmy się posilić i ruszaliśmy dalej w miasto. I nagle kumpel łapie mnie za ramię i szepcze: „Patrz, Aragorn!”. [śmiech] Do Polski przyleciałem o dość późnej porze, wylądowałem chyba w Warszawie, dojechaliśmy do Łodzi około drugiej w nocy. Byliśmy jeszcze w trasie, kiedy ktoś do nas zadzwonił i uprzedził, że hotelowa restauracja jest już zamknięta. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie gdzieś, gdzie jeszcze o tej porze będę mógł coś zjeść. Rzucił tylko, że nie będzie to nic wykwintnego. Pokiwałem głową i parę minut później jadłem te bułki na dworcu. Ktoś mi coś zamówił, ktoś za mnie zapłacił...

Chciałam zapewnić, że zapiekanki z pieczarkami nie są kwintesencją polskiej tradycji kulinarnej, mamy też inne specjały. A ja tamto zdarzenie wspominam bardzo dobrze. Dużo lepiej niż proszoną, formalną kolację w bardzo eleganckiej, ale nadętej restauracji, w której wszystko smakowało tak jak wszędzie indziej, w rozsianych po świecie identycznych miejscach tego typu. Właśnie w takich sytuacjach poznaje się kraj i jego mieszkańców. Żarcie rzeczywiście nie było wykwintne, ale nie w tym rzecz. Ujęła mnie prostota, serdeczność. To, że nikt nie dał mi zapłacić wtedy za siebie. Potraktowano mnie jak swojego.

To nie była pana pierwsza wizyta w Polsce. W 1994 roku zagrał pan w „Ewangelii według Harry’ego” Lecha Majewskiego. To nie była pierwsza wizyta, ale pierwsze w życiu zapiekanki [śmiech]. Rzeczywiście odwiedzałem już wcześniej Polskę, zawodowo i prywatnie. Grając u Lecha, mieszkałem w wyjątkowym miejscu, na wydmach na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Zresztą plany Lecha Majewskiego zawsze są specyficzne, mają swój rytm, porządek. Lech jest artystą, więc wszystko, co robi, naznaczone jest jego specyficznym, autorskim odbiorem świata. Pamiętam, że czułem się wolny, mieszkając wtedy na tych wydmach.

A to prawda, że zabrał pan syna w podróż po Polsce? Że wsiedliście w pociąg i jechaliście gdzie oczy poniosą? Mamy, czy może raczej mieliśmy, nasze męskie wyprawy. Zdarza mi się łączyć prywatne wycieczki z przygotowaniami do pracy. Na przykład przed wejściem na plan filmu „Niebezpieczna metoda” pojechałem na kilka tygodni do Wiednia. Chciałem zobaczyć i poznać ukochane przez mojego bohatera, Zygmunta Freuda, miasto. Po jakimś czasie dołączył do mnie syn. Z kolei przed realizacją filmu „Wschodnie obietnice” podróż do Rosji wydała mi się kluczowa. Najpierw odwiedziłem Moskwę i Petersburg, na moment zatrzymałem się w wiosce na Syberii. Potem wróciłem do Petersburga i tam też dołączył do mnie Henry. Zawsze miałem w sobie wielki głód odkrywania tego, co nieznane. I chciałem to zaszczepić swojemu dziecku. Nie wiem, na ile mi się to udało, ale mam poczucie, że żaden system edukacyjny nie rozbudzi w takim stopniu w młodym człowieku głodu wiedzy – nic nie może się równać z podróżami i doświadczaniem świata.

Pan do 11. roku życia mieszkał z rodzicami i dwoma braćmi między innymi w Argentynie. Po rozwodzie rodziców wróciliście z matką do Ameryki. Te przeprowadzki, życiowe zmiany pana w jakiś sposób ukształtowały? Zawsze czułem, że mógłbym żyć wszędzie, o ile poczuję potrzebę stworzenia domu. Długo nie byłem na to gotowy. To też kwestia rytuałów, chęci odbywania drogi powrotnej w jedno miejsce albo w kilka, ale sprawdzonych. No, a potem masz dzieci i chcesz mieć je blisko przy sobie, bo po pierwsze, chcesz móc patrzeć, jak dorastają, w jakich ludzi się przeistaczają; po drugie, pragniesz dla nich tego, co najlepsze. I wierzysz, że możesz im to dać. A przy tym niejako zabezpieczyć ich przyszłość; nawet nie w sensie materialnym, chodzi o to, żeby wpoić im pewne zasady i wartości. To najlepszy kapitał na przyszłość. Ale przychodzi taki moment, kiedy widzisz, że drogi twoje i twojego dziecka po prostu się rozchodzą. I to dość szybko... Dziecko ma już swoje rytuały, „swoich ludzi”, z dnia na dzień przestajesz być kompanem pierwszego wyboru. Dobrze jest mieć wtedy coś w zanadrzu. Dobrze jest nie stracić siebie nigdy z oczu.

Co ma pan na myśli? Nie chodzi o jakiś awaryjny plan, ale plan w ogóle. Trzeba mieć pasję, coś, co cię będzie nakręcać do życia, do odkrywania świata, do bycia ciekawym, autentycznym rodzicem. Oczywiście także zaangażowanym w dziecko, ale też w wymianę doświadczeń i potrzeb. Coś dajesz, ale i coś otrzymujesz w zamian. Prawdę mówiąc, wiele otrzymujesz. Gdy mój syn był mały, nie wyobrażałem sobie, że wyjadę na 15 miesięcy realizować „Władcę pierścieni” w Nowej Zelandii. Nie widzieć dziecka przez ponad rok? Nie brałem pod uwagę takiej możliwości. Henry przyjeżdżał do mnie, ja latałem między kontynentami. To była przygoda, inna dla każdej ze stron, ale frajda też, przeogromna. Nie robiłem tego tylko dla syna, robiłem to także dla siebie. Każdy świadomy rodzic to przyzna. Dziś mogę wspomnieć kilka ważnych, określających naszą relację doświadczeń. Obaj wspólnie, ja pewnie na nowo, poznaliśmy znaczenie takich słów, jak: „odwaga”, „lojalność” czy „strach”. Nikt mi tego nie odbierze. I żaden film nie jest mi w stanie zaoferować takich przeżyć.

Cały czas coś pana ciągnie do Europy, wraca pan tu. Nie tyle wracam, co osiadłem tu na stałe. Mój ojciec pochodzi z Danii, gdzie mieszkałem przez jakiś czas, będąc dzieckiem. To w Europie zawsze czułem się na miejscu. Tęsknię za Ameryką, za pewnymi jej aspektami, ale niepokoi mnie kierunek obrany przez amerykańskich polityków. Nie chcę być tego częścią.

Na ile ktoś, kto kocha kino i bierze udział w różnych projektach, o dużym i małym budżecie, a przy tym jednak stroni od ludzi, znosi obecność tak wielu osób na planie? Na ogół ten gwar, cała ta produkcyjna maszyneria mnie uwierają. Nie mam w zwyczaju bratać się z każdym na planie, ale nie dlatego, że uważam się za kogoś lepszego, po prostu bycie duszą towarzystwa nie jest moją mocną stroną. Preferuję kameralne projekty, także ze względu na spokój. Wszystkiego na tych planach jest mniej, i to dobrze. W gruncie rzeczy chodzi przecież o kino, a przynajmniej mnie o nie chodzi. Są producenci, którym zależy na pieniądzach, i są w stanie, niejako przy okazji, zrealizować dobry film. Z nimi też trzeba umieć się dogadać, co nie znaczy, że musimy razem spędzać czas po godzinach.

Viggo Mortensen, rocznik 1958. Trzykrotnie nominowany do Oscara, ostatnio za rolę w filmie „Green Book”. Międzynarodowy rozgłos przyniosła mu rola Aragorna w ekranizacji „Władcy pierścieni”. Mówi biegle kilkoma językami, zarządza wydawnictwem Perceval Press. Mieszka w Madrycie, jego syn Henry ma 32 lata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Najlepsze włoskie filmy: komedie i romantyczne. Nasz ranking

Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
„Komedia po włosku” (Commedia all'italiana) to włoski gatunek filmowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. XX w. Za tym określeniem kryje się kilkanaście lat, we włoskim przemyśle filmowym, obfitujących w dobre produkcje. Włoskie komedie z tego okresu były najczęściej satyrą na trudne kwestie społeczne. Nie nabierajmy się jednak na ten „uśmiech” przepełniony groteską. Niezależnie od tego, czy porusza wątek romantyczny, miłosny, czy polityczny, włoskie kino komediowe zawsze okraszone jest pewną dawką smutku i goryczy. I na tym właśnie polega jego urok. Warto dodać, że ta komediowa tradycja została ponownie ożywiona w ostatniej dekadzie.

„Komedia po włosku” (Commedia all'italiana) to włoski gatunek filmowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. XX w. Za tym określeniem kryje się kilkanaście lat, we włoskim przemyśle filmowym, obfitujących w dobre produkcje. Włoskie komedie z tego okresu były najczęściej satyrą na trudne kwestie społeczne. Nie nabierajmy się jednak na ten „uśmiech” przepełniony groteską. Niezależnie od tego, czy porusza wątek romantyczny, miłosny, czy polityczny, włoskie kino komediowe zawsze okraszone jest pewną dawką smutku i goryczy. I na tym właśnie polega jego urok. Warto dodać, że ta komediowa tradycja została ponownie ożywiona w ostatniej dekadzie.

Włoskie komedie swój okres świetności miały w latach 60. XX w. W Polsce, poza pewnymi wyjątkami, były raczej mało znane. Do tych wyjątków zaliczyć można takie filmy jak „Rozwód po włosku” z Marcello Mastroiannim, „Wczoraj, dziś, jutro” z Sophią Loren, czy kultowy komediodramat „Amici miei” (już z lat 70.). Trzeba przyznać, że włoskie kino komediowe, mimo upływu lat, zachowało swój własny, niepowtarzalny styl. To, co wyróżnia włoskie komedie to różnorodność podejmowanych tematów. Ich twórcy nie popadają w schematy i rozśmieszają widza na wiele (inteligentnych) sposobów.

Poniżej przegląd filmów (10 tytułów) komediowych i komediowo – romantycznych z ostatnich lat, które dostępne są w wersji z polskimi napisami:

„Terapia sercowa” („Lasciati andare”)

Jeśli marzą nam się włoskie komedie w dobrym wydaniu to ten film rozśmiesza „z klasą”. Nie odrywa od rzeczywistości, ale odpręża. Sam reżyser Francesco Pio Amato zaznacza, że projekt narodził się z „chęci zrobienia genialnego filmu o zderzeniu ciała z umysłem”. Warto ten film zobaczyć choćby dla roli Tony Servillo. Znany z oscarowego „Wielkiego piękna” aktor po raz pierwszy w filmie wciela się w rolę komediową (choć talent komediowy ma we krwi, o czym świadczą jego kreacje teatralne). Servillo podkreślał, że Francesco Amato i Francesco Bruni w scenariuszu wycięli dla mnie tę rolę z pewnymi cechami pedanterii, obsesyjności, nudy, w których czuję się całkiem dobrze... (źródło: „La Repubblica”). Grany przez aktora bohater, Elia Venezia, jest psychoanalitykiem stroniącym od ludzi. Również z byłą żoną żyje na dystans (choć jest o nią zazdrosny). I pewnie kontynuowałby życie w tym „zamknięciu” i zawieszeniu, gdyby nie problemy zdrowotne, które zmuszają go do diety i uprawiania sportu. Elio zatrudnia więc młodą, zabawną i ekscentryczną trenerkę personalną o imieniu Claudia. Ta znajomość to początek wspaniałej przygody i przyjaźni, a przede wszystkim sposób na odzyskanie radości z życia (w końcu oryginalny tytuł „Lasciati andare” tłumaczy się z włoskiego jako „Rozluźnij się”).

Do obejrzenia na Chili.com lub Vod.pl

„Jak bóg da” („Se Dio vuole”)

Tommaso De Luca, cieszący się dobrą sławą chirurg i zagorzały ateista podejrzewa, że jego syn Andrea jest homoseksualistą. Pewnego dnia syn informuje go, że chciałby porozmawiać z rodziną i coś ważnego im zakomunikować. Przekonany o swoich racjach (odnośnie orientacji syna) Tommaso zwołuje rodzinę i uprzedza ich, aby zachowali się podczas tego wyznania „właściwie”. Kiedy Andrea staje przed nimi wszyscy są już gotowi na jego „coming out”. Jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu bliskich, oznajmia on, że poczuł powołanie i zamierza zostać… księdzem. I tu zaczyna się prawdziwa akcja. Zdesperowany ojciec postanawia wytropić charyzmatycznego księdza, który zaszczepił w jego synu ten „absurdalny” pomysł. Zatrudnia się więc w małym kościele jako osoba, która pragnie wspomóc jego remont. Nawiązuje w ten sposób kontakt z młodym księdzem (don Pietro). Ba, nawet się z nim zaprzyjaźnia... Film nie tylko pełen jest śmiesznych scen i ciepłych rozmów. W pewnym momencie pojawiają się dość niespodziewane wypadki, które zmuszają głównego bohatera do refleksji. Zabawną i sentymentalną włoską komedię szczególnie można polecić na święta, tym bardziej, że dotyczy kwestii wiary i podejścia do niej. Warto zaznaczyć, że Marco Giallini (Tommaso) to jeden z czołowych aktorów komediowych współczesnego kina włoskiego.

Do obejrzenia na Chili.com

„Ciao Italia!”

Włoskie komedie kojarzą się niektórym z oscarowym „Życie jest piękne” – do tego właśnie klimatu nawiązuje „Ciao Italia”. Czas wojny mamy tu jednak w innym ujęciu – amerykańsko-sycylijskim. Jest rok 1943. Włoski imigrant z Nowego Jorku (Arturo) zakochuje się w swojej rodaczce. Niestety, dziewczyna powiązana jest z sycylijską mafią. Wuj Flory obiecał jej rękę synowi szefa mafii. Zakochany Arturo gotów jest jednak pokonać przeszkody, które stoją na drodze ich wielkiej miłości. Chcąc skłonić rodzinę Flory do zmiany decyzji, wstępuje do amerykańskiej armii i razem z wojskiem udaje się na Sycylię, gdzie mieszka jej rodzina. Całą wojenną historię i sprawy mafijne obserwujemy przez bajkowy filtr. Humor rodzi się tutaj m.in. z obserwacji zderzenia kultur, jednej bardziej tradycyjnej, drugiej bardziej progresywnej. Ciepła, zabawna i wzruszająca komedia polecana jest dla całej rodziny.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Nadmiar łaski” („Troppa Grazia”)

Lucia jest inspektorką nadzoru. Jej delikatność nie współgra jednak z rzeczywistością wokół niej, a także z osobami, z którymi na co dzień ma do czynienia. W dodatku małżeństwo Lucii również przechodzi kryzys i mąż opuszcza dom. Można się domyślać, że bohaterka nie podjęłaby żadnych radykalnych działań i zmian, gdyby nie to, że niespodziewanie zaczyna jej się ukazywać Matka Boska (co ciekawe, łączy ona ten fakt z metafizycznymi zdarzeniami z okresu wczesnego dzieciństwa). Ta szczególna łaska zaczyna wywracać jej świat, a przy okazji otoczenie, w którym żyje, do góry nogami. Ukazująca się Lucii Matka Boska, mimo spokoju i łagodności, „wie czego chce”. Kim jest widziana przez Lucię postać? Warto się przekonać. Tym bardziej, że film został w Cannes wyróżniony nagrodą Europa Cinemas Label dla najlepszego filmu europejskiego.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie („Perfetti sconosciuti”)

Włoskie komedie z Kasią Smutniak to żadna nowość. Ta jednak była jedną z pierwszych, więc było o niej głośno także w Polsce. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział to warto, choćby ze względu na grę aktorów.

Co by się stało, gdybyśmy podczas kolacji z najlepszymi przyjaciółmi wymienili się telefonami i podsłuchali, jakie każdy z nas ma sekrety? No właśnie, może lepiej tego nie wiedzieć… Znana komedia z Kasią Smutniak (w roli głównej) porusza temat prawdziwej przyjaźni, prawdy, słabości, tolerancji i prywatności. Trzeba tu zaznaczyć, że aktorka polskiego pochodzenia wcale nie wciela się w tym filmie w pozytywną rolę. Grana przez nią bohaterka (Eva) zaprasza, wraz z mężem, przyjaciół na kolację. Założenie jest takie, że będą celebrować spotkanie i cieszyć się wspólnym wieczorem. Początkowo wszystko przebiega w miłej atmosferze. Eva wymyśla jednak towarzyską zabawę, której konsekwencji, jak się okazuje, sama nie jest w stanie udźwignąć. Niewątpliwie każdy z bohaterów zmuszony będzie skonfrontować się z trudną prawdą o sobie, swoich przyjaciołach i relacjach. Postacią, która jest w tym filmie ostoją spokoju i zdrowego rozsądku i która nie ma tak naprawdę nic do ukrycia, jest mąż Evy (grany przez Marco Giallini).

Do obejrzenia na Vod.pl

„Żona czy mąż?” („Moglie e marito”)

Typowy motyw jak z kultowej, amerykańskiej komedii „Vice Versa”, jednak w innym, małżeńskim wydaniu. Andrea, zdolny neurochirurg, pochłonięty jest niemal bez reszty nauką. Razem z żoną Sofią (graną przez Kasię Smutniak) prowadzą raczej osobne życie. Sofia, też zaabsorbowana swoimi ambicjami, pracuje jako prezenterka w telewizji. Ich życie małżeńskie toczy się więc swoim torem... do momentu aż kochający eksperymenty Andrea postanawia wypróbować, z udziałem żony, jeden ze swoich pomysłów. Niestety, eksperyment okazuje się niezbyt udany i Andrea wraz z żoną zamieniają się ciałami. Teraz pozostaje im odnaleźć się w nowej, nieznanej rzeczywistości. Andrea (grany już przez Kasię Smutniak) odkrywa więc wszystkie aspekty bycia kobietą: trudności, wyzwania (w tym modowo – ubraniowe), a także życie seksualne z innej perspektywy (te głębsze doznania nawet by go przekonały do zmiany roli na stałe). Małżeństwo, w którym każde z partnerów skupione było na własnej pracy i karierze, dostaje przymusową lekcję empatii. Przy okazji odkrywają też różne swoje sekrety...

Do obejrzenia na Vod.pl

„Viva l’Italia”

Satyra na współczesne Włochy (i nie tylko): na zakłamanych polityków, umiłowanie do tandetnej rozrywki, załatwianie wszystkiego „po znajomości”. Nadto wielowątkowa, ale dynamiczna. Przede wszystkim gorzka, tak samo jak gorzka może być prawda. To właściwie prawdę można uznać za głównego „bohatera” tego filmu. A prawdę głosi… polityk. Pewien znany poseł Michele Spagnolo, będący już w starszym wieku, podczas wizyty u prostytutki dostaje ataku, po którym pozostają mu pewne zmiany w mózgu… zespół Tourette’a to mały problem w porównaniu z jego przypadłością. On, niegdyś „szczwany lis”, zaczyna mówić prawdę, każdemu, bez wyjątku, w każdych okolicznościach. Nie ma najdrobniejszych zahamowań. Ani względem dzieci, ani względem żony (która go zostawia), ani polityków (tutaj też relacje ulegają „rozluźnieniu”). Z prawdą muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie filmu, a przede wszystkim dorosłe dzieci posła: córka, która jest niskiej klasy aktorką/ celebrytką, syn nieudacznik (typ „poczciwego durnia”) i syn zbuntowany, będący młodym lekarzem ze wzniosłymi ideałami, ale patrzący na bliskich z góry. Mamy tu pełen przekrój włoskich archetypów. Rodzeństwo, które raczej nie utrzymywało ze sobą kontaktów, zmuszone jest zjednoczyć się wokół ojca, rzekomo wymagającego opieki. Wydawałoby się, że cała trójka jest dzięki tatusiowi „ustawiona”, ale nazwisko bardziej im ciąży niż pomaga. Puenta „niepoprawnego politycznie” filmu, trzeba przyznać, jest dość optymistyczna: tylko prawda, nawet bardzo bolesna, może doprowadzić do prawdziwej zmiany na lepsze. Pytanie tylko, ile osób może taką bezwzględną prawdę przyjąć.

Do obejrzenia na Netflix

„Trzymaj się ode mnie z daleka” („Stai lontana da me”)

Humor sytuacyjny w dobrym wydaniu. Z pewnością tym lekkim filmem można ekspresowo poprawić sobie nastój. Trwająca zaledwie ponad godzinę komedia rozśmiesza do łez. Jacopo, który zajmuje się terapią par i słynie z tego, że potrafi uratować każdy związek, sam wybiera życie singla. Powód jest dość nietypowy. Otóż wszystkim kobietom, z którymi się spotyka, przynosi pecha. Każda ulega poważnym wypadkom, w efekcie których trafia do szpitala. Jedynym pocieszeniem dla Jacopo jest jego najlepszy przyjaciel – lekarz, który opiekuje się poszkodowanymi „pacjentkami” i stara się zorganizować koledze wolny czas. Ten solowy żywot udaje się Jacopo utrzymać aż do momentu, gdy poznaje Sarę, w której zakochuje się z wzajemnością. Czy ich miłość będzie miała większą moc niż ciążąca nad nim „klątwa”? Ile wypadków Sara może jeszcze przeżyć i mimo wszystko nie poddać się w tym związku? W tej włoskiej komedii romantycznej każda postać, bez wyjątku, budzi ogromną sympatię. Idealny film na poprawę humoru.

Do obejrzenia na Netflix

„Niewierni” („Gli infedeli”)

„Zdradziecki” koktajl. Przegląd różnych form niewierności: od „zwykłych” małżeńskich zdrad i kłamstewek, przez upodobania do fetyszy w seks klubach, po robienie z żony zupełnej „wariatki” (i to z dużym powodzeniem). Oglądając ten film można odnieść wrażenie, że wierność w związku po prostu nie istnieje, a przynajmniej nie istnieje we Włoszech. W tej komedii nie ma jednej fabuły. Mamy kilka historii, które skupiają się na różnych rodzajach „słabości”, a każda słabość wiąże się z jakimś konkretnym typem mężczyzny. Pomimo śmieszności żaden z tych męskich typów nie budzi sympatii, wręcz przeciwnie, budzą litość i niechęć. Na szczególne „uznanie” zasługuje jednak typ perfidny, który doprowadza żonę niemal do szaleństwa. Jedna z historii, co ciekawe, toczy się z kolei wokół pragnienia zdrady, do której nie dochodzi. Jej bohater za wszelką cenę usiłuje zdradzić żonę na wyjeździe służbowym, ale efekty jego starań są dość marne… Trudno tę komedię przypisać do kategorii „Najlepsze włoskie filmy”, ale można ją potraktować jako przypowieść o „zepsutych” związkach.

https://www.youtube.com/watch?v=6rh5wDjH7gE

Do obejrzenia na Netflix

„Przepraszam, że żyję” („Scusate se esisto!”)

Włoskie komedie odznaczają się zwykle dużym dystansem do narodowych wad, a Włosi potrafią się z siebie śmiać. Tak jest i tym razem. Mamy w tej komedii zbiór włoskich przywar i hipokryzji. Mamy też smutny obraz młodych, zdolnych ludzi, którzy chociaż kochają swój kraj, karierę zmuszeni są robić za granicą. Do takich osób zalicza się Serena, utalentowana architekta, która odnosi międzynarodowe sukcesy. Z tęsknoty za ojczyzną podejmuje decyzję o powrocie do Włoch. Tutaj jej zawodowa rzeczywistość nie jest usłana różami. Nie dość, że zmuszona jest na początku zadowalać się pracą kelnerki to jeszcze przeżywa nietypowe perypetie miłosne. Francesco, którego poznaje, przystojny i czarujący szef restauracji, okazuje się mieć odmienne upodobania seksualne… Stają się jednak dla siebie prawdziwym wsparciem. Tym bardziej, że Sara nie poddaje się w swoich zmaganiach związanych z pracą architekta.

No obejrzenia na Netflix

  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

Al Pacino (Fot. BE&W)
Al Pacino (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku. A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu? Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje. Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy. Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co? Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski? „Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie? Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia! Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne? Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń? Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem? Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów. Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację? Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem. Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
„Zabij to i wyjedź z tego miasta” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

"Oto my" - pokaz specjalny z okazji Światowego Dnia Świadomości Autyzmu

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oto my". (Fot. materiały prasowe Best Film)
"Oto my" to wzruszająca historia jednoczesnego dorastania ojca i jego autystycznego syna oraz podróży, która odmieni ich życie. Już dziś zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Światowego Dnia Autyzmu.

Aharon z oddaniem wychowuje swojego syna, Uriego. Żyją we dwóch, zanurzeni we własnej codziennej rutynie, tak bardzo różniącej się od świata, jaki znamy. Gdy Uri staje się formalnie dorosły, ma zamieszkać w specjalistycznym domu opieki. Czy jest na to gotowy? Aharon uważa, że nie, ale może w rzeczywistości sam nie dorósł do rozstania… W drodze do placówki ojciec podejmuje decyzję o wspólnej ucieczce.

Chwytający za serce, pogodny, czuły i zaskakujący. Taki właśnie jest film "Oto my" wielokrotnie nagradzanego izraelskiego reżysera Nira Bergmana, który znalazł się w oficjalnej selekcji MFF Cannes 2020. Znakomite kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć. Szczególne brawa należą się odtwórcy roli autystycznego syna Noamowi Imberowi, który porywa niczym Dustin Hoffman w „Rain Manie”.

https://youtu.be/ZvRabEXRH-s

Razem z Best Film zapraszamy na specjalny przedpremierowy pokaz filmu z okazji Międzynarodowego Dnia Autyzmu. Pokaz filmu odbędzie się 2 kwietnia o godz. 20:00 na platformie mojeekino.pl. Sprzedaż biletów rozpocznie się 2 kwietnia o godz. 18:00. Film będzie dostępny na platformie przez 24 godziny jednak nie dłużej niż do 3 kwietnia godz. 20:00. Po tej godzinie nie będzie możliwości obejrzenia filmu, nawet po zakupie biletów. Rekomendujemy aby rozpocząć oglądanie najpóźniej 3 kwietnia o godz. 18:00. Po zakupie biletów seans jest aktywny przez 4 godziny.

  1. Kultura

Debiut reżyserski Viggo Mortensena "Jeszcze jest czas" już na VOD

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Viggo Mortensen w swoim poruszającym i pełnym czułości debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem z pewnością skradnie wasze serca. Film "Jeszcze jest czas" od dziś dostępny jest na platformach VOD. 

"Jeszcze jest czas" to subtelna historia o relacjach rodzinnych zawieszonych pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. John wiedzie szczęśliwe życie w Los Angeles, gdzie mieszka razem ze swoją rodziną. Kalifornia to przyjazny i otwarty dla wszystkich świat, zupełnie inny niż dom rodzinny Johna, w którym wciąż mieszka jego ojciec – farmer Willis przywiązany do ziemi i konserwatywnych wartości.

Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe) Viggo Mortensen w aktorskim duecie ze znakomitym Lance’em Henriksenem. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy Willis zaczyna podupadać na zdrowiu, przenosi się do Los Angeles, by zamieszkać z Johnem i jego rodziną. Czy ojciec i syn, których od lat dzieli wszystko, będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice? W rolach głównych występują: jeden z najwszechstronniejszych aktorów swojego pokolenia Viggo Mortensen ("Władca Pierścieni", "Green Book"), Lance Henriksen ("Obcy - decydujące starcie", "Truposz") oraz Laura Linney ("Truman Show", "To właśnie miłość").

W filmie 'Jeszcze jest czas' Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe) W filmie "Jeszcze jest czas" Viggo Mortensen nie tylko gra główną rolę, ale jest też reżyserem oraz autorem muzyki. (Fot. materiały prasowe)

Zanim jeszcze świat zachwycił się jego interpretacją Aragorna w trylogii "Władca Pierścieni" Petera Jacksona, Viggo Mortensen błyszczał m.in. w dreszczowcu "Karmazynowy przypływ", hitchcockowskim kryminale "Morderstwo doskonałe", surrealistycznej satyrze "Ewangelia wg Harry'ego" czy dramatach akcji "Tunel" Roba Cohena i "G.I. Jane" Ridleya Scotta.

Mimo ogromnego sukcesu kasowego "Władcy Pierścieni", aktor nie związał się jednak nigdy z kinem komercyjnym. Poszukiwał w zamian ciekawych i niezależnych reżyserskich głosów. Zagrał m.in. u Davida Cronenberga w "Historii przemocy", "Wschodnich obietnicach" i "Niebezpiecznej metodzie", czy nagrodzonym Oscarem "Green Book" Petera Farrelly'ego. "Jeszcze jest czas" jest natomiast jego debiutem reżyserskim.

"Jeszcze jest czas" na VOD już od 31 marca.

https://www.youtube.com/watch?v=0sfMheC4FF4