1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Legendarny Top Wszech Czasów przenosi się do innej stacji

Legendarny Top Wszech Czasów przenosi się do innej stacji

Marek Niedźwiecki (Fot. Michal Tulinski/Forum)
Marek Niedźwiecki (Fot. Michal Tulinski/Forum)
Fani legendarnej audycji Marka Niedźwieckiego po raz kolejny spędzą Nowy Rok ze swoimi ulubionymi piosenkami. Top Wszech Czasów zagości na nowej antenie, jednak ze starymi prowadzącymi. 

Top Wszech Czasów to audycja będąca zestawieniem najlepszych piosenek z lat 70., 80 i 90. XX wieku, nadawana w Programie III Polskiego Radia na przełomie grudnia i stycznia od 1994 roku (wcześniej jednorazowo w 1983 roku). Jej autorem jest Marek Niedźwiecki, do którego na przestrzeni lat dołączyli również Piotr Metz, Piotr Baron i Piotr Stelmach, a o kolejności utworów decydowali słuchacze, głosując na piosenki z puli przygotowanej wcześniej przez prowadzących. Na 27 notowań najwięcej, bo aż jedenaście razy zwyciężył utwór „Brothers in Arms” Dire Straits. Całkiem dobrze radził sobie też hit „Stairway to Heaven” Led Zeppelin (osiem razy na pierwszym miejscu) oraz „Bohemian Rhapsody” Queen (pięciokrotne zwycięstwo). Przez ponad 25 lat corocznego nadawania, audycja zyskała pokaźne grono wiernych fanów, a założony przez nich profil na Facebooku śledzi prawie 130 tysięcy osób.

W Nowy Rok 2021 roku Top Wszech Czasów nie zagra w Trójce po raz pierwszy od 17 lat. Audycja nie znika, lecz przenosi się do Radia 357, jednej z dwóch stacji założonych przez byłych dziennikarzy Programu III Polskiego Radia, finansowanych z wpłat słuchaczy. Tym samym, Top Wszech Czasów dołącza do grona audycji, które migrowały z Trójki razem z jej twórcami. To konsekwencja wydarzeń z maja, gdy notowanie trójkowej Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego wygrała piosenka Kazika Staszewskiego „Twój ból jest lepszy niż mój”. Ówczesny dyrektor stacji domagał się usunięcia utworu z zestawienia, a następnie oskarżył twórców audycji o oszustwo. W ciągu kilku kolejnych dni konflikt eskalował, doprowadzając do odejścia większości dziennikarzy oraz potężnego kryzysu wizerunkowego.

Top Wszech Czasów w Radiu 357 usłyszymy tradycyjnie 1 stycznia w godzinach 9:00-21:00. Audycję poprowadzi Marek Niedźwiecki w towarzystwie Piotra Stelmacha i Marcina Łukawskiego. W tym roku wyjątkowo to oni, a nie słuchacze, wybiorą kolejność utworów w zestawieniu. Kto zajmie pierwsze miejsce? Dire Straits, Queen czy Led Zeppelin? Tego dowiemy się już w piątek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Męskie Granie Orkiestra prezentuje nowy singiel

W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy  koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
Za nami premiera tegorocznego hymnu trasy koncertowej Męskiego Grania. Singiel „I Ciebie też, bardzo” wykonują Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino.

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać, nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd” – śpiewają Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino, czyli Męskie Granie Orkiestra 2021. Daria Zawiałow występowała już w zeszłorocznym składzie, z którym również pojawi się na czterech koncertach zaplanowanych na sierpień. Dawid Podsiadło również był już członkiem orkiestr Męskiego Grania – wykonywał single „Elektryczny”, „Wataha” oraz „Początek”, który do tej pory został wyświetlony na YouTube ponad 120 milionów razy. Z kolei Vito Bambino rozpoczyna dopiero przygodę z Męskim Graniem. Jego obecność nie powinna jednak dziwić nikogo, kto śledzi polską scenę muzyczną. Zarówno jego ostatnia solowa płyta, jak i działalność w ramach zespołu Bitamina oraz liczne artystyczne kooperacje, cieszą się dużą popularnością.

„I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy Męskie Granie. Do utworu nakręcony został pierwszy na świecie teledysk w pełni zrealizowany z pokładu drona FPV oraz kamery RED Komodo.

Trasa Męskie Granie 2021

Najpopularniejsza polska trasa koncertowa – Męskie Granie – powraca po rocznej przerwie spowodowanej pandemią. W te wakacje, ze względu na ograniczenia pandemiczne, muzycy zagrają w czterech miastach, a koncerty odbędą się zarówno w piątki, jak i soboty. Już w sierpniu Męskie Granie zawita do: Krakowa (6-7 sierpnia, Muzeum Lotnictwa), Warszawy (13-14 sierpnia, Tor Służewiec), Poznania (20-21 sierpnia, Park Cytadela) oraz Żywca (27-28 sierpnia, Amfiteatr pod Grojcem). W tym ostatnim mieście, 28 sierpnia, zrealizowany zostanie streaming na żywo.

Podczas każdego z wydarzeń odbędą się cztery solowe koncerty, a zwieńczeniem wieczoru będzie występ zespołu Męskie Granie Orkiestra. W tym roku regularne koncerty zagrają aż dwie orkiestry – Męskie Granie Orkiestra 2020, która w ubiegłym roku, ze względu na pandemię, wystąpiła tylko podczas streamowanego koncertu w Żywcu oraz Męskie Granie Orkiestra 2021. To oznacza, że w piątki będzie można usłyszeć Męskie Granie Orkiestra 2020 w składzie: Daria Zawiałow, król, Igo, Kasia Piszek, Piotr Rubik, Jakub Wojtas, Thomas Fietz, Michał Kush, Monika Muc oraz Arek Kopera. W soboty przed publicznością zaprezentuje się natomiast Męskie Granie Orkiestra 2021.

Męskie Granie 2021 – line-up

  • 6 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, król, Jarecki, Bluszcz
  • 7 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, Daria Zawiałow, BAASCH, WaluśKraksaKryzys
  • 13 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2020, Artur Rojek, król, Kasia Lins, Niemoc + goście
  • 14 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2021, BRODKA, RALPH KAMINSKI, Zdechły Osa, Shyness!
  • 20 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2020, ZALEWSKI, Maria Peszek, Vito Bambino, Kaśka Sochacka
  • 21 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, król, Muchy, BAASCH
  • 27 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, WaluśKraksaKryzys, Bluszcz
  • 28 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2021, ZALEWSKI, RALPH KAMINSKI, Natalia Przybysz, Kaśka Sochacka
  1. Kultura

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.

  1. Kultura

Natalia Moskal prezentuje nowy teledysk

Natalia Moskal prezentuje teledysk do utworu
Natalia Moskal prezentuje teledysk do utworu "Guarda la luna" i ponownie zabiera nas w sentymentalną podróż. (Fot. materiały prasowe)
„Guarda la luna” to trzeci teledysk promujący najnowszą płytę Natalii Moskal „There Is A Star”. Album zawiera 14 utworów znanych m.in. z włoskiego, powojennego kina, na nowo zaaranżowanych przez Jana Stokłosę. Klimatyczny krążek prezentuje Włochy zarówno Federico Felliniego, jak i Paolo Sorrentino z odrobiną Frances Mayes.

Natalia Moskal ponownie zabiera nas w sentymentalną podróż. „Guarda la luna” to utwór zaczerpnięty z musicalu „Nine” z 2009 roku w reżyserii Roba Marshalla, śpiewany przez Sophię Loren. - W swoich projektach zawsze szukam kobiet, które potrafią być inspirujące: silne, ciekawe, często bezkompromisowe. Sophia Loren jest niewątpliwie takim przykładem: tytan pracy, fascynująca postać, o której można mówić bez końca. To jej postać zainspirowała mnie do nagrania płyty „There Is A Star” i stworzenia projektu audiowizualnego opartego na języku włoskim - deklaruje Natalia Moskal.

„Guarda la luna” to utwór zaczerpnięty z musicalu „Nine” z 2009 roku w reżyserii Roba Marshalla, śpiewany przez Sophię Loren. (Fot. materiały prasowe)„Guarda la luna” to utwór zaczerpnięty z musicalu „Nine” z 2009 roku w reżyserii Roba Marshalla, śpiewany przez Sophię Loren. (Fot. materiały prasowe)

Teledysk do utworu jest kontynuacją klipu "Tu vuo fa l'americano", gdzie zastosowano otwarte zakończenie. - Chciałam, aby historia toczyła się dalej. Zaprosiłam do współpracy Gigi'ego Salierno, włoskiego aktora, który grał mojego partnera. „Americano” stylizowaliśmy na film noir z nutką komediową, a „Guarda la luna” jest nieco poważniejszą, choć wciąż przerysowaną, historią miłości współczesnych Bonnie i Clyde'a - dodaje artystka. W klipie widzimy intymność, zdradę, a na koniec zemstę, choć zakończenie ponownie nie jest jasne. Za oba teledyski odpowiada reżyser Dawid Ziemba.

- To kwintesencja kobiecości, nastroju i tego, co we włoskim życiu najwspanialsze. Natalia dodała też coś specjalnego od siebie - odrobinę słowiańskiej melancholii i łagodności, które sprawiają, że słucha się tego albumu z taką czułością nie tylko pod słońcem Toskanii, ale również w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu – recenzuje Magda Miśka-Jackowska, dziennikarka filmowa i muzyczna, autorka podcastu „Score and the City”.

- Natalia Moskal wraz z producentem Janem Stokłosą prezentuje na nowym albumie nie tylko swoje możliwości wokalne, ale również lingwistyczne. Na płycie „There Is A Star” stworzyła klimat, który ukoi nerwy, otuli ciepłem i dobrą włoską energią – komentuje Gabi Drzewiecka, dziennikarka muzyczna, prezenterka telewizyjna i radiowa.

- Moje odkrycie ostatnich tygodni, to włoskie przeboje w wykonaniu polskiej wokalistki Natalii Moskal, która świetnie operuje głosem oraz wprowadza nas w klimat dawnej Italii. Piękny hołd dla włoskiej kultury pisze portal popkulturakobiet.pl.

Album „There Is A Star” został wydany w formie książki, w której przeczytać można o procesie powstawania płyty i o genezie jej tajemniczego tytułu. Utwory zostały zaaranżowane na orkiestrę z wykorzystaniem m.in. akordeonu, wibrafonu, czy saksofonu. Wydawnictwo promuje singiel „Mambo Italiano”, który wcześniej wykonywali m.in. Betty, Dean Martin, czy Rosemary Clooney. (Fot. materiały prasowe)Album „There Is A Star” został wydany w formie książki, w której przeczytać można o procesie powstawania płyty i o genezie jej tajemniczego tytułu. Utwory zostały zaaranżowane na orkiestrę z wykorzystaniem m.in. akordeonu, wibrafonu, czy saksofonu. Wydawnictwo promuje singiel „Mambo Italiano”, który wcześniej wykonywali m.in. Betty, Dean Martin, czy Rosemary Clooney. (Fot. materiały prasowe)

Włochy to dla Natalii Moskal drugi dom, ale też kraj pełen fascynujących artystów. Młoda polska wokalistka od wielu lat interesuje się włoską kulturą, szczególnie kinematografią i muzyką. W końcu postanowiła połączyć swoje pasje w jeden projekt - tak zrodził się pomysł nagrania płyty „There Is A Star”. Wśród zaaranżowanych przez Jana Stokłosę utworów znalazły się m.in. „Soldi soldi soldi” z filmu „Boccaccio ’70” Federico Felliniego (1960), „Tu vuo’ fa’ l’americano” z filmu „Zaczęło się w Neapolu” w reż. Melville Shavelsona (1960), czy „Mambo Italiano” z filmu „Chleb, miłość, i…”, w reż. Dino Risi (1955).

- Od dawna planowałam stworzyć album, który pokaże moją miłość do Włoch. Chciałabym, aby „There Is A Star” przypomniało słuchaczom kultowe tytuły, które przeszły do historii światowego kina i ponadczasowe piosenki. Włoskie kino, szczególnie to sprzed kilku dekad, ma w sobie pewną finezję, delikatność, jest według mnie oryginalne i wyrafinowane. W tych pandemicznych czasach dobrze przenieść się chociaż poprzez filmy czy właśnie muzykę do świata, który w tym trudnym momencie może dostarczyć trochę niezbędnej energii – mówi Natalia Moskal.

Tytuł albumu „There Is A Star” to jednocześnie tytuł jednej z piosenek, która znalazła się na płycie. Utwór pochodzi z dokumentu telewizyjnego „Sophia Loren: Her Own Story” (1980, reż. Mel Stuart). - Uznałam, że będzie to dość tajemniczy tytuł. Była sobie gwiazda, nie wiadomo kto jest tą gwiazdą i dopiero po otwarciu płyty dostajemy tę informację. Kiedy pierwszy raz się z nim zetknęłam zabrzmiał dla mnie jak początek pewnej historii, za którą nagrywając ten album postanowiłam podążyć – dodaje artystka.

Płyta utrzymana jest w większości w stylistyce oryginałów, jednak z nową, świeżą instrumentacją. Aranżacje Jana Stokłosy są wielobarwne, oparte na akustycznych instrumentach, wśród których oprócz tak oczywistych jak perkusja czy kontrabas znalazły się mniej spotykane jak np. wibrafon czy akordeon. Współczesne brzmienie zapewniają instrumenty elektroniczne, jak moog czy piano fendera. Wśród sporej plejady polskich muzyków znaleźli się m.in Marcin Wyrostek czy Buslav.

Natalia Moskal, wokalistka, tłumaczka literatury, miłośniczka Włoch i włoskiej kultury. Do tej pory ukazały się jej dwie płyty: „Songs of Myself” (2017) i „Bunt młodości” (2018). W 2019 roku wzięła udział w selekcjach do San Remo. Pierwszy włoski singiel Natalii „(Im)perfetta” ukazał się również po polsku i po angielsku. Autorka coverów „Soldi” i „Calipso”, które razem osiągnęły pół miliona wyświetleń na YouTube i zostały bardzo pozytywnie przyjęte.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Hey wraca na scenę po dłuższej przerwie

Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Zespół Hey zagra po 3,5 rocznej przerwie jedyny w tym roku koncert. (Fot. materiały prasowe)
Dobra wiadomość dla fanów Katarzyny Nosowskiej i grupy Hey. Po 3,5-letniej przerwie zespół zagra jedyny w tym roku koncert w ramach tegorocznej edycji Festiwalu Jarocin.

Jarocin Festiwal 2021 zamyka line-up. Poznaliśmy już wszystkich wykonawców, którzy pojawią się na tegorocznej imprezie. Wśród nich niespodziewanie pojawiła się grupa Hey, która w 2017 roku ogłosiła koniec działalności i pożegnała się z fanami trasą koncertową Fayrant Tour. Zespół wystąpi na festiwalowej scenie już 17 lipca i będzie to jedyny występ zespołu w tym roku.

My tu gadu, gadu, a Hey zagra po 3,5 rocznej drzemce, jedyny w tym roku koncert. Zapraszamy Was z całego serca do Jarocina! Spotkajmy się! Hey nie wie, co się działo na świecie przez ten czas – nie mówcie nam o tym, nie jesteśmy ciekawi… Chcemy, żeby przez kilkadziesiąt minut było jak dawniej – razem! - poinformował zespół w mediach społecznościowych.

Festiwal Jarocin odbędzie się w dniach 16-18 lipca 2021 roku. Oprócz zespołu Hey, na scenie pojawią się również m.in. Strachy na Lachy, Muchy, Luxtorpeda, Edyta Bartosiewicz, Sorry Boys, Krzysztof Zalewski, Daria Zawiałow i Kwiat Jabłoni. W programie zaplanowano również wyjątkowe jubileusze, w tym 40-lecie zespołu Dezerter, 20-lecie grupy Happysad, 40-lecie debiutu na Jarocin Festiwal formacji TSA oraz 30-lecie wydania albumu „Legenda” zespołu Armia.