1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Natalia Moskal – dziewczyna orkiestra

Natalia Moskal – dziewczyna orkiestra

Cel wydaje się nieosiągalny? Nie szkodzi. Brak mi doświadczenia? To je zdobędę. Barierą jest język? Przecież można się go nauczyć. Tak wygląda załatwianie spraw w stylu Natalii Moskal. (Fot. Adam Romanowski/Olga Czyżykiewicz)
Cel wydaje się nieosiągalny? Nie szkodzi. Brak mi doświadczenia? To je zdobędę. Barierą jest język? Przecież można się go nauczyć. Tak wygląda załatwianie spraw w stylu Natalii Moskal. (Fot. Adam Romanowski/Olga Czyżykiewicz)
Śpiewa, nagrywa płyty, prowadzi niezależne wydawnictwo książkowe, zdobywając prawa do wyjątkowych tytułów. Na tym nie koniec, bo Natalia Moskal pomysłów i odwagi na ich realizowanie ma tyle, że starczyłoby dla kilku osób.

Natalia Moskal, rocznik 1993, ale na żywo wygląda jeszcze młodziej. Pod tym względem sesja zdjęciowa i klipy do piosenek z jej najnowszego muzycznego albumu – na którym śpiewa covery piosenek z włoskich, powojennych filmów – mogą być mylące. W strojach i makijażach z lat 50. i 60., wystylizowana na Sophię Loren, wydaje się trochę starsza. To właśnie Loren była dla Natalii Moskal, zafascynowanej jej prawie 600-stronicową autobiografią, inspiracją do nagrania płyty. Zresztą niemal zawsze jest tak, że impulsem i motorem do działania jest dla niej jakaś kobieca postać. Z tych inspiracji, fascynacji, przyjaźni rodzą się projekty, na które nie każdy miałby odwagę się porwać.

Patrząc na pomysły, które realizuje, a także – a może przede wszystkim – na to, w jaki sposób to robi, można odnieść wrażenie, że istnieje coś takiego jak „załatwianie spraw w stylu Natalii Moskal”. Cel wydaje się nieosiągalny? Nawet jeśli, czemu chociaż nie spróbować się do niego zbliżyć? Brak mi doświadczenia? To je zdobędę. Barierą jest język? Przecież można się go nauczyć. Natalia wychodzi również z założenia, że nie ma kontaktu, którego nie dałoby się zdobyć, i to zupełnie oficjalną drogą. A ludzi, jeśli już uda się do nich dotrzeć i z nimi porozmawiać, wcale nie tak trudno do własnych pomysłów przekonać. Wreszcie – że każda podjęta próba działania otwiera jakieś drzwi, nasuwa kolejne ciekawe tropy, stawia na twojej drodze osoby, których w innych okolicznościach nie poznałoby się nigdy, rzuca cię w ciekawe miejsca. W jej przypadku taka strategia sprawdziła się z nawiązką. Bo czy Natalia mogła na przykład przewidzieć, że przez swój młodzieńczy, nie do końca racjonalny entuzjazm zaprzyjaźni się z rodziną Singerów w Paryżu i Izraelu – potomkiniami noblisty i jego także piszącego rodzeństwa? Albo że zamieszka w Mediolanie, wyda tam płytę i będzie udzielać wywiadów po włosku?

Girl Power

Jej rodzinny Lublin, Natalia ma siedem lat i bierze udział w wojewódzkim konkursie piosenki angielskiej. Z pluszowym Królem Lwem pod pachą śpiewa przebój „Can You Feel the Love Tonight” Eltona Johna. Na konkurs namówiła ją mama i być może dzisiaj, śmieje się Natalia, trochę tego żałuje. Pewnie wolałaby, żeby jej córka miała jakiś pewniejszy zawód, została lekarką czy prawniczką, a to właśnie ten występ jest dla Natalii odkryciem, że dobrze się czuje na scenie. Jako dziecko ma jeszcze okazję nagrywać w legendarnym Studiu Polskiego Radia im. Budki Suflera płytę dla WOŚP razem z dzieciakami ze swojej podstawówki. A już w liceum do innego studia nagraniowego chodzi na wagary. Regularnie. To wtedy powstają jej pierwsze autorskie piosenki, pojawiają pierwsze znajomości z ludźmi z branży muzycznej. Ale te wycieczki do studia nagrań i mieszczącej się za ścianą szkoły wokalu są też wyrazem buntu. Natalia po podstawówce i gimnazjum – kameralnej szkole, gdzie nauczyciele zachęcali dzieci do rozwijania indywidualnych talentów – trafia co prawda do dobrego lubelskiego ogólniaka, ale molocha. Czuje się tam wyobcowana, muzyka to dla niej dobra odtrutka. Dzisiaj mówi, że prawie wszystkie jej prawdziwe głębokie przyjaźnie, jakie dotrwały do teraz, to te, które nawiązała w szkole jako siedmiolatka. Swój pierwszy teledysk nagrała właśnie z najlepszą przyjaciółką. Piosenkę też napisała dla niej, w duchu girl power.

Po maturze: anglistyka w Warszawie. I tu krótkie wyjaśnienie, bo wspomnianego pluszowego Króla Lwa mała Natalia dostała ze Stanów od babci, która przysyłała jej też sporo bajek. Nie pamięta, żeby w dzieciństwie oglądała cokolwiek poza nimi i uważa, że wiele jej to dało, że pewnie po części dlatego udało jej się później osiągnąć wysoki poziom angielskiego i ułatwiło naukę kolejnych języków.

Po latach żałuje, że posłuchała głosów przekonujących ją, że dla nastolatki na debiutancką płytę jest za wcześnie. Szansa stracona, co nie znaczy, że Natalia zamierzała się poddać. W Warszawie zaczęła szukać kontaktów i ludzi, z którymi mogłaby na polu muzyki współpracować. Trafiła tak m.in. do pracowni Bartka Dziedzica, producenta płyt Brodki i Artura Rojka. Nie nagrali w rezultacie razem albumu, ale to ważny czas, bo Dziedzic otworzył jej umysł i uszy na różnych artystów i gatunki, szlifowali brzmienia. Na debiutancką płytę Natalia musiała jeszcze chwilę poczekać, tymczasem w jej życiu pojawiła się postać Ester Kreitman, starszej siostry Bashevisa Singera.

Ester

Odwiedzała akurat rodziców, tata Natalii był świeżo po przeczytaniu biografii słynnego pisarza noblisty tworzącego w jidysz. Dowiedział się z niej, że Singer miał nie tylko, co powszechnie wiadomo, piszącego brata (Izraela Joszuę Singera), ale że również po jego siostrze został literacki dorobek, praktycznie nieznany. Urodzona w tradycyjnej, ortodoksyjnej żydowskiej rodzinie Ester (po mężu Kreitman) w dzieciństwie – jak pisze sugestywnie w jednym ze swoich w dużej mierze autobiograficznych opowiadań – zapytała ojca, który szkolił swoich synów na rabinów: „Tato, a kim ja będę?”. „Oczywiście nikim, bo jesteś dziewczynką”. Podkradała gramatykę rosyjską (Singerowie mieszkali na terenie Kongresówki, pod zaborem rosyjskim) i gazety, które ojciec chował wysoko na piecu. Czytała po nocach, po czym wszystko odkładała na miejsce tak, żeby nikt się nie zorientował. Uważa się, że Ester marząca o tym, żeby się uczyć, jest pierwowzorem dziewczynki udającej chłopca z singerowskiego opowiadania „Jentł, chłopiec z jesziwy”, które posłużyło jako inspiracja do hollywoodzkiego musicalu z Barbrą Streisand. W odróżnieniu od braci dorosła Ester pisała do szuflady. Możliwe, że jej trzy książki to tylko część tego, co stworzyła. Natalia: – Istnieje hipoteza, że w drodze na swój własny ślub z mężczyzną, którego nie dość, że nie kochała, to nawet nie lubiła, w pociągu pokazała rękopisy matce. Usłyszała, że to jakieś brednie i że grozi im aresztowanie, jeśli przeszukają im walizki i te papiery znajdą. Ester wyrzuciła je więc z okna pociągu pędzącego do Berlina.

Temat Kreitman wypłynął nagle, Natalia zaczęła szperać w sieci. Okazało się, że są angielskie przekłady trzech jej książek, w tym jeden stworzony przez jej syna, prawdopodobnie we współpracy z Ester. Natalia powiedziała to tacie, a on, z kanapy, rzucił, ot tak: „To może byś tę Kreitman przetłumaczyła?”.

I tyle. Wystarczyło. Natalia sprawdziła, w czyich rękach są prawa wydawnicze i po prostu napisała do rezydującego w Londynie Davida Paula. Starszego, poważnego pana, który najwyraźniej nigdy nie miał do czynienia z podobną sytuacją. Na propozycję Natalii odpowiedział, że jej strategia działania jest, Natalia dobrze pamięta to sformułowanie: unorthodox, nieortodoksyjna. Przecież zwykle to wydawnictwa kupują prawa, a potem zatrudniają tłumaczy. Ona upierała się, że zrobi sama przekład i z gotowym będzie chodzić od wydawnictwa do wydawnictwa. Dopiero kiedy umawiają się z Paulem na spotkanie w sieci, udaje jej się go przekonać. Natalia argumentuje, że nikt nie stara się o wydanie Kreitman w Polsce, a jej na tym zależy, i to bardzo. Tak, znajdzie fundusze na zaliczkę. Tak, da sobie radę. Dzisiaj wspomina, że nie miała pojęcia, na co się porywa. Przygody z „Rodowodem”, bo do przekładu tego zbioru opowiadań się wzięła, były liczne i burzliwe. Pracę nad książką – a jednocześnie także prace nad debiutancką płytą – przypłaciła warunkiem na studiach. A jak już tłumaczenie skończyła, żadne z wydawnictw, do których się zwróciła, nie było tematem zainteresowane.

Lekko spanikowana naradziła się z rodzicami, zdecydowali, że warto zwrócić się do Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie. Instytucji znanej m.in. ze swoich działań na rzecz ocalenia dziedzictwa przedwojennej kultury żydowskiej. Teatr NN zaoferował pomoc merytoryczną, doskonałe zaplecze redaktorskie, intelektualne, konsultacje ze specjalistami od jidysz, nawet pomoc w zaaranżowaniu premiery podczas warszawskiego Festiwalu Singera, natomiast finansowych środków na wydanie książki zaproponować nie mógł. Pada decyzja, żeby „Rodowód” wydać własnym sumptem. Tak zaczyna się przygoda Natalii z własnym wydawnictwem książkowym. To także początek serii książek autorów z rodziny Singerów, które ukazują się i będą jeszcze ukazywać w jej wydawnictwie Fame Art.

Hazel

Przy okazji Natalia poznała Hazel Karr, malarkę, niegdyś także aktorkę, wnuczkę Ester. Miały tylko porozmawiać o Kreitman (żeby napisać wstęp do „Rodowodu”, Moskal potrzebowała informacji z pierwszej ręki), ale skończyło się na przyjaźni, regularnym odwiedzaniu się i telefonach. 60 lat, które je dzieli, okazało się bez znaczenia. Trochę później Moskal poznała też mieszkającą w Izraelu wnuczkę Bashevisa, Meirav Hen, natomiast na pierwsze spotkanie z Hazel umówiły się w jej paryskim mieszkaniu. Natalia: – Pierwszy mój pobyt w Paryżu. Spakowałam manatki, przyjechałam z bratem, Hazel otworzyła mi drzwi, a mnie zaparło dech w piersiach. Każdy kąt zapełniony antycznymi meblami, książkami, obrazami, szkicami. Drzwi wejściowe od środka potraktowane jak płótno, malarskie atelier z podłogą i ścianami z plamami z farb i z widokiem z okna na Gard de l’Est. Nasze rozmowy o Ester były o tyle może trudne, że Hazel maluje babkę jako zgorzkniałą kobietę z umalowanymi krwistoczerwoną szminką zaciśniętymi ustami, które wyglądają jak rana. Wspomina ją jako nieprzyjemną, apodyktyczną. Ester nie potrafiła okazywać uczuć. Życie ją złamało, zgorzkniała.

„Rodowód” po polsku ukazał się w 2016 roku, rok później – debiutancka płyta Natalii „Songs of Myself”. Z obiema premierami zdążyła przed obroną pracy magisterskiej. I na obie, a także na obronę, przyjeżdżała do Polski już z Mediolanu, gdzie zamieszkała.

Ruth

Każdy z jej trzech muzycznych albumów jest zupełnie inny. Debiut utrzymany w stylistyce elektro-popowej, płyta druga to poezja śpiewana, wiersze Kazimiery Iłłakowiczówny wydane w setną rocznicę niepodległości. I wreszcie „There Is a Star”, hołd dla Sophii Loren i w ogóle dla Włoch. Do Mediolanu Natalia pojechała z miłości do Włocha, którego poznała w Warszawie. Wcześniej raz on dojeżdżał do Polski, raz ona do niego. Aż, jak sama mówi, podjęła twardą kobiecą decyzję i postanowiła, że muszą się sprawdzić, pomieszkać dłużej razem. Wystarała się o stypendium z Erasmusa. Oferowali tylko Bolonię, ale doprowadziła do tego, że przyjęli ją jednak na uniwersytet w Mediolanie. Tyle że akurat tam niektóre przedmioty były wykładane po włosku, a ona umiała co najwyżej zamówić cappuccino. W porządku, założyła sobie, że pokona i tę przeszkodę. Dziś udziela w tym języku wywiadów. Co prawda zaczyna zawsze od tłumaczenia się, że robi błędy, że nie umie jeszcze używać congiuntivo (trybu łączącego). Zwykle słyszy wesołe: „No coś ty! Wielu Włochów też w ogóle go nie używa”. We Włoszech, gdzie także ukazał się „There Is a Star”, album przyjęto bardzo ciepło, Natalia pojawia się w tamtejszych gazetach, telewizji, radiu. W pandemię zdążyła wypuścić do sieci też parę niezależnych singli. Kupiła słuchawki, mikrofon i nauczyła się obsługiwać program do nagrywania. Na zarzuty, że porusza się w różnych muzycznych stylistykach, odpowiada, że tak, może to być mylące, bo słuchacze nie wiedzą, jak właściwie brzmi Natalia Moskal, ale skoro ma wolność, nikt nad nią nie stoi, dlaczego nie spróbować różnych rzeczy?


Natalia Moskal szykuje się do kolejnej premiery książkowej. Po „Rodowodzie” powierza tłumaczenia już innym, pracy przy wydawnictwie i tak jest multum i dla niej, i dla reszty jej zaufanego (babskiego) zespołu. W maju ukaże się książka o Ruth Bader Ginsburg, zmarłej niedawno sędzi Sądu Najwyższego, postaci w Stanach kultowej. Wydanie głośnej autobiografii uznanej i zasłużonej ikony feminizmu, książki, która była bestsellerem „New York Timesa”, to spełnienie marzeń Natalii. O konsultację tłumaczenia poprosiła profesor Ewę Łętowską i cenioną mecenaskę Annę Frankowską. W dobie, kiedy książki nierzadko wydaje się bez podstawowej redakcji i korekty, taka dbałość o poziom merytoryczny plus piękna wizualna oprawa robią wrażenie.
Chcę wiedzieć, czy zawsze jest w niej tyle determinacji i energii do działania. Odpowiada szczerze, że nie. Ma swoje dołki. To dlatego tak wiele zawdzięcza bliskim. Bez wsparcia rodziny niewiele by osiągnęła, a wsparcie to czasem też „kopnięcie w tyłek”. Od dziecka słyszała w domu, że wszystko się da, nie ma rzeczy niemożliwych. Natalia: – Problem w tym, że jestem zbyt samokrytyczna i niecierpliwa. Ile razy w myślach rzucam wszystko i wysyłam już swoje cv do jakiegoś biura! A potem, jak mi mija, jak sobie przeanalizuję te rzeczy, które do tej pory zrobiłam, dochodzę do wniosku, że jednak nie jest tego aż tak mało.

Chwilę milczy, a potem zaczyna się śmiać: – No wiesz, nie ma mnie jeszcze na okładce „Forbesa” jako bizneswoman roku, ale może kiedyś się uda?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.