1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

6 kroków do zdrowia duszy i ciała

Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia.  (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia. (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Narzekasz na spadek formy? Nękają cię drobne i większe dolegliwości? Skorzystaj z rad Ewy Foley. Może zdziałają więcej niż kolejny specyfik z apteki.

Prawdziwy dobrostan psychofizyczny to dużo więcej niż radzenie sobie z symptomami choroby. To powrót do prawdziwej tożsamości i uświadomienie sobie misji życia. Jak to zrobić? Krok po kroku.

1. Określ swój cel życiowy. Jednym z najlepszych powodów utrzymania dobrego stanu zdrowia jest potrzeba realizowania swojego życiowego celu. Jeżeli nie wiesz, co masz do zrobienia na Ziemi – twoja motywacja, aby być zdrową, może być osłabiona. Gdy określisz swój cel, będzie on działał jak magnes, który przyciąga cię do siebie, nadając sens wszystkiemu, co robisz. Zacznij od listy twoich wyjątkowych talentów. Następnie wypisz 10 cech charakteru, które najbardziej w sobie cenisz. Potem zrób listę 10 rzeczy, które lubisz robić i w których wyrażają się twoje niepowtarzalne uzdolnienia. Opisz kilkoma zdaniami swoją koncepcję świata doskonałego. Wreszcie: napisz zdanie, stosując 2–3 wyrażenia z trzech ostatnich zadań. To jest twój cel życiowy!

2. Pozwól, by przyroda cię uzdrawiała. Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie. Podaruj sobie noc przesiedzianą przy ognisku w milczeniu. Zacznij bardziej świadomie odczuwać swój związek z roślinami, drzewami i zwierzętami. Częściej chodź na bosaka po lesie, pływaj nago w jeziorze, wpatruj się w falujące morze, słuchaj muzyki etnicznej, graj na bębnie... Odkryj rytuały i ceremonie. Powróć do korzeni.

3. Żyj z pasją i entuzjazmem. Śmiej się. Płacz. Czuj. Kiedy się śmiejesz, w twoim mózgu wydzielają się endorfiny, które powodują naturalny „haj”, a układ oddechowy poddawany jest joggingowi. Śmiech uwalnia od bólu i choroby. Pragnienie życia, entuzjazm i pasja wzmacniają twój układ odpornościowy. Bez względu na to, czy jesteś chora, czy zdrowa – żyj tak, jakbyś za chwilę miała umrzeć. Żyj w pełni.

4. Służ innym, dawaj. Badania wykazują, że ludzie pracujący charytatywnie, z potrzeby serca są dużo zdrowsi. Dawaj, a będziesz zdrowsza, szczęśliwsza i bogatsza. Za czasów Starego Testamentu zwyczajem Izraelitów było oddawać na rzecz innych dziesiątą część wszystkich dochodów. Zwyczajem ludzi, którzy osiągnęli sukces, jest oddawanie 10 proc. zarobków tym, którzy mają mniej. Poza tym ten, kto ofiarowuje pieniądze, ma ich jeszcze więcej. Takie działanie jest sygnałem dla wszechświata: „Dziękuję. Mam więcej, niż potrzebuję. Dlatego mogę oddać”.

5. Zatroszcz się o swoje ciało. Dowiedz się, jak funkcjonują poszczególne narządy, organy i gruczoły. Poznaj anatomię i fizjologię ludzkiego ciała. Dowiedz się, jakich ziół, witamin, mikroelementów, soli tkankowych, aminokwasów i nienasyconych kwasów tłuszczowych potrzebuje twój organizm, by dobrze funkcjonować. Przestudiuj różne szkoły odżywiania – makrobiotykę, wegetarianizm, weganizm, odżywianie zgodne z grupą krwi, kuchnię chińską według Pięciu Przemian. Ja od wielu lat łączę te dwie ostatnie metody. Zadbaj o jakość wody, którą pijesz (min. 1,5 litra dziennie). Raz w roku przeprowadź najstarszą terapię znaną ludzkości, czyli post. Zacznij praktykować ćwiczenia, które ci odpowiadają i sprawiają przyjemność. Co najmniej dwa razy w miesiącu idź na masaż.

6. Kochaj! Miłość jest największym uzdrowicielem. Bez niej usychamy jak kwiaty pozbawione wody. Miłość w moim pojęciu jest bezwarunkową akceptacją tego, co jest. Dlatego kochaj siebie i świat. Codziennie. Głęboko i z całej siły.

Ewa Foley trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia Ewy Foley, organizuje wyprawy w miejsca mocy na Ziemi.

  1. Retro

Była miłością życia Johnny’ego Casha, a stała się „tą drugą” – prawdziwa historia Vivian Liberto

Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Z miłości życia Johnny’ego Casha stała się „tą drugą”. Żyła w cieniu sławnego muzyka, samotnie wychowując jego córki, gdy ten jeździł w trasę i korzystał z uroków życia. W opinii publicznej funkcjonowała jedynie jako dodatek do męża. Jaka była naprawdę? Czy rzeczywiście zawistna i zazdrosna? Oto prawdziwa historia Vivian Liberto.

Choć znał tylko cztery akordy, był niekwestionowaną ikoną muzyki country. Johnny Cash przez życie szedł zygzakiem, najczęściej pod prąd. Miał mentalność wyrzutka i zbaczał z każdej drogi. „Był dokumentnie pokręcony, ale walczył ze sobą” – wspominali koledzy z zespołu. Do tego miał słabość do kobiet, dla których był pociągający nie tylko jako muzyk, ale też mężczyzna o wizerunku buntownika.

Historia miłości Johnny’ego Casha i June Carter jest tak bajkowa, że wydaje się aż niemożliwa. A jednak – spotkali się na scenie, oboje po przejściach, zakochali się w sobie od razu. Potem on przeszedł duchową przemianę. Ludzie ich uwielbiali. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Vivian Liberto, zapomnianej pierwszej żony Casha i matki jego czwórki dzieci: córek Rosanne, Kathy, Cindy i Tary? Samotnej we własnym domu, okaleczonej psychicznie, zmagającej się z niekończącymi się obowiązkami, natrętnymi fanami pukającymi do drzwi, a także wieczną nieobecnością i uzależnieniami męża. Teraz, gdy ludzie dopiero zaczynają słuchać pokrzywdzonych kobiet, jest najlepszy czas, aby opowiedzieć jej historię, bo prawdziwe życie Vivian było romantyczne i oszałamiające, trudne i ważne, a przy tym niezwykle filmowe.

Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)

„Nigdy nie przestanę Cię kochać”

Vivan Liberto przyszła na świat 23 kwietnia 1934 roku w San Antonio w Teksasie. Jej rodzice, Tom i Irene, pochodzili z Sycylii. Ojciec był niezwykle surowym, zdewociałym katolikiem, a matka uzależnioną od alkoholu gospodynią domową. Z tego względu Vivian musiała szybko dorosnąć: zajmować się domem, gotować, sprzątać. Robić wszystko to, czego nie była w stanie zrobić jej mama. Gospodarowania nauczyła się natomiast w katolickiej szkole dla dziewcząt im. Saint Mary w San Antonio. Ciężkie dzieciństwo było jednak dopiero początkiem…

Liberto i Cash poznali się na torze wrotkowym w 1951 roku, gdy Vivian miała 17 lat, a Johnny był młodym adeptem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonującym przez krótki czas w San Antonio. Brunetka z ciemnymi oczami od razu przykuła jego uwagę. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczęli razem jeździć, flirtować, a potem odprowadził ją do domu. Młody, przystojny chłopak w mundurze zrobił na Vivian ogromne wrażenie.

Widywali się przez 3 tygodnie, zanim Johnny został wysłany do Niemiec Zachodnich. Wtedy zaczęli pisać do siebie listy, niemalże codziennie. Byli wręcz zamroczeni miłością. „Moja Najdroższa”, „Mój Aniele”, „Moja Kochana”, „myślę o tobie dzień i noc”, i tak bez końca… Później uczucia przekazywali sobie na taśmach. Johnny nagrywał piosenki, nad którymi pracował. „Czy jestem jedynym, który będzie Cię miał do końca świata? Czy będzie inny kochanek, który skradnie miłość, która jest moja?” – śpiewał. Jedna z wiadomości szczególnie chwyciła Vivian za serce:

„Witaj, Vivan. Jak się ma moja ukochana? Ja mam się dobrze, ale jak zwykle tęsknie za Tobą… Ja zawsze bardzo za Tobą tęsknię, Viv. To nie to samo, co bycie z Tobą, ale chcę powiedzieć Ci kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, że Cię kocham. Tak, Vivian, bardzo Cię kocham. Już niedługo, będziemy razem na zawsze. Nie będziemy już dłużej liczyć dni. Trzymaj te drogocenne listy, dopóki nie będziemy razem. Tak wiele dla mnie tutaj znaczą. Będę o Tobie myślał, póki znów nie będziemy razem i nigdy nie przestanę Cię kochać. Kocham Cię, Vivian”.

Zaręczyny również odbyły się listownie. Johnny wysłał nawet pierścionek. Gdy po tysiącach listów i długim rozstaniu wrócił do domu, było to dla nich wielkim przeżyciem. Desperacko chcieli być razem i się pobrać. Ślub odbył się 7 sierpnia 1954 roku w San Antonio. Wydali na niego wszystkie oszczędności, a potem pojechali na miesiąc miodowy do Memphis, gdzie również się przeprowadzili. Johnny otrzymał wtedy ofertę pracy w fabryce samochodów. Kolega miał gitarę, więc zaczęli się spotykać i grać. Codziennie pojawiali się również w wytwórni Sun Records u Sama Phillipsa, dopóki ten ich nie wysłuchał.

Zaraz po ślubie Vivian zaszła w ciążę. Gdy zamieszkali w małym mieszkaniu w Memphis byli bardzo biedni. Nie mieli nawet pieniędzy na jedzenie. Vivian zawsze podkreślała, że były to najtrudniejsze, ale również najlepsze, najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Sielanka nie trwała jednak długo. Miesiąc po przyjściu na świat Rosanne ukazał się pierwszy album Casha i wszystko się zaczęło. Johnny zaczął koncertować i jeździć w trasy. Gdy pierwszy raz wyjechał, Vivian była przerażona wizją, że zostanie sama w domu z dzieckiem. Ponadto, 6 tygodni po porodzie zaszła w ciążę z Kathy. Zawsze mówiła, że chce mieć szóstkę dzieci, jednak to, co działo się wokół zaczęło ją przytłaczać. „Jak sobie poradzę z dwójką niemowlaków?” – zastanawiała się.

Nagle zrodziła się ogromna sława, a Johnny Cash stał się jedną z największych nowych gwiazd muzyki country. Był bardzo popularny, prawie jak Elvis, z którym stawiano go w jednym szeregu. Nastąpił klasyczny efekt śnieżnej kuli, wszystko działo się niesamowicie szybko. Pierwszy wielki hit Casha, „I Walk The Line”, piął się na listach przebojów. Tekst opowiadał o miłości do Vivian: „Masz sposoby, aby mnie zatrzymać przy sobie. Dajesz mi powody do miłości, której nie mogę ukryć. Dla Ciebie spróbowałbym nawet odwrócić bieg rzeki. Jesteś moja, dlatego nie zbaczam z kursu”.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Stan ten trwał przez dość długi czas. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. Wszystko było bardzo napięte, ale mimo tras i prób Johnny znajdował czas dla rodziny. W 1957 roku małżeństwo Cashów opuściło Memphis i przeprowadziło się do Encino w Kalifornii, w dolinie Los Angeles. Ich trzecia córka Cindy miała wtedy kilka miesięcy, a Johnny dostał propozycję zagrania w filmie „Pięć minut na życie”. Jego menadżer wymyślił, że wejście w kino będzie kolejnym krokiem w jego karierze. Film nie odniósł jednak sukcesu, a Cash nie sprawdził się jako aktor. Mimo to, rodzina została w LA. Vivian myślała wtedy, że gdy przeprowadzą się do Kalifornii, mąż będzie występował w telewizji, grał w filmach i wracał co noc do domu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Johnny chodził na obiady z szefami, potem robił program w TV, trasę i dodatkowo promował siebie. Australia, Tasmania, Nowa Zelandia, Alaska, Pitticollac Cove – co chwilę nowe miejsce. Miała męża który był bardzo sławny i podróżował, a ona zostawała w domu z dziećmi – kompletnie sama, bez żadnej pomocy. Było jej wtedy niezwykle trudno. Ponadto nie była przygotowana na taki rozgłos i uwagę publiczną. Była skromną dziewczyną, której zależało na życiu rodzinnym. Jej system przyjmował sławę jako upokorzenie.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)

Raj, który zamienił się w piekło

Kolejnym etapem w ich życiu było zamieszkanie w małej wiosce Casitas Springs. W 1961 roku zbudowali ogromny, odizolowany od świata dom na wzgórzu, pośrodku niczego. Był to wiejski zamek ukryty przed ludźmi, a wokół otaczały ich biedne domki niższej klasy średniej. Vivian była wtedy w ciąży z Tarą, którą urodziła tuż przed przeprowadzką. Poród był niezwykle trudny. Mówiła, że już nie chce mieć więcej dzieci. Była w szpitalu kilka dni, a gdy wróciła do domu, Johnny znów pojechał w trasę. Kolejny raz została sama, tym razem już z czwórką dzieci. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. Pewnego dnia wrócił, ale nie był sobą. To był początek jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu.

Relacje Johnny’ego i Vivian znacznie się pogorszyły. On wracał do domu później niż obiecywał, najczęściej nad ranem i pod wpływem środków odurzających. Ona wykorzystywała spóźnienia przeciwko niemu. Wtedy zaczynały się kłótnie. W ich życiu pojawiła się również June Carter, a Johnny zaczął coraz bardziej oddalać się od żony i dzieci. Wszyscy widzieli, że po prostu szuka sposobu, aby odejść na dobre. Wyjeżdżał na coraz dłuższy czas, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Mijały urodziny dzieci, rocznice ślubu, święta, a on się nie pojawiał. Gdy przyjeżdżał po długiej nieobecności, dochodziło do starć. Pojawiły się też niezauważalne wcześniej różnice. Vivian była wściekła, nie chciała być już cichą kurą domową, a Johnny nie znosił kłótni.

Vivian zamknęła się w sobie. Zaczęła się bać, że straci męża, co przerodziło się w ogromny lęk i niechęć. Niewiele jadła, praktycznie cały czas spała, zamartwiała się, traciła na wadze, wypłakiwała oczy. Zgryzota prowadziła ją prosto ku śmierci. Nie wiedziała jak znaleźć Johnny’ego, żeby z nim porozmawiać. Można było zadzwonić do kolegów z zespołu lub kogoś z kim współpracuje – był to jedyny sposób na kontakt. Starała się być silna, ale jednocześnie rozpadała się w środku. Bywała wściekła, przerażona, niespokojna, porażona żalem. W domu brakowało poczucia bezpieczeństwa, panował chaos. Nie było wychowania, tylko ciągła obawa, że Vivian sobie coś zrobi. „Kiedy wracałam ze szkoły, zastanawiałam się, czy mama jeszcze żyje. To było popieprzone. Tak nie powinno się wychowywać dzieci” – wspominają córki, dla których był to wyjątkowo mroczny czas.

Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)

Trudnym momentem w życiu Vivian był również rok 1965, kiedy Johnny został aresztowany w El Paso za posiadanie narkotyków. Pigułki znaleziono w futerale na gitarę. Vivian poszła z nim do sądu, a gdy wychodzili z budynku, ktoś zrobił im zdjęcie, które trafiło na okładki gazet. Wtedy zaczęły się plotki o tym, że Vivian jest czarnoskóra. Na południu w latach 60. poślubienie czarnej kobiety było niedopuszczalne. Małżeństwo walczyło więc z nienawiścią i prześladowaniem. Odwołano nawet wszystkie koncerty Casha, więc aby móc występować, muzyk musiał sądownie udowodnić, że Vivian jest kobietą rasy kaukaskiej.

Cała ta sytuacja dotknęła jej najgłębszych ran, które tkwiły w niej od dzieciństwa. Znowu przestała sypiać. Pewnego dnia powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. W 1966 roku złożyła pozew o rozwód z nadzieją, że Johnny wróci do domu. Myślała, że mąż w końcu się opamięta, ale wszystko obróciło się przeciwko niej – ku jej zaskoczeniu zgodził się bez zastanowienia. Po 13 latach małżeństwo Cashów dobiegło końca.

„Miała wybór: położyć się i umrzeć, albo iść dalej – wybrała to drugie”

W 1968 roku zaczęła życie na nowo. Nie wiadomo skąd miała na to siłę. Znalazła dom w dobrej lokalizacji, ponownie wyszła za mąż. Jej wybrankiem został Dick Distin, policjant z Kalifornii, przy którym w końcu czuła się bezpiecznie i mogła mieć wszystko pod kontrolą. Dobrze wiedziała, że prędzej czy później Johnny poślubi June, dlatego ona chciała zrobić to pierwsza. Po prostu nie mogła być sama. W tym czasie rozwijała pasje: taniec, ogrodnictwo, malarstwo. Organizowała spotkania i przyjęcia dla rodziny i przyjaciół, żyła pełnią życia. Najważniejsze było mieć zajecie, bo gdy była zajęta, nie myślała. „Radzę sobie lepiej, kiedy o pewnych sprawach nie myślę” – mówiła.

Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)

Po rozwodzie dla ludzi stała się nikim, przestano ją dostrzegać. Opinia publiczna przedstawiała ją jako kobietę, którą Johnny musiał zostawić, żeby się ratować, oczyścić i rozpocząć nowe, lepsze życie u boku June Carter, z którą ożenił się w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. To właśnie June była tą, która uratowała go od narkotyków. To z nią dzielił miłość do muzyki, występował, jeździł w trasę. Publiczność ich uwielbiała, a program „The Johnny and June Show” był niezwykle popularny, natomiast Vivian popadła w zapomnienie. „Nie potrafiła pomóc ani sobie, ani Johnny’emu”, „Inna kobieta pomogła mu wyjść z choroby gorszej niż rak” – pisano w gazetach.

Podczas wywiadów Carter mówiła, że mają siódemkę dzieci. Tak naprawdę mieli tylko syna, Johna. June miała jeszcze dwie córki z poprzedniego małżeństwa, Carlene i Rosie. To bolało Vivian najbardziej. Wychowanie dziewczynek było dla niej ogromnym wysiłkiem, robiła to całkiem sama, bez niczyjej pomocy. Było jej ciężko słuchać, jak nowa żona jej byłego męża najzwyczajniej w świecie przywłaszcza sobie jej dzieci. Do tego nie mogła nic zrobić, nie miała jak tego sprostować opinii publicznej. Zawsze mawiała: „Zobaczycie, pewnego dnia napiszę książkę”. June mogła bez końca mówić mediom „To są nasze dzieci”. Vivian nie miała tego przywileju, a bardzo zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej matkę, dostrzegli jej rolę. Pozwalając June mówić tak, Johnny ponownie łamał Vivian serce.

W późniejszych latach Vivian starała się żyć pełnią życia. Mieszkała w Venturze, często widywała się z córkami i ich rodzinami. Była pełna energii, ale już dawno straciła radość życia. Nie śmiała się, widać było, że cierpi. Było jasne, że nadal kocha Johnny’ego, i tylko jego. Zawsze go kochała. I nigdy o nim nie zapomniała, a jej obecny mąż dobrze o tym wiedział. Gdy 15 maja 2003 roku zmarła June, Vivian spotkała się z Johnnym, aby poprosić go o zgodę na napisanie i publikację książki. Chciała w końcu opowiedzieć światu swoją historię. „Powinnaś to zrobić” – powiedział. Cieszyła się, że uzyskała jego aprobatę, bo wiele dla niej znaczył.

Kilka miesięcy później Johnny dołączył do June, a Vivian ponownie doświadczyła straty na oczach całego świata. „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być” – mówiła. W tym czasie można było odczuć, że ludzie woleliby wymazać ją z życiorysu męża. Było to dla niej podwójnie trudne.

Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)

„Wybaczyłam Johnny’emu i June”

W książce „I Walked The Line”, którą napisała pod koniec życia, wybaczyła byłemu mężowi i jego drugiej żonie. Zmarła po nieudanej operacji na raka płuc. W końcu stała się wolna – od cierpienia, poniżenia, smutku, żalu, odrzucenia i tego wszystkiego co ją spotkało. Odeszła kochając Johnny’ego całym sercem. Mówiła, że nigdy nikogo nie kochała tak jak jego. „Kochała do szaleństwa, była wspaniałą przyjaciółką. Była zdyscyplinowana, zawzięta i kreatywna. Próbowała różnych rzeczy, dzięki którym czuła się potrzebna i ważna dla świata, była niesamowitą kobietą z talentami i apetytem na życie” – wspominają córki.

Jesienią 2005 roku miała odbyć się premiera głośnego „Spaceru po linie” z Joaquinem Phoenixem i Reese Whiterspoon w rolach głównych. Film portretuje Vivian niezgodnie z rzeczywistością, jako tę okrutną, zawistną i zazdrosną. Tę niestabilną psychicznie, która miała wieczne pretensje do męża i stała mu na drodze do szczęścia. Vivian przeczuwała, że produkcja nie postawi jej w dobrym świetle i dlatego chciała stąd zniknąć. „Film przedstawiał ją inną niż była, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował ją wcześniej poznać”, „Ten film by ją zabił” – mówiły rozgoryczone córki.

Prawdziwą pamięć o Vivian Liberto Cash Distin przywraca dokument „Moja kochana Vivian” w reżyserii Matta Riddlehoovera, który od niedawna można obejrzeć w kinach. Jest to historia opowiedziana z perspektywy czterech córek Cashów: Rosanne, Kathy, Cindy i Tary, które dzielą się z widzami swoim spojrzeniem na ówczesne rodzinne problemy. Mówią o emocjach, miłości, samotności i strachu, przedstawiając relację rodziców z zupełnie nowej, nieznanej ludziom perspektywy. Zabierają widzów w romantyczną, ale również niezwykle traumatyczną podróż po doświadczeniach kobiety, która w świadomości ludzi przez długi czas funkcjonowała jedynie jako dodatek do sławnego męża.

"Historia mojej matki często była gubiona lub interpretowana w sposób błędny, służący mitowi" – mówi najstarsza córka Cashów, Roseanne. "Ten film, opowiadający o prawdziwej Vivian Liberto, a nie jej hollywoodzkiej wersji, jest bolesny, a jednocześnie pełen współczucia, rozdzierający, ale prawdziwy. Pomimo tego, że ogromnie chroniła swoją prywatność, myślę, że pragnęła, aby jej historia została opowiedziana, a jej miejsce w historii mojej rodziny zostało uznane z szacunkiem i miłością” — dodaje.

  1. Seks

Czuję twój wzrok – do wspólnej nauki dotyku zachęca trener biodanzy Christiano Martins

Każdy z nas ma za sobą takie doświadczenie, że nagle fizycznie poczuł czyjeś uważne spojrzenie – jakby ktoś go dotknął. Od takiego spojrzenia zaczynają się głębokie relacje. (Fot. iStock)
Każdy z nas ma za sobą takie doświadczenie, że nagle fizycznie poczuł czyjeś uważne spojrzenie – jakby ktoś go dotknął. Od takiego spojrzenia zaczynają się głębokie relacje. (Fot. iStock)
Statystycznie po dwóch latach związku bliskość fizyczna maleje. Sposobem na jej utrzymanie i dalszy rozwój może być wspólna nauka dotyku. Od czego ją zacząć – pytamy psychologa i nauczyciela biodanzy Cristiano Martinsa.

Dla małych dzieci dotyk to coś naturalnego i powszechnego, z wiekiem jest go w naszym życiu coraz mniej, bo zachowujemy dystans wobec obcych. I nie byłoby problemu, gdybyśmy zaspokajali potrzebę dotyku w relacjach z najbliższymi i w związkach. Czy tak rzeczywiście jest?
Nie, z moich doświadczeń wynika, że większość osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką rolę w naszym życiu odgrywa dotyk. Od kilkunastu lat prowadzę warsztaty rozwojowe w różnych krajach i wielu moich uczniów skarży się na jego niedobór. Tymczasem kiedy jesteśmy dotykani w odpowiedni sposób, poziom naszej energii życiowej wzrasta. Czujemy się kochani, bezpieczni, ważni. Jesteśmy bardziej spokojni i świadomi swojej seksualności.

Kto częściej się na to skarży: kobiety czy mężczyźni?
Deficyt dotyku obserwuję zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn, ale to kobiety częściej o tym mówią. Mężczyźni zazwyczaj nie proszą, żeby ich objąć, przytulić czy dotknąć, bo to oznaczałoby przyznanie się do wrażliwości, która w ich przekonaniu kłóci się z byciem twardym, do czego zwykle byli wychowywani.

Jestem nauczycielem biodanzy, która wykorzystuje muzykę, ruch i dotyk. Na warsztatach bardzo wyraźnie widzę, jak trudno mężczyznom wyrazić tę potrzebę.

Jakiego rodzaju dotyku między partnerami brakuje?
Na pewno za mało jest patrzenia sobie w oczy...

Spojrzenie jest dotykiem?
Tak. Każdy z nas ma za sobą takie doświadczenie, że nagle fizycznie poczuł czyjeś uważne spojrzenie – jakby ktoś go dotknął. Potwierdzają to zresztą badania naukowe, które przeprowadzono na uniwersytecie w Montrealu. Od takiego spojrzenia zaczynają się relacje. Patrzenie sobie głęboko w w oczy tworzy intymność, czyli przestrzeń, w której możemy spotkać się seksualnie z partnerem.

Ile dotyku potrzebujemy, żeby pozbyć się tego deficytu?
Wyliczono, że jeśli będziemy przytulać się pięć razy dziennie co najmniej przez minutę, to zaobserwujemy korzystne efekty fizjologiczne: uwalniają się wtedy tzw. hormony szczęścia: oksytocyna i serotonina.

A jak kwestia dotyku wygląda na poszczególnych etapach relacji?
Związek zaczyna się zazwyczaj od płomieni emocji i pożądania – to około dwóch lat pełnych bliskiego kontaktu i seksu. Potem pojawia się coraz więcej dystansu i mniej dotyku. Dlatego, żeby miłość przetrwała, pary potrzebują świadomej pracy nad tą sferą. Nauka dotyku może być niezwykle ciekawym doświadczeniem, które wzmacnia relację, bo zdecydowana większość ludzi nie wie, jaki dotyk sprawia innym przyjemność. Zamiast robić to w powolny, czuły sposób, wykonują szybkie mocne ruchy, jakby mieli umyć naczynia czy samochód...

Ale na naukę nigdy nie jest za późno! Gdy miałem dwadzieścia kilka lat, zacząłem studiować to zagadnienie, a potem prowadzić warsztaty. W mojej rodzinie nie było zwyczaju wyrażania miłości poprzez dotyk, więc pomyślałem, że skoro uczę obcych ludzi, warto byłoby zacząć od moich bliskich. Zanim udało mi się przeprowadzić rodzinny warsztat, minęło pół roku, bo ciągle ktoś znajdował pretekst, żeby tego nie robić. A potem wszystko się zmieniło. Moja matka odkryła, że nie dotykała nas zbyt często, bo sama potrzebowała dotyku i przytulenia, ale nie wiedziała, jak się przemóc. Potem za każdym razem gdy wychodziłem z domu, przypominała mi, żebyśmy objęli się na chwilkę na pożegnanie.

Cristiano Martins, psycholog w nurcie terapii Gestalt, pedagog Instytutu Psychologii Stosowanej, certyfikowany nauczyciel biodanzy. W Polsce prowadzi warsztaty samorozwoju i biodanzy w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie.

Wywiad przeprowadzono na VIII Spotkaniu Tantry, Świadomości, Szamanizmu i Relacji w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna. Autor dziękuje organizatorom za pomoc.

Ćwiczenie dla dwojga

Usiądźcie wygodnie, w ciszy, usuńcie z zasięgu wzroku przedmioty, które mogą was rozpraszać. Spójrzcie sobie głęboko w oczu i nie odwracajcie wzroku przynajmniej przez minutę. Na początku minuta będzie się wam bardzo dłużyła, wraz z praktyką powoli wydłużajcie kontakt wzrokowy. Następnie włączcie relaksacyjną muzykę i zacznijcie delikatnie dotykać jednej swojej dłoni drugą. Muskajcie je bardzo powoli opuszkami palców, efekt będzie dużo silniejszy niż przy szybkich ruchach. Po trzech, czterech minutach poczujecie, jak zmysłowy może być zwykły dotyk. Zamknijcie oczy i weźcie się za ręce – odcięcie zmysłu wzroku wzmocni doznania dotyku. Pieśćcie nawzajem swoje dłonie, możecie robić to w tym samym czasie albo na zmianę: jedna osoba przyjmuje dotyk, a druga go daje. Po kilku minutach możecie rozszerzyć dotyk na twarz i kolejne części ciała. Róbcie to z intencją, zaangażowaniem i skupieniem. Ćwiczenie można także wykonywać w ten sposób, że za każdym razem pieścicie inną część ciała.

  1. Kultura

Męskie Granie Orkiestra prezentuje nowy singiel

W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy  koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
W tym roku w skład orkiestry Męskiego Grania wchodzą: Daria Zawiałow, Vito Bambino i Dawid Podsiadło. Utwór „I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy koncertowej. (Fot. materiały prasowe)
Za nami premiera tegorocznego hymnu trasy koncertowej Męskiego Grania. Singiel „I Ciebie też, bardzo” wykonują Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino.

„Wiem, że nie chcę się już dłużej bać, nie chcę tańczyć do melodii, którą znam. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr. Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd” – śpiewają Daria Zawiałow, Dawid Podsiadło i Vito Bambino, czyli Męskie Granie Orkiestra 2021. Daria Zawiałow występowała już w zeszłorocznym składzie, z którym również pojawi się na czterech koncertach zaplanowanych na sierpień. Dawid Podsiadło również był już członkiem orkiestr Męskiego Grania – wykonywał single „Elektryczny”, „Wataha” oraz „Początek”, który do tej pory został wyświetlony na YouTube ponad 120 milionów razy. Z kolei Vito Bambino rozpoczyna dopiero przygodę z Męskim Graniem. Jego obecność nie powinna jednak dziwić nikogo, kto śledzi polską scenę muzyczną. Zarówno jego ostatnia solowa płyta, jak i działalność w ramach zespołu Bitamina oraz liczne artystyczne kooperacje, cieszą się dużą popularnością.

„I Ciebie też, bardzo” będzie można usłyszeć już w sierpniu na sobotnich koncertach w ramach trasy Męskie Granie. Do utworu nakręcony został pierwszy na świecie teledysk w pełni zrealizowany z pokładu drona FPV oraz kamery RED Komodo.

Trasa Męskie Granie 2021

Najpopularniejsza polska trasa koncertowa – Męskie Granie – powraca po rocznej przerwie spowodowanej pandemią. W te wakacje, ze względu na ograniczenia pandemiczne, muzycy zagrają w czterech miastach, a koncerty odbędą się zarówno w piątki, jak i soboty. Już w sierpniu Męskie Granie zawita do: Krakowa (6-7 sierpnia, Muzeum Lotnictwa), Warszawy (13-14 sierpnia, Tor Służewiec), Poznania (20-21 sierpnia, Park Cytadela) oraz Żywca (27-28 sierpnia, Amfiteatr pod Grojcem). W tym ostatnim mieście, 28 sierpnia, zrealizowany zostanie streaming na żywo.

Podczas każdego z wydarzeń odbędą się cztery solowe koncerty, a zwieńczeniem wieczoru będzie występ zespołu Męskie Granie Orkiestra. W tym roku regularne koncerty zagrają aż dwie orkiestry – Męskie Granie Orkiestra 2020, która w ubiegłym roku, ze względu na pandemię, wystąpiła tylko podczas streamowanego koncertu w Żywcu oraz Męskie Granie Orkiestra 2021. To oznacza, że w piątki będzie można usłyszeć Męskie Granie Orkiestra 2020 w składzie: Daria Zawiałow, król, Igo, Kasia Piszek, Piotr Rubik, Jakub Wojtas, Thomas Fietz, Michał Kush, Monika Muc oraz Arek Kopera. W soboty przed publicznością zaprezentuje się natomiast Męskie Granie Orkiestra 2021.

Męskie Granie 2021 – line-up

  • 6 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, król, Jarecki, Bluszcz
  • 7 sierpnia – Kraków, Muzeum Lotnictwa: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, Daria Zawiałow, BAASCH, WaluśKraksaKryzys
  • 13 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2020, Artur Rojek, król, Kasia Lins, Niemoc + goście
  • 14 sierpnia – Warszawa, Tor Służewiec: Męskie Granie Orkiestra 2021, BRODKA, RALPH KAMINSKI, Zdechły Osa, Shyness!
  • 20 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2020, ZALEWSKI, Maria Peszek, Vito Bambino, Kaśka Sochacka
  • 21 sierpnia – Poznań, Park Cytadela: Męskie Granie Orkiestra 2021, ØRGANEK, król, Muchy, BAASCH
  • 27 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2020, Dawid Podsiadło, Kwiat Jabłoni, WaluśKraksaKryzys, Bluszcz
  • 28 sierpnia – Żywiec, Amfiteatr pod Grojcem: Męskie Granie Orkiestra 2021, ZALEWSKI, RALPH KAMINSKI, Natalia Przybysz, Kaśka Sochacka
  1. Styl Życia

W centrum Warszawy powstał mural dedykowany kobietom

(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
Mural nawiązuje do kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której celem jest jest pokazanie Polkom,  jak ważne jest mówienie o emocjach.

Mural to przenośnia – feeria barw i elementów symbolizujących emocje i to, co siedzi w naszych głowach. Jest tam wiele piękna, które zaopiekowane – rozkwita – mówi Beata Śliwińska, Barrakuz, autorka projektu muralu. I dodaje: Jestem niezwykle szczęśliwa, dokładając się do ważnej misji, projektując mural, który możemy już podziwiać przy Rondzie ONZ w Warszawie. Ten projekt jest mi bliski nie tylko jako kobiecie, ale również dlatego, że zdrowie psychiczne jest czymś dla mnie w rodzaju siły, którą kiedyś utraciłam. Dzięki fachowej pomocy i wsparciu stałam się znów silna. Teraz doceniam istotę mówienia o tym, jak ważne jest to, co i jak czujemy, jak higiena psyche jest ważna w obecnych, bardzo wymagających czasach oczekiwań i presji. Buduję tę siłę poprzez myślenie o sobie dobrze, dbanie o siebie, samo-przytulenie. Chciałabym, żebyśmy jako kobiety nie dusiły w sobie złości, dawały upust emocjom, robieniu tego co zgodne z nami.

Kolorystyka i symbolika nowo powstałego muralu nie jest przypadkowa. Nawiązuje do akcji „Emocje w centrum”, która miała miejsce 31 maja pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie i została zrealizowana w ramach kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której głównym partnerem jest firma Gedeon Richter Polska. W czasie trwania akcji kobiety wyzwalały swoje emocje w symboliczny, niekrzywdzący siebie oraz innych sposób – poprzez rzucenie balonem z kolorową farbą w białe płótno. Każdy kolor symbolizował inną emocję, dla przykładu: pomarańczowy był kolorem radości, intensywny róż kolorem miłości, a czerwony – złości. Każda kobieta sama decydowała o wyborze – w ten sposób mogła wyrazić to, co czuła.

Skąd pomysł na akcje? Chodziło o zwrócenie uwagi na zdrowie psychiczne kobiet, a przede wszystkim na potrzebę wyrażania przez nie emocji, bo według badania zrealizowanego na zlecenie Instytutu LB Medical tylko 14% Polek mówi o swoich emocjach, co oznacza, że aż 86% kobiet woli ich nie ujawniać. Organizatorzy kampanii chcą pokazać Polkom, że mówienie o emocjach to klucz do zachowania zdrowia zarówno na poziomie psychicznym, jak i fizycznym. Natomiast muralem zachęcać oraz przypominać wszystkim kobietom, że każda z nich ma prawo mówić o swoich emocjach.

Gedeon Richter jest kobietą. Od 120 lat jesteśmy partnerem kobiet, wspieramy je, edukujemy, oraz odpowiadamy na ich najpilniejsze potrzeby. Dlatego, cieszymy się, że jako mecenas zdrowia kobiet mogliśmy zrealizować ten kobiecy mural, który powstał z myślą o kobietach i o kobiecych emocjach. Radość, miłość, smutek, strach czy złość – bez względu na to, co kryje się #wKobiecejGłowie, wyrażajmy to, co czujemy! Jeżeli jesteśmy szczęśliwe – dzielmy się tym ze światem! Jeżeli jesteśmy smutne – nie bójmy się prosić o pomoc i mówić o tym, co nas boli. Jeśli czujemy, że powinnyśmy odwiedzić gabinet lekarza psychologa czy psychiatry – zróbmy to! Nie bójmy się emocji, nie wstydźmy się mówić o nich publicznie. To podstawowe filary dbania o swoje zdrowie! – mówi Aneta Grzegorzewska, Dyrektor Pionu Korporacyjnego i Relacji Zewnętrznych, Gedeon Richter Polska.

Mural znajduje się w Warszawie, w okolicach Ronda ONZ, przy ul. Jaworzyńskiej 7/9.