Marta Waszkiewicz - Ten brawurowy film wyprzedził swoją epokę o dekady. Dziś jest klasyką kina grozy, a po śmierci Tima Curry’ego nabrał zupełnie nowego znaczenia
00:00
06:31
W momencie premiery szokował i gorszył; dziś jest ponadczasowym symbolem buntu i prawa do bycia sobą. „Rocky Horror Picture Show” to klasyk, który wymyka się wszelkim kategoriom, a Tim Curry jako ekscentryczny doktor Frank-N-Furter stworzył w nim rolę, której nie sposób zapomnieć. Po śmierci aktora kultowy film wybrzmiewa jednak jeszcze mocniej: przede wszystkim jako bezwstydna, szalona i wciąż zaskakująco aktualna oda do wolności.
Status filmu kultowego zyskał dopiero po kilku latach od premiery, a dziś uchodzi za klasykę kina, która wciąż nie traci na aktualności. „Rocky Horror Picture Show” z 1975 roku to bowiem niezwykła mieszanka komedii, horroru i musicalu, która nie tylko bawi, ale też prowokuje do refleksji nad seksualnością, tożsamością płciową i społecznymi konwenansami. Odważna produkcja, która pojawiła się na ekranach u schyłku rewolucji seksualnej, stała się również ważnym głosem osób wykluczonych i symbolem wolności. Tematycznie i koncepcyjnie wyprzedziła swoją epokę o dekady, a także na trwałe zmieniła kino i popkulturę, inspirując całą rzesze twórców, i to nie tylko filmowych.
Nic więc dziwnego, że od ponad 50 lat obraz jest nieprzerwanie pokazywany w kinach na całym świecie, gromadząc wokół siebie miliony oddanych fanów, co jest chyba najlepszym dowodem na to, że „Rocky Horror Picture Show” to już nie tylko film, a fenomen odkrywany na nowo przez kolejne pokolenia widzów, zwłaszcza teraz – po odejściu Tima Curry’ego (aktor zmarł 25 sierpnia 2026 r.), odtwórcy kultowej roli doktora Frank-N-Furtera.
(Fot. materiały prasowe)
Urzekający, groteskowy i kompletnie nieprzejmujący się logiką „Rocky Horror Picture Show” od dekad pozostaje jednym z najbardziej oryginalnych i odjechanych musicali w historii kina. To odważne widowisko: oniryczna fantazja naszpikowana przebojową muzyką oraz humorystyczny ukłon w stronę wszelkiego rodzaju kiczu, a także przestylizowany miks gatunkowy, w którym wszelkie absurdy mają swoje uzasadnienie.
W pewien chłodny listopadowy wieczór zakochani Brad i Janet (Barry Bostwick i Susan Sarandon) postanawiają odwiedzić przyjaciela, aby oznajmić mu, że się zaręczyli. Gdy w drodze psuje im się auto, trafiają jednak do tajemniczego zamku bezwstydnego doktora Frank-N-Furtera (Tim Curry), gdzie poznają wiele dziwnych istot i uczestniczą w niezwykłych, choć nieco ekscentrycznych obrzędach, pełnych śpiewu, tańca i erotyki. Stają się również świadkami stworzenia przez doktora idealnego człowieka i kochanka, tytułowego Rocky’ego Horrora. Akcja stopniowo zagęszcza się, gdy doktor zaczyna prowadzić podwójną grę, starając się uwieść zarówno Janet, jak i jej narzeczonego.
(Fot. materiały prasowe)
Ten film to szalona oda do wolności i swobody wyrażania siebie. Wybitny Tim Curry stworzył tu rolę kultową
Powrót do „Rocky Horror Picture Show” po latach tylko utwierdza w przekonaniu, że Frank-N-Furter w wykonaniu Tima Curry’ego to jego aktorskie tour de force. Androgeniczny i absolutnie charyzmatyczny aktor z niezwykłą swobodą i odwagę bawi się bowiem konwencją, ciałem i własnym wizerunkiem. Zadziwia i zachwyca jednocześnie, bo Curry nie tyle wciela się w Frank-N-Furtera, ile całkowicie go zawłaszcza. Każdy jego gest, spojrzenie, sposób poruszania się czy wypowiadania kwestii jest częścią misternie przerysowanego przedstawienia. To również kreacja pełna cielesnej swobody, rozkosznego hedonizmu, szalonej ekspresji i poczucia humoru. Aktor po prostu doskonale rozumie, że konwencja filmu nie potrzebuje realizmu, a brawury. I daje jej widzowi pod dostatkiem.
Sam film to natomiast wybornie psychodeliczna rock opera, która z premedytacją odrzuca logikę na rzecz czystej zabawy. Komedia, musical, horror i sci-fi spotykają się tu w wybuchowej mieszance, przepuszczonej przez campowo-queerowy filtr, a fabuła nie jest tu najważniejszym elementem całej układanki, a właściwie pretekstem do kolejnych absurdów, prowokacji i stylistycznych wolt. Klasyczne motywy kina grozy zostają sparodiowane, a gotyk, glam rock, groteska i kicz tworzą wyjątkowo spójną całość.
(Fot. materiały prasowe)
Największą siłą filmu pozostaje jednak jego bezkompromisowość. „Rocky...” otwarcie celebruje bowiem wolność seksualną, różnorodność i prawo do wyrażania siebie bez oglądania się na społeczne konwenanse, a muzyka, kostiumy i charakteryzacje tylko wzmacniają ten efekt – są przerysowane, tandetne i jednocześnie zachwycająco pomysłowe. Piosenki wykorzystane w filmie wpadają w ucho, a kolejne sceny przypominają, że kicz może być nie tylko estetyką, lecz także formą buntu.
W centrum tego onirycznego szaleństwa znajduje się natomiast fenomenalny Tim Curry, którego bohater jest ucieleśnieniem ekstrawagancji, seksualnego wyzwolenia i całkowitej nieprzewidywalności. Aktor nie boi się bowiem ani przesady, ani śmieszności – przeciwnie, robi z nich swój największy atut. Dzięki niemu ta cudnie przerysowana i absolutnie magnetyczna postać stała się czymś więcej niż kampową figurą – ikoną popkultury i ponadczasowym symbolem odwagi bycia sobą.
„Rocky Horror Picture Show” można więc albo kochać albo nienawidzić, ale z pewnością trudno przejść obok niego obojętnie. To dzika, niczym nieposkromiona filmowa jazda bez trzymanki, a także wyborny festiwal absurdu, glamrockowego szału i kontrolowanego chaosu. A nieodżałowany Tim Curry? Czapki z głów. Jego Frank-N-Furter to kreacja jedyna w swoim rodzaju – bezczelna, zmysłowa, zabawna i fascynująca do dziś.
„Rocky Horror Picture Show” obejrzeć można na Disney+, Prime Video i Apple TV+.