Ida Marszałek - Wenecja 2026: „Primetime” z Robertem Pattinsonem uświadamia, że reality show to publiczna egzekucja [Recenzja]
00:00
08:08
„Chris Hansen, NBC”– przedstawia się triumfująco bohater „Primetime”, kiedy odbiera telefon. Na plan swojego autorskiego programu „To Catch a Predator” wchodzi w atmosferze zwycięstwa. Duma rozpiera, gdy widzi sam siebie na ekranie. Kiedy facet spotkany w samolocie ściska mu rękę, chwaląc szlachetną misję łapania pedofili na gorącym uczynku. „Nie masz czasem ochoty ich załatwić?" – pyta jego fan, na co Chris Hansen odpowiada śmiechem: „To co robię jest dużo gorsze". W filmie Lance'a Oppenheima z Robertem Pattinsonem w roli głównej na wierzch wychodzą telewizyjne brudy oraz brzydka prawda – o tym, co dają nam do oglądania i o tym, co oglądamy. Ale przede wszystkim: zepsucie, fiksacje, apatia i ogromne ego tych, którzy pchają się do złotego czasu antenowego.
W 2004 roku w amerykańskiej telewizji zadebiutował „The Apprentice”, w którym grupa ludzi biznesu zaciekle walczyła o posadę u Donalda Trumpa, „The Biggest Loser”, w którym uczestnicy z nadwagą byli poniżani aż do osiągnięcia rozmiarów powszechnie akceptowanych, ogromną popularnością cieszył się „Survivor”, w którym uwięzieni na bezludnej wyspie, przymierający głodem konkurenci wzajemnie kopali pod sobą dołki. W czasie, gdy reality show masowo przyciągały widzów przed odbiorniki, w szczytowej erze świetności podglądackiego gatunku, w stacji NBC narodził się „To Catch a Predator”. Program prowadzony przez Chrisa Hansena wabił mężczyzn podejrzanych o pedofilię przed ukrytą kamerę i ujawniał ich tożsamość. Ekipa zastawiała pułapkę przy współpracy z organizacją „Perverted-Justice”. Wolontariusze podszywali się pod osoby nieletnie na czatach internetowych i umawiali z podejrzanymi na schadzki. Na miejscu na potencjalnych sprawców czekały ukryte kamery i Hansen, który przeprowadzał konfrontację. Ten scenariusz chcieli oglądać wszyscy.
Kadr z filmu „Primetime” (Fot. materiały prasowe)
W bitwie o oglądalność „To Catch a Predator” stanowił podwójne zagrożenie. Nie dość, że pozwalał na voyeurystyczną przyjemność, to jeszcze w pełni zaspokajał pierwotną żądzę krwi. Miał przy tym przewagę nad serialem „Survivor” czy „The Biggest Loser” – upokorzenie bohaterów było w pełni zasłużone, więc sumienie widzów mogło pozostać czyste. „Tylko nie pokazuj mnie w telewizji” błaga jeden z przestępców seksualnych, kiedy filmowy Hansen łapie go na gorącym uczynku. Upublicznienie wizerunku jest karą gorszą od więzienia, odpowiednikiem publicznej egzekucji. „To Catch a Predator” przywodzi na myśl walki skazańców na arenie Koloseum, średniowieczne palenie na stosie, gilotynowanie podczas Rewolucji Francuskiej. Jest spektaklem łączącym karę z rozrywką, fascynację cierpieniem z przywróceniem porządku publicznego, stanowiącym zbiorowe katharsis. „Primetime” Lance'a Oppenheima zamiast powielać format programu, o którym opowiada, dorzucać swoją cegiełkę do potępienia skazańców, przewrotnie odwraca ukrytą kamerę w przeciwną stronę. Wchodzi za kulisy, podważa kompetencje katów, używa sprawdzonego formatu przeciwko nim.
Film zaczyna się w momencie, gdy „To Catch a Predator” wywalczył już sobie odpowiednie słupki oglądalności. Teraz zadaniem producentki (Merritt Wever) i Chrisa Hansena (Robert Pattinson) jest podtrzymanie zainteresowania, dalsza ekspansja. Program zdobywa telewizyjny święty graal – slot w najlepszym możliwym czasie antenowym. Teraz ma być być bezpośrednią konkurencją dla hitowego serialu ABC, „Lost”. Presja sukcesu rośnie, małe rybki łapane do tej pory już nie wystarczają. Ekipa postanawia zapolować na prawdziwego wieloryba. Wkrótce do ich sieci wpływa teksański prokurator.
Kadr z filmu „Primetime” (Fot. materiały prasowe)
„Kto dał ci prawo?” – pyta ten bohater programu, któremu akurat nie odebrało mowy. Dylemat spod znaku pierwszego rzuconego kamienia zaczyna ciążyć filmowemu Hansenowi. Tym bardziej, że sam nie jest wcieleniem niewinności. Mąż i ojciec dwóch chłopców, który już i tak popełnia grzech zaniechania, zostaje przyłapany w kompromitującej sytuacji z kochanką. Choć nie sposób porównać jego winy, do zamiarów nakrywanych przez niego przestępców, strach przed konsekwencjami uświadamia rycerzowi sprawiedliwości, jak to jest znaleźć się po drugiej stronie.
Na przeciwnym biegunie moralnych rozterek reżyser umiejscawia producentkę programu, wcielenie zblazowania, portretowane bezbłędnie przez Merritt Wever. Między jednym, a drugim mlaskiem gumy do żucia bohaterka trzyma rękę na sensacyjnym pulsie swojego show. Mówi najbardziej beznamiętnym głosem świata, a jednak wszyscy jej słuchają. W tym cyrku nic nie kręci się bez niej. Panuje nad sytuacją, studzi ekipę, ale też łaknie drobnych momentów chaosu, bo to one tworzą najlepszą telewizję. Jej pulsu nie przyspiesza wymierzona sprawiedliwość, a wykresy z tendencją rosnącą. To trafna reprezentacja kobiet w okrutnym biznesie, których wyrachowanie wynika z praktycznej woli przetrwania. Bitwa, która rozgrywa się między nią, a Chrisem nie dotyczy etyki pracy, o której w telewizji można zapomnieć, a poczucia władzy. Prawdziwego motywu, dla którego tworzy się widowiska w stylu „To Catch a Predator”.
Jeśli coś jest tytułowym „najlepszym momentem” filmu Oppenheima to są nim kreacje aktorskie. Nieczuła aż do zmrożenia krwi w żyłach Merritt Wever. Robert Pattinson, który non stop odbija się od przerośniętego ego swojego bohatera. Balansuje na granicy pazerności i strachu przed utratą tego, co zbudował. Momentami przeholowuje i ciągnie postać Chrisa w stronę niespodziewanego obłędu, bardziej w stylu Jokera niż dziennikarza. Najlepiej wypada w scenach, w których Hansen gorączkowo przygotowuje się do występu. Obsesyjnie powtarza cytaty z korespondencji pedofili, wypaczając ich znaczenie, zmieniając w telewizyjną wydmuszkę.
Tam gdzie scenariusz trzyma się głównego duetu, chropowate, zamglone ujęcia z ukrytej kamery śledzą walkę w czterech ścianach, fabuła uświadamia nam perwersyjną przyjemność spektaklu – tam film Oppenheima się broni. Nieoczekiwanie jednak dominująca okazuje się trzecia perspektywa: „Decoy Dana” (Skyler Gisondo), 23-letniego, aspirującego aktora, który liczy, że występ w telewizji, w roli przynęty na przestępców seksualnych, będzie początkiem jego kariery w branży filmowej. Punkt widzenia młodego i niewinnego wprowadza do filmu element sumienia, ale też rozcieńcza historię Hansena i jego producentki.
Kadr z filmu „Primetime” (Fot. materiały prasowe)
Oppenheim prowadzi nas przez trzewia popularnej stacji, jednak wycieczka trwa zdecydowanie za krótko. W „Primetime” zabrakło pogłębienia telewizyjnych struktur, film prześlizguje się przez konfrontacje na wizji i portrety psychologiczne przestępców – konsekwentnie odmawia nam tego, co najciekawsze.
Jedno w „Primetime” udaje się bez pudła. Oppenheim skutecznie wprowadza widzów w stan dyskomfortu. Zmusza do śmiechu, ale jest to śmiech bolesny, brudny, więznący w gardle. Opowiadając o przyjemności oglądania, reżyser nieustannie odmawia nam poczucia satysfakcji. Dekonstruuje „guilty pleasure”, do momentu, gdy zostaje nam tylko poczucie winy.