1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Oglądam, chociaż wstyd mi się do tego przyznać”. Dlaczego reality shows tak wciągają? Eksperci wyjaśniają

„Oglądam, chociaż wstyd mi się do tego przyznać”. Dlaczego reality shows tak wciągają? Eksperci wyjaśniają

(Fot. materiały prasowe Netflix)
(Fot. materiały prasowe Netflix)
Wielu z nas z ekscytacją i napięciem czeka na każdy odcinek, a potem czasami jeszcze komentujemy go szeroko. Uwielbiamy lub nienawidzimy bohaterów. Formaty typu „Ślub od pierwszego wejrzenia”, „Rolnik szuka żony”, „Love is blind” są fenomenem kulturowym i psychologicznym. Z jakich powodów ludzie tak ich teraz potrzebują?

Spis treści:

  1. Dlaczego oglądamy reality shows?
  2. Identyfikacja z bohaterami: dlaczego „zwykli ludzie” przyciągają widzów
  3. Co daje nam oglądanie reality shows?
  4. Dlaczego wciągamy się w losy uczestników reality shows?
  5. Hatewatch: radość z oglądania nielubianych programów

Dlaczego oglądamy reality shows?

Czas na osobiste (publiczne!) wyznanie. Obejrzałam kilkanaście edycji reality show „Love is blind” (wersja amerykańska, francuska, brytyjska, niemiecka). Przyniosły mi dużo rozrywki i relaksu. I odprężenia, którego potrzebowałam. Nie musiałam nadmiernie analizować; wybierałam wersje bez lektora, aby osłuchiwać się w angielskim czy francuskim. Losy wielu par wciągały mnie jak najlepszy kryminał. Kiedy teraz pochylam się nad tematem fenomenu takich programów, pewnie pół Polski (wiem, bo czytałam komentarze pod postami Netflix) czeka na polską edycję „Love is blind”.

Kilka miesięcy temu rozmawiałam z wybitnym polskim aktorem, który słynie z dramatycznych, głębokich kreacji filmowych. Wyznał, że również ogląda „Love is blind”. Ten program go wprost fascynuje, zawsze czeka na nowe odcinki.

Ani on, ani ja nie jesteśmy w mniejszości. Większość osób (pytanie tylko, kto się do tego przyzna, a kto nie) czeka na kolejne odcinki oraz edycje takich programów, jak „Królowe przetrwania”, „Ślub od pierwszego wejrzenia”, „Żona dla Polaka”, „Rolnik szuka żony” i wiele innych. Skąd bierze się tak potężna popularność programów? Czego tam szukamy? Co nas bawi, a co irytuje, co sprawia, że chcemy więcej i więcej?

Identyfikacja z bohaterami: dlaczego „zwykli ludzie” przyciągają widzów

– Widzowie podchodzą do tego typu programów jak do seriali, utożsamiając się silnie z bohaterami. Kibicują im lub ich krytykują –komentuje socjolożka i badaczka Katarzyna Krzywicka-Zdunek. – Programy te służą często jako narzędzie do porównywania sytuacji przedstawionych na ekranie z własnymi doświadczeniami. Dają poczucie satysfakcji, jeśli własny związek jest udany, a na ekranie obserwujemy zakochaną parę. Oferują pocieszenie w przypadku własnych niepowodzeń, a tych w programach jest przecież niemało, podobnie jak w życiu. Poza tym mogą stanowić inspirację do poszukiwania partnera lub budowania relacji–podkreśla.

Tym, co odróżnia te programy od innych produkcji, są „zwykli bohaterowie”. Nie aktorzy, nie celebryci, nie influencerzy, którzy na Instagramie czy w filmach wydają się wieść życie niemal idealne. Bohaterami programów są ludzie nie tylko z dużych, ale często z małych miast czy wsi. Tacy, którzy nie wyglądają idealnie. Nie mają wielkich pieniędzy, majątków, karier.

Katarzyna Krzywicka-Zdunek zwraca uwagę na skrócony w związku z tym dystans między widzem a osobą z ekranu. Mimo badawczego podejścia, socjolożka też ogląda czasami te programy. Dla rozrywki i relaksu, traktując je jako „guilty pleasure”, podobnie jak wielu z nas. Obserwuje, że śledzenie losów i perypetii bohaterów często nie kończy się na emisji programu.

– Uwaga widzów przenosi się na serwisy plotkarskie i media społecznościowe (np. Instagram), gdzie śledzą dalsze wydarzenia z życia swoich ulubionych bohaterów – dodaje.

Jej zdaniem, w przeciwieństwie do relacji paraspołecznych z celebrytami, bliskość ze „zwykłymi ludźmi” jest tutaj znacznie większa.

– Dzięki temu widzowie łatwiej utożsamiają się z ich przeżyciami i różnymi sytuacjami, myśląc, że „to mogłoby przydarzyć się mnie”– relacjonuje Katarzyna Krzywicka- Zdunek. – Taka bliskość sprawia, że widzowie odczuwają niekiedy większą potrzebę komentowania, krytykowania albo udzielania rad bohaterom. Pozwala im to wyrazić opinie, które w relacjach z bliskimi mogłyby spotkać się z oporem.

Co daje nam oglądanie reality shows?

Popularność programów, które – zauważmy – skupiają się na ludziach szukających miłości, wchodzących w nowe relacje, a także rozstających się, może powiedzieć wiele nie tylko o widzach, ale też o kulturze. – To złożone zjawisko, na które warto spojrzeć z poziomu emocjonalnego, relacyjnego, społecznego czy po prostu jako potrzebę podglądania życia innych – zauważa Michał Tęcza, seksuolog, wykładowca, trener Fundacji Projekt Polska.

Przede wszystkim widzów może przyciągać i pociągać w tych formatach ciekawość i zainteresowanie innymi. – Przecież ludzie od zawsze interesowali się życiem innych. Plotkowanie, podglądanie i dyskutowanie jest silną potrzebą. Wyjątkowo ochoczo realizowaną, jeśli w grę wchodzą relacje, intymność, konflikty i skrajne emocje, a programy randkowe i eksperymenty społeczne właśnie na tym się opierają. Mają za zadanie wywoływać u odbiorców silne emocje. Taka mieszanka autentyczności i dramy! – relacjonuje Michał Tęcza.

Kiedy co tydzień oglądamy kolejny odcinek (lub łaskawie otrzymujemy dwa z rzędu), mamy poczucie, że „te twarze brzmią znajomo”. Coraz lepiej poznajemy osoby, które pojawiają się na ekranach. Jasne, wielu ekspertów zwraca uwagę na to, że programy typu reality show też bywają reżyserowane, a niektóre reakcje wcale nie są tak wybitnie spontaniczne. Zdarzają się też duble.

Jednak zdecydowanie nie są to precyzyjnie wykreowane filmy czy seriale, w których każda linijka tekstu została napisana przez scenarzystów. Nie, tutaj jest znacznie więcej prawdziwego życia, choć wielu może się zaśmiać na ten argument.

Ale kobieta, która w „Ślubie od pierwszego wejrzenia” rzeczywiście pierwszy raz widzi swojego przyszłego męża, z którym za chwilę ma wejść w związek małżeński, pokazuje swoje prawdziwe emocje, reakcje. Do tego dołóżmy nagłe zerwania, trudne rozmowy, przykre słowa, kłótnie, sprzeczki, sceny zazdrości, dramaty, a nawet słynne „dramy”, szeroko omawiane potem w Internecie, a także w koleżeńskim gronie.

Nie raz, nie dwa słyszałam, jak w czasie różnych spotkań towarzyskich, a nawet w przerwie między służbowymi wydarzeniami czy rozmowami, ktoś zarzucał wątek reality show, odwołując się do najświeższych wydarzeń. Ktoś z kimś zerwał, ktoś kogoś zdradził, ktoś źle się zachował, ktoś kocha bez wzajemności. Przecież znamy to z życia… I nagle okazywało się, że właściwie niemal wszyscy to oglądali, więc chętnie o tym pogadają.

Dlaczego wciągamy się w losy uczestników reality shows?

Jeśli widujemy kogoś regularnie na ekranie telewizora czy tableta, czy smartfona, jeśli te twarze wyskakują nam także w mediach społecznościowych, trudno z nimi nie zżyć się w jakiś sposób. Jasne, to nie jest prawdziwa relacja, nie może taka być. Jest głównie jednostronna, choć my coraz bardziej przejmujemy się losami, szczególnie tych, których lubimy, którzy nas śmieszą, którym może nawet podświadomie zazdrościmy (wysportowanej sylwetki, siły, poczucia humoru, stylizacji, hartu ducha, woli walki, kolorowego życia… tak, to może być wszystko).

– Łatwo zżyć się z osobami biorącymi udział w reality show i kibicować im lub złorzeczyć na nie – potwierdza Michał Tęcza. Przyznaje, że świadomość realizmu tych wydarzeń (zwykle ludzie naprawdę się zakochują lub odkochują, biorą ślub lub zrywają) wywołuje jeszcze większe emocje u widzów. – I jeszcze większe zaangażowanie niż w przypadku seriali czy filmów fabularnych, gdzie wszystko jest odgrywane – przypomina seksuolog.

Jako ludzie mamy tendencję, a nawet łatwość w ocenianiu innych. Ich wyborów, zachowań, emocji, wyglądu.

– Ocenianie daje poczucie kontroli i stawia nas w pozycji osoby, która wie lepiej, jest mądrzejsza, bardziej świadoma. Może to pomagać w regulowaniu emocji, takich jak frustracja, niezadowolenie ze swojej sytuacji, smutek czy złość – dodaje.

Hatewatch: radość z oglądania nielubianych programów

Od dziecka jesteśmy porównywani: do dzieci znajomych rodziców, do innych uczniów, kolegów, wnucząt itd. Nawykliśmy do tego. Sami też lubimy się porównywać z innymi. – Zasada jest taka, że jeśli obserwuje się czyjeś niepowodzenia lub doświadcza nieprzyjemnych sytuacji, to w trakcie porównania jest szansa na to, że wypadnie się lepiej. Można więc pomyśleć sobie: „wcale nie mam tak najgorzej” –opisuje Michał Tęcza.

Coraz popularniejszy na całym świecie, tak że u nas, staje się hatewatching. Termin ten nie ma jeszcze polskiej nazwy, a oznacza zjawisko polegające na oglądaniu filmów, seriali lub programów, których się nie lubi, uznając je za niemądre, irytujące lub absurdalne.

Mimo to oglądanie owych treści daje jakąś przyjemność. Stąd blisko już do wspomnianego wyżej „guilty pleasure”. Wiele osób ogląda coś, co uważa za żałosne, okropne, irytujące, zawstydzające. Sami nie rozumieją swojej fascynacji danym programem czy wątkiem. Nie wiedzą, po co to robią i dlaczego tak je to cieszy.

– Trochę tak, że wstyd patrzeć, ale trudno oderwać wzrok… Krytykowanie i wyśmiewanie bohaterów programu może być tak przyjemne, że niemal uzależniające – kwituje Michał Tęcza. I przestrzega, aby mimo wszystko starać się nie szufladkować osób oglądających.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE