fbpx

Andrzej Smolik – Jeden dźwięk, jedna myśl

Z kompozytorem Andrzejem Smolikiem o poszukiwaniu rytmu w życiu i muzyce rozmawia Magdalena Rybak
– Jak panu smakuje życie?

– Dobrze mi smakuje. Skończyłem 40 lat i uważam, że to jest świetny okres w życiu mężczyzny. Mam w sobie więcej spokoju i mądrości. Już wiem, co jest dobre, a co złe, doceniam rzeczy małe, proste i codzienne. Dobre śniadanie, spotkanie z przyjaciółmi… Czuję, że przyszedł czas na cieszenie się tym, co mam. Ambicja i duże marzenia zostały spełnione. Robię muzykę, czyli to, co kocham. A nikt nie wierzył, że mi się to uda.

– Dlaczego?

– Wychowałem się w Świnoujściu, to małe miasto. Matka zarządzała hotelem marynarskim, a ojciec był dyrektorem dużej floty statków rybnych. Wszyscy nasi znajomi byli związani z biznesem morskim i określonym statusem finansowym. Nie znaliśmy muzyków, którzy tworzyli w studiach i koncertowali po świecie. Tylko kolesi, którzy pili i grali w knajpach. Rodzice mówili: „synku, fajne masz hobby, kupimy ci organy, ale idź na studia i zostań kimś, a to hobby cię będzie relaksować”. Poszedłem więc do Szkoły Morskiej i próbowałem zostać marynarzem czy inżynierem. Ale mnie to nie interesowało. Chciałem grać muzę. I nie wiem, czy to los się uśmiechnął, czy to wynik mojego uporu, ale się udało.

– A pamięta pan moment przełomowy?

– Na piątym roku studiów zamiast na praktyki pojechałem do Jarocina. Dziekan odkrył moją nieobecność i zostałem postawiony przed komisją dyscyplinarną. I może nawet by mnie stamtąd nie usunięto, ale sam już nie chciałem wracać. Mój znajomy, Bruno Chrzanowski, został muzykiem Wilków – to był wtedy największy zespół pop-rockowy w Polsce. Polecił mnie na klawiszowca, a oni zaprosili na przesłuchania. Zapakowałem graty, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Warszawy. Miałem 25 lat i myślałem tylko o tym, że będę się zajmować muzyką, że będzie dużo dobrej zabawy, że poznam fajnych ludzi. I będę mógł wreszcie kupić ukochane instrumenty, pracować w profesjonalnym studio… Szybko się okazało, że pieniędzy z tego za bardzo nie ma, że zespół zaczyna się sypać…, więc rodzice nadal muszą mi pomagać. Ale za to poznawałem ludzi, z którymi graliśmy wspólne koncerty, i miałem z kim dalej działać.

– Pamięta pan pierwszy koncert?

– Nie byłem wtedy fanem Wilków, dla mnie to był pop, czyli trochę nie cool. Pierwszy wspólny występ mieliśmy w Opolu. Nagle wielka scena, światła, kamery, same sławy: T. Love, Hey. Miałem megastres przed wyjściem na scenę i niewiele pamiętam z tego, co się działo. Tak zresztą mam do dzisiaj: wychodzę na scenę, gram, są emocje, oślepiające światła, a potem wszystko mi umyka. To jak walka bokserska.

– Kiedy pana kariera naprawdę ruszyła z kopyta?

– Zaczęło się od Piotra Banacha, który chciał, żebym zrobił kilka piosenek na płytę Kasi Nosowskiej. Niedługo potem dostałem propozycję od Sony BMG nagrania swojej autorskiej płyty. Czułem, jakbym nagle wyszedł na scenę i krzyknął: „Cisza! Teraz ja mówię”. Potem wszystko się potoczyło. Zmienił się mój status, pojawiły się inne propozycje.

– Czym dla pana jest dzisiaj muzyka?

Podstawowym językiem, bo językiem wibracji, czyli emocji. Akt komponowania, grania to zapis stanu emocjonalnego. Muzyka na pewnym poziomie jest bliska medytacji. Jak się zaczyna grać, znika cały świat.

– Na coś jest pan szczególnie wrażliwy?

– Lubię duże przestrzenie. Od dzieciństwa większość czasu spędzałem w pięknym, dziewiczym, naturalnym środowisku. I choć ostatnio siedzę głównie w przestrzeniach zamkniętych, czyli w studio, robiąc muzykę, to kiedy tylko mogę, wyjeżdżam. Lubię wracać tam, gdzie się urodziłem. Robię to jednak coraz rzadziej, bo łatwiej teraz polecieć do Grecji, niż pojechać do Świnoujścia samochodem. Niedawno wraz z ekipą filmową w moim rodzinnym mieście kręciliśmy materiał na potrzeby programu „Keep walking” i wszyscy byli zachwyceni Świnoujściem. Jeżeli chodzi o podróże, to chętnie latam do Azji, głównie do Tajlandii. Organizacja przestrzeni jest tam wspaniała – prosta, harmonijna, naturalna. To też kwestia mentalności tamtejszych ludzi: mimo tłoku pozostawiają sobie nawzajem bardzo dużo miejsca.

– Czy to kultura, z której czerpie pan muzyczne inspiracje?

– Nie, tajlandzka muzyka nie jest mi bliska. Co innego japońska – ta jest bardzo nowoczesna i na wysokim poziomie. Czerpię też z dawnej chińskiej muzyki klasztorów zen. Są szkoły medytacji, w których mnisi grają tylko na instrumentach, a ich mottem jest: „jeden dźwięk – jedna myśl”. To bardziej mi bliskie niż dominujące u nas podejście intelektualne.

Na kolejnych etapach życia kosztowałem tak różnorodnej muzyki, że ciężko powiedzieć, gdzie się zaczęła inspiracja, a gdzie skończyła, co zostało odrzucone, a co wcielone. Wszystko się wchłania i rezonuje.

Ostatnio podoba mi się muzyka sprzed lat, nagrywana na żywo, co wymagało nie lada kunsztu i precyzji. Lubię też duże składy, gdzie są bity i smyki, czy taką klasyczną formułę, jaką jest muzyka Billie Holliday, Elli Fitzgerald, Burta Bacharacha, Astrud Gilberto czy polska muzyka z lat 70., że wymienię chociażby Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia, Jana Ptaszyna Wróblewskiego czy Wojciecha Karolaka.

– A oprócz muzyki? Co pana inspiruje?

Moją głowę zajmuje głównie muzyka, więc ciężko mi się skupić na książce, ale filmy przyjmuję w każdej ilości. Lubię takie, które mają powolny rytm, jak filmy Herzoga, Jarmuscha, Sergio Leona, Clinta Eastwooda. Miles Davis na pytanie, co jest najważniejsze w muzyce, odpowiedział: czas. Czyli ta przestrzeń pomiędzy dźwiękami. Jak oddech. Życiu towarzyszy rytm, a jaki on jest, to już kwestia osobnicza.

– A pan, w jakim rytmie żyje?

– Przez kilka miesięcy pracowałem nad płytą, w mojej kamienicy trwa remont… Mimo więc najlepszych chęci, żeby to był rytm z Jarmuscha, to jest on bardziej z Rodrigueza, w lekko rozchełstanym klimacie. Jeżeli jest dużo pracy, budzę się wcześnie, zbieram myśli przy śniadaniu i idę czynić swoje powinności, na które czasu nie starcza. Wtedy nie ma rytmu ani spokoju. Wtedy trzeba działać. Ale chciałbym żyć w większym wyciszeniu. Moim największym marzeniem jest mieszkać tam, gdzie przez okno widać morze, i żyć w rytmie przypływów i odpływów. To daje spokój w myśleniu. Najchętniej wstawałbym o 7.30, załatwiałbym sprawy do 15.30 i resztę czasu poświęcał na spacery w nieznane. Czasem po koncercie mam taki dzień, kiedy mogę iść na basen, poczytać książkę, obejrzeć film albo usiąść w knajpie i patrzeć na ludzi. To wspaniale uczucie wolności. Nie planuję wtedy dnia, daję się ponieść temu, co przynosi.

– Jest pan obserwatorem?

– Owszem, jestem introwertyczny i więcej przyjemności sprawia mi bycie z boku sytuacji i przyglądanie się jej z pozycji widza.

– To dobra postawa do smakowania życia.

– Ale różnica może być taka, jak między powąchaniem dania a skosztowaniem go. Ja smakuję poprzez patrzenie, analizowanie i wąchanie życia. Zawsze mam jakiś margines i dystans.