Hanna Samson – Nie dałam się zagnać do mysiej dziury

fot. Michał Korta

Hanna Samson mówi, że żyje w kilku światach. Zarówno w pisaniu, jak i w pracy psychologicznej zanurza się całkowicie. Wie jak nikt inny, w jaki sposób walczyć o własną tożsamość. Na ekranach kin mogliśmy oglądać film Łukasza Palkowskiego „Wojna żeńsko-męska”, do którego napisała scenariusz wg swojej powieści.
– Napisałabyś książkę o szczęśliwym dzieciństwie?

– A takie w ogóle istnieje? Jestem terapeutką i mam być może skrzywione widzenie, ale ilekroć rozmawiam z ludźmi o ich dzieciństwie, okazuje się ono najtrudniejszym etapem, przez który przeszli. Stawanie się człowiekiem jest bolesne.

– Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

– Nie wspominam dobrze. Nie mówię nawet o swoich relacjach z rodzicami, ale w ogóle o poczuciu osamotnienia, jakie mi towarzyszyło. Czułam się bezbronna i bezradna, a musiałam sobie jakoś radzić. Popatrz na szkołę. Dla mnie była horrorem. Byłam panienką z dobrego domu, dobrze się uczyłam, a jednak coś mi nie pasowało. Dostrzegałam niesprawiedliwość. Byli dobrzy i źli uczniowie. Dobrzy nie musieli nic robic, bo byli dobrzy z założenia. Słaby uczeń mógłby nie wiadomo co zrobić, a i tak był słaby. To było w Łodzi, mieszkałam blisko Marysina, który kiedyś był biedna wsią, dzieci nie miały podręczników, więc ciągle dostawały wpierdol od nauczycieli. Było zbieranie makulatury. Zbyszek, nie pamiętam nazwiska, powiedział naszej wychowawczyni, że przyniesie dużo, bo ma w domu dużo książek. No i ta pani się ucieszyła, że książki przyniesie, bo ciężkie, będzie dobry wynik, pal licho, że to literatura. Ale Zbyszek przestał się pojawiać w szkole. Kiedy już nie mógł dłużej wagarować, wychowawczyni go przemaglowała na rzecz obiecanej makulatury. „Nie przyniosłem, bo ojciec spalił w piecu. Było zimno” – tłumaczył. A pani na to, ze w ogóle nie można na nim polegać, i z pogardą, że najpierw się tymi ksiazkami chwalił, a potem ich nie przyniósł. Któregoś razu pojawiła się nowa koleżanka, która oblała i trafiła do nas. Przedstawiła sie jako Mariola Gawlik. Pani mówi: „Jak to Mariola? Tu jest napisane Maria Gawlik”. „Bo ja, proszę pani, jestem Maria Jolanta i chciałabym, żeby do mnie mówiono: Mariola”. „Siadaj, Marysiu” – usłyszała. To wszystko były drobne sytuacje, ale mnie dotykały, chciałam zabrać głos, a nie mogłam. W liceum dostałam się do eksperymentalnej klasy matematycznej pod opieką uniwersytetu, zafundowano nam straszliwą rywalizację, walkę o olimpiady. Żadne relacje nie mogły się wytworzyć. Poddano nas ogromnej presji.

– Powiedziałaś, że jesteś panienką z dobrego domu, jak wyglądał?

– No, był bardzo dobry. Mój ojciec był profesorem, mama była psycholożką, były różne rodzinne tradycje.

– Co pamietasz jako najszczęśliwsze?

– Że miałam psa było szcześliwe. Można założyć różne okulary. Mogę widzieć wspólne wakacje, święta, prezenty, opiekę, tatę, który czasem pomagał mi w lekcjach. Mojej siostrze tez. Bardzo się w to angażował. Kiedyś moja siostra miała zrobić studnię na pracę ręczne i tata zrobił jej studnię. Całą niedziele dłubał i ta studnia była wspaniała, miała nawet wiadereczko.

– Z kartonu?

– Nie, normalne wiaderko, na takim drewnianym kołowrotku, zawieszone na maleńkim łancuchu, no genialne. Byliśmy zachwyceni. Siostra wróciła ze szkoły z czwórką. „A, bo ojciec Elki zrobił z żurawiem i Elka dostała piątke”. Ojciec nie mógł tego przeboleć, chciał iść do szkoły z awanturą. Ale to były żarty, mój ojciec był bardzo fajny. Ale mogę też założyć inne okulary i widzieć dystans między nami a rodzicami, dziecięcą samotność. Wiedziałam jedno, że mam być grzeczna. To był podstawowy przekaz i nic więcej właściwie nie wiedziałam. Dorośli z nami nie rozmawiali. A może ja nie miałam z nimi rozmawiać? Miałam się bawić, chodzić do szkoły, być sama ze swoimi sprawami. Byłam zaopiekowana, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby rozmawiać. Kiedy po raz pierwszy poszłam do przyjaciółki, zobaczyłam, że jej mamę obchodzi, co ona przeżywa. U mnie w domu był szczegółowy przepis, jak należy być grzeczną córką. Mama była cholernie egocentryczna, to na niej należało sie skupiać i odgadywać jej oczekiwania. Była niesprawiedliwa, co było jej kłopotem, bo nie wynikało z tego, że chciała być niesprawiedliwa, tylko z tego, że nie zagłębiała się w prawdę. To była taka mama, która wchodząc do pokoju i widząc stłuczony wazon, ukarze cię, nie dopuszczając myśli, że okno się otworzyło od przeciągu albo byli złodzieje i stłukli. Wiadomo, że to twoja sprawka. Dom był królestwem, w którym rządziła królowa, a my byliśmy daleko i nawet nie mieliśmy jak pisnąć. Moją mamę się całowało w rękę.

– Kto?

– No, dzieci.

– W związku z czym?

– W związku ze wszystkim. Na dobranoc, rano chyba nie było powitania, każdy się spieszył. Ale wieczorem po umyciu się należało przyjść w koszulce nocnej do pokoju, pocałować mamę w rękę i cichutko iść do pokoiku. I, oczywiście, trzeba było całować przy przepraszaniu. Przepraszać należało często.

– A ojciec?

– Nieobecny. Był naukowcem i pracował. Był naprawdę fajnym facetem. Ale oddawał mamie pole wychowawcze, więc nie można się było odwołać od decyzji mamy do ojca. Wszyscy się mamy bali. Ojciec też.

– Kiedykolwiek pózniej mówiłas mamie, co czułaś?

– Wtedy, kiedy miałam ochotę coś zrozumieć, mama nie miała ochoty mi tego wyjaśnić.