fbpx

Hanna Samson – Nie dałam się zagnać do mysiej dziury

Hanna Samson - Nie dałam się zagnać do mysiej dziury
fot. Michał Korta

Hanna Samson mówi, że żyje w kilku światach. Zarówno w pisaniu, jak i w pracy psychologicznej zanurza się całkowicie. Wie jak nikt inny, w jaki sposób walczyć o własną tożsamość. Na ekranach kin mogliśmy oglądać film Łukasza Palkowskiego „Wojna żeńsko-męska”, do którego napisała scenariusz wg swojej powieści.
– Napisałabyś książkę o szczęśliwym dzieciństwie?

– A takie w ogóle istnieje? Jestem terapeutką i mam być może skrzywione widzenie, ale ilekroć rozmawiam z ludźmi o ich dzieciństwie, okazuje się ono najtrudniejszym etapem, przez który przeszli. Stawanie się człowiekiem jest bolesne.

– Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

– Nie wspominam dobrze. Nie mówię nawet o swoich relacjach z rodzicami, ale w ogóle o poczuciu osamotnienia, jakie mi towarzyszyło. Czułam się bezbronna i bezradna, a musiałam sobie jakoś radzić. Popatrz na szkołę. Dla mnie była horrorem. Byłam panienką z dobrego domu, dobrze się uczyłam, a jednak coś mi nie pasowało. Dostrzegałam niesprawiedliwość. Byli dobrzy i źli uczniowie. Dobrzy nie musieli nic robic, bo byli dobrzy z założenia. Słaby uczeń mógłby nie wiadomo co zrobić, a i tak był słaby. To było w Łodzi, mieszkałam blisko Marysina, który kiedyś był biedna wsią, dzieci nie miały podręczników, więc ciągle dostawały wpierdol od nauczycieli. Było zbieranie makulatury. Zbyszek, nie pamiętam nazwiska, powiedział naszej wychowawczyni, że przyniesie dużo, bo ma w domu dużo książek. No i ta pani się ucieszyła, że książki przyniesie, bo ciężkie, będzie dobry wynik, pal licho, że to literatura. Ale Zbyszek przestał się pojawiać w szkole. Kiedy już nie mógł dłużej wagarować, wychowawczyni go przemaglowała na rzecz obiecanej makulatury. „Nie przyniosłem, bo ojciec spalił w piecu. Było zimno” – tłumaczył. A pani na to, ze w ogóle nie można na nim polegać, i z pogardą, że najpierw się tymi ksiazkami chwalił, a potem ich nie przyniósł. Któregoś razu pojawiła się nowa koleżanka, która oblała i trafiła do nas. Przedstawiła sie jako Mariola Gawlik. Pani mówi: „Jak to Mariola? Tu jest napisane Maria Gawlik”. „Bo ja, proszę pani, jestem Maria Jolanta i chciałabym, żeby do mnie mówiono: Mariola”. „Siadaj, Marysiu” – usłyszała. To wszystko były drobne sytuacje, ale mnie dotykały, chciałam zabrać głos, a nie mogłam. W liceum dostałam się do eksperymentalnej klasy matematycznej pod opieką uniwersytetu, zafundowano nam straszliwą rywalizację, walkę o olimpiady. Żadne relacje nie mogły się wytworzyć. Poddano nas ogromnej presji.

– Powiedziałaś, że jesteś panienką z dobrego domu, jak wyglądał?

– No, był bardzo dobry. Mój ojciec był profesorem, mama była psycholożką, były różne rodzinne tradycje.

– Co pamietasz jako najszczęśliwsze?

– Że miałam psa było szcześliwe. Można założyć różne okulary. Mogę widzieć wspólne wakacje, święta, prezenty, opiekę, tatę, który czasem pomagał mi w lekcjach. Mojej siostrze tez. Bardzo się w to angażował. Kiedyś moja siostra miała zrobić studnię na pracę ręczne i tata zrobił jej studnię. Całą niedziele dłubał i ta studnia była wspaniała, miała nawet wiadereczko.

– Z kartonu?

– Nie, normalne wiaderko, na takim drewnianym kołowrotku, zawieszone na maleńkim łancuchu, no genialne. Byliśmy zachwyceni. Siostra wróciła ze szkoły z czwórką. „A, bo ojciec Elki zrobił z żurawiem i Elka dostała piątke”. Ojciec nie mógł tego przeboleć, chciał iść do szkoły z awanturą. Ale to były żarty, mój ojciec był bardzo fajny. Ale mogę też założyć inne okulary i widzieć dystans między nami a rodzicami, dziecięcą samotność. Wiedziałam jedno, że mam być grzeczna. To był podstawowy przekaz i nic więcej właściwie nie wiedziałam. Dorośli z nami nie rozmawiali. A może ja nie miałam z nimi rozmawiać? Miałam się bawić, chodzić do szkoły, być sama ze swoimi sprawami. Byłam zaopiekowana, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby rozmawiać. Kiedy po raz pierwszy poszłam do przyjaciółki, zobaczyłam, że jej mamę obchodzi, co ona przeżywa. U mnie w domu był szczegółowy przepis, jak należy być grzeczną córką. Mama była cholernie egocentryczna, to na niej należało sie skupiać i odgadywać jej oczekiwania. Była niesprawiedliwa, co było jej kłopotem, bo nie wynikało z tego, że chciała być niesprawiedliwa, tylko z tego, że nie zagłębiała się w prawdę. To była taka mama, która wchodząc do pokoju i widząc stłuczony wazon, ukarze cię, nie dopuszczając myśli, że okno się otworzyło od przeciągu albo byli złodzieje i stłukli. Wiadomo, że to twoja sprawka. Dom był królestwem, w którym rządziła królowa, a my byliśmy daleko i nawet nie mieliśmy jak pisnąć. Moją mamę się całowało w rękę.

– Kto?

– No, dzieci.

– W związku z czym?

– W związku ze wszystkim. Na dobranoc, rano chyba nie było powitania, każdy się spieszył. Ale wieczorem po umyciu się należało przyjść w koszulce nocnej do pokoju, pocałować mamę w rękę i cichutko iść do pokoiku. I, oczywiście, trzeba było całować przy przepraszaniu. Przepraszać należało często.

– A ojciec?

– Nieobecny. Był naukowcem i pracował. Był naprawdę fajnym facetem. Ale oddawał mamie pole wychowawcze, więc nie można się było odwołać od decyzji mamy do ojca. Wszyscy się mamy bali. Ojciec też.

– Kiedykolwiek pózniej mówiłas mamie, co czułaś?

– Wtedy, kiedy miałam ochotę coś zrozumieć, mama nie miała ochoty mi tego wyjaśnić.

– Toksyczna relacja matka – córka często pojawia się w twoich książkach.

– Moje książki nie powinny być czytane jako książki o mnie. Gdybym pisała o sobie, musiałabym stosować autocenzurę. A tak mogę pisać, co chcę. Często piszę w pierwszej osobie, wczuwam się w moje bohaterki, ale one nie są mną, choć znam ich uczucia.

– Jak wygladało twoje życie przed debiutem książkowym? Pisałaś?

– Zawsze pisałam. Powieść „Zimno mi, mamo” pisałam długo. Ale też nie myślałam, że to będzie książka. Nie wierzyłam, że może byc interesująca dla innych. Pisałam dla siebie. Nie musiałam się spieszyć. Aż któregoś dnia, będac z dzieckiem na spacerze, weszłam do redakcji „Literatury”. Pokazałam fragment. Na tyle się spodobał, że zaproponowano mi pisanie w odcinkach, tego się przestraszyłam, ale to zmobilizowało mnie do ukonczenia tekstu. Gotowy maszynopis pokazałam pewnej pisarce. Usłyszałam: „ależ tak się nie pisze powieści, musisz to napisać inaczej”, bo pisałam monologiem wypowiadanym wobec psychoterapeuty. Nie zmieniłam formy. Wiedziałam, że robię coś nowego, pokazuję to, co jest w rodzinach ukryte, zamiecione pod dywan, traktowane jako wstydliwe. To wymagało nowej formy i taką znalazłam, poszarpaną, pełną powtórzeń, bez akapitów.

– A konkretnie?

– No poczekaj, co mam ci powiedzieć?

– Prawdę.

– Nie wiem, czy chcę o tym mówić. No dobrze, więc powiem tyle, że pisałam dokładnie ze złości. Może też z poczucia bezradności. Wybuchła wtedy sprawa Andrzeja Samsona, mojego byłego męża. Wciągano mnie w tę historię, która nie była moja. Dla mediów aresztowanie Samsona stało się najbardziej interesujacym tematem na świecie. Czułam się wepchnięta w sytuację, z którą ani nie chciałam mieć, ani nie miałam nic wspólnego. To był koszmar. To po prostu ohydne, stałam się obiektem dociekań. Powiedziałam wtedy, że jeśli już, to wolę być bohaterką własnego skandalu. Napisałam tę książke, żeby powiedziec światu, że jest okrutny i głupi, nastawiając się na sensację i seks.

– Napisałaś o tym, co uważałaś wtedy za najważniejsze dla świata?

– Chcecie, to macie. Chcecie skandalu? Prosze bardzo. Ale nie wciągajcie mnie w cudze bagno, bo to niesprawiedliwe. Zrobiłam w życiu parę rzeczy, napisałam kilka książek, byłam wiele lat po rozwodzie, nazywałam się tak, ponieważ tak się nazywało moje dziecko, nie widziałam powodu, żeby zmieniać nazwisko, co mi ze wszystkich stron sugerowano, i nagle to wszystko przestało mieć znaczenie, byłam wyłącznie byłą żoną. Albo żoną, albo Samsonową w gazetach, rzygać mi się chce jeszcze dziś, kiedy to wspominam. Nagle usłyszałam, że nie mogę być zatrudniona z powodu nazwiska, że gdybym je zmieniła albo przeczekała, aż sprawa ucichnie… A wydawało mi się, że jestem profesjonalistką w paru dziedzinach. Straciłam pracę.

– Przecież nie ma odpowiedzialności zbiorowej.

– Jak to nie ma? Nagle okazało się, że nie umiem pisać, że moje teksty wracają po dziesięć razy, a na mój widok milkną rozmowy. Sama odeszłam, jak poznałam smak mobbingu. Nie chciałam pozwolić na odebranie sobie tożsamości. Musiałam wrzasnąć, że ja to ja. Napisałam więc „Wojnę…”. Gdybym napisała poemat, nikt by go nie zauważył. Musiałam pisać, żeby mieć z czego żyć, żeby cokolwiek robić. Napisałam groteskę, ale tak widziałam wtedy świat, który mnie zaatakował. Niezła trauma, nikomu nie życzę.

– Próbowałas tłumaczyć ludziom, co czujesz?

– Próbowałam jakoś istnieć, zagryźć zęby, pisałam felietony na Interii i ludzie obrzucali mnie błotem, częściowo z racji poglądów feministycznych, częściowo z powodu sprawy byłego męża. Gdyby ktoś napisał coś takiego o mnie teraz, to przestałabym pisać, nie pozwoliłabym się oblewać pomyjami. Ale byłam tak obolała, że nie widziałam różnicy. A może miałam na sobie jakąś zbroję, bo czułam się jak na wojnie? Wystawiałam łeb zza przyłbicy i dostawałam po głowie. Mój świat legł w gruzach.

– Umiałas dać wsparcie córce?

– Tę książkę napisałam dla niej: nie damy się, to oni nie są w porządku, a nie my. Nie chciałam, żeby widziała moją bezradność. Nawzajem dawałyśmy sobie wsparcie. Byłam szczęśliwa, że już nie jest dzieckiem. Była na studiach, miała wsparcie przyjaciół. Razem znalazłyśmy się na tej bezludnej wyspie, mimo że było dużo ludzi i zamieszania wokół. Trudno jest o tym opowiedzieć, to trauma. Nagle nic się nie zgadza, wszystko widzisz inaczej, wszystko ci się przewartościowuje, z autorki własnego życia stałam się przedmiotem w czyjejś historii. Ale dziś to juz przeszłość. Odzyskałam swoją tożsamość. Podziwiam własną siłę, to, że nie dałam się zagnać do mysiej dziury za nie swoje grzechy. Może nawet ryknęłam jak lwica.

– Myślisz, że do twojego byłego męża dotarło, w jakiej znalazłyście się sytuacji?

– Nie wiem, pewnie tak. Miał ten luksus, że był odcięty od świata, siedział w więzieniu. Nazywam to luksusem, bo to my byłyśmy narażone na bezpośrednią reakcję społeczną. Nie wiem, co myślał, bo z nim nie rozmawiałam, nie spotykałam się z nim. Nienawidzę tej tak zwanej sprawy Samsona i nie chcę o niej rozmawiać.

– Lubisz bohaterkę swojej książki?

– Moja Baśkę Patrycką? Uwielbiam.

– Baśkę, „dla kochanków Pati”. Nigdy cię nie irytuje?

– Może wtedy, kiedy jest taka naiwna. I kiedy gubi siebie na fali sukcesu. Ale na szczęście potem się z tego budzi.

– Szarlotki piecze dla męża.

– Ale dopiero w następnym tomie, w „Pokoju żeńsko-męskim na chwałę patriarchatu”. No własnie, potem znowu usypia, najpierw się emancypuje, a potem wychodzi za mąż. Uruchamia się jej mechanizm bycia matką Polką, żoną idealną, co jest zakodowane w wielu kobietach. Wystarczy, że pojawia się mąż ze swoimi oczekiwaniami, żeby chciała je spełniać. I znowu musi wykonać ciężką pracę, żeby się od tego uwolnić, najpierw w ogóle zobaczyć, co się dzieje. Ale to fajna kobieta. Jesli naiwna, to nie bardziej niż my wszystkie. Na szczęście zawsze dochodzi do rozumu.

– Które z twoich marzeń się spełniły?

– Teraz jedno się spełnia. Zawsze chciałam mieć dom gdzieś za miastem, nawet za wsią. To było moje wielkie marzenie. To ma być dom, gdzie pies może biegać, gdzie nie ma sąsiadów, gdzie będe sobie siedziała i pisała. Spełniło się dopiero do połowy, a juz nie wiem, czy to jest dalej moje marzenie. Zapewniłam sobie kolejnych kilka lat ciezkiej pracy, żeby zarobić na dokonczenie budowy. Czyli sama oddalam się od tego, do czego mam się przybliżać. I tak sobie robie całe życie. A najbardziej jestem szczęśliwa, kiedy piszę. I pewnie równie dobrze mogłabym pisać w swoim mieszkaniu.

?>