Magdalena Różczka – takie fajne życie!

fot. Rafał Masłow

– Gubisz jeszcze klucze?

– Gubię wszystko. To mnie dobija. Ostatnio padło na dowód. Wiem, że jest gdzieś w domu, więc nie panikuję, ale po paru miesiącach poszukiwań postanowiłam już wyrobić nowy. Klucze gubię notorycznie, więc dodatkowe komplety ma Michał, niania i jeszcze pan Franek z bloku. Jestem spokojna, że zawsze jakoś dostanę się do domu (śmiech). Taki już mój urok. Pamiętam, że jako nastolatka jeździłam raz pół dnia na rowerze, a potem poszłam do sklepu. Wieczorem przypomniało mi się, że miałam przecież rower. I stał tam, biedak, na szczęście. A niedawno z Wandą zostawiłyśmy rowerek koło sklepu, zrobiłyśmy ogromne zakupy i zadowolone wróciłyśmy do domu. Nagle ona pyta: „A gdzie rower?!”. Codziennie czegoś szukam. Walczyłam z tym 30 lat, ale teraz chyba już się z tym pogodziłam.

– Przy okazji zgubiłaś poczucie winy. To już coś.

– Jestem coraz spokojniejsza, od kiedy Wanda jest na świecie, od kiedy ćwiczę jogę i przez godzinę potrafię nie myśleć o niczym. To jest kosmos! Zamierzam swoje życie zaczynać od porannego biegu zamiast papierosów (śmiech). Jem ciepłe śniadanka z Wandą. Tak. Denerwuję się mniej. Tylko czasem coś mnie wzruszy. Niedawno odbierałam nagrodę od Fundacji Spełnionych Marzeń. Już dzień wcześniej nie mogłam zasnąć – zdarzyło mi się to pierwszy raz, od kiedy Wanda jest na świecie. Potem cały dzień nie byłam w stanie jeść, a idąc na scenę, czułam, jak mi się nogi trzęsą. To było doświadczenie nie do opisania, nie potrafiłam się uspokoić. Mój mąż spytał: „A co by było, gdybyś odbierała Oskara?”. Nic, to zupełnie coś innego, tu jest cała widownia dzieci, które wyszły z choroby po kilku miesiącach na onkologii. A moje filmy? Mnie nie interesuje zwariowanie dla roli. Myślę, że najlepsi aktorzy to tacy, którzy mają szajbę. Wszyscy jesteśmy bliscy tego, ale dla mnie najważniejsza jest normalność. Moja rodzina, zwykłe życie. Chcę, żeby aktorstwo było moim zawodem, a nie moim życiem. Trzeba ten tort dobrze pokroić, tego też się uczę. „Skrajności nigdy nie są dobre” – to powiedzonko mojej mamy. Wszystkiego po troszeczku, bo inaczej traci się kontakt z rzeczywistością. Staram się więc być umiarkowana. Od trzech lat jestem mamą i zasypiam snem spokojnym. Jeśli wszystko jest dobrze z moją córeczką, to co mnie może zdenerwować? Nic, kompletnie nic. Już nie wspomnę, że ostatnio zasypiam z nią przed 22.00.

– Ale nie zawsze tak było…

– Kiedyś byłam totalnym pracoholikiem, a wieczorami nie mogłam zasnąć, bo miałam gonitwy myśli: co zrobiłam, a czego nie, a co trzeba zrobić jutro. Pamiętam, że kręciłam trzy filmy równocześnie. Wychodziłam z domu i wracałam po 36 godzinach, od 6.00 rano do 18.00 na zdjęciach, od 18.00 do 6.00 na planie drugiego filmu i od 6.00 znowu następny. Masakra, już w ogóle nie wiedziałam, gdzie jestem. Grałam w „Oficerze”, „Rozmowach nocą” i „Lejdis”. Naraz! Wtedy to było fajne, ale teraz zatęskniłabym za córką.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »