Monika Borzym: szpilki pod fortepianem

Monika Borzym: szpilki pod fortepianem
Fot. Rafał Masłow

Po tym jak usłyszał jej demo, Michał Urbaniak zaprosił nikomu nieznaną dziewczynę, żeby zaśpiewała na festiwalu Jazz Jamboree. Ta dziewczyna to 22-letnia Monika Borzym, która wkrótce wydaje w Polsce i Stanach już drugą płytę.

Fot. Rafał Masłow

Usłyszała kiedyś od profesorki śpiewu: „Twojej barwy się nie zapomina. Ty, Monika, to masz taki głos, jakbyś codziennie wypijała szklankę whisky i wypalała paczkę fajek”. Na scenę wciska szpilki, chociaż tak naprawdę wcale nie jest ich fanką. Idzie zwykle na żywioł i po kilku numerach buty lądują pod fortepianem.

Monika Borzym ma na koncie współpracę z najbardziej liczącymi się muzykami w branży. Ale żeby nie było za słodko, bo i sama Monika nie jest słodką dziewczynką, w jej historii jest też kilka momentów, kiedy wydawało się, że z muzyką koniec.

Pianistka z ciebie żadna

Albo się ją polubi od razu, albo wcale. Kilka razy miała przez to kłopoty, ale zwykle działa to dokładnie odwrotnie. W pamięci zostaje nie tylko jej wokal. Wystarczy chwilę z Moniką porozmawiać, a już wiadomo, że ma charakterek. Na uczelni w Los Angeles wołali na nią „Miss Frank”, czyli „Panna Szczera”, wyróżniała się pośród politycznie poprawnych ochów i achów i poklepywania po ramieniu. Co łagodniejszy profesor, jeśli nie potrafił powiedzieć studentce w twarz, że poszło jej źle, mógł liczyć na Monikę, nieformalną przywódczynię grupy.

Początki? Szkoła muzyczna. W Wikipedii można znaleźć informację, że w muzycznej podstawówce klasę fortepianu skończyła z wyróżnieniem. Ale ona sama mówi trochę co innego. Że nie chciało jej się ćwiczyć i że w szkole średniej (w Warszawie na Bednarskiej) ledwo dotrwała do końca drugiego roku. Od ćwiczeń na pianinie wolała siedzenie z chłopakami w szatni, gdzie lubili dżemować. Gwoździem do trumny był egzamin z fortepianu, na który Monika przyszła z pięcioma, a nie jak zakłada program, sześcioma przygotowanymi utworami. Z tego szóstego znała tylko kawałek, zapętliła więc muzyczną frazę, powtórzyła ją kilka razy, na koniec wymyśliła jakiś efektowny ozdobnik, ukłoniła się i wyszła z sali. Od szefa komisji egzaminacyjnej usłyszała: „Muzykalna to ty jesteś, sprytna też, ale pianistki z ciebie nie będzie”.

Dobrze, że w wakacje, na warsztatach muzycznych w teatrze Roma, Monika poznała Izę Zając, która nie tylko występowała w romowskim musicalu „Koty”, ale i uczyła wokalistyki jazzowej. To ona odkryła w barwie głosu Moniki coś wyjątkowego, to ona rzuciła zdanie o whisky i papierosach. I walczyła o dodatkowe godziny jazzowego wokalu, kiedy Borzym dostała się na wydział piosenki.

Zobacz: szpilki bez pięty

Kluski w ustach

W trzeciej klasie gimnazjum trafiła do Stanów. Chodziło głównie o to, żeby Monika skupiła się na pozamuzycznych przedmiotach, podszlifowała język. W Polsce całymi dniami przesiadywała ze starszymi kolegami jazzmanami, teraz miała zająć się tym, z czym sobie nie radziła, na przykład matematyką, tak żeby miała szansę trafić do sensownego liceum w Warszawie. Plan był nawet dobry, tyle tylko, że amerykańskie szkoły, nawet te ogólnokształcące, mają bogaty program zajęć dodatkowych. Ta, do której trafiła Monika, miała świetną orkiestrę i big-bandy. Monika akompaniowała na pianinie, stanęła za mikrofonem. Razem ze szkolnym zespołem wyjechali na konkurs w stanie Indiana. Przewodniczącym jury był Terence Blanchard, jazzowa gwiazda, trębacz i kompozytor muzyki filmowej (m.in. do „25. godziny” Spike’a Lee). Na koniec zagrał koncert. Wówczas z Terence’em występował 18-letni Aaron Parks, nowe muzyczne objawienie, a także Eric Harland.

Obaj zagrają, wzmocnieni o legendarnego pianistę Gila Goldsteina i basistę Larry’ego Grenadiera, na debiutanckiej płycie Moniki.

Ten pierwszy roczny pobyt w Stanach był ważny także z innej, prozaicznej przyczyny. Na początku ze swoim angielskim rozumiała może z jedną dziesiątą tego, co mówiło się na lekcjach. Miała momenty załamania. Aż po trzech miesiącach coś kliknęło. Rozmowy przestały być dla niej za szybkie, już nie miała wrażenia, że wszyscy naokoło mają „kluski w ustach”. Wróciła do Polski, ale była już obywatelką świata.

Halo? Tu Michał Urbaniak

Po maturze złożyła papiery do jednej z najbardziej prestiżowych amerykańskich szkół jazzowych – Frost School of Music przy Uniwersytecie Miami. Dostała pełne stypendium, miała zajęcia z ludźmi, których nazwiska liczą się w branży. Wszystko to brzmi świetnie, ale kulisy studiowania w Miami były mniej barwne. Monika chciała wyciągnąć ze studiów, ile tylko się da, nudziły ją obowiązkowe zajęcia z chóru jazzowego. Wielu studentów nie miało dużego muzycznego doświadczenia, powoli czytali nuty, Monika wolała warsztaty z instrumentalistami. Poróżniła się na tym tle z dyrektorem uczelni, który uważał, że skoro dostała dotację, jest własnością szkoły i nie może pozwalać sobie na odstępstwa. Konflikt skończył się tym, że Monice po roku nie przedłużono stypendium. Nie było już jej stać na naukę, musiała wracać do Polski.

Nie miała skończonych studiów ani pracy, a do kotleta grać nie chciała. Trafiła do korporacji, ale już po okresie próbnym wiedziała, że to nie dla niej. Przez kolejne kilka miesięcy będzie się utrzymywać z uczenia angielskiego.

Aż do dnia, kiedy piła właśnie wino ze swoją współlokatorką w wynajmowanym mieszkaniu i zadzwonił telefon. Zrobiła się czerwona na twarzy, kiedy połapała się, że dzwoni Michał Urbaniak. Słyszał jej głos na MySpace i doszedł do wniosku, że muszą się spotkać. Nie wyszła z tego wspólna płyta, za to Urbaniak zaproponował Monice koncert inauguracyjny Jazz Jamboree. Ucieszyła się, zapytała go tylko: „a kiedy to jest?”. „Pojutrze”.

Jedyna kobieta na scenie, w dodatku najmłodsza, ale dała czadu. Na koncercie zobaczył ją szef polskiego oddziału wytwórni Sony, Monika podpisała z nimi kontrakt na trzy płyty. Album „Girl Talk” z jazzowymi aranżacjami przebojów znanych wokalistek, takich jak Björk, Amy Winehouse czy Dido, był nagrywany w Nowym Jorku i wyszedł i w Stanach, i w Polsce. Teraz Monika przygotowuje się do kolejnych nagrań, tym razem ze swoimi autorskimi piosenkami.

Dom

Życie dzieli między Stany a Polskę. Jest związana z uczelnią w Los Angeles, którą zdążyła po drodze skończyć, a teraz sama prowadzi na niej warsztaty ze śpiewu. W Los Angeles studiował także Makary, na reżyserii w filmówce. Wzięli ślub w tym samym tygodniu, w którym Monika podpisała kontrakt z wytwórnią. Kiedy jej mąż ma zlecenia w Polsce, a ona nie ma akurat koncertów, siedzi w domu, piecze chleb, wyprowadza psa. Fajnie się złożyło, bo w sumie oboje są domatorami.