Trudno powiedzieć, czym właściwie są Wibracje, dopóki nie spędzi się tam choć jednego dnia. Bo jak nazwać miejsce, w którym poranek zaczynasz od jogi, kilka godzin później słuchasz nominowanego do Oscara reżysera Ciro Guerry, potem trafiasz na wykład o zegarach atomowych, siadasz do medytacji z buddyjskim mnichem, a noc kończysz przy ognisku, rozmawiając z zupełnie obcymi ludźmi o sensie życia? Najłatwiej byłoby powiedzieć: festiwal. Tyle że po dziesięciu latach Wibracje stały się czymś znacznie trudniejszym do zamknięcia w jednej definicji – miejscem, do którego wraca się nie tylko dla programu, ale przede wszystkim dla atmosfery, ludzi i tego, co wydarza się tam pomiędzy.
Pauza zamiast końca
Tegoroczna edycja będzie jednak wyjątkowa. Dziesiąta. Jubileuszowa. I ostatnia przed przerwą.
Po dekadzie pomysłodawca festiwalu, Łukasz Gołoś, mówi: to nie zamknięcie, lecz pauza, „przerwa techniczna w nadawaniu”. Żeby odbudować zasoby energetyczne. Żeby przez jakiś czas budzić się rano i myśleć o tym, co zjeść na śniadanie.
Czasem trzeba przyciąć rozrośnięte gałęzie, by światło mogło dotrzeć do nowego pędu. Być może więc Wibracje nie znikają. Być może po prostu zmienią częstotliwość.
Festiwal, który rósł razem z ludźmi
Wibracje zaczynały kameralnie. Pierwsze edycje miały klimat niemal plemienny – mniej uczestników, więcej spontaniczności, mniej procedur, więcej lekkości. Z czasem wydarzenie urosło do jednego z najciekawszych festiwali rozwoju osobistego w Polsce.
Pojawiły się strefy psychologii, zdrowia, ruchu, dźwięku i wiedzy. Setki warsztatów, wykładów, koncertów i spotkań. Ale najważniejsi od początku byli ludzie, którzy wracali tu nie po kolejny „event”, tylko po atmosferę i poczucie, że przez kilka dni można żyć trochę wolniej.
Zmieniał się też sam festiwal. Pojawiło się więcej rozmów o zdrowiu psychicznym, więcej przestrzeni dla rodzin, więcej pytań o codzienność, relacje i sposób życia. Wibracje dojrzewały razem z ludźmi, którzy je tworzyli.
(Fot. Materiały partnera)
Rzeczy, które nie wydarzyłyby się nigdzie indziej
I może właśnie dlatego na Wibracjach naturalnie mieściły się także sceny, które gdzie indziej brzmiałyby jak legenda. Jak ta, wspomniana ze śmiechem przez Łukasza Gołosia.
Na jednej z edycji przez teren festiwalu przejechał karzeł na kucu, przebrany za skrzata. Rozdawał ludziom jabłka i homeopatyczną amanitę. Nikt nie pytał, czy to część programu. Nikt nie sprawdzał, czy to performance. Wszyscy uznali, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
Wibracje nigdy nie były sterylnym produktem. Raczej żywym organizmem, w którym obok programu zawsze jest przestrzeń na przypadek, improwizację i historie, które później opowiada się znajomym.
Powrót do początku
Dziesiąta edycja ma symboliczny charakter. Organizatorzy wracają do estetyki pierwszej odsłony festiwalu – także w identyfikacji wizualnej, plakatach, komunikacji.
– Nie wszyscy to zauważają, ale festiwal co roku miał zupełnie inny kluczowy motyw graficzny. Co roku inspirowani inną tematyką tworzyliśmy zupełnie nowy pomysł graficzny w formie plakatu – podkreślają organizatorzy festiwalu, Magda i Łukasz. – Rok temu takim wątkiem było przemijanie, ewolucja. Więc na plakacie mamy naszą córkę lecącą na wielorybie – Waleniu, z szalem w postaci helisy DNA zakończonej pierwszymi literami kodu Bitcoina. W tym roku zatoczyliśmy koło i motyw graficzny jest nawiązaniem do tego z pierwszej edycji To podkreślenie, że wracamy do źródła – do intencji, z której wszystko się zaczęło. Świadoma klamra spinająca całą dekadę.
Łukasz Gołoś przyznaje, że przez lata festiwal – jak każde duże przedsięwzięcie – obrósł logistyką, procedurami, tabelkami, sprzedażą i formalnościami.
Chciałbym wrócić do tej lekkości z pierwszej i drugiej edycji. Żeby znowu pomyśleć: będzie dobrze. Że to po prostu popłynie.
Więcej lekkości, mniej kontroli. Trudno nie mieć wrażenia, że dziś brzmi to wyjątkowo aktualnie.
(Fot. Materiały partnera)
Kiedy przestajesz szukać
Przez lata na Wibracjach rozmawiano o świadomości, neuronauce, relacjach, duchowości, psychodelikach, ekonomii, zdrowiu, wolnej woli i naturze człowieka. Zapraszano ludzi z różnych światów. Padały setki pytań.
Aż pojawiło się zdanie, które zostaje na dłużej: worek ciekawości się wypełnił.
Żyjemy przecież w kulturze nieustannego „więcej”: więcej treści, więcej wiedzy, więcej kursów, więcej podcastów, więcej odpowiedzi.
Coraz więcej osób ma dziś poczucie, że rozwój nie polega już na dokładaniu kolejnych warstw. Czasem chodzi raczej o to, żeby na chwilę przestać szukać i sprawdzić, co już z nami zostało.
(Fot. Materiały partnera)
To, co zostaje
Są wydarzenia, które działają tylko w trakcie. Dają impuls, rozrywkę, chwilowe emocje. Ale są też takie, których prawdziwy sens ujawnia się dopiero po powrocie do domu.
Wielu uczestników Wibracji mówi o tym samym: że festiwal „pracuje” jeszcze długo po zakończeniu. Że wracają z nową energią, innym spojrzeniem, ważną decyzją, odwagą do zmiany. Czasem z nową relacją. Czasem z pytaniem, które dojrzewa miesiącami.
Być może właśnie dlatego Wibracje stały się dla wielu czymś więcej niż letnim wydarzeniem. Stały się doświadczeniem, które zostaje.
Dlaczego warto być tam teraz
Jeśli nigdy tam nie byliście – to może być najlepszy moment. Jeśli wracacie co roku – tym bardziej. Jubileuszowe edycje mają szczególną energię. Ludzie słuchają trochę uważniej. Dłużej rozmawiają. Mocniej zapamiętują.
Bo być może właśnie o to od początku chodziło w Wibracjach. Nie o idealny line-up. Nie o kolejne nazwiska. Tylko o moment, w którym człowiek na chwilę przestaje się spieszyć.
A w lipcu wydarzy się to jeszcze raz. Kilka dni rozmów, muzyki, pytań, tańca i bycia razem.
Reszta – jak zwykle na Wibracjach – wydarzy się gdzieś pomiędzy.
Facebook
Instagram
TikTok
PROGRAM
BILETY