„Powinienem był robić więcej zdjęć" – tak brzmi tytuł albumu, a zarazem trasy Bad Bunny'ego, która 14 lipca wreszcie dotarła do Warszawy. W swoich najnowszych utworach portorykański artysta wraca do korzeni i z nostalgią wspomina momenty, które nauczył się doceniać dopiero po czasie. Wczorajszy koncert z pewnością był wydarzeniem, które aż się prosiło o więcej zdjęć, ale w trakcie chaosu „perreo”, wybitnych popisów tancerzy, brzmień tradycyjnej orkiestry, którą wykonawca przywiózł z rodzimych stron, ciężko było zawracać sobie głowę telefonem. Bad Bunny przypomniał nam, jak to jest łapać chwile, póki trwają.
Ekscytację dało się odczuć jeszcze zanim dotarliśmy na PGE Narodowy. Warszawę wypełniły falbaniaste sukienki, crop topy, kwiatowe motywy, słomkowe kapelusze i kolory portorykańskiej flagi. Trudno się dziwić tej dawce latynoskiej dopaminy, w końcu Benito Antonio Martínez Ocasio, znany pod pseudonimem artystycznym „Bad Bunny”, odwiedził Polskę po raz pierwszy.
Koncert rozpoczynał się o 19:00, ale spora część 80 tysięcznej widowni zgromadziła się na stadionie znacznie wcześniej, żeby chłonąć atmosferę, zająć najlepsze miejsca na płycie i posłuchać supportu. Zanim na scenę wyszedł Bad Bunny, publiczność rozgrzał występ zespołu Chuwi. Pochodząca z Portoryko grupa znana jest z gorących rytmów i równie gorących tekstów piosenek, w których zawarte są apele o niepodległość oraz gorzka prawda o suwerenności i problemach migracyjnych. A więc tematy, które są bliskie sercu samego Benito.
Przy wejściu na stadion rozdano nam plastikowe „aparaty”, które mogliśmy zawiesić na szyi. Nie tylko na pamiątkę, ale także, żeby każdy z widzów dołożył do magii show swoją cegiełkę. Interaktywne gadżety świeciły się w rytm wybranych utworów muzycznych tworząc na płycie i trybunach prawdziwe konstelacje. Zapierający dech widok przypominał o najważniejszym przesłaniu koncertu i muzyki Benito: wspólnocie. W trakcie wieczoru artysta wielokrotnie podkreślał, że dziś wszyscy jesteśmy razem, ponad podziałami. I wszyscy mówimy po hiszpańsku! Bad Bunny przemawiał do widzów wyłącznie w swoim rodzimym języku, ale nikomu to nie przeszkadzało. Teksty utworów wykrzykiwał zgodnie cały stadion.
„Brawa dla mamy i taty, bo naprawdę się spisali!” – Bad Bunny wszedł na scenę w białym garniturze, składając hołd osobom, które stoją za jego sukcesem – swoim rodzicom. Utwór „LA MuDANZA”, rozpoczynający się monologiem artysty, historią dorastania jego mamy i taty, był jedynym właściwym otwarciem tego wydarzenia. W końcu w „Debí Tirar Más Fotos”, chodzi przede wszystkim o korzenie. Bad Bunny, który śpiewa o utracie tożsamości kulturowej, robi zarazem wszystko, by tę tożsamość przywrócić. „Cieszę się, że mogłem przywieźć moją kulturę do Polski” – powtarzał wzruszony muzyk.
Kulturowe detale i historyczne tło karaibskiej wyspy nadają charakter piosenkom i są integralną częścią show. Zaczynając od rytmów. Na utwory, które zbiorczo określane są jako reggaetonowe składa się tak naprawdę mieszanka tradycyjnej muzyki portorykańskiej, której słuchało się w domu Bad Bunny'ego, w tym: pleny, salsy i bomby. Odpowiednie brzmienie na koncercie pomogła mu uzyskać 16-osobowa portorykańska orkiestra Los Sobrinos, która przyjechała do Polski wraz z artystą. Ubrani w różowe garnitury muzycy wcale nie byli tylko tłem, Benito kilka razy ustępował im sceny. Solowe występy na tradycyjnych instrumentach rozpoczynały i wieńczyły kultowe kawałki takie jak: „BAILE INoLVIDABLE” czy „CAFé CON RON”.
Na dziedzictwo kulturowe Portoryko składają się rytmy, ale także charakterystyczna architektura. Bad Bunny zadbał o to, żeby na scenie znalazło się nawiązanie do domów, które pamiętał z dzieciństwa. Chociaż nawiązanie, to mało powiedziane! W głębi sceny stanęła La Casita Rosa – różowy, pełnowymiarowy – lecz zdrobniale nazywany – „domek”, pełen sentymentalnych szczegółów, do którego Bad Bunny zaprosił wybranych imprezowiczów. Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu skauci wyszukali na płycie najlepiej ubrane osoby oraz polskich celebrytów. W domku, u boku samego artysty, miały okazję bawić się Gabriela Bednarz, Rozalia Roszyk, Natalia Jaworska i Angelika Mucha.
Podczas koncertu wybrzmiało niemal 30 utworów, przede wszystkim z „Debí Tirar Más Fotos”, pierwszego hiszpańskojęzycznego albumu, który zdobył nagrodę Grammy, ale pojawiły się także wybrane piosenki z poprzednich krążków: „Un verano sin ti” i „YHLQMDLG”.
Koncert podzielony na trzy akty, rozpoczął się od części salsowej, na głównej scenie. Po „LA MuDANZA” przyszła pora na specjalną wersję „Callaíta” i poruszające wykonanie „PITORRO DE COCO”. Następnie, ponownie tego wieczoru, na scenę wyszła Lorén Aldarondo, wokalistka zespołu Chuwi, żeby wspólnie z Benito zaśpiewać piosenkę „WELTiTA”. Pierwszą część koncertu zwieńczył cudownie taneczny utwór „BAILE INOLVIDABLE”, śpiewany pół na pół z publicznością oraz „NUEVAYOL”, mocno polityczny kawałek, opowiadający o realiach życia portorykańskiej mniejszości w Nowym Jorku i krytykujący gentryfikacje zamieszkiwanych przez nich dzielnic. Nagle do Benito dołączyła cała grupa taneczna, która dała magnetyzujący salsowy popis z elementami akrobatyki.
Podczas, gdy na ekranie opowieściami po hiszpańsku zabawiała nas żaba znana z płyty Benito, artysta przetransportował się do La Casita, na drugi akt, prawdziwą imprezę reggaetonową. W międzyczasie przebrał się w drugi strój tego wieczoru: luźny sweter i dresowe shorty. Być może wełniany wybór wynikał z faktu, że w Polsce było mu nieco za zimno, o czym żartował do rozgrzanych do czerwoności fanów.
Drugą część rozpoczęła „VeLDÁ”. Benito wszedł między imprezowiczów z kubkiem piwa, śpiewał i bawił się w tłumie. Przechadzając się po domu wykonał również „Tití me preguntó”, które pół roku temu otworzyło występ na finale Super Bowl. Kiedy wybrzmiały pierwsze nuty „VOY A LLeVARTE PA PR”, Bad Bunny przeniósł się na dach, by żując gumę i popijając piwo, z typową dla niego nonszalancją, zatańczyć swoją wersję „perreo” na tle efektów pirotechnicznych. Impreza kontynuowała w rytm „Yo perreo sola”, „Safaera”, „Diles” oraz „Monaco”. Artysta wykonał również piosenkę-niespodziankę, przeznaczoną wyłącznie dla publiczności warszawskiego koncertu. Wybór padł na „Agosto” z płyty „Un Verano Sin Ti”. Intensywny segment zwieńczył utwór celebrujący codzienne portorykańskie zwyczaje, „CAFé CON RON”, podczas którego Bad Bunny zszedł na ziemię, by połączyć się ze swoim zespołem. Na stadionie rozległo się ogłuszające skandowanie „Benito!”, gdy muzyk podszedł do fanów przy barierkach, by uścisnąć im dłoń, zamienić kilka słów, zrobić sobie selfie i przytulić wybranych szczęśliwców.
Trzeci akt koncertu nastąpił na scenie i na tę okazję Benito ubrał swoją kultową czapkę uszatkę. Ostatnia część okazała się prawdziwą mieszanką rytmów, połączeniem wszystkich dotychczasowych elektryzujących elementów. Do wykonawcy dołączył jego zespół oraz tancerze, a Bad Bunny zachęcił nas, żeby przytulić osobę, z którą przyszliśmy na koncert. Usłyszeliśmy „Ábreme paso”, „Ojitos lindos”, „La canción”, DÁKITI i „El apagón”. Na finał artysta zaplanował największy hit swojego albumu: tytułowe „DtMF”. Podczas tego utworu Bad Bunny poprosił publiczność o odłożenie telefonów, uniesienie rąk i cieszenie się chwilą. Nastąpił też najbardziej wzruszający moment wieczoru: na ekranie stadionu wyświetlono zdjęcia warszawskich fanów zrobione zaraz przed koncertem. Bad Bunny zadbał o to, żebyśmy nie żałowali, że ta chwila nie została uwieczniona.
Nie mogło się jednak obyć bez bisu. Skandujący fani zostali nagrodzeni mocno klubowym wykonaniem „EoO”, utworu na cześć nocnego życia Portoryko oraz rytmów lat 90. i 2000. Na ekranie pojawił się wielki napis „PERREO”, a czerwone światła podkręcały już i tak wrzące emocje.
„Chodzi o cieszenie się prostymi rzeczami” – przypominał nam Bad Bunny podczas koncertu. I chyba to zdanie najlepiej tłumaczy jego fenomen. To nie jest kwestia jednego hitu, chwytliwej nuty, a złożonego i jednocześnie bardzo prostego całokształtu. Niesamowitej energii i znaczenia jakie może nieść muzyka. Zasługa tego, że w tłumie jego fanów każdy czuje się dostrzeżony. Że portorykański wykonawca potrafi zmienić folklor w monumentalne widowisko, a PGE Narodowy przeobrazić w latynoską dyskotekę, na której od fotek ważniejsze są wspomnienia. Tej nocy Warszawa nie zapomni.