fbpx

Dekada Open’era

Dekada Openera
fot. Maciej Jaźwiecki / Novimedia CP

Z nieba nie tylko lunęło deszczem, ale również sypnęło złotym konfetti i gruchnęło fajerwerkami, a prowadzący nie oszczędził wzruszającej przemowy o rewolucji. To prawda – Heineken Open’er Festival jest bezdyskusyjnie największą imprezą muzyczną w Polsce. Wielkość tegorocznej, jubileuszowej 10. edycji miał potwierdzić format zaproszonych gwiazd. Szkoda, że czasem niepotrzebnie nadmuchanych.

Nietrafiony przypadek był jeden, ale za to kluczowy – przynajmniej w kontekście tegorocznej edycji. Typowany na największą gwiazdę festiwalu Prince zagrał znakomity koncert, ale dał fatalny występ. Nie zamierzam dyskutować z żelazną klasyką muzyki rozrywkowej, do której dorobek Prince’a absolutnie się zalicza – szanuję i uwielbiam. Obszerny, złożony z najważniejszych utworów set nie mógł się nie podobać – i to nie tylko najwierniejszym fanom muzyka. Muzyk paradował po scenie w bezczelnym złotym wdzianku, profesjonalnie odgrywając bezwstydny funk, którym pulsowały jego najlepszy płyty. Klasa. Tej niestety zabrakło między piosenkami – tu już wyszedł z Prince’a marny showman uciekający się do tanich zagrań typu „i wszyscy razem”. Gdybym chciała przaśnej biesiady, pojechałabym do Sopotu.

Obstawiałam za to, że arogantem nie do zniesienia okaże się na scenie Chris Martin, lider Coldplay. Pudło. Martin na żywo jest zaskakująco bezpretensjonalny. I prawdę mówiąc, ciężko wyobrazić mi sobie gwiazdę lepiej dobraną do jubileuszu. Tak jak Open’er przez ostatnich 10 lat wyrastał na największy festiwal w Polsce, tak Coldplay triumfował na listach płytowych bestsellerów i w salach koncertowych. To była ich dekada, w której z nieopierzonych specjalistów od smętnych piosenek wyrośli na jeden z największych brytyjskich zespołów poprockowych. Co szczególnie mi zaimponowało – Coldplay są świadomi swojego repertuaru. Nowe, słabsze piosenki nie zdominowały występu. Przeciwnie – koncert opierał się głównie na przebojach, w tym tych z pamiętnej debiutanckiej płyty grupy.

Dekada, w której przyglądałam się imperialistycznym zapędom Coldplay, była jednocześnie dekadą, w której tęskniłam za Pulp, czołowym reprezentantem britpopu. Pulp wrócili tego lata serią występów właśnie na letnich festiwalach – po Open’erze nie mam wątpliwości, że jest to jeden z najbardziej udanych comebacków ostatnich lat. Przypomniały się piosenki, zaskoczyła świetna forma muzyków i niesłabnąca charyzma wokalisty, który kupił mnie przede wszystkim perwersyjną choreografią (zawodzi mnie słownik, gdy próbuję to opisać – Cockera trzeba zobaczyć). Dla nich można było wytrzymać nawet okrutnie zacinający deszcz.

Przy okazji jubileuszu udało się coś, co do tej pory nie przychodziło organizatorom tak łatwo. Bolało mnie zawsze to, że debiutanci są zapraszani na o dwa lata za późno – zazwyczaj, gdy już przestają się liczyć. Tym bardziej cieszył występ ulubionego nowego nazwiska – Jamesa Blake’a. Blake miksuje posępną elektronikę z klasyczną fortepianową balladą i mimo że dramaturgia tego połączenia jest trudna do odtworzenia na scenie, młody muzyk już zdołał wyrobić sobie reputację obiecującego performera. Jego Open’erowy koncert sprostał oczekiwaniom.

Zostało najważniejsze. Rewolucje są gwałtowne i nietrwałe – wbrew temu, co samozwańczo przypisują sobie organizatorzy, przewaga Open’eradla mnie wynika bardziej z konsekwentnego umacniania pozycji. I wolałabym, żeby tak zostało.