Natalia Przybysz – „Śpiewam lżej”

(Fot. Silvia Pogoda)

Nowa płyta Natalii Przybysz uświadamia, że coś się zmieniło. Choćby głos. – Jestem kontraltem i nie silę się już na bycie sopranem – mówi Natalia Przybysz. I dodaje, że wreszcie czuje się silna i że to siła, która nie wymagała od niej poświęceń: – Jest tak jak wtedy, kiedy płyniesz łódką z pełnym wiatrem. Masz wrażenie, że ledwo płyniesz, a właśnie wtedy jesteś najszybsza.

W jednej z piosenek z nowego albumu śpiewasz „Kochamy się źle czy dobrze, coraz więcej czytamy o tym książek”. To o uczuciach czy seksie?
Śmieszne, że o to pytasz, bo właśnie wczoraj myślałam, czy to pytanie dzisiaj padnie, czy nie. I to było akurat podczas seksu – zgodnie z tym, co twierdzi Slavoj Žižek, że mężczyzna dąży do celu, a kobieta buduje w tym samym czasie narracje na przyszłość, jak będzie o swoim doświadczeniu opowiadać lub je wspominać.

Czyli jednak śpiewasz o tym drugim.
Zależy, jak niektóre fragmenty zinterpretujesz. Nie chcę niczego narzucać tym, którzy będą słuchać, ale na pewno chodzi o coś więcej niż tylko o miłość fizyczną. Inspiracją do napisania tej piosenki była ostatnia książka nieżyjącego już, niestety, Jespera Juula „Być razem. Książka dla par”. Juul pisał głównie o wychowaniu, ale ta jest przede wszystkim dla par, o tym, jak przetrwać w związku i jak związek ma się rozwijać w rodzinie, gdzie jest coraz więcej wszystkiego – dzieci, zabawek, spraw do załatwienia – i gdzie prawie nigdy nie możemy być sam na sam.

Ty mówisz o Juulu, a ja myślałam, że to jest o tym, że zamiast żyć, czytamy o życiu.
O tym trochę też. O tym, że sobie to życie przeintelektualizowujemy. Mamy takie czasy, że odwiedzasz kogoś i w łazience prawie na sto procent znajdziesz leżącą książkę o tym, jak żyć. Ja sama nie jestem jakoś szczególnie fanką poradników i też dlatego lubię Juula, bo jest raczej mini, jeśli chodzi o objętość. Cenię go też za to, że traktuje każdego członka rodziny jak autonomiczną osobę, z którą powinno się mieć partnerski kontakt.

Trudno o partnerski układ, kiedy wychodzisz z pozycji rodzica, który coś każe czy czegoś zakazuje.
Moje dzieci kompletnie nie współpracują, jeśli się wychodzi z takiej pozycji. Musiałam to ostatnio tłumaczyć mojej mamie. Mam z nią superkontakt, zawsze była bardzo liberalna, ale jako babcia musiała się zderzyć z tym, że wnuki nowej generacji to zupełnie inna bajka. I kiedy moja mama próbowała wprowadzić metodę komunikacji: „Będzie tak, bo ja tak mówię”, to dokładnie wszystkie cztery jej wnuczęta, czyli dwie córki mojej siostry oraz mój syn i córka, zbudowały front oporu i było jej z nimi na wakacjach ciężko. Zresztą im też, bo byłam tą osobą, której to potem opowiedzieli. Nie mogli uwierzyć, że ktoś ich tak traktuje [śmiech]. To są po prostu już inne dzieci.

Inne, bo inaczej wychowane.
Moja mama twierdzi, że Aniela z Jeremim jeszcze mi w przyszłości zaśpiewają „Dzieci malarzy”.

Jak to szło? „Jesteśmy dziećmi, dziećmi, co chcą na ręce, mamo, mamo, […] tato, tato, tęskniłam za wami latami”. Tak miałyby ci zaśpiewać?
Niewykluczone. Zdaję sobie sprawę, że to, że praktycznie co tydzień wyjeżdżam gdzieś grać, może się na mnie zemścić, że jeszcze się od nich nasłucham. Ale się staram. Przede wszystkim być z nimi w megabliskiej relacji, w takiej, w której dzieci mówią mi o swoich emocjach, także tych najtrudniejszych, i mam wrażenie, że pod tym względem mnie nie oszczędzają, że wiem o nich bardzo dużo. Że niczego w sobie nie tłamszą, i to już dobrze. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Jesteśmy częścią pokolenia, które masowo świadomie wraca do swojego dzieciństwa, chociażby w czasie terapii. Próbując uniknąć wszystkich tych błędów, które popełniano w naszym przypadku, poprzez własne dzieci spełniamy mityczne marzenie o szczęśliwym dzieciństwie.

A ty wracasz do własnego dzieciństwa, kiedy na nowej płycie śpiewasz „Krakowski spleen”? To powrót do lat 80., kiedy wszędzie było słychać piosenki Maanamu, czy może jednak chodzi o hołd złożony Korze?
W przypadku całej tej płyty mam wrażenie, że wszystko działo się samo. I „Krakowski spleen” też się właściwie wydarzył sam. Miałam go zagrać na jednym koncercie, związanym – ponieważ tę piosenkę odczytywano w kontekście politycznym – z obchodami Solidarności. Przygotowałam się, weszłam w tekst, tylko że do tego występu w końcu nie doszło. I stała się ciekawa rzecz, graliśmy akurat chyba w Rybniku, ćwiczyłam rano jogę i ten utwór do mnie wrócił. Dotarło do mnie, że dla mnie to jest o tym, jak się budzę, o porannym wychodzeniu ze snu na matę: „Czekam na wiatr, co rozgoni/Ciemne skłębione zasłony/Stanę wtedy na raz/Ze słońcem twarzą w twarz”. Czyli o powitaniu słońca, od którego zaczyna się jogę. Uznałam, że to megajogowa piosenka. O żywiołach, przyrodzie, bliskości z samą sobą. Weszła we mnie miękko, naturalnie. Żałuję, że nie poznałam Kory, bo jest dla mnie wspaniałą postacią, a „Krakowski spleen” to świetnie napisany utwór. Łatwo się go nauczyłam i, oczywiście, wiem, że jest znany, ale ja go wcześniej nie znałam. A już na pewno nie w latach 80.

Dlaczego?
Rodzice puszczali nam głównie winyle. Słuchaliśmy dużo amerykańskiej muzyki: Elli Fitzgerald, Mahalii Jackson, Billie Holiday, jazzu. Z kolei u dziadków, gdzie też spędzałyśmy dużo czasu, chyba w ogóle prawie nic nie leciało, przynajmniej ja tego nie pamiętam. Była jakaś kaseta, której my z Pauliną słuchałyśmy w pokoju na magnetofonie, dziadek nam przyniósł z pracy. To był „Bodyguard” Whitney Houston, miałyśmy też Annie Lennox. Ale poza tym praktycznie nie słuchałyśmy tego, czego się wtedy słuchało. No, jeszcze znałam Ordonkę, bo mama ją uwielbiała i zawsze śpiewała. Dlatego właśnie, kiedy teraz śpiewam z zespołem jakieś tribute, na przykład pamięci Grzegorza Ciechowskiego i Republiki, to naprawdę się muszę tych przebojów od podstaw uczyć, bo ich nie znałam.

Miałaś fajne dzieciństwo?
Najfajniejsze było, jak już mieszkaliśmy z rodzicami w Ząbkach, w naszym domu. Ja teraz w nim mieszkam, i to miejsce kojarzy mi się już tylko jednoznacznie pozytywnie. Czuję się w nim szczęśliwa. Ale przez jakiś czas wcale nie chciałam być dzieckiem, nie lubiłam swojego odbicia w lustrze, nie miałam przyjaciół.

Byłaś introwertyczna?
Raczej miałam skoki nastrojów, nie interesowałam się tym, co działo się na lekcji. Kompletnie. Do tego stopnia, że pamiętam, jak stoi nade mną nauczycielka i krzyczy: „Obudź się, dziecko!”. A ja sobie rysuję i udaję, że jej nie słyszę. Albo jak krzyczy: „Nie biegaj!”. A ja, oczywiście, biegnę po korytarzu, dopadam okna, rzucam się na firankę i ją zrywam. Potrafiłam codziennie dostawać nową uwagę. Chowałam potem swój dzienniczek pod dywan, żeby babcia go nie znalazła. Chociaż babcia i tak doskonale wiedziała, że wychowawczyni ma ze mną utrapienie, więc profilaktycznie omijała ją na ulicy, przechodziła na drugą stronę, żeby nie musieć wysłuchiwać, co o mnie mówi. Miałam performatywną naturę, która nadawała sens mojemu ówczesnemu istnieniu. Wygłupiałam się cały czas, robiłam głupie miny na lekcji, a wszyscy w klasie tak się śmiali, że uniemożliwiałam tym samym prowadzenie zajęć. Bez przerwy za karę stałam w kącie, gdzie zresztą dalej się wygłupiałam. Dziś prawdopodobnie takie dziecko byłoby po diagnozie i w terapii. Psychologowie, którzy to czytacie i wiecie, co mi dolegało, bardzo proszę, piszcie na adres „Zwierciadła”, zgłoszę się po sugestie [śmiech]. Teraz myślę, że to z braku kontaktu fizycznego z moimi rodzicami. Dążyłam do konfrontacji, przekraczania granic albo zapadałam się w siebie. O tym są właśnie wspomniane „Dzieci malarzy” – że tęskniłam za rodzicami. Nie miałam się z kim kolegować.

(Fot. Silvia Pogoda)

A twoja siostra?
Była często gdzie indziej. W innej klasie, bo przecież była młodsza, u innej babci. Jak byłyśmy razem, było już o połowę lepiej.

Dzieciaki zwykle nie są zachwycone, jak rodzi im się rodzeństwo i przestają być jedynakami.
Ja pamiętam na pewno, kiedy moja siostra się urodziła. Pamiętam światło, jak mama karmiła Paulinę, i że byłam bardzo szczęśliwa z tego powodu. Rodzeństwo uczy, że żyjesz dla kogoś, posiadanie drugiej osoby jest super. Jeżeli były w dzieciństwie między nami konflikty, to szybko się kończyły.

Która częściej wyciągała rękę na zgodę?
Ja. I nie rękę, tylko się na Paulinie kładłam.

Co robiłaś?!
Bo ja jestem kinestetykiem. Ludzie mają różne kanały percepcji: są wzrokowcy, słuchowcy, jeszcze inni są analityczni, mają bardziej rozwinięty dialog wewnętrzny. I są też ludzie tacy jak ja, którzy odbierają świat poprzez dotykanie, macanie. I ja kinestetycznie godziłam się z moją siostrą [śmiech]. Ona chciała trzasnąć drzwiami, zamknąć się w sobie i krzyczała: „To jestem ja! Ja jestem moja i nie wolno mnie ruszać!”. A ja wtedy płakałam, przysłaniałam ją swoim ciałem i prosiłam, żebyśmy się pogodziły. Chciałam się jak najszybciej pogodzić między innymi dlatego, że chodziłam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne i siostry nauczyły mnie, że jest piekło i czyściec. Wtedy, jako dziecko, bardzo się bałam, że będziemy z Pauliną pokłócone, że pójdę spać, umrę w tym śnie, więc nie zdążę się pogodzić i pójdę do czyśćca albo do piekła.

Mnie się teoria o piekle szczególnie nie uśmiecha, bo uważam, że piekło robimy sami tu, na ziemi i w naszych głowach, ale muszę przyznać, że poza pewną dozą traumy dzięki siostrom zakonnym codziennie myślę o śmierci i to jest bardzo w duchu buddyjskim – świadomość przemijania pozwala lepiej żyć i doceniać każdy dzień.

Układ między tobą a Pauliną dotrwał w niezmienionej formie do dorosłości? Role, jakie wtedy przyjęłyście, się nie zmieniły, nadal jesteś tą łagodzącą spory?
Długo było tak, że miałam poczucie, że mam siostrę, którą trzeba się opiekować. Ale Paulina pierwsza wydała swoją solową płytę i myślę, że to był ważny krok, żeby nie być młodszą siostrą. Uważam, że w dorosłym życiu trzeba coś puścić, przestać się martwić. Zwłaszcza że zamartwianie się i opiekowanie człowiekiem, który jest już dorosły, znaczy tyle, że patrzysz na tę drugą osobę z góry. A to już nie wynika z miłości.

Kiedy ty puściłaś?
Jak moja siostra urodziła pierwszą córkę. Pomyślałam: „Kurczę, ja to jestem jednak przy niej jakaś bardziej cielakowata”. Byłam przy porodzie Pauliny i nagle zobaczyłam jej dziką minę, minę dzikiej kobiety. Dostrzegłam tę jej siłę i uznałam, że to ona pierwsza ma dziecko, że ja jeszcze bym się na coś takiego nie zdobyła. Teraz, kiedy odwiedzamy się w naszych domach, to mam pełne poczucie, że to jest moja partnerkosiostra. Zupełnie już nie czuję, że Paulina jest młodsza.

Umiesz powiedzieć, w jakim stopniu jesteś produktem swojego domu rodzinnego?
Myślę, że mniej więcej umiem. Moi rodzice nauczyli mnie na przykład tego, że nie mam problemu, żeby pośrodku ulicy czy w tramwaju zaśpiewać pełnym głosem. Nie muszę się przełamywać, nie boję się. Jak byłam jeszcze dziewczynką i przychodzili do rodziców znajomi, to jak wychodzili w nocy, tata potrafił nas obudzić, grał jazzowe standardy, a my z Pauliną śpiewałyśmy w półśnie w koszulach nocnych [śmiech]. Z kolei mama nauczyła mnie patrzeć, dostrzegać. Uważności. Studiowała na poznańskiej ASP i organizowała nam z Pauliną plenery, ustawiała martwe natury w domu, zabierała na wystawy. Nauczyłam się też od niej dyscypliny, wręcz mnisiej. Nie tylko dlatego, że jeździłyśmy z nią jako dorastające dzieci do Falenicy, do ośrodka zen, ale też w domu każdy miał swoje obowiązki. Mój partner uważa, że trochę przesadzamy, że mamy z Pauliną obsesję na punkcie zdrowego jedzenia, ale to też zasługa mamy. Ona pierwsza stosowała głodówki, została wegetarianką, jak zaczęliśmy razem z rodzicami mieszkać, nigdy nie było mięsa w domu. Tata jadł coś czasem u babci, u swojej mamy, ale u nas w domu mięsa nie było.

Wzięłam ze sobą stary numer „Zwierciadła”. Pisałaś w nim: „Babcia Marysia mówi mojemu Wojtkowi, że jestem gospodarna. Że on drugiej takiej nie znajdzie, a ja puchnę z dumy i ciekawa jestem, czy taka pozostanę”. Pozostałaś? Odnajdujesz się dzisiaj w tym fragmencie swojego felietonu sprzed dziewięciu lat?
Od tamtej pory dużo się zmieniło, tamto to był mój czas domowy. Aniela była bardzo mała, karmiłam ją ponad półtora roku. Synka dla porównania tylko pół, nie miałam tyle mleka, dużo już śpiewałam, wtedy akurat Janis Joplin. Ale najważniejsze chyba jest to, że tak się u nas wyrównało, że też mój partner robi dużo rzeczy, które wtedy robiłam tylko ja. Jest opiekuńczym, ciepłym ojcem. Nastał inny układ sił, dużo bardziej harmonijny i mniej patriarchalny.

Efekt ewolucji czy rewolucji w związku?
Wystarczy się wsłuchać w moją płytę „Prąd”. Było burzliwie. Wracamy do Juula i do potrzeb i granic, o których pisał w „Być razem…”. Człowiek jednak z czasem coraz więcej się o sobie dowiaduje i to bardzo ciekawe, jak można być z kimś coraz bliżej i coraz bardziej się rozumieć. To nie był taki układ jak z Pauliną, że nie było drugiej osoby na świecie, z którą bym się tak świetnie rozumiała. Zakochujesz się jednak w obcej osobie. Jest tyle różnic, które trzeba najpierw rozpoznać, potem rozpracować i wymyślić, co z nimi zrobić.

Problem w tym, że po paru latach zauroczenia zainteresowanie drugą osobą jednak trochę słabnie.
Ja obserwuję coś zupełnie odwrotnego, mam wrażenie, że jest coraz lepiej. Każde z nas ma swoją ścieżkę rozwoju, nie tkwimy w rutynie.

Już słyszę te głosy: „Szczęściara, ale jej się trafiło!”.
To brzmi, jakbym wygrała w lotto, a mówimy o procesie, który nie jest ani szybki, ani łatwy, ani szczególnie przyjemny.

Przejmujesz się mijającym czasem, siwymi włosami, tym, że ciało się jednak zmienia?
Na pewno mam ze swoim ciałem znacznie lepszą relację, niż miałam kiedyś, na przykład w liceum, kiedy uważałam, że nic nie mam na swoim miejscu. Jak w piosence „Miód” [z nagranego w 2014 roku albumu „Prąd” – przyp. red.] śpiewam, że nie wiem, gdzie mam tył, a gdzie przód, to teraz już bardziej wiem [śmiech]. Pamiętam o swoich piersiach. Siwe włosy farbuję, czekam na moment, kiedy uznam, że nie chcę, nie muszę.

Głos też ci się zmienia?
Na nowej płycie śpiewam lżej.

Co to znaczy?
Jestem kontraltem i nie silę się na bycie sopranem. Jak śpiewałam Janis Joplin, to to były tonacje dla mnie tak wysiłkowe, nienaturalne, że czasem traciłam głos po koncertach. Jeszcze dwie poprzednie płyty były momentami na siłę. A „Jak malować ogień” cała nagrana jest z jogiczną zasadą ahimsy. Ahimsa, czyli niekrzywdzenie. Ta płyta nie wymagała ode mnie poświęceń, a paradoksalnie pokazuje moc głosu. To tak jak wtedy, kiedy płyniesz łódką z pełnym wiatrem, płyniesz wtedy najszybciej, a jest tak lekko, że masz wrażenie, że ledwo płyniesz.

Możesz powiedzieć, że jesteś z siebie zadowolona, dumna?
Dumna to chyba za dużo. Powiedzmy, że w miarę siebie lubię. Zresztą tak naprawdę to nie ma większego znaczenia, czy jestem fajna, czy nie. Ważniejsze, żebym była ze sobą blisko. Że przyglądam się sobie, słucham siebie.

A rzeczywistość wokół siebie lubisz? Może trochę trudno o tym mówić, kiedy na dworze coraz ciemniej i zimniej.
A ja zawsze czekam na jesień, mój syn też. Wstał dziś rano, wokół szaro, i powiedział: „Dziś jest taka pogoda, jak lubię”.

Co może być fajnego w szarych dniach?
Człowiek, który ma bardzo niskie ciśnienie, jak ja, w taki dzień ma szansę zaistnieć. Wystarczy, że się uśmiechnie, a już się odkleja od szarówki. Jak jest jasno i upalnie i ktoś krzyczy: „Hej, chodźmy nad rzekę, bawmy się!”, a ty z tym niskim ciśnieniem ledwo idziesz, wszyscy myślą, że jesteś kompletnie zdołowana. A jesienią wszyscy narzekają, że jest słabo, a ty: „Czy ja wiem? Jest całkiem nieźle!”. Można się wyziębić na dworze i wygrzać w domu. Po to on w końcu jest.

Natalia Przybysz, rocznik 1983; piosenkarka i autorka tekstów. Popularność przyniósł jej i jej siostrze Paulinie zespół Sistars, którego były współzałożycielkami i z którym grały do 2006 roku. Najnowszy album „Jak malować ogień”, który ukaże się na rynku 25 października, to szósta w jej dorobku solowa płyta.