Przebudzenie – rozmowa z Katarzyną Grocholą

Ilustracja Patryk Hardziej
Ilustracja Patryk Hardziej

Katarzyna Grochola to jedna z najpoczytniejszych polskich pisarek. Jej książki sprzedały się w kilku milionach egzemplarzy. Powieść „Nigdy w życiu” zmieniła rynek, otwierając go na literaturę popularną. Wydawnictwo Literackie właśnie wydało jej brawurowy kryminał „Zranić marionetkę” o ofiarach, oprawcach i szukaniu sprawiedliwości.

Jak pani było w takim mrocznym świecie?
Surrealistycznie. Zaczęłam pisać tę książkę nad morzem, gdzie byłam z mężem. Przy stoliku kawiarnianym, w upał. Po powrocie do domu pisałam w kuchni, jakbym musiała być zamknięta w przytulnym, ciepłym miejscu. Wchodziłam do kuchni i stawałam się jedną z bohaterek.

Wszystkie były skrzywdzone.
Każdy zna poczucie krzywdy.

Wybrała pani temat molestowania seksualnego.
Co dziesiąta osoba na świecie jest molestowana. Są wśród nas ofiary i oprawcy. Spotykamy ich, a nie reagujemy na przemoc domową, pedofilię, ponieważ nie umiemy sobie radzić z własnymi uczuciami. Nie wiemy, jak się zachować. Łatwiej powiedzieć: „Po co do niego szła?”. Jako dziennikarka napisałam kiedyś dwa reportaże, które się nigdy nie ukazały. Pierwszy o gwałcie. Jego wydźwięk był taki: jesteś ofiarą, siedź cicho. Bo nie dość, że moja bohaterka została zgwałcona, to jeszcze skrzywdzili ją adwokaci – mężczyźni. Potem napisałam reportaż o pedofilii. Dziewczynka, jak bohaterka mojej książki, kochała swojego ojca, a to on robił jej krzywdę. Kiedy go wsadzili, znienawidziła ją cała rodzina. Matka, bo wcześniej pracował i przynosił pensję. Babcia, bo wsadziła jej syna do więzienia. To było we mnie i kiedyś musiało wybuchnąć. Mimo że tyle złego dzieje się w mojej książce, to nie wszyscy są źli.

Na świecie panuje zaćma?
Tak piszę. Żeby ją zdjąć i zobaczyć prawdę, trzeba by się skomunikować z własnymi odczuciami, być wobec siebie szczerym… Tymczasem korzystamy z mechanizmów, które nas bronią. Prawda gnije i, jak w mojej książce, powoduje daleko idące konsekwencje, które dotykają też niewinnych.

Rozwiązaniem jest zemsta?
To prawda, to książka o zemście, ale zemsta nie smakuje ani na zimno, ani na gorąco. W ogóle nie smakuje. Nie zadowala. Sprawiedliwość – tak. Kara – czasami tak. Odpowiedzialność – tak. Zadośćuczynienie – tak. Zemsta? Nie.

Jest pani głosem ofiar?
Zawsze jestem głosem ofiar. Jestem też głosem morderców. Ale ideowo jestem przede wszystkim głosem ofiar. Uważam, że człowiek ma w sobie wszystko. Jako katoliczka i rozwódka nie będę się powoływać na grzech pierworodny, ale myślę, że człowiek to niedoskonała pełnia. Jacy jesteśmy, zależy od tego, jaką część siebie karmimy.

Staje pani po jasnej stronie?
Tak, nawet ta książka opowiada się po jasnej stronie. Wczoraj na prywatnym spotkaniu jakaś osoba zapytała ks. Adama Bonieckiego: „Jeżeli ktoś wierzy, a nie chce chodzić do kościoła, jak go tam sprowadzić?”. Odpowiedział: „Nie sprowadzać”. Bo może nam się wydaje, że odchodzi, a może właśnie idzie w stronę domu? Zadałam sobie pytanie: „Może teraz jest taki moment przebudzenia?”.

Lubi pani ratować swoich bohaterów?
Chcę ich wszystkich uratować. Uczę się nie oceniać. Bo nie wiemy, jakie jest życie innych. 20 lat temu, w ciężkim okresie mojego życia, pijany mężczyzna wpadł na mnie na ulicy i krzyknął: „Gdzie idziesz, k….?”. Pamiętam, jak zrozumiałam jego słowa. Że nie tędy droga. Ten facet był po prostu zesłanym tu aniołem, który mi powiedział: „Kasiu, co robisz, idziesz ciągle tą samą ścieżką, która kończy się przepaścią”.

Może to był moment, kiedy pani sama już dojrzała, aby zobaczyć inną perspektywę?
Tak mogło być. Na grupie terapeutycznej usłyszałam przypowieść: Facet, idąc do pracy, wpadł w ogromny dół. Zobaczył ludzi, którzy też tam wpadli i nie znaleźli wyjścia, więc próbowali się w tym dole zagospodarować. Kilka tygodni szukał wyjścia, w końcu się wydostał. Następnego dnia, idąc do pracy, wiedział, że musi dół ominąć. Ale przejeżdżała karetka, uskoczył i znowu wpadł do dziury. Tyle że wiedział już, gdzie wyjście. Później chodził ostrożnie, aż któregoś dnia zauważył, że zaraz do dołu wpadnie kobieta z dzieckiem w wózeczku. Rzucił się, żeby je ratować. Uratował dziecko, ale sam wpadł do dziury. Kiedy się wygrzebał, postanowił chodzić inną ulicą. I to jest trochę opowieść o mnie.

Pani książki pomagają uwierzyć, że los się odmieni?
Wiem, kurna, że jestem polskim Kopciuszkiem przemiany. Byłam w związku przemocowym, ale z niego wyszłam, sama wychowywałam córkę, która jest dzisiaj fantastyczną osobą, i jak powiedziała, nie zamieniłaby ani jednej chwili ze swojego życia. Bardzo ją kocham i uważam, że dojrzale wyrosła w tych niełatwych okolicznościach. Ale nie przesadzajmy, wielu ludzi się rozwodzi i dzieci najczęściej zostają z matką. Obok nas żyją ludzie, którzy potracili bliskich, których dotykały ciężkie choroby. Jako pierwsza, 20 lat temu, powiedziałam publicznie, że miałam raka. Nie po to, aby epatować, ale może coś zmienić. Jestem dowodem na to, że rak może być wyrokiem, ale nie musi. Więc rozumiem, że zostałam ikoną tych, którzy bywają na dnie i trudno się wygrzebują. Skoro Grocholi się udało, to może i mnie.

O tamtym pijaku, który na panią nakrzyczał, powiedziała pani „anioł”. Lubi pani czytać znaki?
Tu, gdzie rozmawiamy, było pole truskawek. Należało do sąsiadki z naprzeciwka. Kiedy w końcu poczułam, że muszę się wydostać z tego strasznego dołu, zasypać go czymś fajnym, miałam sen. Byłam w nim u swoich przyjaciół, tutaj po sąsiedzku, a tu zamiast pola truskawek było klepisko. I Zosia, ta przyjaciółka, mówi: „Kasia, tu możesz postawić domek”. Zaczęłyśmy zbijać klepisko i spod niego ukazały się piękne, fioletowe kwiaty. Pewnie dlatego martwe drzewa w ogrodzie maluję na fioletowo.

Postawiła pani dom.
Nie stać mnie było na mieszkanie w Warszawie. Postawiłam własnymi rękami domek wielkości garażu. Kosztował 30 tysięcy. Jestem osobą, która ma nadzieję. Choć parę razy ją traciłam. Pamiętam jeden z gorszych momentów – nie było prądu i było minus 22 stopnie, zamarzła woda, nie miałam pieniędzy na wykarmienie dwóch psów i dwóch kotów, ale szczęśliwie moja córka była na wakacjach zimowych, a mój mąż z kochanką na nartach. Myślałam, że to już jest koniec wszystkiego. I wtedy wypadło z półki kompendium, których miałam wiele, bo w „Poradniku Domowym” odpisywałam na listy czytelników. Było otwarte na stronie, na której przeczytałam: „Jeżeli nie jesteś w stanie zapisać dziesięciu dobrych rzeczy, które ci się dzisiaj zdarzyły, to znaczy, że nie żyjesz”. Sięgnęłam po kartkę papieru. Mam jedną fazę prądu, czyli w niektórych bocznych kontaktach jest światło, wprawdzie jest minus 22, ale nie ma mojej córki i nie marznie, nie jestem pod dworcem ani pod mostem. Koty wróciły do domu, więc nie zamarzną. Mam olej, kaszę, resztkę ryżu, makaronu, mogę coś ugotować. Mam telefon, z którego mogę zadzwonić. Oczywiście, stan psychiczny nie pozwalał mi do kogokolwiek dzwonić, bo co miałam powiedzieć. Że jestem u progu samobójstwa? Byłam w stanie wymienić dziesięć pozytywów. Nadzieja ma wielką moc. Nie jest ślepym ufaniem, pozwala zrozumieć, kim jestem.

Jak wyszła pani z przemocowego związku?
Każdy, kto był w przemocowym związku, wie, że to się odbywa pod stołem. Przy ludziach. Choć to znaki niewidoczne dla innych. Przez dwa lata w ogóle nie rozumiałam, co się dzieje. Wiedziałam, że jak już się podjęło decyzję o małżeństwie, to trzeba w nim trwać, udawać. Odpisywałam mądrze na listy żon alkoholików, obstawiona książkami Anny Dodziuk i ulotkami z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, i nie widziałam związku ze swoją sytuacją.

Więc co się stało?
Dobra. Powiem. Spałam po trzy, cztery godziny, a ponieważ nie mogłam spać, jeździłam codziennie do kościoła na szóstą rano. Siedziałam tam, bo to było spokojne miejsce. I pewnego dnia usłyszałam: „Dzisiaj msza w intencji śp. Katarzyny, ale pamiętajmy, że człowiek nie całkiem umiera. Umiera tylko doczesna powłoka. Pomódlmy się, żeby obudziła się do jasności”. Potem w homilii ksiądz mówił, że kiedy jesteśmy z osobą złą, myślimy, że rosną nam skrzydła. Jako żona alkoholika uważałam, że po to jestem zesłana, żeby męża zbawić. Cudowne poczucie, że jest się Panem Bogiem! W kościele były trzy osoby, poza mną dwie staruszki. I ja to odniosłam do siebie. Pamiętam, że wsiadłam do samochodu i pomyślałam: „Kasiu, stuknij się w głowę, kobieto, czego ty chcesz?”.

Często czuła pani, że życie jest obok?
Miałam poczucie, że to nie jest to życie, jakiego chcę, kompletnie inny świat. Dlatego tak dobrze rozumiem samobójców. Kiedy słyszę: „Jak on mógł to zrobić”, rozumiem, że mógł.

Jedna z głównych bohaterek pani książki jest antropolożką, specjalistką od samobójców.
Ona ma swoje przeguby, swoją przeszłość. Każdy ma. Liczba samobójstw w Polsce wzrosła w ostatnich latach, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Widzę, jak w wirtualnym świecie zapominamy, że drugi człowiek naprawdę czuje. Produkujemy hejt, walcząc o liczbę lajków. Trzeba mówić, jak wielka jest siła dobra. Zrozumiałam to po zabójstwie Pawła Adamowicza, widząc, jak po tej tragedii dobro się rozlewa. Nożem można i kroić, i można zabijać. To wtedy mogłam kończyć książkę, pisałam po 17 godzin dziennie.

Pani bohaterka trafiła na terapię. Była w niej złość. To dobry motor?
Tak też się dzieje. Staramy siebie chronić, bo myślimy, że jesteśmy gorsi. Że terapeuta w nas pogrzebie i znajdzie potwora z przeszłości, tymczasem ten potwór chroni jakieś nasze piękno. Kiedy się ochrzciłam, mając 21 lat, powiedziałam księdzu, że się chrzczę ze strachu. Odpowiedział, że to też dobry powód. Pracowałam w szpitalu, widziałam wielu umierających. Niektórzy z nich wierzyli, inni nie. Różnica tego umierania wydała mi się wielka, choć strach był wspólny wszystkim. Pomyślałam, że chcę wierzyć.

Pamięta pani pierwszą śmierć?
Ten pan bardzo cierpiał, miał raka krocza z przerzutami do kości biodrowej, a to były czasy, kiedy nie podawało się wystarczającej dawki środków przeciwbólowych. Pracował w ministerstwie oświaty, mówił, abym się nie martwiła, jak nie dostanę się na medycynę, bo on to załatwi. Chorzy wiedzieli, że są trzy dziewczyny salowe, które zbierają punkty na medycynę. Dostawał środki przeciwbólowe trzy razy dziennie. Siedziałam na stołku koło łóżka i przekładałam mu nogę, bo tak bolała, że przeklinał albo mówił, żeby go zabić. Strasznie długo to trwało. O szóstej dostał następny zastrzyk, powiedział, że życie jest piękne, bardzo mi dziękuje i że córka do niego przyjdzie, więc musi wytrzymać. A potem umarł. Zrobił się taki mały, wiotki, zaczął mu wystawać nos. Tak jakby ktoś dużą strzykawką wyciągnął z niego te 21 gramów.

Skąd pomysł z medycyną?
Myślałam, że pisarz musi skończyć medycynę. Miałam takie wyobrażenie o pisarzach. Matka była osobą wysoce oczytaną, w domu nie było telewizora, tylko książki. Zabraniała nam czytać niektóre. Nie ma nic bardziej rozkosznego niż sięgać po „Dżumę” Camusa, która jest przez matkę zakazana. Zamienialiśmy z bratem okładki i czytaliśmy pod kołdrą.

Zawsze pani pisała?
Jak się jest pisarką, to się pisze. W pierwszej powieści, którą napisałam, mając 13 lat, w moim alter ego kochało się aż dwóch Winnetou. Potem pisałam opowiadania fantasy, odczytywałam na przerwach w kolejnych szkołach pomaturalnych. Moje koleżanki się śmiały, czego nie rozumiałam, bo to były przerażające historie.

Pisanie panią ratowało?
Judyta uratowała mi życie. Tamta zima, brak ogrzewania, córka mieszkająca miesiąc u mojej siostry, bo w jej pokoju było sześć stopni… Nie miałam klucza do domu. Obudziłam się którejś nocy, a na moim łóżku siedział obcy facet. Chciał pożyczyć 200 zł, a nie miałam nawet 20. Pisałam „Nigdy w życiu!”, żeby pocieszyć siebie, bo z tego, co mi się przydarzało, mogłam wybierać te wesołe sytuacje. Było wokół mnie wielu życzliwych. Idąc do kolejki WKD, machali do mnie. Wracając z pracy, mówili: „Rano były dwa poziomy pustaków, a już są cztery”. Od sąsiadów dostałam drzwi, kibelek na imieniny. Przyjacielowi z Anglii wysłałam dwie swoje sztuki. Przypadkowo znała go Beata Stasińska [wydawczyni – przyp. red.]. Dwa lata później pokazał jej fragmenty mojego tekstu. Odnalazła mnie i zapytała, czy nie mam książki do wydania. Miałam. No, to naprawdę w cuda można uwierzyć.

Natan, komisarz. W każdej powieści musi pani mieć przynajmniej jednego fajnego faceta?
Muszę. Natan to też jest trochę anioł. Fajny jest, prawda?

Do związku się nie nadaje.
No, może się będzie nadawał. Liczmy na to.

Pani jest teraz szczęśliwa, prawda?
Bywam szczęśliwa.

Pani mąż powiedział mi: „Kiedy zatęskniłem za miastem i przeprowadziłem się ze wsi, poznałem Kasię”. Dla pani musiał wrócić na wieś…
Ale może jest jednak coś ważniejszego niż metropolia. Jesteśmy bardzo dojrzałymi ludźmi i fajnie, że to się nam przydarzyło.

Łatwo jest dojrzałym ludziom ze sobą zamieszkać?
Mąż lubi wiedzieć, co się dzieje. Przychodzę ze śniadaniem i z telewizora wygląda jakaś gęba, której bym na śniadanie nie zaprosiła. To idę do kuchni. No, jakoś trzeba płacić. Mąż akceptuje, jaka jestem. Ma nieprawdopodobną cierpliwość do zmiany planów. Jego córka przysłała nam z Hamburga bilety kolejowe, bo mąż nie lubi latać. Walizki już stały w przedpokoju, mąż jeszcze grał sobie [muzyk – przyp. red.], bo miał dziesięć minut do wyjścia. Nagle zapytałam, czy jest elastyczny. „Bardzo” – odpowiedział. „Czy nie możemy w cholerę tych biletów wyrzucić i wsiąść w samochód?” Zapytał tylko: „To kiedy chcesz wyjechać?”.

pisarka, dziennikarka. Wydała kilkanaście powieści, m.in.: „Nigdy w życiu!” (As Empiku), „Serce na temblaku”, „Ja wam pokażę!”,

„Trzepot skrzydeł” (Nagroda Księgarzy), „Makatka”, „Houston, mamy problem”, „Przeznaczeni” i najnowszą „Zranić marionetkę”.