fbpx

Małgorzata Rejmer: Uroki zostały rzucone, czyli jak żyć wśród diablich spojrzeń

Małgorzata Rejmer: Uroki zostały rzucone, czyli jak żyć wśród diablich spojrzeń
Fot. Tomasz Ogiński

Tuż przed wyjazdem z Bukaresztu moja koleżanka dostała od znajomej podarek, bransoletkę przeciwko urokom. Można by rzec – antyczarową. Za sprawą subtelnej konstrukcji z czerwonego rzemyka poziom bezpieczeństwa w relacjach międzyludzkich znacząco wzrasta, i wszystkie zagrożenia, które mogą cię spotkać, gdy wychodzisz z domu na rumuńską ulicę, stają się mniej zagrażające.
Przeszłam u znajomych kurs dla początkujących: „Propedeutyka rzucania uroków” i wiem, że sprawa jest poważna i skomplikowana. Po pierwsze, ryzyko bycia „deocheat”, dosłownie zaoczonym, czyli zarażonym urokiem za sprawą rzuconego spojrzenia, wzrasta gwałtownie w kontakcie z osobą o niebieskich oczach. Niebieskoocy rzucają uroki na prawo i lewo i nawet nie wiedzą, jacy są społecznie szkodliwi.

Dalej mamy osoby z poprzestawianą fizjonomią, kaprawym oczkiem, ciężką powieką, niezborną wargą. Spotkasz zezola, będziesz chora, nie od dziś to wiadomo. Dalej, i tu już się sprawa komplikuje, wysoka częstotliwość rzucania uroków występuje w przypadku dzieci, które zostały odstawione od piersi przez matkę i przestawione na butelkę, a potem znowu karmione piersią. Taka niepoważna kobieta czyni z dziecka fabrykę do rzucania uroków. Dalej sprawa się uproszcza, ale też nabiera grozy: uroki rzucać może każdy. Co gorsza, nie wiedząc o tym. Po prostu wszyscy są winni i wszyscy zagrożeni nieustannym ryzykiem epidemii uroków.

Opowiada mi o tym kolega, który skończył etnologię, a na koniec wyznaje – Mam z tym cholerny kłopot, bo moja trzydziestoletnia siostra twierdzi, że ludzie nic innego nie robią, tylko rzucają na nią uroki. Na przykład: telefon o drugiej w nocy, mówi: „Rozmawiałam z twoim kolegą Cyganem, pytał o ciebie, kazał cię pozdrowić, a dwie godziny później ścina mnie migrena i nie mogę spać. Zauroczył mnie ten łajdak!”. I mam się tłumaczyć z kolegi. A potem siada siostra z matką i oduraczają się nawzajem, drugi raz i trzeci – dodaje kolega.

No właśnie, jak odróżnić urok od zwykłej niedyspozycji, zapyta osoba czujna. I tu naprzeciw wychodzą nam dwa sprawdzone sposoby. Po pierwsze, bierzemy szklankę z wodą, zapalamy zapałkę, trzy razy robimy nią znak krzyża i – palącą się jeszcze – wrzucamy do wody. Leci na dno – był urok! Trzeba więc go odczynić, i tutaj jest kolejny sposób pozwalający zidentyfikować zaoczyzm. Mianowicie, gdy trzykrotnie odmawiamy modlitwę, powtarzając za każdym razem imię osoby zauroczonej, i zachce nam się wtedy ziewnąć, to wtedy trzeba mieć świadomość, że właśnie diabeł próbuje ziewnięciem przeszkodzić nam w oduroczeniu. Jest jeszcze coś takiego jak „pierwsza pomoc urokowa”, to znaczy: jeśli w kontakcie z daną osobą czujecie, że istnieje ryzyko zauroczenia, dyskretnie odwracacie się bokiem i trzykrotnie symulujecie plucie, takie szybkie „tfu-tfu-tfu”.

Przed rzucaniem uroków należy szczególnie chronić dzieci. Moja przyjaciółka Ania wielokrotnie została upomniana, że postępuje lekkomyślnie, nie zakładając dziecku niczego czerwonego, ani bluzeczki, ani skarpetek, żałując mu nawet czerwonej spinki. Przy wózku też nie ma bariery ochronnej w postaci czerwonych kokardek. A potem ktoś się nachyla nad wózkiem, mówi: jakie ma pani śliczne dziecko, i jest już za późno, uroki zostały rzucone.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Wszystko to, wydaje mi się, bierze się z przekonania, że każdy ma w sobie diabła, i jak ten diabeł wyjrzy przez okienko naszych oczu, to robi to, co umie najlepiej. Nic dziwnego, że zauroczenie nazywane jest też „diablim wzrokiem” albo „złym okiem”. Dobrze rzucony urok grozi chorobą, która zetnie z nóg. Ten, kto ma niestrawność, niech lepiej sobie przypomni, z kim ostatnio rozmawiał.

Zastanawiam się, jak tu żyć w społeczeństwie, w którym ciągle istnieje takie podwyższone ryzyko rzucenia uroku. Mój kolega wielokrotnie tłumaczył siostrze, że w Europie Zachodniej nie znają zjawiska rzucania uroków i żyją w spokoju bez ich odczyniania, ale siostra nie daje się przekonać. Czerwone ubrania i dodatki dobrze się sprzedają.

Wkrótce po odbyciu kursu zdarzyło mi się wybrać na długi spacer po Bukareszcie, aż zabrnęłam w rejony zupełnie mi nieznane. Zagadnęłam więc starszą panią na przystanku, a ta spojrzała na mnie z dziwną nieufnością, nie kwapiąc się, by mi odpowiedzieć. Patrzę więc na nią pytająco, w jej niebieskie oczy. Ona patrzy w moje, też niebieskie, a ja myślę sobie, o cholera.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>