Ostatni raz tekst „Odysei” czytałam w podstawówce. W podobnym czasie moją ulubioną bajką była disneyowska „Mała syrenka”. Półkobiety, półryby pojawiają się nie tylko na obrazach inspirowanych starożytną literaturą i późniejszymi baśniami, ale też w filmach czy serialach, jak „Piraci z Karaibów”, produkcja dla młodzieży „H2O – wystarczy kropla” czy polskie „Córki dancingu”.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Zawyły syreny. Boleśnie głośne. Obudziły z drzemek dzieci, przestraszyły zwierzęta. Nasze ciała się spięły, Oddech przyśpieszył, Ale wiedzieliśmy – to tylko ćwiczenia. Nie trzeba się bać. „Wszystko w porządku, kochanie, to tylko test syren”. Tydzień później to nie był już test. Rosyjska rakieta wleciała w polską przestrzeń powietrzną. Syreny na Lubelszczyźnie zawyły ponownie. Tym razem na poważnie. Ten dźwięk to niemal codzienność dla wielu Ukraińców.
Po internecie krążył filmik przypominający o ogólnopolskiej akcji testowania instalacji syren. Pokazywał siedzącą na dachu kobietę z rybim ogonem, krzyczącą wniebogłosy. Fajne. Szkoda, że wygenerowane. Nazwę „syrena” urządzeniu do sygnalizacji dźwiękowej nadał podobno baron Charles Cagniard de la Tour, francuski inżynier i fizyk, który skonstruował maszynę wydającą dźwięki pod wodą, co skojarzyło mu się z mitycznymi stworzeniami.
W znacznej większości dzieł sztuki syreny są uwodzicielkami, kuszącymi biednych żeglarzy, grecką wersją rusałek grających swoim seksapilem, modliszkami, których celem było morderstwo i zguba męskiego rodzaju. Unaoczniają patriarchalny lęk przed kobietami i to, w jaki sposób z tym lękiem sobie radzono: przemocą albo seksualizacją. A najlepiej i tym, i tym.
Z takim seksownym obrazem syren walczy recepcja feministyczna. Badaczki i pisarki zwracają uwagę, że to jest męska, seksistowska soczewka. Sprowadzanie całej kobiecej działalności do mamienia facetów, jakby figura samca musiała być w centrum każdej podejmowanej przez nas decyzji. „Być może syreny tak naprawdę śpiewały dla siebie, a herosi mieli po prostu pecha, że zawędrowali w ich rejony” – napisała w tekście „Dziewczyństwo: ciało, podłości i inne śliczności” dla „Dziennika Literackiego” poetka Aleksandra Lewandowska-Ferenc, autorka tomiku „Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata”. Sama też podejmowałam ten temat przy pisaniu o głosie czy o potworzycach. I wtedy też dostało się ode mnie Homerowi.
Teraz muszę się z panem przeprosić. U Homera nie ma tej seksualizacji. Syreny w starożytności – prawdopodobnie w pierwotnych wersjach mitu i wersji spisanej przez pisarza – nie uwodzą powabem. Uwodzą mądrością: posiadaniem wiedzy i znajomością tajemnicy.
Wodzą na pokuszenie nie obietnicą seksualnego spełnienia, orgazmu i ekstazy. Odwołują się nie do żądzy, tylko – trochę jak rajski wąż – do zaspokojenia pychy. I może czegoś jeszcze?
W „Odysei” są istotami z ciałem ptaka i głową kobiety, ale we wczesnym średniowieczu pojawiają się jako kobiety z rybim ogonem. Wtedy też zaczyna się je utożsamiać z cielesną pokusą. Ich figura zostaje zaadaptowana do chrześcijaństwa. Jako mitologiczne hybrydyczne potwory stanowią idealny obraz grzechu i feminizowanego zła. I tak jest przez większość nowożytności.
W XIX wieku pod wpływem romantyzmu i symbolizmu syrena przeżywa renesans. Na akademickich obrazach jest piękną kobietą z ogonem. Wyjątkowy był w tym kontekście obraz Johna Williama Waterhouse’a z 1891 roku, w którym malarz wrócił do starożytnej wizji syren jako latających ptaszysk z kobiecymi głowami. Taka ich forma umożliwiła mu umieszczenie stworzeń bardzo blisko żeglarzy – wszyscy poza przywiązanym do masztu Ulissesem (rzymska wersja imienia Odyseusz) mieli „na szczęście” woskowe zatyczki. Choć brakuje tu zmysłowych syrenich mokrych ciał, dla XIX-wiecznej publiczności obraz i tak był mocny – przecież w okresie wiktoriańskim wszystko, co kobiety mówiły, mogło być niebezpieczne. Zwodnicze.
Zagrażające swoim głosem syreny odnajdujemy nawet we współczesnej popkulturze, choć nie zawsze jest to od razu czytelne. Lorelai to imię bohaterek kultowego serialu „Kochane kłopoty” („Gilmore Girls”). W dziewczynach – matce i córce – kochają się niemal wszyscy spotkani mężczyźni, a one łamią im serca. Są wygadane, pewne siebie i zabawne.
Nieprzypadkowo Lorelai, imię pochodzące z języków germańskich, znaczy: jęczeć, obserwować lub… wabić. Nawiązuje do wzniesienia w dolinie Renu, gdzie mieszkała legendarna syrena mająca przyciągać rybaków.
Zgubą starożytnych żeglarzy była ciekawość, ale syreny w homerowskiej wersji śpiewały też o tym, że wiedzą, co działo się pod Troją. Rozumieją ból wojaków. Dawały więc obietnicę wyjawienia prawdy, ale też ukojenie. Do tej interpretacji być może nawiązuje Christopher Nolan w najnowszej ekranizacji. Odświeżające po latach degradowania kobiecej mądrości… i męskiej siły woli. Kultura patriarchalna stawia mężczyzn na piedestale, ale jednocześnie zabiera im całą odpowiedzialność, jeśli chodzi o panowanie nad swoimi instynktami. To możecie rządzić tym światem czy nie? „Był prezydentem, ale nie mógł się powstrzymać przed wykorzystaniem swojej pracownicy”. Ile znamy takich historii? Przecież tego nie da się logicznie obronić! Dlatego podoba mi się ta nowa–stara interpretacja fragmentu o syrenach: to nie zwierzęce pragnienia i powab morskich rusałek stawiają żeglarzy w pozycji zagrożenia, a ich potrzeba zrozumienia i bycia zrozumianym.
Sonia Kisza, historyczka sztuki, autorka książki „Histeria sztuki. Niemy krzyk obrazów” oraz twórczyni satyrycznego profilu na Instagramie @histeria.sztuki.