1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. „Odyseja” Nolana zaskoczyła mnie wrażliwością, jakiej nie spodziewałam się po epickim kinie o wojnie

„Odyseja” Nolana zaskoczyła mnie wrażliwością, jakiej nie spodziewałam się po epickim kinie o wojnie

(Fot. Universal Studios)
(Fot. Universal Studios)

Odsłuchaj artykuł

Karolina Liczbińska - „Odyseja” Nolana zaskoczyła mnie wrażliwością, jakiej nie spodziewałam się po epickim kinie o wojnie

00:00 07:10
15s
0,5 x
15s
Szłam na „Odyseję” Christophera Nolana przygotowana na trzy godziny buzującego testosteronu i wojennej chwały; wyszłam poruszona tym, jak wnikliwie reżyser i zarazem scenarzysta portretuje kobiety zdane na łaskę cudzych ambicji.

Jak można się było spodziewać, „Odyseja” Christophera Nolana to kinematograficzny popis i epicka opowieść z rozmachem rodem z uniwersum Marvela – dynamiczne, wciągające kino, które przypomina, po co w ogóle chodzi się do multipleksu. Ale gdyby ktoś powiedział mi po seansie, że scenariusz napisała kobieta, uwierzyłabym bez wahania. Za tą pozornie męską opowieścią stoi bowiem niesamowita samoświadomość reżysera na temat zgubnych konsekwencji, do jakich prowadzi galopujące męskie ego, i poruszająca eksploracja tego, jak wojna odciska piętno na wszystkich – na ofiarach, na oprawcach i na tych, którzy latami czekają w domu na powrót bliskich.

(Fot. Universal Studios) (Fot. Universal Studios)

Klucz do tej wrażliwości tkwi prawdopodobnie w źródle, z którego czerpał Nolan. Reżyser otwarcie przyznaje, że inspirował się przekładem „Odysei” pióra Emily Wilson – tłumaczeniem, które część odbiorców określa mianem „lewackiego”, choć w rzeczywistości jest po prostu bliższe oryginałowi niż wcześniejsze, bardziej patriarchalne interpretacje. Ten wybór widać niemal w każdej scenie z udziałem kobiet.

Po nieco przydługiej ekspozycji na samym początku film złapał mnie za gardło i trzymał w tym uścisku aż do ostatniej klatki.

Gwiazdorska obsada wcale nie przeszkadza w odbiorze „Odysei”

Podchodziłam sceptycznie do obsady naszpikowanej wielkimi nazwiskami – wydawała mi się rozpraszająca, zwłaszcza że nawet przelotnie pojawiający się na ekranie bard zagrany jest przez Travisa Scotta. Okazało się, że niepotrzebnie. Tom Holland jest poruszająco wiarygodny jako chłopak, który desperacko pragnie być traktowany poważnie, żeby móc ochronić matkę, dom i wszystko, co jest mu drogie.

(Fot. Universal Studios) (Fot. Universal Studios)

Robert Pattinson to z kolei wymarzony czarny charakter – dwulicowy, przystojny i śliski niczym wąż, serwujący na prawo i lewo chytre uśmieszki. Jego podstępne knucia, by zwiększyć presję na Penelopie, aż w końcu wybierze nowego męża (jego, oczywiście), a przy tym tchórzostwo i niehonorowość sprawiają, że scena zemsty Odyseusza staje się tym słodsza. Nie sądziłam, że po niemal trzech godzinach gęsto wypełnionych rozlewem krwi będę kibicować kolejnej scenie przemocy, ale grany przez Pattinsona zalotnik wybitnie sobie na nią zasłużył. Uwodzona przez niego potajemnie służka Melantho (Mia Goth) to z kolei alegoria kobiet, które zamiast solidarności wybierają zdradę własnej płci, by wkupić się w łaski patriarchatu – z całymi tego zgubnymi konsekwencjami.

Niektóre z najmocniejszych momentów filmu są naprawdę niepokojące i balansują na granicy horroru. Scena z cyklopem pożerającym sześciu ludzi pod rząd to dopiero początek klaustrofobicznej grozy, która ogarnia widza śledzącego dalsze losy Odyseusza.

Kobiety „Odysei” kradną każdą scenę, w której się pojawiają

Choć film z założenia koncentruje się na podróży dwóch mężczyzn – Odyseusza i Telemacha – a role kobiece mają ograniczony czas na ekranie, to właśnie one kradną niemal każdą z niewielu scen, w których się znajdują. Nolan, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, zbudował je z niuansem, nie uciekając się do utartych, seksistowskich skrótów. Samantha Morton jako Kirke nie jest złośliwą czarownicą, która dla kaprysu zmienia mężczyzn w świnie, tylko ostrożną kobietą, która musiała doznać męskiego okrucieństwa na własnej skórze, jak sugerowałaby mieszanka wypisanych na jej twarzy lęku i odrazy do niezapowiedzianych przybyszy.

(Fot. Universal Studios) (Fot. Universal Studios)

Anne Hathaway daje z kolei potężny występ jako Penelopa, do tej pory redukowana głównie do roli wiernej żony – tu oscyluje między rozpaczą, majestatem i matczynością, by w końcu wybuchnąć porażającym gniewem, kiedy stawia Telemacha do pionu i przypomina mu, że to ona rządziła Itaką przez ostatnie 20 lat, a fakt bycia mężczyzną nie przewyższa jej autorytetu ani doświadczenia. Lupita Nyong’o wprawnie wciela się w Helenę i Klitajmestrę, dwie siostry zdane na łaskę i niełaskę swoich brutalnych mężów – jak zdradziła w wywiadach, Nolan konsultował z nią budowanie psychologicznej głębi i historii tych postaci już na etapie pisania scenariusza – a Zendaya w roli Ateny jest i przewodniczką, i wyrzutem sumienia Odyseusza.

Jedynym słabym punktem (piętą achillesową...?) tej pełnej rozmachu produkcji jest, moim zdaniem, Charlize Theron jako Kalipso. Aktorka nadaje jej empatię i troskliwość wcześniej niekojarzone z uwodzicielską nimfą, ale jej charakteryzacja – blond bob i szaty jak z designerskiej kolekcji luźno zainspirowanej motywem rozbitków – wybija z immersji historii, która poza tym jest bardzo skuteczna, mimo licznych anachronizmów: od uwspółcześnionego języka (Tom Holland rzucający „mój tata wraca do domu” z akcentem Spider-Mana) po metalową zbroję Agamemnona.

Brakuje greckich twarzy w obsadzie, choć intencje Nolana są zrozumiałe

Rozumiem pobudki reżysera, który chciał, by film był jak najbardziej przystępny dla masowego widza – stąd gwiazdorska obsada i uwspółcześnione dialogi. Mimo to uwierał mnie brak choć jednego greckiego aktora w głównej obsadzie. Grecko-brytyjski dziennikarz Chris Cotonou pisał na łamach The Guardian, że Grecy zostali pominięci przez Hollywood przy ekranizacji własnych mitów – i pytał, czy przy tak wielokulturowym castingu nie warto było znaleźć miejsca dla ludzi najbardziej autentycznie związanych ze źródłem. To pytanie zostaje bez odpowiedzi, ale nie przekreśla przesłania filmu, które odebrałam jako proste, przeszywająco celne i, niestety, bardzo aktualne: wojna to bezsensowny akt męskiej pychy, dający się ponieść wybujałej ambicji i chciwości, a jej skutki są wszechogarniające i miażdżące nawet dla tych, którzy wyszli z niej zwycięsko – o ile mają choć gram sumienia.

Sam Nolan w wywiadzie dla „The New York Times” nie chce jednak nazywać tej lekcji wprost. – Zdecydowanie, w stu procentach – mówi, pytany, czy w filmie zaszyta jest moralna nauka, po czym dodaje, że nie chce jej artykułować.

– Chcę, żeby ludzie przeżyli to podczas seansu. Mam silne przekonania co do tego, jak ta historia porusza mnie w wymiarze etycznym. Mam nadzieję, że widzowie poczują to samo, co ja – przyznał.

Niech to będzie zachęta, by wybrać się do kina i wyciągnąć własne wnioski.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE