1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dyrektor Jarek

Dyrektor Jarek

Co robić, gdy zwierzchnikiem w pracy zostaje bliska nam osoba lub weszliśmy w zażyłość z szefem? Czy uciekać z firmy? Niekoniecznie. Lepiej stać się mistrzem dyplomacji.

Przyjaciółka została szefową? Cieszysz się z jej awansu, ale znalazłaś się w trudnym położeniu.

– Przede wszystkim trzeba pamiętać, że przyjaciółce może być z nowym rozkładem sił trudno – mówi Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – Z jednej strony chce być dobrą szefową, więc musi wymagać i rozliczać, z drugiej – trzeba nową funkcję pogodzić z przyjaźnią. Możesz ułatwić jej przejście do „obozu” szefów, będąc… pracownikiem idealnym.

Jeśli jest do ciebie przywiązana, ale uczciwa, znajdzie się w sytuacji wewnętrznego konfliktu: będzie chciała wymagać od ciebie jak od każdego pracownika, ale też może się źle czuć, traktując cię jak innych. Dlatego nie wolno doprowadzać do sytuacji, w której miałyby rację bytu pretensje, że pracujesz nie tak, jak powinnaś. Opieszałość, niedotrzymywanie terminów, uchybianie dyscyplinie powinny być zakazane! Jeśli chcesz chronić przyjaźń i jednocześnie sprawić, by wasza służbowa relacja nie ucierpiała, nie licz na ulgowe traktowanie i nie próbuj wykorzystać tego, że się znacie. Od początku potraktuj siebie jak pracownika i nie stawiaj jej przed wyborem: czy być dobrą szefową, czy dobrą przyjaciółką. W ten sposób zdejmiesz z niej spory ciężar.

– Takie postępowanie to podwójna korzyść – dodaje psycholog. – Zyskasz jej wdzięczność , a nie „podpadniesz” kolegom z zespołu. Ludzie, jeśli komuś zazdroszczą, życzą mu, żeby to stracił. Także w pracy: nawet gdy szefowa cię nie faworyzuje, i tak będziesz o to podejrzewana. Dlatego musisz się tym bardziej wykazywać nienagannością w wykonywaniu obowiązków, by pochwały i sympatia były zasłużone. By było widać, czym są spowodowane miłe relacje: nie zażyłością i tym, że razem chrzciłyście dzieci, ale tym, co się dzieje tu i teraz.

Bywa i odwrotnie: przyjaciółka może być w stosunku do ciebie bardziej surowa niż do reszty. Może nie ufać sobie, że będzie potrafiła oddzielić przyjaźń od pracy. Może też chcieć pokazać, że cię nie faworyzuje. Znieś to cierpliwie, to początki, etap rozdawania kart, z czasem się unormuje. Pamiętaj, jest szefową od niedawna i dopiero się uczy, ma prawo do błędów. W najgorszym wypadku poproś ją o rozmowę i powiedz, jak się czujesz. Zapewnij, że nie masz zamiaru wykorzystywać tej znajomości. Dodaj, że jako przyjaciółka gotowa jesteś ją wesprzeć.

Czy wraz z awansem zmieni się komunikacja między wami? Może lepiej przy innych zwracać się do przyjaciółki per „pani dyrektor” zamiast po imieniu, jak kiedyś?

– Owszem, jeśli pracujecie w środowisku sformalizowanym. Poza tym niektórzy szefowie wolą trzymać w tajemnicy, że między nimi a resztą zespołu jest inna relacja niż tylko formalna. Ale jeśli stosunki w pracy są luźne, lepiej zostańcie przy dawnym sposobie zwracania się do siebie – radzi Platowska. – Im mniej sztuczności, tym lepiej. Nowe relacje dobrze byłoby omówić. Umówcie się na rozmowę, na której wyjaśnicie wątpliwości.

Warto, by propozycja takiej rozmowy wyszła od ciebie. Nie poczujecie się wówczas obie, jakby szefowa wzywała cię na dywanik. Niech odbędzie się na neutralnym, towarzyskim gruncie.

Jeśli szefową została przyjaciółka, ale spoza firmy, zaproszenie do kontynuowania przyjaźni powinno wyjść od niej. Bardzo możliwe, że będzie chciała ocieplenia waszej relacji, bo w ten sposób zdobędzie przyjazną duszę w nowym miejscu. Niewykluczone, że będzie chciała oprzeć na tej znajomości swoją wiedzę, co dzieje się w zespole. I tu się kryje pułapka: może chcieć cię obsadzić w roli „wtyczki” w firmie. I zacznie cię ciągnąć za język, dopytując, jaki jest rozkład sił w zespole, kto dobrze pracuje, a kogo mieć na oku. Co wtedy?

 – Najlepiej zawsze mówić o wszystkich dobrze – uważa Platowska. – Tego nigdy  za wiele. Jeśli ktoś zawsze się spóźnia z oddawaniem projektów, zapytana, czy to reguła, możesz odpowiedzieć: „Zdarza mu się”. Sama szybko się przekona, na kogo trzeba uważać. Jeśli dasz się wmanewrować w rolę wtyczki, nie masz co liczyć na przyjaźń z nią, a jeszcze stracisz sympatię i zaufanie kolegów.

Mów mi Jarek

Wyjazd integracyjny, trochę alkoholu, wesoła zabawa. Może się zdarzyć, że w tej atmosferze szef zaproponuje nam przejście na „ty”. Wspaniale! Tylko potem nadchodzi poniedziałek i idziemy do pracy ze znakiem zapytania w duszy… Jak się właściwie zachować?

– Należy założyć, że wracamy do punktu wyjścia, i obserwować reakcje przełożonego – radzi psycholog. – Co chce utrzymać z tej niesłużbowej bliskości? Do czego się przyznaje, o czym chce zapomnieć? Do niego należy określenie nowej relacji, zarówno pod względem ocieplenia, jak i ochłodzenia stosunków.

Jeśli wrócisz do sztywnej formy kontaktu, a szef chciał ją rozluźnić i zatrzymać część tej zażyłości ze wspólnego wyjazdu, bo planował inny podział ról – tracisz na tym. Może się jednak okazać, że w pracy będzie chciał używać form oficjalnych, a po imieniu zwracać się dopiero po 18. Może też chcieć puścić chwilę swojej słabości w niepamięć. Dlatego czekamy na jego ruch i poddajemy się temu, co zrobi. W rozmowie z kolegami w pracy nigdy nie mów o szefie per „Jarek”. Gdy masz coś do przekazania współpracownikom od przełożonego, mów: „Dyrektor powiedział, że…”. Zdanie „Jarek powiedział, że…”, odbiera mu autorytet i jest spoufalaniem się. Jeśli usłyszy taką wypowiedź, pożałuje, że dopuścił cię do konfidencji. Dlatego nawet jeśli panują między wami stosunki przyjazne, podkreślaj, że to on tu rządzi.

 

Czasem jednak lepiej wystrzegać się poufałości z szefem. – Lepiej unikać przejścia na ty, gdy szef słynie z tego, że romansuje z pracownicami; jest humorzasty i nieobliczalny, pracujesz w atmosferze rywalizacji lub masz obawy, że poczucie bliskości jest formą manipulacji i zaraz dołoży ci więcej pracy – uważa Platowska. – Uciekaj też szybko, kiedy widzisz, że jest wyraźnie pijany. Po co masz następnego dnia łamać sobie głowę, co on w ogóle pamięta?

Jak odmówić przejścia na ty? Bardzo delikatnie, bo kiedy jedna strona proponuje przejście na ty, a druga odmawia, jest to afront. Możesz powiedzieć: „Jestem zaszczycona, ale wołałabym pozostać przy służbowej relacji. Forma po imieniu zwyczajnie nie przejdzie mi przez gardło”.

Pupilek szefa

Zdarza się, że szef wyraźnie darzy sympatią jakiegoś pracownika. Jeśli masz szczęście być na tej uprzywilejowanej pozycji, musisz wiedzieć, że to i zaszczyt, i obciążenie. Koledzy bywają zazdrośni o względy szefa i za plecami pupila zawsze krążą plotki. To nieprzyjemne, ale i z tym można dać sobie radę.

– Trzeba przyjąć spokojną postawę: nie włączać się w grę, niczego nie dementować, niczemu nie zaprzeczać – radzi Platowska. – Robić swoje jak najlepiej, by wszyscy widzieli, że sympatia szefa jest zasłużona, i jak najwięcej kontaktów z nim przeprowadzać jawnie, by nie dawać powodów do niedomówień i podejrzeń, że coś się działo „pod stołem”.

Z sympatii zwierzchnika do nas mogą płynąć profity dla całego zespołu. Gdy trzeba coś z nim załatwić, np. przełożyć termin zebrania, weź to na siebie. Możesz wręcz zgłosić się na ochotnika. Warto jednak przynajmniej czasami prowadzić rozmowy z szefem w obecności kolegów i…  zwracać uwagę przełożonego na osiągnięcia zespołu.

Jakie miłe spotkanie…

Wakacje. Spacerując na molo w Sopocie, widzisz znajomą twarz. To szef! On też cię zauważył. Co teraz? Nigdy nie udawaj, że go nie widziałaś. To mogłoby być wygodne, ale jest niegrzeczne. Uśmiechnij się, kiwnij głową, powiedz „dzień dobry”, zwolnij kroku i obserwuj reakcję.

– Jeśli wyrazi gestem czy uśmiechem chęć do rozmowy, podejdź i zamień kilka zdań. Zwyczajowe: kiedy przyjechałaś, jak długo zostaniesz, ale nie zasypuj go tysiącem informacji. Ale jeśli po powitaniu pójdzie dalej, idź swoją drogą. Być może jego wizja odpoczynku polega na tym, by się odseparować od tego, co ma w pracy – uważa psycholog.

A co, jeśli szef siedzi w kafejce, do której właśnie weszłaś? Podobnie: podejdź, przywitaj się i jeśli nie wykona gestu zapraszającego, udaj się do stolika (jeśli masz do wyboru bliżej i dalej położony, wybierz ten dalszy). Być może zostaniesz zaproszona na wspólną kawę, wtedy uprzejmie porozmawiaj o pogodzie, swoich wrażeniach z pobytu. O pracy nie wspominaj.

– Jeśli wyczujesz, że zaproszenie jest grzecznościowe, delikatnie odmów – mówi psycholog. – Ale odmawiając, pokaż, że robisz to dla niego, a nie przeciwko niemu, np. powiedz: „Dziękuję, ale jestem umówiona ze znajomymi, więc wolę usiąść osobno, by uniknąć zamieszania, kiedy przyjdą”.

Sytuacja się komplikuje, gdy odkrywasz, że mieszkacie z szefem w jednym pensjonacie lub w tym samym hotelu za granicą. I wiesz, że będziecie na siebie wpadać przez najbliższe dwa tygodnie.

– Bądź przewidująca i weź sprawy w swoje ręce. Powiedz np. w poniedziałek, że w piątek jedziecie na jakąś wspaniałą wycieczkę i chciałabyś zaprosić szefa do udziału. W ten sposób sugerujesz, że skoro mówisz o piątku, niekoniecznie planujesz spotkania we wtorek, w środę i czwartek – uważa Platowska.

Pamiętaj, urlop to czas wyczekany, planowany przez rok i zwykle za niemałe pieniądze. Trzeba go przeżyć jak najprzyjemniej i najlepiej bez akcentów związanych z pracą. Dlatego jeśli już trafi ci się pech w postaci szefa – przyjmij tylko to zaproszenie, na które masz ochotę. Najlepiej sprawdza się wymówka: „Mam już inne plany”. A na pociechę: nie zdziw się, jeśli szef nigdzie cię zapraszał nie będzie. On też wcale nie chce oglądać na urlopie swoich pracowników...   

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Psychologia

Jakim zwierzęciem jesteś w swojej pracy?

Którym ze zwierząt jest twój szef? A którym ty sam? (fot. iStock)
Którym ze zwierząt jest twój szef? A którym ty sam? (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Słoń, żółw, lis, ryba, gepard. Na tyle typów – w skrócie – można podzielić strategie, jakie obieramy w pracy. Którym z tych zwierząt jest twój szef? A którym koledzy? Gdy poznasz potrzeby i cele tych osób – nauczysz się z nimi negocjować. Podwyżkę, dzień wolny, ale też... kto dziś robi kawę. No i ustalisz, jaki zwierz drzemie w tobie.

Siła z brzucha

Lojalny, empatyczny, konsekwentny. „Jako negocjator słoń doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej siły i większość spraw załatwia dokładnie z takiej perspektywy. Jest to szczególnie niebezpieczne, kiedy słoń znajduje się w sytuacji zagrożenia, bo wtedy najchętniej demonstruje siłę” – pisze trener bizensu Grzegorz Załuski w książce „Negocjacyjne zoo. Strategie i techniki negocjacji w pigułce”. Siła determinuje decyzje słonia: daje mu niezwykle mocną pozycję w rozmowach, ale i wymaga długoterminowego myślenia (słoń musi zabezpieczyć sobie łatwy dostęp do jedzenia i picia – a potrzebuje ich dużo…). Stąd bierze się ważna z perspektywy jego negocjacyjnych partnerów potrzeba zagwarantowania mu łatwej dostępności do tego, co mu się obiecuje. Jak w tytule kryminału Agaty Christie – słonie mają dobrą pamięć, więc połowa sukcesu w negocjacjach z człowiekiem w typie tego zwierzęcia to dobre wspomnienia, do których można się odwoływać. Gorzej, jeśli takich wspomnień brak, ale i wtedy można przekonać słonia do swojego pomysłu, bo to zwierzęta skłonne do pokojowych rozwiązań. Poza tym warto pamiętać, że słonie są stadne i żyją w hierarchii, więc dla nich nie ma nic dziwnego w tym, że zmienia się ostateczną decyzję pod wpływem grupy lub opinii przełożonego.

Zatem w negocjacjach ze słoniem:

  • unikaj rozmów z pozycji siły;
  • zanim przystąpisz do prezentowania swoich koncepcji, daj się słoniowi wygadać – on chce mieć poczucie, że rozumiesz jego potrzeby;
  • zacznij od kwestii ogólnych, mów jasno, nie przedłużaj wyjaśnień – podstawowe zagadnienia przedstawiaj w punktach;
  • pisemnie potwierdzaj ustalenia, akcentując korzyści, które słoń wynosi ze współpracy z tobą.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • śmieszne pieniądze” – słonie nie są skłonne do dużych jednorazowych wydatków (także energetycznych) – lepiej pokazać im, jak niewiele wysiłku czy pieniędzy kosztuje ich decyzja tygodniowo czy dziennie;
  • salami” – zgodnie z zasadą „zjeść słonia po kawałku”, ze słoniem łatwiej negocjować drobne modyfikacje niż radykalne zmiany;
  • zdechła ryba”
    – prosząc o coś, co jest wyjątkowo niekorzystne dla słonia, a dla nas nie ma większego znaczenia i wycofując się potem dyplomatycznie z tej prośby – tworzymy klimat do „zadośćuczynienia”, czyli możemy uzyskać to, na czym nam faktycznie zależy.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Slow life

Rozsądny, poukładany, przewidujący. „Niektóre prawdziwe żółwie potrafią pozostać pod wodą na jednym oddechu nawet do pięciu godzin, tak więc negocjatorzy tego typu są cierpliwi” – czytamy w książce „Negocjacyjne zoo”. Stąd bierze się ich powolność w podejmowaniu decyzji, dla wielu wprost nie do zniesienia. Jednak warto pamiętać, że w naturze te gady żyją nawet ponad 200 lat, mają więc czas dobrze przemyśleć i sprawdzić każdą decyzję. Później niechętnie je zmieniają. Lubują się w procedurach i sprawdzonych rozwiązaniach, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. W negocjacjach z żółwiami dobrze jest więc przedstawiać każdą propozycję jako niewielką modyfikację, mocno akcentując jej podobieństwa do poprzedniego stanu.

Jako negocjatorzy żółwie są dość lękliwe, co łatwo może skończyć się zamknięciem w skorupie, skąd nie jest łatwo ich wyciągnąć. Co może wywołać taki lęk? Przede wszystkim presja czasu. Zalękniony żółw będzie uciekał w bezpieczną stronę, co może stawiać pod znakiem zapytania dalsze rozmowy. Grzegorz Załuski radzi, by żółwiowi w tej drodze towarzyszyć i zyskać zaufanie – wtedy zatrzyma się i wysłucha, co mamy mu do zaoferowania.

Zatem w negocjacjach z żółwiem:

  • uzbrój się w cierpliwość;
  • bądź konkretny i w argumentacji wykorzystuj znane żółwiowi dane i wyliczenia;
  • ogranicz liczbę uczestników rozmów;
  • uważaj na to, co mówisz, bo żółw bierze wszystko dosłownie.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • skubanie” – po uzyskaniu jakiegoś ustępstwa, proś od razu o kolejne, wyraźnie mniejsze;
  • optyk z Brooklynu”
    – ujawniaj sukcesywnie dodatkowe warunki twojej propozycji, czujnie obserwując, kiedy żółw może poczuć się zaniepokojony.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Tu i teraz

Szybki, sprytny i emocjonalny. Nie dla niego dalekowzroczne strategie, długie podchody, wieloletnie alianse. „Lis jest mało lojalny i błyskawicznie, nawet po bliskiej zażyłości, zaczyna szukać nowych znajomości (partnerek)” – oto kolejny cytat z „Negocjacyjnego zoo”. Lojalność i empatia także nie są najmocniejszą stroną tego negocjatora z rudą kitą, więc bez problemu wycofa się z rozmów, jeśli wyczuje lepszy interes gdzie indziej. Pod warunkiem że to pewny interes, bo lis nie jest lekkomyślny! Żeby to ocenić, zada wiele pytań, także pozornie niedotyczących przedmiotu negocjacji, i jako dobry aktor sprytnie dopasuje się do rozmówcy. Jeśli ma pewność, że współpraca będzie korzystna, szybko podejmie decyzję i schowa swoją naturę drapieżnika pod maską brata łaty. W rozmowach asekuruje się sformułowaniami „w sumie”, „jakby”, „prawdopodobnie”, swoją ofertę okrasza określeniami typu: „maksymalny profesjonalizm i wyjątkowa jakość”. Poza tym hojnie szafuje obietnicami. Mottem lisa jest „tu i teraz”– więc największą stratą jest dla niego odebranie przywileju, który już uważał za swój.

Zatem w negocjacjach z lisem:

  • dowiedz się o nim jak najwięcej i przygotuj do szybkiego działania;
  • pamiętaj o planie B – to ważne przy każdych negocjacjach, ale w przypadku rozmów z lisem daje dodatkową pewność siebie i może uchronić przed podatnością na jego techniki;
  • bądź czujny, bo lis jest tak skupiony na własnym interesie, że może się zdemaskować i przy pewnym doświadczeniu drugiej strony łatwo dać się „podprowadzić”;
  • rozmawiaj emocjonalnie, lecz trzymaj się twardych faktów.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • dobry policjant”
    – znana i wydawałoby się zgrana metoda włączenia do rozmów surowego kolegi, w porównaniu z którym okażesz się „równym gościem”, w kontakcie z lisem nieodmiennie się sprawdza.
(fot. iStock) (fot. iStock)

W ławicy

Towarzyska, zwinna, egocentryczna. „Ryby zwykle świetnie współpracują ze swoim gatunkiem, wiedzą, że wspólnie osiągają znacznie większe korzyści, niż działając samotnie” – twierdzi Grzegorz Załuski. W praktyce przekłada się to na konieczność działania w grupie, połączoną z umiejętnością dopasowywania się do otoczenia, aż do poziomu zmiany barw, jeśli to potrzebne. Stąd bierze się irytacja po pozbawieniu ryby swobody działania. Naturalny dla nich stan to panta rhei. Skoro wszystko płynie, to dla ryb równie płynne są zasady i fakty. W środowisku przyrody elastyczność i szybkość działania oznacza „być albo nie być” – dopracowały je do mistrzostwa i tego samego oczekują od wszystkich uczestników negocjacji. Doświadczenie wskazuje, że pośpiech rzadko jest niezbędny, więc przy rozmowach z rybą dobrze zostawić sobie trochę czasu do namysłu, by nie działać pod presją. Ryby są świadome tego, że samodzielnie radzą sobie gorzej, muszą więc czuć, że to, co im proponujesz, naprawdę im się opłaci.

Zatem w negocjacjach z rybą:

  • dobrze przemyśl cele i zapisz je precyzyjnie, bo możesz się zagubić w oceanie jej argumentacji;
  • pozwól rybie mówić, ona lubi czuć się ekspertem;
  • szczegółowo zapisuj ustalenia, bo ryba wyegzekwuje wszystko, a wszelkie niejasności będzie chciała wykorzystać na swoją korzyść;
  • stawiaj na współpracę i wspólne poszukiwanie rozwiązań.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • dokładne wyliczenia” – ryba lubi sprawdzać, a precyzyjne i jasne kalkulacje uspokajają ją.
  • utracone korzyści” – metodę potencjalnej utraty przywilejów dobrze przedstawić w taki sposób, by pobudzić wyobraźnię ryby – zaspokajasz wtedy jej potrzebę nowości
  • śmieszne pieniądze”
    – ta metoda wykorzystuje niechęć ryby do dużej utraty energii.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Sprinter

Energiczny i samodzielny gepard jest najszybszym zwierzęciem na lądzie, jednak po serii kilkusetmetrowych sprintów musi odpocząć. Podobnie szybki jest negocjator spod tego znaku. Z tym wiąże się jego umiejętność udzielania błyskotliwych odpowiedzi i ripost. Drugą stroną medalu jest pewna impulsywność, więc i ryzyko mówienia szybciej niż pomyśli. Dla wzmocnienia swojej pozycji gepard szczerzy kły i deklaruje gotowość do długotrwałych negocjacji, lecz wie, że musi oszczędzać energię, więc potrafi bez zwłoki docenić dobrą propozycję. Przywołana już błyskotliwość nieraz przychodzi mu z pomocą, gdy ktoś wykaże mu błędy w rozumowaniu – umie wtedy obrócić wszystko w żart. Jego siłę osłabia drobiazgowość i wnikliwość rozmówcy, bo licząc na swoją zdolność do improwizacji – często przygotowuje się dość powierzchownie.

Zatem w negocjacjach z gepardem:

  • unikaj straszenia, bo geparda łatwo sprowokować i zaatakuje, nawet kosztem własnych długoterminowych korzyści;
  • oddzielaj fakty od deklaracji – kieruj się nimi przy podejmowaniu decyzji;
  • eksponuj krótkoterminowe korzyści;
  • zadbaj, żeby gepard się nie nudził;
  • pozwól mu poczuć sukces, jaki odnosi dzięki współpracy z tobą.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • precyzyjne wyliczenia” – zwłaszcza na początku rozmów, w ten sposób pokazujesz, że panujesz nad sytuacją i on nie musi myśleć o nielubianych szczegółach;
  • ciężkie ustępstwo” – najmniejsze ustępstwo z twojej strony pokazuj jako wielki gest;
  • zdechła ryba”
    – proponowaną już w przypadku słonia metodę warto tutaj zmodyfikować i prosić geparda o coś, czego wyjątkowo nie lubi, czyli np. przygotowanie tabelek.
(fot. iStock) (fot. iStock)

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.