1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Hanna Samson: Wybór należy do ciebie

Hanna Samson: Wybór należy do ciebie

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Żyjemy w świecie, który stwarza coraz więcej możliwości wyboru. Ale czy to na pewno nam służy? Jak wykazują badania, nadmiar opcji zmniejsza zadowolenie z życia.

Na początku lat 80. pojechałam z koleżanką do Wiednia, gdzie od lat mieszkała jej mama. Po kilku godzinach zwiedzania weszłyśmy do supermarketu. Stanęłam oniemiała przed półkami pełnymi najróżniejszych past do zębów. U nas w tym czasie dostępna była jedynie pasta Nivea, bo trudno mówić o dostępności pasty chlorofilowej. Chlorofilową uwielbiałam, ale pojawiała się tak rzadko, że trafić na nią, to było jak wygrać w totka. A tam, w Wiedniu… Nie muszę opowiadać, bo teraz wszyscy dobrze to znamy. Postanowiłam zamiast pamiątek przywieźć sobie z Wiednia pastę do zębów. Tylko którą? Oglądałam, czytałam opisy na pudełkach i nie miałam pojęcia, którą wybrać. Po powrocie do domu zapytałam mamę koleżanki, która pasta, jej zdaniem, jest najlepsza. Mama zaprowadziła mnie do łazienki.

– Ja zawsze używam tej pasty – powiedziała, podając mi tubkę, która nie wyglądała specjalnie atrakcyjnie, choć w porównaniu z naszymi była duża.

– Jest najlepsza? – zapytałam z nadzieją.

– Nie wiem, nie używam innych.

Byłam zdumiona. Jest tyle past, a ona trzyma się tej jednej, choć nie wie, czy jest najlepsza? Dziwna ta mama, że nie korzysta z możliwości wyboru, o których myśmy mogli wtedy tylko marzyć. Dziś bardziej ją rozumiem. Gdy idę do sklepu, trzymam się zwykle tego, co już sprawdziłam. Jak majonez, to tylko X, jak masło, to Y, jak makaron, to… Czy są najlepsze? Nie wiem, nie używam innych. Szkoda mi czasu na podejmowanie decyzji, skoro wiem, że te produkty są dobre. Niech sobie wybierają zwolennicy konsumpcjonizmu, bo mnie już dawno przestało to bawić.

Renata Salecl, autorka książki „Tyrania wyboru”, pisze o tym, że w dzisiejszym społeczeństwie konsumpcyjnym wymaga się od nas nie tylko ciągłego wybierania produktów. Każe się nam wierzyć, że całe życie jest dziełem, które tworzymy sami przez nasze wybory. Jeśli będziemy podejmować dobre decyzje, to wejdziemy na każdy szczyt. Tylko skąd wiedzieć, która decyzja jest dobra? Poczucie pełnej odpowiedzialności za kształt własnego życia może budzić niepewność i lęk. Spotykam czasem osoby, które lęk przed porażką paraliżuje.

Agnieszka, 32 lata, rok temu skończyła kolejne studia na zagranicznej uczelni, dzięki czemu zdobyła nowy zawód. Poprzedni nie sprawiał jej satysfakcji. Teraz może ruszać w nową drogę. Kłopot w tym, że nie rusza, bo nie ma pewności, czy ten nowy zawód na pewno jej odpowiada. A może warto pomyśleć o czymś innym? Agnieszka może sobie pozwolić na myślenie, bo ma za co żyć. Sytuacja luksusowa, a jednak będąca źródłem cierpienia, bo Agnieszka chciałaby pracować, realizować się, sama zarabiać pieniądze. Ale nie chce drugi raz popełnić błędu. Co będzie, jak okaże się, że ten nowy zawód nie jest dla niej? Nie chciałaby się znów wycofywać, więc na wszelki wypadek nie szuka pracy. Chce pokierować swoim życiem jak najlepiej, ale nie ma jasności, która droga jest dla niej najlepsza, więc stoi na rozstajach.

Są osoby, które na rozstajach stoją latami. Zamiast poczucia wolności, które teoretycznie powinna dawać możliwość wyboru, przeżywają głównie lęk przed stratą. Jeśli wybiorą jedno, stracą alternatywną wersję swego życia, która może byłaby lepsza. Gdyby tak mogły wiedzieć, co je czeka w przyszłości, jeśli pójdą w lewo, a co się zdarzy, kiedy pójdą w prawo… Niestety. Przyszłość jest niewiadoma. I jak z tym sobie poradzić?

Pisałam kiedyś o kobiecie, która miała męża i kochanka. Bardzo męczyła się w tej sytuacji, więc chciała dokonać wyboru. Tylko co wybrać? Rozstać się z mężem, skoro tworzą razem dom dla swoich dzieci? Porzucić kochanka, który pozwolił jej odkryć, co to miłość? Codziennie mierzyła się z decyzją. Porzucić męża czy kochanka? I nie mogła dokonać wyboru. Brak decyzji można rozumieć jako wybór tego, co jest, ale ona nie była w stanie zaakceptować własnej niewierności. W końcu mąż dowiedział się o kochanku i wyprowadził się z domu. Kochanek za to nie był gotowy, by odejść od żony. Została sama, a tego chyba najbardziej się bała. I co? Odczuła ulgę, że już nie musi podejmować decyzji. I nieźle sobie radzi. Czasem sami podejmujemy decyzje, które zmieniają diametralnie nasze życie, ale na krótko, bo szybko lądujemy w tym samym miejscu. Nawet jeśli mieszkamy gdzie indziej lub z kim innym, nawet jeśli mamy więcej lub mniej pieniędzy, do głosu dochodzą często te same uczucia. Jesteśmy wciąż sobą, tyle że w innych okolicznościach. Jesteśmy w podobnym stopniu zadowoleni albo niezadowoleni z życia. I żadna nasza decyzja tego nie zmienia. Może lepiej byłoby po prostu żyć, zamiast mierzyć się z decyzjami w imię niepewnej przyszłości? I nie jest to pochwała lenistwa, ale zaangażowania w teraźniejszość. I zgody na siebie. W końcu każdy z nas jakiś jest. Niedoskonały, ale i niepowtarzalny. Szkoda, żebyśmy wszyscy stali się doskonałymi maszynami we własnych rękach.

Znam osoby, które dokonały cudów i nadal naprawiają siebie. A gdyby tę energię włożyć w zmianę świata? Nie chcę tu stawiać politycznych postulatów ani udowadniać, że nasze możliwości nie są wcale takie wielkie, jak wmawia nam świat, który ma w tym własny interes. Dla niego lepiej, byśmy czuli się odpowiedzialni za nasze porażki, nawet gdy wynikają z zewnętrznych ograniczeń. Renata Salecl w swojej książce opowiada o tym, że ciągła praca nad sobą może działać przeciwko nam. Bo jeśli błąd tkwi w świecie, a nie w nas, możemy strawić życie nie na tym, co trzeba.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wszystkie chcą mieć córkę

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przez stulecia kobiety modliły się o syna. Dziś coraz więcej jest takich, które chciałyby mieć córkę. Dlaczego? I czemu tak trudno im o tym mówić?

Jesteś w ciąży – potwierdził test, a potem lekarz. Teraz zaczyna się fala domysłów, kto się urodzi. Nie ma chyba rodzica, który nie zastanawiałby się: córka czy syn. Kiedyś trzeba było czekać z tym do porodu. Dziś z pomocą przychodzi USG i tę informację znamy już czasem w czwartym miesiącu ciąży.

Inna zmiana, jaka zaszła, to pożądana płeć. Przez stulecia kobiety marzyły o synu, bo jego urodzenie było dowodem sensu ich istnienia. W wielu sytuacjach oznaczało być albo nie być, wiązało się z sukcesją i potwierdzało pozycję u boku męża i w rodzie. W Chinach i Indiach do dziś zdecydowana większość aborcji dotyczy dziewczynek, które są uważane za dzieci mniej wartościowe. Dlatego rodzi się ich znacząco mniej niż chłopców. W rezultacie w tych krajach zakazano informowania rodziców o płci dziecka w trakcie badania USG. Władze wypróbowywały też takie strategie, jak płacenie rodzicom dziewczynek i rezerwowanie dla nich miejsc na uniwersytetach.

W Polsce, jak wynika z badań GUS, od czasów powojennych dziewczynek i chłopców rodzi się mniej więcej podobna liczba. Ale jeszcze większość kobiet z pokolenia mam obecnych trzydziestolatków chciało mieć syna. W 1977 roku znakomita polska reporterka Barbara Łopieńska napisała reportaż „Syn”, relację z warszawskiego oddziału położniczego. Jej tekst zaczyna się od słów: „Wszystkie chcą mieć syna”. W 2001 roku OBOP zapytał Polaków, jakiej płci dziecko by woleli, gdyby mieli posiadać tylko jednego potomka. Ponad połowa (56 proc.) odpowiedziała, że nie ma to dla nich znaczenia, 22 proc. wolałoby chłopca, przy czym znacznie częściej byli to mężczyźni (32 proc., w stosunku do 11 proc. w przypadku kobiet), a 19 proc. – dziewczynkę, przy czym wśród tych ostatnich więcej jest kobiet (27 proc. w porównaniu z 11 proc. wśród mężczyzn). Co ciekawe, w rozmowach ze znajomymi czy nawet z lekarzem często się do tych preferencji nie przyznają.

Kilku ginekologów mówi mi, że na pytanie o to, jakiej płci oczekują rodzice, mężczyźni częściej odpowiadają, że syna, kobiety zaś mówią: „Najważniejsze, żeby było zdrowe”. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz, dziekan Wydziału Pedagogiki Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, badająca problematykę rodziny, tłumaczy to tak: – To, jakiej płci dziecko ludzie chcą mieć, jest tematem tabu. Gdy zadaje się im to pytanie, szukają odpowiedzi zgodnej z oczekiwaniami społecznymi, a te są takie, że to nie ma znaczenia. Łatwiej przyznać się do pragnienia posiadania chłopca, bo przesąd, że „prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna”, i przekonanie o wartości pierworodnego wciąż są u nas dość silne. Ale to nie znaczy, że wiele kobiet po cichu nie pragnie córki.

Nie tak miało być

Kalina, od dwóch lat szczęśliwa mężatka, pracownica instytucji pozarządowej: – To był piękny, słoneczny dzień, szliśmy na USG w supernastrojach. Pamiętam, że w gabinecie było ciemno jak w planetarium, a pani doktor była bardzo sympatyczna. Zapytała, czy chcemy znać płeć. Penis między nogami dziecka to było dla mnie kompletne zaskoczenie. Wyszliśmy z przychodni i usiedliśmy w kawiarni. Patrzyłam na zdjęcie z USG i po twarzy płynęły mi łzy. Od kiedy zadała sobie pytanie, czy chce mieć dzieci, było dla niej oczywiste, że chciałaby córkę. Ba, była pewna, że tak się stanie. Patrząc na wydruk z USG, myślała: „Ale niefart. XXI wiek to wiek kobiet, idealny moment, żeby przemówiły. A ja nie będę mogła patrzeć, jak moja córka z tego korzysta”. – Najbardziej było mi szkoda, że część doświadczeń już nie będzie nasza wspólna – mówi. – Doskonale wiedziałam, jaką mamą córki będę i jaki wzorzec kobiety chcę jej przekazać – silnej, która akceptuje swoje ciało. Tyle poświęciłam w życiu tematowi kobiecości – literaturze, dyskusjom. A tu pojawia się chłopiec i jakim doświadczeniem mam się z nim podzielić? Przecież nic nie wiem o chłopcach, o ważnych momentach w ich życiu, nie wiem, jak to jest przechodzić mutację.

Dorota, menedżerka w dziale marketingu: – Gdy w czwartym miesiącu lekarz powiedział, że to chłopiec, zapadłam się w sobie. Długo miałam depresję, lekką, ale prawdziwą. Ta jedna rzecz zmienia życie. Wiesz, że będziesz chodzić na gokarty, a nie na balet, grać w piłkę, a nie bawić się domkiem dla lalki. Dorota przyznaje wprost, że nigdy nie marzyła o byciu mamą. Decyzja o zajściu w ciążę, świadoma i przemyślana, jak większość decyzji w jej życiu, to był kompromis z mężem, który tego pragnął. Od początku wiedzieli, że ograniczą się do jednego dziecka, a Dorota myślała: „Z córką wszystko będzie łatwiejsze. Bo to taka mała ja, którą łatwiej zrozumieć, nawet jeśli jeszcze nie mówi”. I w jej głowie pojawiały się obrazki jak z reklam: przebiera córeczkę w śliczną sukienkę albo ubierają Barbie – niespełnione marzenie Doroty z dzieciństwa.

Agata, dziennikarka, mama czterolatka, na informację lekarza, że ma w brzuchu kolejnego chłopca, zareagowała: „Chyba pan żartuje”. Powtórzył to kilka razy, a do niej nie docierało. Po powrocie do domu płakała, jakby się stało coś strasznego. Przecież na USG w 15. tygodniu specjalnie wybrała się do lekarza, który znany jest z tego, że się nie myli w kwestii płci, i powiedział, że będzie córka, a informację potwierdził jej lekarz prowadzący w 20. tygodniu. Szalała z radości. – Poczułam, że jesteśmy pełni – opowiada, a w jej głosie wciąż słychać emocje. – Myślałam: „Mam już w życiu wszystko”. Rodzice szybko przyzwyczaili się do myśli o małej dziewczynce. Na imię dali jej Nina i Agata mówiła: „Wychodzę z Niną”, a jej synek czytał tylko książeczki o starszym bracie i młodszej siostrze. Na wnuczkę czekali dziadkowie, a ciocia z Anglii przysłała śliczne dziewczęce ubranka. O tym, że będzie chłopak, Agata dowiedziała się pod koniec siódmego miesiąca. Mąż Agaty, gdy zobaczył ją zapłakaną po tamtym USG, myślał, że dziecko jest chore. Kiedy dowiedział się, że wszystko z nim OK, tyle że jest chłopcem, nie dziewczynką, zaczął się śmiać. – A ja, kiedy pakowałam te dziewczęce ubranka, czułam się tak, jakbym straciła dziecko – mówi ona. – Wiem, że ktoś, kto ma problem z zajściem w ciążę albo urodzi chore dziecko, mógłby powiedzieć: „Chora kobieta”. Ale ja czułam się, jakby ktoś mi zabrał moją Ninkę i włożył do brzucha obce dziecko.

– Tęsknota za posiadaniem córki to być może dowód na to, że zaczęłyśmy dostrzegać dobre strony bycia kobietą – tłumaczy to nowe zjawisko psychoterapeutka Hanna Samson. – Wcześniej kobiety wolały mieć synów, bo bały się, że córka nie uniknie powtórzenia ich własnego losu. Teraz wierzą, że sama będzie mogła decydować o sobie.

Puzzle

Czy tak się stanie? Choć z badań OBOP wynika, że prawie połowa Polaków uważa, że płeć dziecka nie ma wpływu na wychowanie, okazuje się, że na głębszym, nieuświadomionym poziomie ma ona duże znaczenie. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz w swoim badaniu rodziców, którzy mają syna i córkę, zauważyła, że zapytani o to wprost, twierdzą, że jednakowo podchodzą do dzieci obojga płci. Jednak gdy zaczynają przytaczać różne sytuacje z życia rodzinnego, różnice są aż nadto widoczne. O ile chłopcom przekazywany jest obraz świata, w którym mogą wszystko i wszystko od nich zależy, o tyle dziewczynki mają w swoim życiu realizować pewien wzór kulturowy i się do niego dopasować. Te same zachowania rodzice inaczej oceniają u dzieci różnej płci. Chłopiec, który dużo czasu spędza z kolegami poza domem, jest postrzegany jako energiczny i towarzyski, dziewczynka, jeśli tak się zachowuje, nazywana jest latawicą i rodzice się o nią martwią. Chłopiec może się brudzić i zachowywać głośno, dziewczynka powinna być schludna, mówić cicho, a swoimi sprawami może zająć się, kiedy już wypełni obowiązki – odrobi lekcje, pomoże mamie.

Kalina, Dorota i Agata miały poczucie, że dziewczynkę wychować im będzie łatwiej. Najpoważniejszą obawą Kaliny dotyczącą chłopca było to, że ani w swojej, ani w męża rodzinie nie znalazła w pokoleniu rodziców żadnego stuprocentowo fajnego mężczyzny – mądrego, który miałby dystans do siebie, nie był zakompleksiony ani narcystyczny – który dla jej synka mógłby stać się wzorcem. Ci, których zna, to raczej typ „polskiego wujka”: problemy rozwiązują w sposób agresywny, nie potrafią mówić o swoich uczuciach, nie wylewają za kołnierz.

To poważny problem, na jaki w wychowaniu chłopców natykają się współczesne Polki. Niby nowoczesne, łączą życie rodzinne z karierą i dążą do pełnej równości z mężczyznami, a w podejściu do synów automatycznie włącza im się model tradycyjny. I produkują kolejne pokolenie małych królów, przyszłe utrapienie dla swoich partnerek. Agata sama przyznaje, że temu ulega: – Polacy są wychowywani na synów mamusi, mają tylko oczekiwania. Najpierw kierują nimi matki, potem żony. W moim domu mama podawała zupę, a tata czytał gazetę, nadal tak jest. U nas też podział obowiązków jest dość tradycyjny. Łapię się na tym, że nikt mnie nie nauczył, jak inaczej wychowywać chłopca.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Dorota: – Wiedziałam, że syna nie mogę za bardzo przyuczać do bliskości, bo nie chcę, żeby wyrósł z niego fajtłapa, chłopak, który się nie obroni na boisku. Gdy będzie malutki, może jeszcze tak, ale potem już nie. Facet delikatniejszy, który o siebie dba, fajnie się ubiera, za chwilę okaże się zniewieściały.

– Samą mnie zaskoczyło, że głęboko we mnie tkwi poczucie, iż chłopca nie można za bardzo rozpieszczać swoją miłością. Już samo to, że myślałam, że wiem, jak wychować córkę, a syna nie, było niepokojące. Bo czy to znaczy, że dla niego będę mniej czuła? – mówi Kalina i podkreśla, jak ważna jest pomoc dziecku w odnalezieniu się w popkulturze, która jest opresyjna nie tylko dla dziewcząt, bo każe im idealnie wyglądać, lecz także dla chłopców, którzy tylko pozornie mają władzę. Jeśli nie wcielają się w rolę tego, który dominuje, natychmiast są spychani do roli ofiary.

– Żyjemy w czasach, w których wszystko się zmienia i nie ma gotowców. Tradycyjna męska figura runęła – twierdzi Hanna Samson. – Warto świadomie wziąć udział w poszukiwaniach nowego wzorca męskości. Urodzenie syna to dla kobiety szansa, by wychodząc poza schematy, przygotować go do życia w świecie, w jakim chciałybyśmy, aby żyły także nasze córki.

Córka dla matki, syn dla świata

Inne argumenty przemawiające za urodzeniem dziewczynek to stworzenie nowej, poprawionej wersji siebie, która nie powtórzy naszych błędów, łatwość porozumienia z własną płcią, wychowanie sobie przyszłej przyjaciółki oraz przekonanie, że syn wyfruwa z domu, a córka na zawsze pozostaje bliżej z rodzicami, a szczególnie z matką.

Ograniczenia takiego myślenia wskazuje Hanna Samson, która podkreśla, że zadaniem rodzica, niezależnie od płci dziecka, nie jest wychowanie go dla siebie, tylko wypuszczenie w świat. I dodaje, że w Polsce silny jest mechanizm trzymania przy sobie dzieci, a szczególnie córek, poprzez wzbudzanie w nich poczucia winy, gdy nie spełniają oczekiwań matki. Do jej gabinetu trafia wiele kobiet, które próbują wyzwolić się z nadmiernej zależności od rodziny. Tymczasem warto dać dzieciom wolność ze świadomością, że przez lata budujemy z nimi więź, która nagle się nie urwie. Terapeutka dodaje, że przyjaźń między matką a córką to mit. Ta relacja nigdy nie jest zupełnie partnerska, bo niezależnie od wieku chcemy, by rodzice pozostali rodzicami, i nie mamy ochoty rozmawiać z nimi o wszystkim. – Oczekiwanie przyjaźni znacznie częściej wypływa ze strony matki niż córki – mówi – i prowadzi czasem do przekraczania granic dorosłego dziecka. Wchodzimy tam, gdzie córka nie chce nas wpuścić, albo wciągamy ją na własne terytorium, wikłamy w sprawy, które do niej nie należą.

Jak sobie z tym poradziły?

Amerykańska terapeutka Virginia Satir pisała: „Kiedy do świata Jonesów wkracza Johnny, nadzieje i potrzeby rodziców już tam na niego czekają”. Może jednak najlepiej nie zakładać, jakiej płci chcielibyśmy mieć dziecko, i zobaczyć, co przyniesie nam życie.

– Czas ciąży w naturalny sposób sprzyja marzeniom – mówi Hanna Samson – ale warto brać w nich pod uwagę różne wersje zdarzeń. Lepiej otworzyć się na przygodę, która zaczyna się wraz z narodzinami dziecka, niż myśleć o przyszłości tak, jakbyśmy miały nad nią władzę. Jej zdaniem zazwyczaj udaje się nam zaakceptować rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jeśli jednak przyjęcie płci dziecka przychodzi nam z trudem, warto wziąć przepracowanie tej tęsknoty na siebie (na przykład z pomocą terapeuty), a nie przerzucać jej na dziecko.

Dorota: – Jak sobie poradziłam z tym, że mam syna? Starałam się brać to, co dobre, z tego, co mam. Resztę zdziałały hormony, biologia. Chociaż nie było tak, że doszłam do wniosku, iż byłam głupia, bo chciałam mieć dziewczynkę, a chłopcy są najfajniejsi. Ale można z tym żyć.

Kalina stopniowo zakochiwała się w Krzysiu, który dziś ma osiem miesięcy. Już nie wyobraża sobie, by na jego miejscu mogło być inne dziecko. A w swoich poszukiwaniach dotyczących męskości poczyniła dwie optymistyczne obserwacje. Po pierwsze, zaczęła zauważać wokół fajnych facetów, którzy nie boją się mówić o uczuciach, mają z nimi kontakt, poszukują swojej drogi – tyle że w jej własnym, a nie starszym pokoleniu. Po drugie, dostrzegła, że może właśnie dostała szansę, żeby wychować fajnego mężczyznę dla fajnych kobiet, które widzi wokół. A jeszcze zanim Krzyś przyszedł na świat, zdała sobie sprawę, że jej dziecko to zupełnie oddzielna ludzka istota. Chciała rodzić w domu, ale synek ułożył się pośladkowo, więc było to zbyt niebezpieczne. – Fajne w posiadaniu syna jest to, że nigdy nie będziemy tacy sami – mówi. – Z perspektywy czasu widzę, że chciałam mieć córkę, żeby była moim przedłużeniem, przeżyła moje życie jeszcze raz, tylko lepiej. Zrozumiałam, że to iluzja. Do Krzysia mogę podejść bez oczekiwań i to jest wspaniałe. Chce mieć drugie dziecko, ale już nie będzie czekać na córkę. – Jeśli urodzi się syn, wierzę, że i tak znajdę kobiety, dla których będę mogła być mentorką – mówi. – Skoro jest we mnie taka energia, na pewno na nie trafię.

Gdy kończę ten tekst, przychodzi SMS od Agaty: „Urodziłam pięknego Pawełka, którego nie zamieniłabym na żadną dziewczynkę”.

  1. Psychologia

Odporność psychiczna - cecha, nad którą można pracować

Odporność psychiczną nie jest cechą wrodzoną, można nad nią pracować (Fot. iStock)
Odporność psychiczną nie jest cechą wrodzoną, można nad nią pracować (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trudne życiowe doświadczenia mogą sprawić, że otrząśniemy się i pójdziemy dalej, czasem nawet lepszą dla nas drogą.

Odpowiednie podejście do życiowych huśtawek, czyli stopień naszej odporności psychicznej, jest ściśle powiązane z odczuwaniem satysfakcji z życia. Możemy też zareagować załamaniem psychicznym lub pozostaniemy na poziomie negatywnych emocji, takich jak lęk czy depresja.

Z badań hiszpańskich naukowców wynika, że jedna trzecia z nas wykorzystuje przeciwności losu do tego, żeby rozwijać się osobiście. Po przejściu trudności ta grupa ludzi czuje się silniejsza. Wiąże się to z umiejętnością kontrolowania swoich emocji i umysłu oraz wysokim poziomem inteligencji emocjonalnej. Efektem takiej postawy jest większe zadowolenie z życia. Podczas badań okazało się, że ta grupa odznacza się największą psychiczną elastycznością, czyli jest otwarta na zmiany.

- Dobrą wiadomością jest to, że odporność psychiczna nie jest wrodzoną cechą, tylko umiejętnością, która może być rozwijana i doskonalona - powiedział dr Joaquín Limonero, koordynator badań. - Nad kontrolą własnych emocji oraz poczucie wartości można pracować, by poprawić jakość naszego życia.

Źródło: Universitat Autónoma de Barcelona

  1. Psychologia

Jak poprawić sobie humor?

Dobry nastrój trzeba w sobie hodować, doceniając każdą chwilę szczęścia. (Fot. iStock)
Dobry nastrój trzeba w sobie hodować, doceniając każdą chwilę szczęścia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dobry humor jest w zasięgu każdego z nas. Trzeba go tylko umieć złapać, przytrzymać i zapamiętać. Brzmi to dość trywialnie, ale wbrew pozorom tak to działa. Spróbujcie!

Przypomnij sobie jedną rzecz, która sprawia, że czujecie się szczęśliwi. To może być cokolwiek, byle wywoływało miłe skojarzenia. Spotkanie z przyjaciółką, perspektywa randki w sobotę, laurka od dziecka albo świetna atmosfera w pracy. Gdy już masz to „coś”, poczuj radość, satysfakcję, dumę z tego powodu. A gdy już przywołasz to uczucie (być może znajdziesz je gdzieś w ciele), zintensyfikuj je. Podkręć tak, jakbyś podkręcała dźwięk ulubionej piosenki albo ostrość kolorów na monitorze. Poczuj, jak szczęście, radość, duma czy euforia zaczyna cię wypełniać całą. Zatrzymaj te emocje jak najdłużej.

Wykorzystuj to ćwiczenie na co dzień. Gdy spotka cię coś miłego – usłyszysz komplement, ktoś się do ciebie miło uśmiechnie, zjesz coś wyjątkowo dobrego dostaniesz, zapamiętaj ten moment, staraj się wydłużyć go czasie i zintensyfikować uczucie, które się z tym wiąże. Delektuj się nim. Zatrzymaj się przy nim na dłużej. Tak jakbyś robiła temu zdjęcie i ustawiała z niego tapetę na smartfonie.

Z kolei gdy spotka cię coś przykrego – też się temu przyjrzyj. Realnie. Co naprawdę się zdarzyło? Co dzieje się teraz? Co czujesz w tej chwili? Jeśli twój umysł wybiega naprzód, wyobrażając sobie straszne konsekwencje, zatrzymaj go. Skup się na faktach i na tym, co jest w tym momencie.

 

  1. Psychologia

Jak podejmować decyzje? 5 skutecznych rad dla niezdecydowanych

"Presja i obawy, jakie towarzyszą nam w takich momentach, biorą się z przekonania, że niewłaściwy wybór pociągnie za sobą ból, stratę. Że będziemy żałować i pomstować." (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Codziennie podejmujemy szereg decyzji. Co na śniadanie? W co się ubrać? Brać parasol czy nie? Przyjąć propozycję, a może odmówić? Kupić lub obyć się bez? A czasem zostajemy postawieni przed naprawdę trudnym wyborem. I co wtedy? Jak uniknąć paraliżu decyzyjnego?

Mało co potrafi tak nas trzymać w szachu jak niezdecydowanie. Czas nagli, ludzie pytają, a w głowie huczy jedno wielkie „nie wiem”. Zaczynasz odczuwać stres. Złość – bo przecież każdy już dawno by wiedział. Co z twoim rozumem? Co z intuicją? Już niby szala przechyla się w stronę jednego z rozwiązań, ale oto wyskakuje jak królik z kapelusza myśl, która zaburza całą dotychczasową argumentację... I znów jesteś w punkcie wyjścia.

„Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności” – dowiaduje się słynny nastoletni czarodziej podczas swojej edukacji. Trudne życiowe decyzje napędzają fabułę wielu filmów i utworów literackich. Uwielbiamy te historie – kiedy bohater musi całym sobą stanąć za czymś, czasem nawet narażając życie. A co mówią o nas nasze wybory? Jak ich dokonujemy? Jak długo chodzimy wokół jakiejś decyzji, zanim uznamy ją za podjętą? A potem? Jak komunikujemy swój wybór? Kiedy przechodzimy do fazy wdrożeniowej? I wreszcie – jak często i długo żałujemy, wątpimy, wracamy?

Nowa praca? Fantastycznie!

Każdy z nas ma jakąś – mniej lub bardziej skuteczną – strategię mierzenia się z wyborem. Niektórzy sporządzają kilometrowe tabelki ze wszystkimi „za” i „przeciw”. Sęk w tym, że argument argumentowi nierówny – czasem jedna strona wyraźnie przeważa nad drugą ilościowo, a z jakichś powodów czujemy, że to nie wystarcza... Inni wolą zasięgać opinii wszystkich wokół. A potem, kiedy trzeba postawić kropkę nad „i”, i tak zostają sami... Oczywiście, są jeszcze karty – tarota i wiele innych. I Ching. Programowanie snów. Tylko czy właściwie zinterpretujemy podpowiedź? Mędrcy różnej maści mówią: „Kieruj się sercem”. Słusznie, choć najlepiej byłoby, gdyby nie musiało ono przeciwstawiać się przekonaniom umysłu czy pragnieniom ciała... Czasem przydatna okazuje się prosta technika z reprezentującymi różne opcje kartkami. Kładziesz je na podłodze, stajesz na każdej z nich i sprawdzasz, jak się czujesz – jakie emocje, obrazy, myśli, słowa wypływają na powierzchnię świadomości. Najlepiej, żebyś nie wiedziała, która kartka co oznacza (możesz podpisać je od spodu i potasować). Unikniesz w ten sposób autosugestii i presji,

Spróbujmy jednak podejść temat z innej strony i przyjrzeć się naszemu nastawieniu do samego procesu podejmowania decyzji. Presja i obawy, jakie towarzyszą nam w takich momentach, biorą się z przekonania, że niewłaściwy wybór pociągnie za sobą ból, stratę. Że będziemy żałować i pomstować. Pluć sobie w brodę i rozdzierać szaty. Męczyć się jak potępieńcy. Rezultat? Męczymy się „zaocznie”, nie podejmując decyzji. Stojąc w miejscu, pozostając w zawieszeniu. Niemal jak ten osiołek, który – nie mogąc wybrać między owsem a sianem – padł z głodu.

Susan Jeffers, autorka książki „Nie bój się bać”, twierdzi, że w takich sytuacjach gubi nas ostrożność. Od dziecka wciąż słyszymy „uważaj, bo...”. Bo przewrócisz się, narazisz, coś pójdzie źle... Więc uważamy. Ryzyko, że zrobimy coś „nie tak”, jest przecież ogromne. Panicznie boimy się popełnić błąd. Chociażby podjąć błędną decyzję. „Boimy się, że niewłaściwa decyzja czegoś nas pozbawi – pieniędzy, przyjaciół, kochanków, statusu i czego tam jeszcze” – wylicza Jeffers. „Tego wszystkiego, co miała nam zapewnić decyzja właściwa”. Po jednej stronie masz spektakularny zysk, po drugiej dotkliwą stratę. Tylko która ze stron jest która? Albo jeszcze inaczej – w każdej z dostępnych opcji widzisz stratę, bo wiesz, że będziesz musiała z czegoś zrezygnować... Nic dziwnego, że może się pojawić paniczny lęk.

A teraz – proponuje Jeffers – wyobraź sobie nieco inną sytuację. Masz przed sobą dwie drogi – A i B – i każda jest właściwa. Przy każdej leżą skarby: okazje do nauki i rozwoju, odkrywania siebie, poznawania nowych sposobów doświadczania życia. Czekają tam na ciebie – bez względu na rezultat. Załóżmy, że dostałaś propozycję pracy. Miłe, prawda? Pod warunkiem że nie zrobisz z tego problemu. Na pewno znasz osoby, które w takiej sytuacji myślą: „Jeśli zostanę w dotychczasowej pracy, mogę zaprzepaścić niepowtarzalną szansę. Ale czy na pewno poradzę sobie w nowym miejscu? Może okaże się, że panuje tam okropna atmosfera, że trzeba przesiadywać po godzinach... A co, jeśli zostanę tutaj i coś pójdzie nie tak? Nigdy nie daruję sobie, że stchórzyłam”.

Jeśli sama w ten sposób postrzegasz rzeczywistość, będziesz raczej unikać wielkich okazji, kojarzyć je z udręką. Zamkniesz się na zmiany. Szkoda... Chyba że zechcesz przeprogramować się na inny model podejmowania decyzji. Taki, który Jeffers nazywa Zysk-Zysk. Wygląda to mniej więcej tak:

„Nowa praca? Fantastycznie! Jeśli ją przyjmę, poznam nowych ludzi, zdobędę nowe umiejętności i doświadczenia. Nawet gdyby nie okazała się pracą marzeń, nawet jeśli się tam nie utrzymam, dam sobie radę, zawsze coś się znajdzie. Najwyżej pozwolę sobie na mały przestój, będę mieć więcej czasu na pasje. Jeśli zostanę w dotychczasowym miejscu, pogłębię kontakty z ludźmi, poszukam nowych możliwości rozwoju. Być może, podbudowana propozycją, poproszę o awans. Tak czy inaczej, wszystko się ułoży. Cokolwiek zrobię, czeka mnie wspaniała przygoda!”.

Potrafisz myśleć w ten sposób? Jeśli tak, podejmowanie najbardziej przełomowych decyzji to dla ciebie fraszka. Po prostu każda jest właściwa. O takich ludziach zwykło się mówić, że zawsze spadną na cztery łapy. Jeśli jeszcze nie opanowałaś tej sztuki – wszystko przed tobą! Masz okazję poeksperymentować z nowym podejściem.

Przeprogramować się na inne myślenie. Zacząć podejmować decyzje bez strat. Spójrz na swoje dotychczasowe życie: czy nie jest tak, że każdy wybór wniósł w nie coś cennego? Że czemuś służył, doprowadził cię do jakiegoś ważnego miejsca? Znamy mnóstwo takich przykładów: ktoś idzie na studia, których nie kończy, ale zdobyta na nich wiedza okazuje się niezbędna przy jakimś ważnym przedsięwzięciu. Ktoś przeprowadza się do miasta, które przytłacza go szarością i chłodem, ale to tam właśnie poznaje miłość życia...

Przepis na to, jak podejmować decyzje, nie dać się zwieść lękom? Susan Jeffers przedstawia go w pięciu punktach:

1. Skoncentruj się na modelu Zysk-Zysk. Pamiętaj, że świat to jedna wielka okazja, bądź gotowa skorzystać z tego, co ma ci do zaoferowania. Myśl tylko o tym, co możesz zyskać.

2. Odrób lekcje. Zbieraj dane i tak – rozmawiaj z ludźmi. Ale tylko z tymi, którzy wspierają twoją naukę i rozwój. Podziękuj tym, którzy kwestionują rysujące się przed tobą szanse, a tym bardziej twój potencjał.

3. Ustal swoje priorytety. Zastanów się, do czego dążysz w życiu, co chcesz osiągnąć. Co na ten moment jest dla ciebie najważniejsze. Być może rzuci to nowe światło na twój wybór. Prawdopodobnie któryś z wariantów jest bliższy twojemu nadrzędnemu.

4. Zaufaj swoim impulsom. Załóżmy, że „odrobiłaś lekcje” i wydaje się, że już wiesz, które rozwiązanie będzie właściwe (to przecież takie logiczne!), ale z jakichś – trudnych do wytłumaczenia – powodów wciąż zerkasz w stronę innego. Ciało się ożywia, kąciki ust się podnoszą, pierś faluje... Nie bój się pójść za tym głosem – być może kryje znacznie głębszą prawdę niż ta, którą ujawniły szczegółowe analizy i statystyki.

5. Rozchmurz się. Nie traktuj swoich decyzji tak bardzo serio. Spójrz na siebie jak na wiecznego studenta wielkiego uniwersytetu, uznaj, że każde twoje doświadczenie to ważna lekcja. Program nauczania jest niezwykle bogaty. Jeśli wybierzesz ścieżkę A, poznasz smak truskawek. Na ścieżce B dowiesz się, jak smakują jagody. Jeśli nie polubisz ani jednych, ani drugich, poszukaj innej ścieżki. Grunt, że czymkolwiek zaowocują twoje decyzje, dasz radę!

  1. Psychologia

Czy osoby transpłciowe mają prawo być sobą? Rozmowa z psycholożką Hanną Samson

Victor Polster w roli transpłciowej Lary w filmie
Victor Polster w roli transpłciowej Lary w filmie "Girl" Lukasa Dhonta. (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dziewczynka czy chłopiec? Proste pytanie, ale już odpowiedź niekoniecznie, bo wątpliwości co do płci przypisanej przy narodzinach mają tysiące osób. I nawet jeśli to tylko ułamek procenta populacji, to jak wszyscy inni te osoby mają prawo być sobą – przypomina psycholożka Hanna Samson.

 

Nie wiem, dlaczego jesteśmy tacy sztywni w swoich poglądach i postawach. No dobrze, może nie wszyscy, ale większość. Strzeżemy kulturowo tworzonej normy, a wszelkie odchylenia od niej traktujemy z niechęcią, agresją, drwiną. Nasza empatia kończy się tam, gdzie pojawia się Inny, choćby w niczym nam nie przeszkadzał. Za to my potrafimy zrobić wiele, żeby jemu utrudnić bycie sobą.

Właśnie skończyłam czytać książkę Laurie Frankel „Tak to już jest”. Ta opowieść o transpłciowej dziewczynce i jej rodzinie jest fikcją literacką, inspirowaną jednak doświadczeniem autorki, której córka była wcześniej synem. Jak to jest być matką dziecka, które nie utożsamia się z płcią przypisaną mu przy narodzinach? Jak to jest być tym dzieckiem? Czy wszyscy mamy prawo do własnej tożsamości, czy tylko ci, którzy mieszczą się w kulturowo przyjętej normie? I komu wolno o tym decydować?

„Wiecie, kiedyś nie było transgenderowych dzieci. Chłopak przyszedłby do was w sukience, a wy byście powiedzieli: <To nie mój syn! >. Albo: <Chłopcy nie noszą sukienek!> , i koniec tematu. Taki dzieciak dorastałby sobie, a gdyby przetrwał dzieciństwo, gdyby przeżył okres dojrzewania, gdyby dał sobie radę jako młody dorosły, to może – o ile dopisałoby mu szczęście – w końcu odnalazłby grono ludzi, którzy rozumieją to, czego nikt inny nigdy nie rozumiał, i wtedy powoli zacząłby zmieniać ubrania i fryzurę, imię i zaimki, stopniowo sprawdzałby, jak to jest być kobietą, w końcu po latach albo dziesięcioleciach, <on> zmieniłby się może w <nią>. Albo zabiłby się na długo przedtem. Odsetek samobójstw u takich dzieciaków wynosi czterdzieści procent, wiecie?” . To słowa terapeuty, który w powieści „Tak to już jest” pomaga Rosie i Pennowi, rodzicom Claude’a, który zmienia się w Poppy, wspierać ich dziecko. Tak, kiedyś nie było transgenderowych dzieci, ponieważ nie pozwalano im się ujawniać. Jeśli robiły coś niezgodnego z przypisaną im płcią, były natychmiast przywoływane do porządku. Nie wolno im było być sobą.

Bądź sobą!

To chyba jedna z najważniejszych wskazówek, jakie dostajemy od świata na drodze do szczęścia. Nie dotyczy to jednak dzieci transgenderowych. One wiedzą, że nie wolno im być sobą, bo wywołuje to popłoch lub agresję dorosłych i bezlitosne drwiny rówieśników. Niemożność bycia sobą rodzi cierpienie, jego dramatycznym wyrazem jest przytoczona przez terapeutę liczba. Czterdzieści procent! Czterdzieści procent tych dzieci popełnia samobójstwo, na które w gruncie rzeczy skazują je nasze postawy.

Wyobraźcie sobie, że z jakichś powodów musicie udawać osobę innej płci. Przez miesiąc, dwa to może być niezła zabawa, ale przez całe życie? Przez całe życie nie móc ujawnić, kim się jest? Pilnować się na każdym kroku, żeby się nie zdradzić? Żeby się nie zachować niezgodnie z wzorcem płci obowiązującym w danym społeczeństwie? Te wzorce na szczęście się rozluźniają, ale i tak dla wielu z nas udawanie osoby innej płci byłoby trudne do wykonania, a już na pewno trudne do zniesienia. I czy takie życie miałoby sens? Czterdzieści procent świadczy o tym, że trudno go znaleźć.

Claude ma wyjątkowe szczęście. Jego rodzice kochają go bezwarunkowo, akceptują takim, jaki jest. Pozwalają mu nosić sukienki i spinki we włosach, a nawet bikini, które wywołuje poruszenie na basenie, chłopiec w bikini to sensacja i każdy musi skomentować. W końcu pozwalają mu stać się Poppy, choć oczywiście nie jest to łatwe, muszą się przeprowadzić do innego stanu, gdzie nikt nie znał Claude’a, ale przed ludźmi nic się nie ukryje i radosna Poppy zmieni się znów w nieszczęsnego Claude’a, który wolałby zniknąć niż żyć.

Trudna droga

Rodzice Claude’a, jeszcze nim stał się Poppy, byli świadomi swoich i jego praw. Szkoła też znała przepisy prawa amerykańskiego, które wychodzą naprzeciw takim dzieciom. Jeśli dziecko czuje się dziewczynką, nauczyciele powinni je tak traktować. Ale to jeszcze nie oznacza, że współpraca między rodzicami a szkołą jest prosta. Szkoła domaga się jednoznaczności, chce włożyć Claude’a w sztywne ramy, choć pięcioletnie dziecko nie wie jeszcze, kim jest i kim będzie. Pozornie sprzyjający system okazuje się opresyjny.

„Jeśli on uważa się za dziewczynkę, to ma dysforię płciową, a wtedy się do tego odpowiednio dostosujemy” – stwierdza przedstawicielka władz szkolnych. – „Jeśli jednak po prostu chce przychodzić w sukience, to wtedy zakłóca porządek i musi zacząć ubierać się normalnie. (…) Dzieci dzielą się na chłopców i dziewczynki. Szkoły nie są gotowe na takie niejasności. – Więc może powinny się przygotować – powiedział Penn. – Świat nie jest jednoznaczny”. I może warto to uznać. Może warto wyjść poza sztywne wzorce płci i zobaczyć, że kobiecość i męskość może się różnie przejawiać, że to wcale nie jest albo-albo, że ludzie mogą znajdować się też gdzieś pomiędzy i mają prawo być sobą.

Historia Claude’a/Poppy pokazuje, jak trudno być rodzicem takiego dziecka. Trzeba podejmować wiele ważnych decyzji, które nie wiadomo, co przyniosą, i przede wszystkim chronić to dziecko przed światem, dla którego jest ono sensacją. Ale pokazuje też, że transpłciowość dziecka nie musi być postrzegana jako tragedia ani jako coś wstydliwego, lecz jako indywidualny sposób istnienia w świecie, który warto wspierać i obdarzać szacunkiem.

Widzieliście film „Girl” Lukasa Dhonta? To opowieść o Larze, kilkunastoletniej uczennicy szkoły baletowej, uwięzionej w ciele chłopaka. Rzecz dzieje się w Belgii, środowisko jest sprzyjające, Lara, przechodzi kolejne procedury prowadzące do korekty płci, ma wspierającego ją ojca i mimo to jej życie jest strasznie trudne. Dzięki Larze i jej walce o siebie możemy zobaczyć, jak ważne jest poczucie własnej tożsamości i jego zgodność z naszym ciałem. Możemy zrozumieć determinację ludzi, którzy dążą do bycia sobą, choć ich droga jest bardzo trudna nawet w krajach, które uznały ich istnienie i prawa.

https://www.youtube.com/watch?v=fHe3FHneuN4

Niszowy temat?

Kilka miesięcy temu w Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z matką Emilii, która stała się Marcinem p.t. „Straciłam córkę, odzyskałam syna. Gdy dziecko zmienia płeć”. Lepiej mówić o korekcie płci niż zmianie, ale najważniejsze, że matka ją zaakceptowała. Jest szczęśliwa, że Marcin już nie cierpi, w końcu zaczął cieszyć się życiem. Ale między słowami wywiadu możemy wyczytać, jak długo chłopak był sam ze swoim problemem, nikt z nim nie rozmawiał, o tym, co się z nim dzieje, bo w polskich domach chyba nie rozmawia się o „takich” sprawach. Dopóki rzecz jest nienazwana, to jej nie ma. Zastępca dyrektora szkoły śmiał się z Marcina i przy uczniach nazywał go „transem”. Co taki człowiek myśli? Nie mam pojęcia. W sprawie Marcina szkoła nie zrobiła nic. W końcu chłopak sam otworzył temat.

„Kiedyś wchodzę do niego do pokoju, Marcin leży na łóżku. Pytam, co się dzieje, a on mówi: <Mamo, nie wiem, kim jestem>. Tego nie zapomnę. Do dziś słyszę to w głowie. Marcin był wtedy w drugiej klasie liceum, miał 18 lat” – wspomina matka, która wtedy zaczęła szukać psychologa i namówiła Marcina, żeby do niego poszedł. Dopiero w wieku 18 lat Marcin miał szansę, żeby porozmawiać z kimś dorosłym o sobie.

Kiedy w sądzie podczas rozprawy dotyczącej korekty płci przychodzi pora na zeznanie ojca, ten na pytanie sędzi, czy zauważył, że coś się dzieje z dzieckiem, odpowiedział, że nie, bo był w pracy. „Nie chciał się przyznać” – wyjaśnia matka. – „Pewne rzeczy obchodzi dookoła. Taki już jest”. Czy w wielu domach też nie tak obchodzi się ze „wstydliwymi” problemami? Dalej czytamy: „Teraz jak Marcin przyjeżdża do domu, jest normalnie, ale był czas, że nie przebywali z mężem w jednym pomieszczeniu. Nie rozmawiali ze sobą, a teraz robią sobie nawet wspólnie kawę”.  Uff. Transseksualizm Marcina traktowany początkowo jako rodzinna tragedia w końcu udaje się wszystkim zaakceptować. Przed Marcinem jeszcze długa i trudna droga, ale nie jest na niej już sam.

Pod wywiadem z matką Marcina pojawiły się komentarze, z których kilka ma wspólny mianownik: czytelnicy zarzucają Gazecie Wyborczej, że zajmuje się niszowymi, zamiast ważnymi problemami, które dotyczą nas wszystkich. Jeden głos stanowi piękną przeciwwagę: „Tak, o tych sprawach trzeba pisać i mówić. Trzeba krok po kroku robić wyłom w sztywnych poglądach na istotę męskości i kobiecości. Ludzie nie są albo kobietami, albo mężczyznami. Ludzie mają w sobie cechy i kobiece, i męskie. Ludzie, którzy nie znajdują się na jednym z dwóch biegunów, którzy są gdzieś pośrodku, mają pełne prawo do własnej tożsamości - nawet jeśli stanowią tylko niewielki ułamek procenta". Ten ułamek procenta to przecież tysiące ludzi, którzy mają takie samo prawo do bycia sobą jak my, ale ich droga jest znacznie trudniejsza. To chyba oczywiste, że warto i należy ich wspierać.