1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Portugalia: Vila Nova de Gaia i piwnice porto

Portugalia: Vila Nova de Gaia i piwnice porto

Po przejściu przez Ponte Dom Luís I, przerzucony nad Duero, opuszcza się Porto i wchodzi do miasteczka Vila Nova de Gaia (lub po prostu Gaia). Wybrzeże po tej stronie w ostatnich latach rozwinęło się w tym samym stopniu, co po stronie północnej – jak grzyby po deszczu wyrosły tu liczne bary, kawiarnie i restauracje.

Statki wycieczkowe cumują wzdłuż esplanady. Drewniane stateczki z żaglami znane są jako barcos rabelos, dawniej używane do transportu beczek wina w dół rzeki. Widoki z Gaia są ładniejszeniż z Porto – XVIII -wieczny krajobraz miejski od Palácio de Cristal po wieże katedry, zakłócony tylko kilkoma współczesnymi budynkami. Z górnego Porto najszybciej można się tu dostać, korzystając z kolejki linowo-szynowej ze stacji blisko Praça da Batalha, a na stępnie przechodząc przez most. Można też wsiąść w auto bus 57 lub 91, które jadą z São Bento przez most i na stępnie wzdłuż wybrzeża w Gaia.

Miasteczko Gaia, co oczywiste, jest całkowicie zdominowane przez handel porto – z daleka widać ogromne litery składające się na firmowe nazwy piwnic i magazynów, widniejące na dachach. Znaczna część piwnic stoi dumnie wzdłuż wybrzeża, ale są też inne, ukryte pośród XVIII -wiecznych uliczek. Mimo że większość z nich już dawno została wykupiona przez międzynarodowe przedsiębiorstwa (włącznie ze słynną marką Cockburn), ciągle starają się utrzymać przyjazny wizerunek rodzimych przedsięwzięć. Właściwie wszystkie organizują degustacje i wycieczki (prowadzone po angielsku) z nadzieją skuszenia zwiedzających do kupowania ich produktów.

Większość otwarta jest codziennie od maja do października; niektóre bywają zamknięte zimą w weekendy albo można je zwiedzać tylko po wcześniejszym umówieniu się. Jeżeli jest jakaś opłata za wejście (zazwyczaj kilka euro), jej wysokość potrąca się od zakupów. Wycieczki po piwnicach mniejszych i mniej znanych firm (jak Barros, Almeida czy Cálem) są zazwyczaj bardziej kameralne niż te organizowane przez większych producentów. Wszystkie jednak są interesujące i można się na nich sporo dowiedzieć na temat różnicy pomiędzy „tawny” i „ruby”, jak również najlepszych roczników.

Kawiarnie i restauracje

W Porto jest ogromny wybór lokali: od niewielkich tascas i secesyjnych kafejek na Starym Mieście po modne restauracje nad rzeką. Jeśli jednak ktoś w czasie dłuższego pobytu zapragnie zróżnicować swoją dietę, to pomimo wielkości miasta i dużej liczby lokali nie będzie to łatwe. Oferowane zestawy są do siebie bardzo podobne – podstawę stanowią w nich ryby z grilla, owoce morza i bacalhau. Lokalną specjalnością są tripas (flaki) – legenda głosi, że mieszkańcy Porto bezinteresownie oddali całe mięso wyprawie do Afryki Północnej, organizowanej przez Henryka Żeglarza, a sami zostawili sobie tylko flaki. Od tej pory podawane są one à moda do Porto (duszone z chouriço i białą fasolą). Innymi typowymi daniami portuense są: caldo verde (gęsta zupa warzywna), sardynki z grilla, a dzięki powracającym emigrantom także francesinha („małe francuskie coś”) – kawał smażonego mięsa, kiełbasa i szynka podawane w zapiekanym chlebie, ze stopionym serem oraz ostrym sosem pomidorowo-piwnym.

Na obu brzegach Duero jest mnóstwo miejsc, w których można spędzić miły wieczór. Po stronie Porto, wzdłuż Cais da Ribeira, pod kamiennymi łukami, ciągnie się szereg restauracji rybnych, w większości nastawionych na turystów. Skromniejsze lokale ukryte są w Rua da Fonte Taurina i innych bocznych uliczkach. Za rzeką, w Vila Nova de Gaia, zapraszają zarówno tradycyjne knajpy rybne, jak i wiele międzynarodowych barów i restauracji, oferujących hiszpańskie tapas, kuchnię włoską i indyjską, brazylijskiego grilla, a także irlandzki pub. Najtaniej można zjeść w centrum miasta, szczególnie dużo niedrogich lokali ulokowało się wokół uniwersytetu (naprzeciwko Jardim da Cordoaria), przy Rua de Bonjardim, na południe od kościoła Clérigos (przy ulicach takich jak Rua dos Caldeireiros) i na Praça da Batalha. Na największym targu – Mercado do Bolhão – można zjeść bardzo tani zestaw sardynek z grilla czy czegoś podobnego w jednej z kilku małych kafejek pośród straganów z kwiatami.

 

Napoje i życie nocne

Najwięcej barów znajduje się w Ribeirze i po drugiej stronie rzeki, w Gaia, gdzie można wybierać między barami a klubami tanecznymi w okolicy Cais de Gaia, których właściciele starają się przyciągnąć klientów szklanymi ścianami, fontannami i tarasami na dachach. Sporo barów znajduje się także w Massarelos, na zachód od centrum (zwłaszcza na barkach wzdłuż Rua do Ouro) i w Foz do Douro, blisko plaży, miłośnicy klubów powinni natomiast udać się do Boavisty, Ramalde na przedmieściach i Mato sinhos. Najlepsze miejsce na degustację porto to z kolei Solar do Vinho do Porto w centrum i Vinologia w Ribeirze.

Większość barów czynna jest od 22.00 do 2.00, a w weekendy do 4.00 (…) Zabawa w klubach zaczyna się ok. północy i trwa do 4.00 lub 5.00 nad ranem, a wstęp kosztuje 5–15 € (więcej podczas koncertów najlepszych DJ-ów i specjalnych imprez).

Sztuka, muzyka i kultura

W Porto odbywa się mnóstwo interesujących imprez kulturalnych, o każdej porze roku można więc znaleźć coś dla siebie. W nowej sali koncertowej, Casa de Música, organizowane są liczne koncerty, tu także posłuchać można Orquestra Nacio nal do Porto (), jednej z najlepszych orkiestr w kraju. Koncerty odbywają się także w innych miejscach, zwłaszcza w Casa des Artes i Coliseu do Porto. Latem muzyki posłuchać można również pod gołym niebem, m.in. w Jardins do Palácio de Cristal i w parku Serralves. Sztuki teatralne wystawiane są niemal wyłącznie w języku portugalskim, ale odbywa się sporo pokazów tańca nowoczesnego i innych eksperymentalnych przedstawień. Lepiej jednak wybrać się do kina, gdyż filmy w Portugalii wyświetlane są w językach oryginalnych. Repertuary sprawdzić można w gazetach lub zajrzeć do jednego z multipleksów w centrach handlowych na przedmieściach, jak choćby NorteShopping. Informacje o wszystkich wydarzeniach kulturalnych w Porto zamieszczane są w kwartalniku Agenda do Porto (po portugalsku i angielsku; www.agendadoporto.pt), dostępnym w biurach informacji turystycznej. Dobrym źródłem informacji jest też miejscowy dziennik, Jornal de Notícias (). Bilety na większość imprez (zwykle w cenie 10–14  ) kupić można w przedsprzedaży w księgarniach i sklepach muzycznych FNAC, gdzie odbywają się też występy i spotkania.

Zakupy

Jedną z największych atrakcji Porto są tradycyjne sklepy, często urządzone w przepięknych, secesyjnych wnętrzach, w których kupić można wszystko, od bacalhau i porto po złotą biżuterię i antyki. Nawet mieszkańcy centrum zaopatrują się w większość produktów w małych sklepikach. W pobliżu wieży Clérigos kupić można zarówno jabłka czy świńskiozór, jak i buty czy wiadro. Niezwykle gwarne jest także główne targowisko miasta, Mercado do Bolhão, choć inne tego typu obiekty wyparte zostały przez nowoczesne centra handlowe. Największe z nich to NorteShopping w północno -zachodniej części miasta Senhora da Hora (dojazd metrem).

Dwa największe deptaki handlowe to Rua de Cedofeita i bardziej ekskluzywna Rua de Santa Catarina. Znajdują się tam sklepy znanych firm (…), butiki, zakłady jubilerskie, sklepy z butami, urządzeniami elektronicznymi, a także niewielkie domy handlowe. Księgarnie znaleźć można przy Rua de Ceuta i Rua da Fábrica, na zachód od Avenida dos Aliados.

Sklepy czynne są pon.–pt. 9.00–18.00/19.00 (niektóre bywają zamykane na godzinę w porze lunchu) i sob. 9.00–13.00. Większe sklepy są często otwarte przez cały dzień aż do 20.00, także niedz., a centra handlowe – od 10.00 do 22.00 (restauracje do północy).

Informacja przygotowana wg przewodnika "Podróże z pasją. Portugalia"

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Najpiękniejsze polskie skanseny: 10 muzeów na wolnym powietrzu, które warto odwiedzić 

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
W Muzeum Wsi Mazowieckiej kupimy warzywa i owoce pochodzące ze skansenowskich upraw, w Maurzycach nauczymy się robić łowickie wycinanki, w Kadzidle spróbujemy regionalnych kurpiowskich potraw, a w Dziekanowicach pomożemy gospodarzom przy młóceniu zboża. Skanseny to nie tylko miejsca, które otaczają opieką zabytki kultury materialnej i starają się przekazywać o nich wiedzę. To przede wszystkim instytucje, które pokazują świat, którego już nie ma. 

W minionym roku popularność mikropodróży oraz zainteresowanie regionalną turystyką były wypadkową szczególnych okoliczności. Odcięci od zagranicznych destynacji zaczęliśmy bardziej wnikliwie przyglądać się najbliższej okolicy, odkrywaliśmy niezwykłe miejsca, które przed pandemią nie wydawały się atrakcyjne. W te wakacje warto zaplanować wycieczki śladami najpiękniejszych polskich skansenów, których w Polsce jest kilkadziesiąt.

Wdzydze Kiszewskie: Kaszubski Park Etnograficzny

Naszą podróż rozpoczynamy na Kaszubach, w malowniczej wsi położonej nad jeziorem Gołuń, około 75 km na południowy-zachód od Gdańska. Skansen we Wdzydzach Kiszewskich to nie tylko jeden z największych obiektów tego typu w Polsce (zajmuje powierzchnię 22 hektarów), ale przede wszystkim pierwsze muzeum na wolnym powietrzu założone na ziemiach polskich. Historia skansenu sięga 1906 r., a jego twórcy, Teodora i Izydor Gulgowscy, urządzili je w osiemnastowiecznej chacie mieszkalnej (checzy gburskiej), odkupionej od miejscowego gospodarza. W jej wnętrzu zgromadzili sprzęty domowe i gospodarskie, typowe dla tego okresu, oraz cenną kolekcję haftowanych złotą nicią czepców, ceramiki i obrazów malowanych na szkle. Dziś na skansen we Wdzydzach składa się ponad 50 obiektów z Kaszub i Kociewia - chałup, dworu, karczmy, kuźni, szkoły, kościoła, warsztatów rzemieślniczych i budynków gospodarczych, których wnętrza odtworzono ze szczególnym pietyzmem. Oryginalne wyposażenie oraz urządzenia gospodarcze uzupełnia wystawa stała poświęcona twórcom skansenu, na której można obejrzeć bazujące na tradycyjnym wzornictwie wyroby rękodzieła i sztuki ludowej lokalnych twórców. Skansen organizuje również wydarzenia poświęcone zwyczajom i obrzędom nawiązującym np. do obchodów nocy świętojańskiej czy święta Matki Boskiej Zielnej, warsztaty dla dzieci z lepienia garnków, kręcenia powrozów czy nauki języka kaszubskiego. W drugiej połowie lipca odbywa się tutaj największy na Kaszubach jarmark sztuki ludowej i rękodzieła.

Dziekanowice: Wielkopolski Park Etnograficzny - Oddział Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy

Dziekanowice. Kościół  ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Kościół ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Piętnaście kilometrów od Gniezna (do którego można podjechać, aby obejrzeć zbiory zgromadzone w Muzeum Początków Państwa Polskiego oraz zobaczyć najnowszą wystawę “Sztukosłowiańskość. Słowiańszczyzna w polskim malarstwie, rysunku i grafice od XIX w.”), we wsi Dziekanowice, funkcjonuje powołane w 1962 r. Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, jedyny w Polsce skansen o charakterze archeologicznym, etnograficznym i przyrodniczym, w którym znajdują się pozostałości grodu Piastów oraz Wielkopolski Park Etnograficzny. Na terenie tzw. Dużego Skansenu znajduje się aż 49 oryginalnych obiektów nieruchomych - w tym najstarsza chałupa z 1602 r., karczma, spichlerze, dom podcieniowy, owczarnia, młyn wodny, kościół i kaplica oraz siedem wiatraków różnego typu. We wnętrzach chałup oraz pozostałych budynków oglądać można meble, bogate zbiory obrazów, wyrobów ceramicznych, narzędzia i maszyny z warsztatów rzemieślniczych oraz charakterystyczne dla Wielkopolski kobiece nakrycia głowy tzw. czepce. Najciekawszym wydarzeniem jest organizowana we wrześniu cykliczna impreza “Pożegnanie lata”, w trakcie której można podejrzeć jak wyglądała obróbka lnu albo młócenie żyta.

Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Sierpc: Muzeum Wsi Mazowieckiej

Kierując się na Warszawę trafiamy do Sierpca, niespełna 20 tys. miasteczka położonego 40 km od Płocka. W powołanym w latach 70. XX w., z inicjatywy okolicznych rzeźbiarzy ludowych, Muzeum Wsi Mazowieckiej, znajduje się grupa 72 obiektów mieszkalnych, gospodarczych, przemysłowych i sakralnych, uzupełnionych o elementy tzw. małej architektury (kapliczki, studnie czy piwnice). We wnętrzach udało się zgromadzić ponad 15 tys. różnego rodzaju większych i mniejszych przedmiotów - mebli, tkanin, zabawek, narzędzi i maszyn rolniczych. Muzeum Wsi Mazowieckiej może pochwalić się również kolekcją ok.1000 rzeźb ludowych twórców z tzw. sierpeckiego ośrodka rzeźby. Na terenie skansenu odbywają się cykliczne wydarzenia, takie jak żniwa czy wykopki, w trakcie których można podejrzeć jak wyglądała praca wiejskich rzemieślników, wziąć udział w warsztatach i kupić ekologiczne warzywa pochodzące ze skansenowskich upraw.

Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Maurzyce: Łowicki Park Etnograficzny

Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Z Sierpca ruszamy na południe Polski w stronę Łowicza, miasta i regionu posiadającego najbardziej rozpoznawalny w Polsce i w Europie folklor, którego charakterystycznymi elementami są wycinanki, ludowe pająki tworzone ze słomy i papieru oraz oryginalny strój łowicki. W Maurzycach, wsi położonej niecałe 7 km od Łowicza, znajduje się skansen, który gromadzi zabytki architektury z terenu dawnego Księstwa Łowickiego. Na terenie muzeum znajduje się około 40 obiektów nieruchomych, które ukazują dwa historyczne układy wsi łowickiej. W obrębie tzw. starej wsi można zobaczyć m.in. chałupę i bogato dekorowane wnętrze z zaaranżowanym miejscem pracy słynnej wycinankarki, Justyny Grzegory, a w trakcie warsztatów organizowanych pod okiem artystek ludowych, nauczyć się robić łowickie wycinanki (tradycyjną metodą, czyli za pomocą ciężkich nożyc, które kiedyś służyły do strzyżenia owiec). Łowickie chałupy zachwycają nie tylko wnętrzami pełnymi ludowych zdobień (oprócz wycinanek, słynne kieraty, czyli ludowe pająki), ale również bogatymi ornamentami kwiatowymi przypominającymi wycinanki, które ozdabiają pomalowane w odcieniach ultramaryny, deski.

Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Łódź: Łódzki Park Kultury Miejskiej

Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)

Choć większość polskich skansenów umiejscowiona została poza obrębem dużych aglomeracji, jednym z nielicznych wyjątków jest Łódzki Park Kultury Miejskiej (dawniej Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej), który znajduje się w samym centrum miasta, tuż obok Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Choć skansen jest dużo skromniejszy od wcześniej opisanych, a na jego terenie znajduje się zaledwie osiem historycznych obiektów, to są one typowe dla zabudowy Łodzi w XIX. i na początku XX w. Drewniane domy przeniesiono z kilku łódzkich ulic, a ich pieczołowicie odtworzone wnętrza opowiadają wielokulturową historię włókienniczego miasta z perspektywy codziennego życia jego mieszkańców. Wystawa “Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie historie” przenosi zwiedzających do domów żyjących od końca XIX w. do lat 80 XX. w. - rodzin niemieckich przemysłowców, ubogich robotników, żydowskiej rodziny czy pracowników wielkich łódzkich fabryk. Na terenie skansenu znajdują się również przepiękna drewniana letnia willa oraz drewniany kościół.

Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Kadzidło: Zagroda Kurpiowska

Jedno z najmniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Polsce znajduje się w Kadzidle, niewielkiej wsi w powiecie ostrołęckim, która jest znaczącym ośrodkiem regionalnej sztuki na Kurpiach. Na obszarze niespełna 1,5 ha zgromadzono trzy chałupy, spichlerz, drewutnię, stodołę oraz warsztaty stolarskie. Na szczególną uwagę tego niewielkiego skansenu zasługuje tradycyjne kurpiowskie budownictwo z dekoracyjnymi zwieńczeniami belek dachowych, w kształcie rogów, toporów lub z chorągiewkami. We wnętrzach chałup, w których znajdują się kilimy i malowane skrzynie, podziwiać można charakterystyczne dla tego regionu kurpiowskie wycinanki i wyklejanki, którymi ozdabiano ściany izby. Odwiedzając skansen w Kadzidle warto spróbować regionalnych potraw, takich jak fafernuchy, rejbak wolkowski czy piwo jałowcowe.

Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)

Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)

Zalipie: Zagroda Felicji Curyłowej

Najsłynniejsza w Polsce “malowana wieś” Zalipie znajduje się województwie małopolskim, półtorej godziny jazdy samochodem na wschód od Krakowa. Zagroda słynnej zalipianki, artystki Felicji Curyłowej, od końca lat 70. działa jako oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Curyłowa zajmowała się malowaniem ścian budynków, mebli oraz zdobieniem sufitów, tworzyła ozdoby z bibuły, barwne wycinanki czy pergaminowe zazdrostki. Ścienne malarstwo, które pod koniec XIX w. zaczęło “wychodzić” z chat, jest dziś najbardziej charakterystycznym zdobniczym elementem skansenu w Zalipiu. Dekoracyjne motywy zdobią dziś we wsi także budynki gospodarskie, stajnie, piwnice, studnie, a nawet budy dla psów. Do skansenu warto przyjechać w weekend po Bożym Ciele, kiedy odbywa się tutaj konkurs “Malowana Chata”.

Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Zalipie.  Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Tarnów: Skansen Taboru Cygańskiego

W położonym trzydzieści kilometrów od Zalipia Tarnowie znajduje się niezwykłe muzeum na wolnym powietrzu - Skansen Taboru Cygańskiego - będące częścią Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Od 1996 r. pod koniec sierpnia, na terenie skansenu organizowany jest “Międzynarodowy Tabor Pamięci Romów”, upamiętniający dwa tragiczne wydarzenia: Zagładę Romów, znaną pod nazwą “Porrajmos” (w trakcie II wojny światowej zamordowano od 200 tys. do 2 mln osób pochodzenia romskiego) oraz akcję “zatrzymania taborów” z 1964 r., kiedy Romowie zostali zmuszeni do porzucenia swojego koczowniczego trybu życia. Na dziedzińcu skansenu stoją pięknie zdobione, stare wozy cygańskie, które budowali i dekorowali także polscy rzemieślnicy. Raz w roku tabor wyrusza do Stadniny Koni Klikowa, a uroczysty przejazd kończy się ogniskiem, wokół którego ustawione są namioty.

Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)

Sanok: Muzeum Budownictwa Ludowego

Z Tarnowa wyruszamy do malowniczego Sanoka, a konkretnie do pierwszego i największego pod względem liczby zgromadzonych tu obiektów, muzeum etnograficznego w Polsce. Muzeum Budownictwa Ludowego, które zajmuje obszar 38 hektarów, zostało założone po II wojnie światowej, prezentuje zabytki polsko-ruskiego pogranicza. Znajduje się tutaj ponad 150 obiektów budownictwa drewnianego, z okresu od XVII do XX w., rozmieszczonych w sektorach poświęconych odrębnym grupom etnograficznym: Doliniakom i Podgórzanom (Zachodnim i Wschodnim) oraz grupom etnicznym: Bojkom i Łemkom. Oprócz budynków mieszkalnych, gospodarczych, obiektom przemysłowym i warsztatów, na terenie skansenu szczególnie wyróżniają się obiekty sakralne - drewniana Cerkiew pw. św. Onufrego Pustelnika z 1750 r. oraz drewniana, orientowana i pokryta gontem Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy z Ropek z 1801 r. Kolejnym ważnym punktem muzeum jest Galicyjski Rynek, czyli dokładna rekonstrukcja zagospodarowania domów, wiernie oddająca wygląd i klimat typowego miasteczka tej części Polski, określanej od czasów zaborów mianem Galicji. W obiektach mieszczących się na terenie skansenu odbywają się wydarzenia dostosowane do świąt wypadających w ciągu roku: zabawy karnawałowe i ludowe obrzędy, którym towarzyszą lekcje garncarstwa czy nauka tworzenia bibułowych kwiatów.

Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Zyndranowa: Muzeum Kultury Łemkowskiej

Ostatnim przystankiem śladami polskich skansenów jest wieś Zyndranowa, położona w samym sercu Beskidu Niskiego, na terenie Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Izba Pamiątek Kultury Łemkowskiej została powołana w 1968 r. z inicjatywy Teodora Gocza, który powrócił do rodzinnej wsi pod koniec lat 50. i postanowił gromadzić łemkowskie eksponaty. Wieś Zyndranowa, z której w latach 1945-1947 wysiedlono na tereny byłego ZSRR albo deportowano na ziemie zachodnie w ramach akcji “Wisła” ludność łemkowską, jest dziś miejscem, które prezentuje zabytki kultury materialnej Łemków oraz oryginalne meble, narzędzia gospodarskie, naczynia i stroje, które udało się odzyskać. W skład ekspozycji wchodzą: tradycyjna “chyża”, czyli łemkowska chałupa kurna, pod której dachem mieściły się pomieszczenia mieszkalne, gospodarskie i inwentarskie; koniusznia, kuźnia, karczma, mały wiatrak i charakterystyczna, typowo łemkowska, kaplica. W ostatni weekend czerwca w Zyndranowej odbywa się święto kultury łemkowskiej "Od Rusal do Jana", którego korzenie (święto Rusala) swoimi początkami sięga okresu sprzed Chrztu Rusi.

Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

To oczywiście tylko niewielka część z listy kilkudziesięciu skansenów rozsianych na terenie całego kraju. Wszystkich lokalnych podróżników, krajoznawców i miłośnikom polskiej kultury ludowej, zainteresowanych poznaniem muzeów na wolnym powietrzu zachęcam do odwiedzenia serwisu www.skanseny.net, cyfrowego projektu Stowarzyszenia Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego (z którego pochodzą wykorzystane do zilustrowania publikacji zdjęcia).

  1. Kultura

„Uważam się za poetę, dopiero potem za muzyka”. Bob Dylan kończy 80 lat

Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
W 1978 roku powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Obchodzący dziś 80. urodziny Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, ale przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 11/2016).

Kiedy Jean Paule Sartre odmówił odebrania literackiej nagrody Nobla w 1964 roku, był to manifest „artystycznej niezależności”. W roku 2016, Bob Dylan, ignorując przez dwa tygodnie sam fakt otrzymania Nobla, osiągnął więcej – sprawił, że cały świat mówił o nagrodzie i kwestionował jej znaczenie.

W 1978 roku Robert Zimmerman (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Dylana) powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Kiedy ten 80-letni artysta odejdzie ze świata, za którym zresztą nie przepada, dołączy do szacownego grona poetów z nagrodą Nobla, takich jak Yeats, Eliot czy Miłosz. Mimo to Nobel dla Dylana to nie tylko nagroda dla współczesnego literackiego geniusza, lecz również dla uprawianej przez niego formy. Piosenka czy pieśń zajęła należne jej miejsce w panteonie obok wiersza, dramatu i powieści.

A właśnie: piosenka czy pieśń? W języku angielskim nie ma tego rozróżnienia. Jest „song” i tyle – przy ognisku i w filharmonii. W tym drugim wypadku anglojęzyczni melomani używają czasem niemieckiego słowa lied/lieder, chociaż to jawny snobizm. Najważniejsze jednak, że określenie „song” nie jest w żadnym wypadku wartościujące. Pieśń Schuberta nie jest lepsza od piosenki Dylana – określamy wyłączne formę, nie przynależność. Polski język prowokuje do lekceważenia piosenki, co smuci, zważywszy na wspaniałą tradycję tego gatunku w naszym języku: Osiecka, Przybora, Kofta. Skamandryci. I cała polska tradycja „śpiewania poezji” – Demarczyk, Grechuta, Turnau.

Ciągła zmiana twarzy

Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, jest przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki. W historii sztuki pojawiają się artyści, którzy sprawiają, że nic nie będzie takie, jak wcześniej. Takimi artystami byli Picasso czy Miles. Dylan też jest takim artystą. Mówiło się, że Elvis dał muzyce ciało, Beatlesi serce, a Dylan mózg. To tylko zgrabne uproszczenie. Dylan sprawił, że piosenka popularna nagle mogła być o wszystkim. I każdy, kto przyszedł po nim, zastawał otwarte drzwi. Co więcej, Dylan sprawił, że język piosenki odrzucił wszelkie granice – słownictwo i wizja stały się nieograniczone, surrealistyczne, nowe.

Jeden z dziennikarzy radiowej Trójki powiedział na antenie, że to jest nagroda dla całego rock’n’rolla. Nie zgadzam się z tym. Nie ma bardziej samotnej działalności, niż praca literata. A przecież ten Nobel jest za słowa – nie za głos i nie za gitarę. I jeszcze jedno: Dylan nikogo nie reprezentuje. Rzecz jasna poza samym sobą, a często wbrew samemu sobie. Kiedy tylko zaliczano go do jakiegoś ruchu, od razu się oddalał. Tak było z pieśniami protestu, kiedy okrzyczano go „prorokiem” protest-songu. Tak było z całą muzyką akustyczną, od której zaczynał – zaczynał bowiem od wspaniałej amerykańskiej tradycji pieśni ludowej. Bez początku i bez końca. Pieśni starej jak świat i wreszcie „nobilitowanej Noblem”.

Dylan jeszcze wiele razy uciekał, właściwie do tej pory nie przestał tego robić. Z gitary akustycznej przesiadł się na elektryczną, czemu towarzyszyło niesłabnące wycie zawiedzionej publiczności. Z życia gwiazdy rock’n’rolla uciekł do wiejskiej sielanki Woodstock. Później z rocka uciekł do country. Nikt nie nadążał za jego nieustającymi zmianami. Gdy wydał album zatytułowany „Autoportret” (1970), krytyk magazynu Rolling Stone napisał: Co to za gówno? Gdy przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo było jeszcze gorzej – odwróciło się od niego wielu fanów. Zawsze wolny od poddawania się wpływom czy ocenom, kontynuował swą misję i „nauczał” ze sceny, opowiadając o zbawieniu niczym nawiedzony kaznodzieja. Nagrywał płyty o Jezusie, chociaż nikt nie chciał ich kupować. Gdy wrócił do judaizmu, związał się z radykalną sektą chasydzką… Zawsze pod prąd, zawsze zamknięty, nieosiągalny, bez kontaktu z otaczającym światem. Nie spotyka się ze słuchaczami, nie podpisuje płyt. Najnowsza ucieczka Dylana to piosenki z Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Największy autor piosenek wykonuje utwory z repertuaru Franka Sinatry, chociaż nikt nie brzmiał w nich gorzej od niego. Wielokrotnie mówiło się, że „Dylan zmienia maski”. A może on po prostu zmienia twarze?

Co z tym Noblem

Ten Nobel zaskoczył cały świat. A przede wszystkim literaturoznawców, ponieważ po raz pierwszy przyznano nagrodę twórcy, którego dzieł nie znają. Podobnie jest zresztą ze światem muzyki. Byłoby naiwnością mniemać, że słuchacze Dylana czytają Adonisa. Ale Murakamiego już tak. A przynajmniej Philipa Rotha. To jest nagroda za tradycję homerycką, ponieważ pieśń pojawiła się przed wierszem i przed dramatem. Była pierwszą formą przekazu. Ewoluowała z mowy, potem wzbogaciła ją muzyka. Komitet Noblowski przyznał nagrodę literacką za „tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni". Tradycji – dodajmy – starej jak sam człowiek.

Niejasne było zachowanie Dylana po ogłoszeniu decyzji Komitetu. Jest nieprzewidywalny, to prawda, ale do tej pory odbierał grzecznie wszystkie zaszczyty. A warto pamiętać, że ma na koncie najwyższe trofea, jakie może zdobyć współczesny artysta. Ma je wszystkie. Jest wśród nich Oscar – za piosenkę „Things Have Changed”, najbardziej pesymistyczny utwór uhonorowany nagrodą Akademii (film „Wonder Boys”, 2000). Jest Złoty Glob – za tę samą piosenkę. Ma Dylan w dorobku aż trzynaście nagród Grammy, ma także dwa doktoraty honoris causa za muzykę (w tym Uniwersytetu Princeton). Jest laureatem Polar Music Prize (2000), nazywanej czasem „muzycznym Noblem”. Ma też Pulitzera – za „głęboki wpływ na muzykę popularną i amerykańską kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji o wyjątkowej sile poetyckiej”. Otrzymał prestiżową hiszpańską Nagrodę Księcia Asturii (2007), oraz dwa najwyższe odznaczenia francuskie: Ordre des Arts et des Lettres (Order Sztuki i Literatury, 1990) i Legię Honorową (2013). Prezydent Barack Obama odznaczył Boba Dylana najwyższym odznaczeniem cywilnym w Stanach Zjednoczonych, Medalem Wolności (2012).

Jest w amerykańskim show-businessie elitarny klub, określany skrótem EGOT. Liczy tylko kilkunastu członków, a są to laureaci nagrody Emmy, Grammy, Oscara i Tony (nagroda teatralna). Znajdziemy wśród nich takich artystów, jak Audrey Hepburn, Richard Rodgers i Mel Brooks. Dylan – jak zwykle – nie przystaje. Nie ma szans na Tony’ego, jego twórczość omijała Broadway (nie licząc nieudanego epizodu z musicalem „The Times They Are a-Changin’”, z którym on sam nie miał nic wspólnego).

Jest jeszcze ciekawostka, przeoczona przez komentatorów. Bob Dylan to drugi autor w historii, który otrzymał zarówno literackiego Nobla, jak i Oscara. Pierwszym był… George Bernard Shaw. Wybitny dramaturg i prozaik irlandzki został laureatem literackiego Nobla już w 1925 roku, natomiast w roku 1938 zdobył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany ekranizacji swojego dramatu „Pigmalion” (i powiedział, że Nagroda Akademii to obelga, bo w Hollywood najpewniej nikt o nim nie słyszał). To zupełnie nowy „klub”, ciekawe, kto zostanie jego trzecim członkiem. I kiedy, bo raczej nieprędko.

Jego Bobość

Bob Dylan nie ma życiorysu. Nuda. Przynajmniej na tle innych gwiazd jego pokolenia. Pił? Pił. Bił? Bił. Ale co to jest jeden brzydki rozwód dla gwiazdy rocka? Co to znaczy „nieślubne dzieci”, skoro nikt nie wie dokładnie, ile ich jest. Ich matki to bezimienne Afroamerykanki, podobno artysta płaci alimenty i kupuje w ten sposób ich dyskrecję. Zważywszy na skalę jego talentu światu nie grozi raczej wysyp „młodych Dylanów”. Syn artysty, Jacob, ma własną karierę muzyczną. Podobnie jak syn Leonarda Cohena, Adam. John Lennon też miał muzykalnych synów. To przekleństwo być synem giganta.

Robert Zimmerman z Minnesoty pojawił się znikąd i przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w klubach Greenwich Village, potem na scenach całego świata. Wystąpił nawet przed polskim papieżem, zaśpiewał m.in. „Blowin’ in the Wind” (Bolonia, 1997). Papież podchwycił słowa ballady. Dawno temu śpiewała ją Maryla Rodowicz: „Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Smutne, że nasza percepcja Dylana zaczęła się pół wieku temu przy ognisku i razem z nim wygasła.

Polscy literaturoznawcy okazali bezradni. Większość z nich skorzystała z przywileju nie opowiadania głupstw. Bo co właściwie mieli powiedzieć o utworach nieznanego i w zasadzie nietłumaczonego na polski autora, którego poetycka wyobraźnia karmi się – tworzoną od nowa – mitologią delty Missisipi, w której ożywają nie duchy dawnych bluesmanów nawet, ale cienie ich duchów, echa ich słów. Słów, które Dylan nieustannie przywołuje. Cytuje i przetwarza. Słów, które stały się tematem nieznanego w kulturze popularnej wysypu uczonych analiz. Liczba prac poświęconych twórczości Boba Dylana nie ma równych. Piszą o nim profesorowie z Cambridge, piszą fanatycy. Jeden z krytyków nazwał go „Joycem rocka”, inny „Picassem piosenki”. Wielbiciele mówią o nim z czułością „Jego Bobość” (His Bobness).

Jest Bob Dylan człowiekiem wielu talentów. Jego autobiografia „Kroniki cz. 1” (2004) to świetna proza, autor operuje dynamiczną narracją, wciąga czytelnika w świat obrazów i dźwięków, łamie chronologię, zaprasza ciekawych do swojego życia, by po chwili zgubić ich w labiryncie wspomnień, by obudzili się w zupełnie innym miejscu, jak w krainie czarów. Dylan to chaos. Powiedział kiedyś: „Akceptuję chaos, ciekawe czy chaos akceptuje mnie”. Ale jego życie to nie tylko nieustanna zmienność i nowe maski, są w nim także elementy stałe, ale stałe niepokojąco, niezmienne depresyjnie. Od kiedy ruszył na trasę koncertową pod koniec lat 80. praktycznie nie zrobił przerwy do dziś. To tournée doczekało się miana „Never Ending Tour”, być może jeszcze w tym roku przypadnie trzytysięczny koncert. Bob Dylan jest bogaty, jego majątek ocenia się na 200 milionów dolarów, ale nie potrafi inaczej żyć. Nie potrafi nie występować, zostać na dłużej w domu. A skoro nie gra żeby żyć, może po prostu żyje, żeby grać?

Człowiek wielu talentów, od wczesnych lat artysta ilustrował swoje książki. Zaczynało się niewinnie, chociaż już pierwsze wydania jego tekstów zawierały rysunki świadczące o talencie i oryginalności. Nic jednak nie wskazywało na eksplozję talentu, jaka nastąpiła w późniejszych latach. Bob Dylan jest dziś uznanym artystą malarzem, a jego prace – głównie w technice akrylu na płótnie – osiągają bajońskie ceny. Gdzieś pomiędzy Matissem a Chagallem jest Dylan kolorystą, ekspresjonistą i… „rewizjonistą” (jedna z ostatnich wystaw artysty nosi nazwę „Revisionist Art”). Bardziej jednak od techniki porusza tematyka jego prac. Obrazy Dylana to studium samotności. Świat oglądany przez okna autobusów i moteli. Wydrążeni ludzie. Bardzo martwa natura. I nagie Murzynki – najczęściej od tyłu i najczęściej bez głowy, która nie mieści się w ramach obrazu. Brązowe pupy. Obsesja mężczyzny, który pisał o miłości. I chyba doszedł do wniosku, że za bardzo się odsłonił. Jego najnowsze prace to rzeźby w metalu, furtki i drzwiczki, które artysta samodzielnie spawa z łańcuchów i części samochodowych.

Ale przecież nie za to ten Nobel. Najmniej wątpliwości co do zasadności nagrody mieli konkurenci, koledzy i akolici. Inni śpiewający autorzy. W opublikowanej na tydzień przed przyznaniem nagrody autobiografii „Born to Run” Bruce Springsteen przywołuje rozmowę z Bobem Dylanem, dla którego śpiewał podczas honorowej gali w Centrum Kennedy’ego. Kiedy artyści spotkali się przypadkowo na schodach Dylan podziękował Springsteenowi za udział i dodał: „Gdybym mógł coś dla ciebie zrobić…” Springsteen pomyślał: Żartujesz? I powiedział: „Wszystko już zrobiłeś”. Ale artysta zwany „Szefem” nie jest w Polsce autorytetem. Podobnie jak Dylan bardzo amerykański i szerzej nieznany, pozostaje poza zasięgiem naszych zainteresowań literaturą współczesną. Już prędzej Tom Waits – tłumaczony, rozpoznawany i szanowany. Tom powiedział: „Nie ma ważniejszego głosu”. Natomiast ulubiony bard Polaków, drugi w kolejce do Nobla (teraz już bez szans) Leonard Cohen, pokusił się o następującą metaforę: „Przyznane literackiej nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, jest jak udekorowanie Mount Everest medalem za to, że jest najwyższą górą”. Innymi słowy zaszczyt dla medalu.

Bob Dylan, pieśniarz (słowa, muzyka, wykonanie). Urodzony w 1941 roku w Minenesocie jako Robert Zimmerman. Na początku lat 60. zrewolucjonizował nowojorską scenę folkową jako czołowy autor i wykonawca protest songów, sięgnął po rock and roll i spopularyzował folk-rock. Czerpał z bluesa. Wydał ponad 40 płyt, od lat udostępnia także serię archiwaliów. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Pat Garrett & Billy the Kid”. Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)