1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Praktyka jogi uczy odpuszczania

Praktyka jogi uczy odpuszczania

W jodze trzeba odpuścić, by czerpać radość z praktyki. Poprzez regularne ćwiczenie jogi łatwiej zasady te wprowadzić do własnego życia. (Fot. iStock)
W jodze trzeba odpuścić, by czerpać radość z praktyki. Poprzez regularne ćwiczenie jogi łatwiej zasady te wprowadzić do własnego życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Świat przyśpiesza na naszych oczach. Szybsze środki transportu, szybsze komputery, szybszy obieg informacji sprawiają, że żyjemy w nieustającym pędzie. Boimy się zwolnić, co gorsze – często nie wiemy jak. A chcemy żyć lepiej – w zgodzie ze sobą, z zachowaniem naszej własnej równowagi.

Już wieki temu jogini zastanawiali się nad tymi kwestiami. Przemyślenia joginów spisane zostały w dziele „Yoga Sutry”. Mimo, że nasze światy są zupełnie różne, pewne prawdy zostały niezmienne...

Ciągłe poczucie ogromu niezałatwionych spraw, przepracowanie, świadomość upływającego czasu, gdy jedna praca goni drugą, a zaległości rosną na naszych plecach niczym garb - mamy wrażenie, że wpadliśmy w pętlę bez wyjścia. Nowe technologie mają na celu nam pomóc, jeszcze lepiej zorganizować czas, jeszcze bardziej przyśpieszyć i zrobić jeszcze więcej.

Co robić, by zrzucić ten ciężar z swojej głowy?

W „Yoga Sutrach” zostało napisane: „abhyasa vairagyabham tannirodhah” - praktyka i wyrzeczenie są środkiem do wyciszenia poruszeń świadomości. Abhyasa czyli praca i vairaghyabham czyli odpuszczenie dają spokój i radość z życia. Zatem już ponad 2000 lat temu ludzie zauważyli, że osiągnięcie spełnienia nie może opierać się tylko na samej pracy. Potrzebne jest umiejętne wyważenie działania i powstrzymywania się od niego.

Abhyasa, czyli praca, jest fundamentem, dzięki któremu rozwijamy się i korzystamy z życia. Pełnię wolności daje zespolenie jej z Vairaghą czyli odpuszczeniem.

Czy rzeczywiście potrzebujemy, aż tak wiele? Czy możemy z listy rzeczy, które byśmy chcieli coś wykreślić? Co jest najistotniejsze, a co mniej ważne? Czy coś może wydarzyć się w naszym życiu później?

Warto przeanalizować listę swoich zaległości i zacząć odpuszczać. Doba nadal będzie trwała 24 godziny. Wydziel z niej czas na dom, pracę, rodzinę i dla siebie. Zaplanowane sprawy rozkładaj na większą przestrzeń czasową.

Dzięki odpuszczaniu zacznij żyć powoli. Doświadczaj życia i smakuj każdą chwilę. Wtedy pojawi się większa ochota do życia, satysfakcja z wykonywanej pracy i prostych codziennych czynności.

Nie jest to łatwe. Jogini stworzyli cały system pracy nad sobą. Jednak praktyka jogi uczy odpuszczania. Asany wykonuje się we własnym zakresie, bowiem wkładając zbyt duży wysiłek i napięcie w daną pozycję nie wykonasz jej dobrze, będziesz niezadowolony z efektu i z siebie. W jodze trzeba odpuścić, by czerpać radość z praktyki. Poprzez regularne ćwiczenie jogi łatwiej zasady te wprowadzić do własnego życia.

Hamuj i ciesz się z życia. Zapomnij o ocenianiu. Hamuj i ciesz się z życia.

Marek Bednarski: dyplomowany nauczyciel jogi metodą B.K.S. Iyengara stopnia Intermediate Junior I. Praktykę jogi rozpoczął w roku 1992 r., od 2005 r. jest nauczycielem. Od 2008 r. specjalizuje się w terapii jogą, w szczególności jogą kręgosłupa oraz jogą hormonalną. Jest współwłaścicielem Fabryki Energii - Centrum Jogi Wrocław.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Joga – co nam daje samodzielna praktyka?

Praktykowanie jogi w pojedynkę, we własnym tempie, pozwala na zbudowanie głębokiej i harmonijnej relacji ze sobą, ze swoim Wyższym Ja (fot. iStock)
Praktykowanie jogi w pojedynkę, we własnym tempie, pozwala na zbudowanie głębokiej i harmonijnej relacji ze sobą, ze swoim Wyższym Ja (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Ćwiczysz jogę już od jakiegoś czasu. Robisz postępy, znasz nazwy pozycji, rozwijasz się... I wtedy przychodzi czas, aby rozpocząć kolejny etap doświadczeń na ścieżce jogi - praktykę własną.

Praktyka własna jest to po prostu ćwiczenie jogi samemu według sekwencji dobranych samodzielnie lub z pomocą nauczyciela. Jest to bardzo ważny element praktyki, który prowadzi nas do sedna tego, czym jest joga. Dlaczego?

Otóż istotą jogi jest poznanie samego siebie i przekroczenie wszystkich warstw, od najgrubszych do najbardziej subtelnych, które oddzielają nas od naszego duchowego centrum głęboko wewnątrz. Ćwicząc w grupie, pod kierunkiem nauczyciela, wykonujesz asany ułożone przez niego, a czas trwania w pozycjach również, podyktowane są przez niego lub nią. Musisz się dostosować. To jest oczywiste. Natomiast ćwiczenie samemu otwiera zupełnie nową przestrzeń - przestrzeń do podążania za sobą w jodze. Więc kiedy już zdobędziesz podstawowe narzędzia (ugruntujesz się w grupowej praktyce i poznasz zasady układania sekwencji, czyli z grubsza, jak pozycje powinny następować po sobie) możesz, tak wyposażona, powoli wyruszać na szlak sama.

Relacja z Wewnętrznym Nauczycielem

Znajdź godzinę, 45 minut, najlepiej rano i stań na macie, połóż się, zrób to, na co masz ochotę. Zacznij od ulubionej pozycji. Pozwól, żeby ciało się rozluźniło, otworzyło na to, co będzie się działo, na praktykę. Dalej masz dwa wyjścia: albo ćwiczysz pewną ustaloną sekwencję i wówczas decydujesz tylko, ile czasu pozostajesz w pozycjach, albo totalnie podążasz za sobą: za sygnałami, które płyną z ciała. Im częściej będziesz ćwiczyła sama, tym lepiej będziesz wyczuwać, czego chce twoje ciało, które części chcą być dotknięte, obudzone, gdzie potrzebujesz więcej siły, gdzie elastyczności, a gdzie rozluźnienia. Nad którymi pozycjami potrzebujesz dłużej popracować, a z którymi poeksperymentować. Wnikniesz głębiej, popracujesz wreszcie nad asymetrią, dobierając czas trwania w asanie na prawą i lewą stronę. Jest to wspaniała przygoda spotkania z samą sobą, której nie zastąpi żaden inny rodzaj praktyki: ani codzienne zajęcia grupowe, ani warsztaty najznamienitszych nauczycieli. Praktyka własna to crème de la cème jogi, tej wspaniałej ścieżki rozwoju. To jest święta przestrzeń, w której obcujesz ze sobą, z tą częścią siebie, która wie na twój temat wszystko - zna odpowiedzi na najtrudniejsze i najgłębsze pytania. To jest Twój Wewnętrzny Nauczyciel, twój Wewnętrzny Guru. Nikt nigdy nie poprowadzi cię tak jak On (lub Ona), z taką miłością i mądrością. Nikt nie będzie mógł cię tym obdarować, jeśli nie będziesz umiała sama sobie tego dać. Nie znajdziesz tego na zewnątrz, lecz właśnie w sobie.

Nie korzystałaś z Niego do tej pory, więc nie dziw się, jeśli będziecie potrzebowali trochę czasu, aby się poznać. Początkowo twój Wewnętrzny Nauczyciel może do złudzenia przypominać osoby, które były dotychczas twoimi przewodnikami. Ale tylko początkowo, bo im częściej będziesz ćwiczyć sama, tym relacja piękniej się rozwinie, a ty będziesz potrafiła wyczuwać wskazówki swojego Wewnętrznego Nauczyciela, aby za nimi podążać. Ćwicząc w ten sposób zmieniasz się, cichnie codzienny umysł, rozwija się duch. Otwierasz się na wyższą część ciebie – to właśnie jest słynne Wyższe Ja. Ten kontakt, ta relacja, jest jednym z celów twojej praktyki. Jest to droga do wolności, żaden zewnętrzny autorytet ci jej nie da. Może pokazać ci kierunek, ale drogę do siebie, będziesz musiała przejść sama, wreszcie zaufać sobie i odkryć swoją indywidualność. Piękne. Odwagi!

Życie w zgodzie ze sobą

I to się zaraz przekłada także na życie. Nikt nie powie ci, jak masz ćwiczyć. Może ci jedynie proponować, ale decyzję podejmujesz ty, ponieważ tylko ty wiesz, co czujesz. Podobnie, nikt nie powie ci, jak masz żyć, bo nie wie, co czujesz. To jest twoja decyzja. Dzięki praktyce własnej rozwiniesz w sobie zaufanie do siebie, które da ci pewność i poczucie głębokiej zgody ze sobą. To właśnie jest słynna, obiecana przez jogę harmonia, która teraz stanie się twoim doświadczeniem. Jeśli raz tego doświadczysz, już nigdy nie ulegniesz nieprawdzie ani złudnym kompromisom. Rozwiniesz się jak piękny kwiat, którego nektar odżywi całą twoją istotę. Będziesz u Źródła.

Połącz dłonie na mostku, z wydechem pochyl głowę i pokłoń się przed swoim Wewnętrznym Nauczycielem, dziękując za praktykę. A ja dziękuję za to, że pozwolił mi to napisać.

Namaste

PS. Kilka uwaga na koniec:

1. Najlepiej ćwiczyć rano, przed śniadaniem, po porannej toalecie. Zawsze w tym samym miejscu i o tej samej porze, bo wtedy ciało i umysł łatwiej przyjmują praktykę. Jeśli nie jest to możliwe, wystarczy na początek choćby raz tygodniowo, byle regularnie.

2. Jeśli dokuczają ci jakieś dolegliwości, w czasie praktyki zawsze miej je na uwadze, dostosowując odpowiednio asany, dobierając ich warianty. Jeśli nie wiesz jak, koniecznie skonsultuj się ze swoim nauczycielem (zewnętrznym :)

3. Praktyka własna jest uzupełnieniem dotychczasowego rozkładu - grupowe zajęcia i warsztaty (jeśli to możliwe) jak najbardziej zostają.

  1. Styl Życia

Wiosenna praktyka jogi

Wiosna to czas, kiedy budzi się w nas energia kreatywności i płodności. Pozwólmy jej płynąć, bawmy się ruchem i jogą. (Fot. iStock)
Wiosna to czas, kiedy budzi się w nas energia kreatywności i płodności. Pozwólmy jej płynąć, bawmy się ruchem i jogą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wiosna to idealny czas na rozpoczęcie lub wznowienie praktyki jogi, a także wszelkiej aktywności fizycznej. Po zimie ciało jest spragnione ruchu. Zarówno tego, który je uelastyczni, jak i tego, który je wzmocni oraz rozgrzeje.

Najcenniejszy oczywiście jest ruch na powietrzu. W tradycji jogi mówimy o „pranie”, czyli energii życiowej, którą możemy pobierać z różnych źródeł. Jest ona dostępna w dużych ilościach właśnie na otwartej przestrzeni. Każda chwila na świeżym powietrzu dobrze nam zrobi – nawet jeśli jest jeszcze chłodno lub deszczowo! – można oddychać głęboko, do brzucha, spacerować uważnie i z przyjemnością. To też joga!

Nie zamykajmy się w salach do jogi lub na macie do jogi. Wiosna to czas, kiedy budzi się w nas energia kreatywności i płodności. Pozwólmy jej płynąć, bawmy się ruchem i jogą. Jedną z moich ulubionych praktyk jest „sahaja” joga w łóżku z rana, czyli celebrowanie poranka i przeciąganie się. To swobodny, naturalny ruch ciała. Może nie jest to joga klasyczna, ale we Flow Jodze, której uczę, jest przestrzeń na taką właśnie kreatywną ekspresję w ruchu, a także na przypominanie sobie, jak to jest być w zgodzie z naturą. Swoją i z przyrodą.

Współcześnie żyjemy w ciągłym pośpiechu, większość czasu spędzamy w zamkniętych pomieszczeniach przy sztucznym świetle, narażeni na działanie wszechobecnej elektroniki. Nawet jedzenie straciło sezonowy charakter, bo w sklepach owoce dostępne są cały rok. Zatem, aby wejść w kontakt ze swoim rytmem, trzeba świadomego wysiłku, uważności i odrobiny dyscypliny. Warto. Wtedy ożywa nasz naturalny instynkt i we wszystkich sferach życia funkcjonujemy optymalnie. Połączeni ze sobą, mamy doświadczalną świadomość połączenia z naturą i innymi ludźmi w sferze umysłu i na poziomie serca. Wtedy właściwa dla nas joga sama się przed nami odkrywa w odpowiednim czasie. Może okazać się, że mam ochotę właśnie na generalnie wskazane w okresie wiosenny, rozgrzewające, pobudzające i energetyzujące praktyki. Ale nie musi tak być, bo każdy potrzebuje czegoś nieco innego. Znakiem, że dobrze wybierasz praktykę –  czymkolwiek dla ciebie jest w danym dniu praktyka jogi –  jest to, że czujesz się potem jak budząca się do życia wiosenna natura.

Spróbuj flow jogi

Flow joga nie jest niczym nowym, choć mówi się, że to nowy gatunek jogi. W Polsce rzeczywiście mało kto o niej słyszał. Ten rodzaj jogi to powrót do naturalności, do tego, za czym tęsknimy, nie tylko w jodze, także w życiu. Powrót do stanu jedności ciała, duszy i umysłu.

Nie można nauczyć się flow jogi, ale można sobie przypomnieć, że „już nią jesteśmy”, można przypomnieć sobie, jak wielka przyjemność płynie z bycia w swoim ciele, w stanie flow. Wtedy tracimy poczucie czasu, jesteśmy totalnie zaabsorbowani wykonywaną czynnością. Płynąc na fali, mamy poczucie bycia w kontakcie ze swoją prawdą, ze swoją naturą, a jednocześnie czujemy się częścią pulsującego życiem świata, częścią wspólnoty ludzkości.

Flow to naturalny stan umysłu. Pojawia się on wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność dla samej przyjemności wykonywania jej. Dysponujemy wówczas wysokim poziomem energii, otwieramy się na swobodny przepływ kreatywności i radości z życia. Każdy kiedyś tego doświadczył, jednak osoby, które na co dzień, w życiu prywatnym i w pracy są w stanie przepływu, należą do rzadkości.

Flow joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu podczas zajęć, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. Im częściej doświadczamy flow na zajęciach jogi, tym większe prawdopodobieństwo, że flow spontanicznie zacznie pojawiać się w codziennym życiu. Wykorzystujemy do tego celu rytm, muzykę, naturalny oddech, ruch oraz uważność.

Czym flow joga różni się od innych stylów jogi?

Joga często bywa prowadzona mechanicznie. Na polecenie: z wdechem unieś ręce do góry, większość uczestników zajęć równocześnie unosi ręce do góry, próbując dopasować oddech do wykonywanego ruchu. We flow jodze jest odwrotnie, ruch jest inicjowany przez oddech. Dzięki temu jesteśmy w kontakcie ze sobą i czujemy się bardziej zintegrowani. We flow jodze bardzo ważne są także płynne przejścia pomiędzy pozycjami oraz uszanowanie każdej fazy cyklu ruchu: wstępu, szczytowego momentu oraz zakończenia. Taki rodzaj pracy pomaga nam być w lepszym kontakcie z ciałem oraz naturą, ponieważ wszystko, co istnieje w świecie, podlega prawom natury i ma cykliczny charakter.

Dla flow jogi charakterystyczny jest także zmysłowy, pełen gracji, spontaniczny ruch, który przypomina taniec. Ciało nie porusza się jak maszyna, ale raczej jak ciało dzikiego zwierzęcia. To szczególnie cenny element praktyki, który pozwala odblokować zastałą energię, pobudza kreatywność, ekspresję oraz pozwala nam doświadczyć wolności i przyjemności bycia w ciele.

Dla kogo nadaje się flow joga? Flow Joga jest stylem jogi dostępnym i przyjaznym większości osób. Zajęcia ogólnodostępne mogą być nieodpowiednie dla ludzi z poważniejszymi problemami zdrowotnymi lub urazami. Dla nich najlepszym wyjściem może okazać się podejście indywidualne. W przypadku wątpliwości najlepiej skonsultować się z lekarzem prowadzącym oraz nauczycielem jogi.

  1. Psychologia

Odpowiedź przychodzi w ciszy

Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zatrzymują nas choroby, wypadki, utrata pracy, ale to niebezpieczne przystanki. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma – mówi Małgorzata Jakubczak, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

Wszyscy dzisiaj nie mamy czasu, przynajmniej tak mówimy. No właśnie – tak mówimy, bo tak myślimy. Ale też odwrotnie – tak myślimy, bo tak mówimy. Powtarzając jak mantrę: „nie mam czasu”, a tym samym wdrukowując w swój umysł takie przekonanie, z czasem zaczynamy wierzyć, że tak jest.

Lepiej nazywać konkretne czynności, jakie mamy do wykonania? Zdecydowanie tak. Bo jeżeli określenie „nie mam czasu” zastąpimy innym, konstruktywnym własnego autorstwa, to zobaczymy, że tak naprawdę sami wybieramy sposób, w jaki swój czas wykorzystujemy. Dostrzegamy też, że powodem braku czasu jest pośpiech, przymus. To właśnie przymus czyni nas niewolnikami nie tylko swoich obowiązków, ale także tego, co lubimy. Raptem okazuje się, że wszystko jest przymusem. Alternatywą dla „nie mam czasu” może być powiedzenie „zajmuję się tym i tym, jestem zaangażowana w to i to”. Im bardziej precyzyjne określenie, tym większa jasność, co mamy zrobić i dlaczego.

Robimy jednak sto rzeczy naraz. Taka strategia jest stresująca i nieproduktywna. Lepiej ustalić plan zajęć. Na przykład: przez godzinę bawię się z dzieckiem, przez kolejną sprzątam, a na koniec gotuję.

Dlaczego takie podejście bardziej się sprawdza? Ponieważ poszczególne czynności wymagają innego rodzaju skupienia – jedne twórczego myślenia, inne mechanicznego powtarzania. Gdy robimy jednocześnie kilka rzeczy, nasz biedny mózg przeskakuje z aktywności na aktywność i nie nadąża. Bardzo trudno wtedy tak naprawdę na czymś się skupić.

Nawyki jednak trudno zmienić. Jestem fanką „efektu aha”. Czyli doświadczenia, które weryfikuje myślenie. Aha! Jednak dzień, w którym do tego wszystkiego, co robię, dorzucam półgodzinny spacer, o paradoksie, okazuje się spokojniejszy, choć przybyło mi zajęć! Co tu zadziałało? To, że zrobiłam coś dla siebie. Każdy rodzaj aktywności nastawionej na siebie ma magiczną właściwość mnożenia czasu.

Pośpiech wynika z nadmiaru zajęć? W ogóle nie. W jakimś sensie każdy z nas ma tyle obowiązków, ile lepiej lub gorzej jest w stanie wypełnić. Nawet ci, którzy biorą udział w wyścigu szczurów, są w stanie podołać swoim zadaniom, przynajmniej przez jakiś czas. Śpieszymy się, bo mamy wdrukowany od dziecka taki oto przekaz: człowiek, który nic nie robi, marnuje czas. Słyszymy: nie siedź tak, rusz się, weź się do czegoś. Czas jawi się w tych naukach jako wartość, którą trzeba w dwójnasób wykorzystać. To bardzo mocno uwewnętrznione przekonanie.

Co zrobić, żeby zwolnić? Zwalniają ci, których zatrzymało życie: choroba, wypadek, utrata pracy, emerytura. To są jednocześnie bardzo niebezpieczne momenty, bo mogą nas załamać. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma.

Tak po prostu? Niewykonalne. Dla człowieka smakującego życie jak najbardziej! Smakosz delektuje się tym, co robi, nie żałuje na to czasu, pieniędzy, pozwala sobie na zagłębienie się w coś, co go ciekawi, co sprawia mu radość. Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę.

Trzeba jeszcze wiedzieć, co z tym odzyskanym czasem zrobić? Założyć nogę na nogę i patrzeć w sufit? Jeżeli to sprawia komuś frajdę, czemu nie? Ważne, żeby wiedzieć, co lubimy, co jest dla nas ważne. Żeby jednak to wiedzieć, trzeba siebie poznać. Z założenia wiele czasu poświęcamy innym, natomiast sobie – mało. Nie mamy takiego nawyku. Minęły czasy robienia rachunku sumienia, który był rodzajem dialogu ze sobą. Kiedyś ludzie pisali dzienniki, teraz piszą blogi, ale bardziej dla innych, świata.

Dlaczego nie lubimy posiedzieć sam na sam ze sobą? Bo to tak, jakbyśmy siedzieli z nieznajomym. Ktoś, kto siebie zna, z przyjemnością pobędzie ze sobą, nie szuka wtedy panicznie zajęcia ani towarzystwa. W takich chwilach przychodzi refleksja, co mam dziś naprawdę do zrobienia. Wystarczy, że ze sobą pogadam, i już mam świadomość wyboru – czy zrobię coś powoli, czy będę pędzić bez trzymanki, na oślep. Nie chodzi jednak o to, żebyśmy zamieniali się w mędrców, zagłębiali w zakamarki duszy, tylko żebyśmy mieli nawyk kontaktowania się ze sobą.

Masz na to jakiś sposób? Tak, zadawanie sobie prostego pytania: jak się mam? Jeżeli odpowiedź będzie brzmiała: mam się niefajnie, to spróbuję ten stan zmienić, bo pierwszym powodem do zmiany jest niewygoda. Ale to nie musi być rewolucyjna zmiana. Zacząć jednak trzeba od dialogu ze sobą: dlaczego jestem zdenerwowana? Nikt mi tego nie powie. Odpowiedzi są w nas, musimy tylko skontaktować się ze sobą. Namawiam ludzi na codzienny rytuał, wystarczy zatrzymać się na cztery minuty. Jak się mam? Odpowiedź przychodzi w ciszy, kiedy umysł i ciało są zintegrowane.

Dzisiaj nie wypada się nie śpieszyć… To prawda. Śpieszymy się, bo wszyscy się śpieszą. Panuje moda na życie w pędzie, na próbowanie wszystkiego, co życie zsyła. Jeżeli mamy trzy propozycje na wieczór, to wydaje nam się, że jak z którejś zrezygnujemy, to dużo stracimy. Już samo słowo „rezygnacja” rodzi żal. Świat ma nam dużo do zaproponowania, a my musimy wybierać to, co dla nas najlepsze.

Pomocne lektury: Małgorzata Jakubczak „Rozwijanie uważności na co dzień”, Difin, Warszawa 2011, Dominique Loreau „Sztuka umiaru”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, i „Sztuka prostoty”,  Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008, Jon Kabat-Zinn „Gdziekolwiek jesteś, bądź”, IPSI Press, Warszawa 2007.

Małgorzata Jakubczak pedagożka, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

  1. Styl Życia

Medytacja wyciszająca - oczyść swój umysł

Jogini oczyszczają manomayę, czyli umysł, poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. (Fot. iStock)
Jogini oczyszczają manomayę, czyli umysł, poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Manomaya, czyli umysł, odpowiada za nasze myśli i doznania. Spokojny tworzy myśli wzniosłe, wzburzony – pełne lęku i złości. Jogini oczyszczają umysł poprzez głęboką medytację i śpiewanie mantr – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki. 

Manomaya, czyli umysł, odpowiada za nasze myśli i doznania. Spokojny tworzy myśli wzniosłe, wzburzony – pełne lęku i złości. Jogini oczyszczają umysł poprzez głęboką medytację i śpiewanie mantr – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki. Manomaya kośa to trzecia warstwa – po ciele fizycznym i pranicznym (energii życia) – okrywająca naszą duszę. Manomaya to nasz umysł, a dokładnie „ciało zbudowane z myśli”. Umysł generuje je bowiem cały czas. Myśli są energią – wciąż się zmieniają i potrafią przemieszczać w czasie i przestrzeni. Dlatego w kośa manomaya mieści się także pamięć i sny. W tej warstwie rodzi się też nasze ego, poczucie odrębności i opinie.

Natura umysłu jest zmienna. Nieustannie przetwarza on nowe informacje i bodźce oraz w każdej sekundzie tworzy odmienne percepcje rzeczywistości. Tak więc manomaya, zbudowana z myśli przechodzących jedna w drugą, jest złudzeniem – czymś, co przemija, i nie stanowi obiektywnej prawdy.

Zakłócona, niespokojna manomaya będzie tworzyła myśli pełne złości, nienawiści, nieposkromionej żądzy. Spokojna – myśli wzniosłe, które będą regenerować tę kośę, dzięki czemu umysł wypełni świeża energia twórcza, chęć wyrażania siebie oraz chęć pomocy innym.

Jogini oczyszczają manomayę poprzez głęboką medytację oraz śpiewanie mantr. Podczas medytacji odkrywamy, że nie jesteśmy tożsami z umysłem, że stanowi on tylko część naszej istoty. Zaczynamy dostrzegać, że jest w nas coś trwałego i nieporuszonego, co istnieje niezależnie od nieustannego toku myśli. Umiejętność odseparowania się od własnego umysłu może przynieść wielką ulgę w codziennym życiu – wystarczy przypomnieć sobie sytuacje, gdy nie mogliśmy przestać o czymś myśleć, choć wywoływało to emocjonalny ból. Pierwszą praktyczną korzyścią medytacji jest zrozumienie, że myśli mogą nas podnosić na duchu lub przynosić cierpienie, a my mamy na to wpływ.

Drugą metodą oczyszczania manomaya kośa jest śpiewanie mantr, które może zmienić myśli negatywne i wywołujące cierpienie w pozytywne i wzniosłe. Skuteczność mantr zależy od emocjonalnego zaangażowania. Jeśli wkładamy w to serce i głębokie pragnienie zmiany, podniosą nas na duchu i wyciszą umysł. Będzie nam łatwiej świadomie doświadczyć następnej warstwy – vijnanamaya kośa, czyli intelektu, dzięki któremu możemy rozróżniać prawdę od iluzji.

Wyciszająca medytacja

Siedzimy z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte, skupione na punkcie między brwiami. Prawe ramię zginamy w łokciu, dłoń unosimy jakby w geście przysięgi. Lewa dłoń rozluźniona leży przed nami. Oba barki są zrelaksowane. Oddychamy przez nos spokojnie i głęboko, obserwując każdy wdech i wydech. Po kilku minutach pozwalamy, aby oddech stał się spokojny, niekontrolowany i cichy. Medytacja trwa od 5 do 11 minut. Po zakończeniu opuszczamy prawe ramię i rozluźniamy je. Pozostajemy przez minutę lub dwie w tej pozycji, absorbując wytworzoną podczas medytacji energię.

Ćwiczenia za zgodą ©The Teachings of Yogi Bhajan. Kundalini Research Institute.

  1. Psychologia

Wolniej znaczy lepiej

Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Artykuł archiwalny. 

Twój dzień na ogół wygląda tak: zanim wyjdziesz z domu, gotujesz zupę, robisz śniadanie, pakujesz do tornistra dziecka kanapki, zbierasz myśli przed ważnym zebraniem. W pracy młyn. W drodze powrotnej zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej – obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi cię o przysługę, z kimś ty musisz porozmawiać, odbierasz mejle, zerkasz w telewizor. Masz poczucie totalnego braku czasu. Mimo że wyręcza cię pralka, zmywarka, robot kuchenny. Mimo że płacisz rachunki przez Internet, a wiele usług możesz mieć na telefon. A pomyśleć, jak żyli nasi dziadkowie. Jeździli bryczkami, pisali papierowe listy, nie używali tych wszystkich dostępnych nam sprzętów, telefonów komórkowych i komputerów. I mieli na wszystko czas. Jak to możliwe?

Więcej i szybciej

Profesor antropologii kulturowej UAM Waldemar Kuligowski zauważa, że żyjemy dzisiaj w czasach rozproszonej uwagi. Jego studenci słuchają wykładu, jednocześnie odbierając i wysyłając SMS-y, najkrótsze jak się da: „jadę”, „już”, „pozdr.”. Większość z nas żyje w stanie nieustannej gotowości, ale do przekazania mamy niewiele.

– Dzisiaj sama technologia stała się przekazem – uważa profesor Kuligowski. – Ona nas uwodzi, zniewala, zaczarowuje, a w istocie jest komunikatorem banału, zbędności. Przez to, że jesteśmy stale dostępni, znika wydzielony, osobny, świąteczny czas wolny.

Według profesora innym znakiem naszych czasów jest niecierpliwość. Wpadamy w furię, gdy siedząc przed komputerem, czekamy na otwarcie się kolejnej strony. A ile to trwa? Parę mrugnięć okiem. Takie nagłe zatrzymanie w pędzie, który uznajemy za normalny rytm, odbieramy jako defekt systemu. Nie chcemy na nic czekać, czytać długich tekstów. Żądamy natychmiastowości: w polityce, biznesie, miłości, nawet skandowaliśmy: „santo subito”, domagając się natychmiastowej beatyfikacji Jana Pawła II.

– Kłopot polega na tym, że niecierpliwość nieuchronnie pociąga za sobą powierzchowność, i to we wszystkich wymiarach życia – uważa profesor.

Marzena Chełminiak, dziennikarka radiowa, zauważa jeszcze jedną cechę współczesnego życia: nadmiarowość.

– Jak wchodziłam kiedyś do księgarni, to właściwie każda książka była warta kupienia i przeczytania. Teraz trzeba dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo mogą nas skusić atrakcyjnie wydane gnioty. Nadmiar przytłacza nas we wszystkich dziedzinach życia, mamy strasznie dużo możliwości, dużo podobnych produktów, a tak naprawdę potrzebujemy tylko jednego. W korporacjach dorzuca się dobrym pracownikom jeszcze więcej pracy, bo są dobrzy. Wszędzie widać kult więcej i szybciej.

Bartek Topa, aktor, stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj wszystkiego mamy za dużo. Wmawia się nam nie tylko to, że coś musimy mieć, ale też to, że koniecznie musimy coś zobaczyć, poczuć, czegoś posłuchać, gdzieś być. Trudno się temu oprzeć, zwłaszcza młodym, którzy są zachłanni, więc łapią wiele srok za ogon. I miotają się od jednej propozycji do drugiej, z żadnej tak naprawdę w pełni nie korzystając.

 

Żyć swoim życiem codziennym

Marzena Chełminiak pędziła kiedyś tak jak wszyscy. Od zawsze pracując na najwyższych obrotach. Kilka lat temu poważnie zachorowała. Nagle musiała się zatrzymać. Po leczeniu nie wróciła do dawnego rytmu pracy. Prowadziła tylko jedną audycję w tygodniu, miała czas na książki, kino, podróże, spotkania z przyjaciółmi.

– Rezygnując z pełnego zaangażowania w radiu, zgodziłam się na to, żeby mieć mniej pieniędzy, ale w zamian dostałam czas. Wtedy on był dla mnie najcenniejszy.

Odrzucała propozycje powrotu do codziennych audycji. Nie chciała funkcjonować w kołowrotku: wstawanie o tej samej godzinie i codzienne wybieranie się tą samą drogą do tej samej redakcji. Za którymś razem zaczęła jednak ważyć zyski i straty. I wyszło jej, że dojrzała do pracy na pełnych obrotach. Teraz wstaje o wpół do piątej, żeby o szóstej być przy mikrofonie.

– Najpierw budzę siebie, potem świat – śmieje się. – Zgodziłam się na powrót, także ze względu na dwóch współprowadzących kolegów. Wiedziałam, że stworzymy zupełnie nową formułę, łączącą coś, co wydaje się nie do połączenia: moją filozofię slow life i ich energię, sarkazm, ironię. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Ja po prostu lubię przychodzić do pracy. Stałam się trochę egoistyczna i uważam, że powinno się robić to, co się lubi. Oczywiście przez tę decyzję straciłam możliwość swobodnego dysponowania czasem, nie mogę na przykład nagle gdzieś wyjechać. Ale z kolei taki rytm pracy szalenie mnie zdyscyplinował i już dokładnie wiem, jak spędzę wakacje.

Wróciła do pełnego zawodowego zaangażowania, ale nie do życia w pośpiechu. – Jak człowiek wycofa się z mainstreamu i przeżyje, to potem ma przekonanie, że nawet gdy dużo pracuje, jest panem czasu i decyzji. Nadal żyję w tempie slow, tylko inaczej rozłożyłam akcenty. I takie życie mnie cieszy.

Marzena uważa, że przestawienie się na filozofię slow life nie musi oznaczać życiowej rewolucji. Rzucania pracy w mieście, zrywania kontaktów ze światem, zaszycia się gdzieś w Toskanii z książką w ręku. Ludzie, słysząc o takich decyzjach, myślą: ja też bym tak chciał, ale się boję.

– I dobrze, że się boją, bo nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy, którzy marzą o zwolnieniu tempa, wyjechali na wieś, zostawili pracę, rodziny. Slow life według mnie to nie ucieczka od życia, tylko panowanie nad nim, intensywne przeżywanie go, zadawanie sobie pytania: po co to robię? Utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniej jest żyć swoim życiem, takim codziennym. Nie czekać na weekend, wakacje, że wtedy sobie pożyję, tylko żyć w każdej chwili. Kiedy słyszę, jak moi koledzy z radia mówią: do weekendu zostało tyle i tyle, to się buntuję. Ukuliśmy nawet takie powiedzenie, że jesteśmy radiem, które nie odlicza do weekendu. Życie jest fajne, jak toczy się tu i teraz.

Wybieram to, co dla mnie dobre

Bartek Topa zauważa, że slow life nie zależy od miejsca zamieszkania, tylko od stanu umysłu. Taką filozofię można odnaleźć, mieszkając wszędzie, także w centrum miasta. On zaczął żyć w tempie slow dopiero, kiedy przeprowadził się ze wsi do Warszawy. Wcześniej mieszkał 25 kilometrów od stolicy, w otoczeniu lasów, pól i łąk, w domu wybudowanym na kredyt.

– Za oknem śpiewały ptaki i szumiały drzewa, a moje myśli zaprzątała spłata kredytu. Większość czasu zajmowały mi dojazdy do pracy i powrót do domu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam przyjemności z takiego życia. Więc sprzedałem dom. Teraz mieszkam w mieście, ale przy parku, mam czas dla przyjaciół, na codzienne bieganie, kino. Takie rozwiązanie jest dla mnie dobre dzisiaj. Co nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby kiedyś wrócić na wieś i uprawiać grządki. Wszystko zależy od wyboru tego, co w danym momencie jest dla mnie dobre.

Marzena twierdzi, że w przestawieniu się na slow life pomogła jej choroba. Uważa, że ludzie chorzy, dotknięci tragediami, mają łatwiej. Nie muszą uczyć się slow life, to przychodzi automatycznie. Ona nie potrafi teraz emocjonować się sprawami, którymi kiedyś się emocjonowała. Już nie są dla niej istotne. Ten naturalny dystans do problemów dostała niejako w prezencie.

– Slow life to bardziej droga niż cel. Czasem musimy przebiec ileś ścieżek, żeby to zrozumieć. Swojej córce, która ma tendencję do wybiegania w przyszłość, powtarzam: nie rozmawiamy o wakacjach, bo teraz są ferie. Ludzie mówią: „chciałabym się cieszyć życiem tak jak ty”. Odpowiadam: co stoi na przeszkodzie? Tylko ty o tym decydujesz.

Jeden z mitów wokół slow life mówi, że powolnie żyć mogą tylko ludzie w pewnym wieku, którzy mają dużo czasu.

Marzena Chełminiak absolutnie się z tym nie zgadza: – Slow life to nie emerytura, tylko intensyfikowanie życia. Najmniej czasu mają ci, co nic nie robią, a najwięcej ludzie zapracowani, ale zorganizowani. Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu, to ja myślę: nie masz, bo nie chcesz. W ogóle wyrzuciłam ze swojego słownika to sformułowanie. Moja zmiana po chorobie polega też na tym, że sobie teraz mówię: mam czas. Dla przyjaciół, rodziny, na książki, kino, sen. Mam na to, na co chcę mieć. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam. Zanim pójdę do kina, poczytam o filmie. Jak chcę leżeć pod kocem, to leżę. Wszystkie decyzje podejmuję świadomie. Każdy ma tyle samo czasu, pytanie tylko, na co go przeznaczy. Jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy wybierać.

Mniej, choć tak naprawdę więcej

Profesor Kuligowski zauważa, że życie w pędzie sprawia, że człowiek nie potrafi rozsmakować się w zapachu, smaku, spokojnej rozmowie, niespiesznej lekturze, upajającym widoku, wspólnym byciu. Większość czynności jest przez nas traktowana instrumentalnie: zwiedzamy pewne miejsca, bo wypada, idziemy na golfa wyłącznie ze względów towarzyskich, czytamy modne książki, by podnieść swój prestiż, działamy w organizacji charytatywnej, by wpisać ten fakt do CV. Profesor pyta: – Gdzie spacer dla samego spacerowania, lektura dla radości czytania?

Z drugiej jednak strony coraz więcej ludzi na świecie wycofuje się z życia w biegu. Jak grzyby po deszczu wyrastają organizacje, ruchy, szkoły propagujące slow life. Ba, w Europie powstają nawet slow cities, w których dba się o ekologię, rozwijanie infrastruktury przyjaznej mieszkańcom, takiej jak ścieżki rowerowe, deptaki, parki. Największy ruch Slow Food skupia się wokół jedzenia. Ludzie spod znaku ślimaka (to ich herb) powtarzają: jesteś tym, co jesz. Propagują małe ekologiczne gospodarstwa, proste nieprzetworzone produkty, nieśpieszne smakowanie.

Bartek Topa jest zagorzałym slowfoodowcem. Wraz z grupą przyjaciół dzielą się jajkami od zielononóżek, serami i warzywami z małych gospodarstw.

– Złapałem się na tym, że w ogóle nie wyrzucam jedzenia, idę do mojego ulubionego biosklepu, jak nic nie mam w lodówce. Slow life to przede wszystkim jakość życia, skupienie się na tym, co jemy, co robimy. Dla mnie to także osobisty, świadomy wysiłek w ważnej sprawie. W czerwcu startuję w triatlonie: pływanie (2 km), jazda na rowerze (90 km) i bieg (20 km). W ten sposób wspieram fundację Synapsis. To dla mnie duże wyzwanie, fizyczne i psychiczne. Na początku męczyłem się już po kilku kilometrach biegu. Po trzech miesiącach treningu mogę bez trudu przebiec 10 km. Co mi daje życie w takim rytmie? Rozszerza możliwości poznawania siebie i świata. Teraz więcej widzę, słyszę, czuję, smakuję. Myślę nawet o zorganizowaniu warsztatów rozszerzających zmysły, dla aktorów i osób opiniotwórczych. W tej filozofii widzę szansę dla świata.

Marzena Chełminiak zalety slow life wylicza jednym tchem: – Dostaję produkty z najwyższej półki, najlepszej jakości. Nie zadowalam się już śmieciami, wyrobami czekoladopodobnymi. Wszystkiego mam mniej, ale tak naprawdę więcej. Mniej przyjaźni w ogóle, ale więcej prawdziwych przyjaciół, mniej obejrzanych filmów, ale więcej dobrych, mniej kupionych książek, ale więcej znakomitych. Slow life to mój świadomy wybór. Teraz ja decyduję o swoim życiu. Nie towarzyszy mi napięcie, bo nic nie muszę. Nie ścigam się. Chcę być dobra w tym, co robię, ale nie mam parcia, żeby więcej zarabiać, być obecna we wszystkich mediach. Już wiem, że to nie uczyniłoby mnie szczęśliwszą. Cieszę się z tego, co mam. Przestałam się martwić i widzę, że problemy gdzieś same się rozwiązują. Slow life dał mi spokój. Już nie boję się, że życie upływa. Wiem, że na każdym etapie może być fajne.