1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jakie wynalazki zawdzięczamy kobietom?

Jakie wynalazki zawdzięczamy kobietom?

123rf.com
123rf.com
Gdy jakiś mężczyzna choćby zasugeruje ci niższość kobiet, warto w starciu wyciągnąć z rękawa przykłady wynalazków, za którymi stoi kobiecy umysł. Oto kilka przykładów.

Piwo Według badań słynnej historyczki Jane Peyton, piwo zostało „wynalezione” przez kobiety 7 tys. lat temu w Mezopotamii i Sumerze. Oczywiście nie znamy nazwiska twórczyni trunku. Ze względu na swoje umiejętności jako jedyne mogły warzyć piwo i prowadzić tawerny. W starożytnych społeczeństwach piwo było uważane za dar bogiń. Natomiast w  Norwegii kobiety były ekskluzywnymi producentami piwa, a według prawa sprzęt pozostawał ich własnością. Peyton powiedziała: „Wiem, że mężczyźni będą absolutnie oszołomieni, gdy to odkryją, ale zawdzięczają kobietom ich ulubiony trunek – piwo”.

Filtr do kawy Ten wynalazek nie zrobi wrażenia tylko na rzadkich amatorach „fusiastej kawy”. Papierowy filtr do kawy jest produktem z 1908 roku. Wymyśliła go Niemka Melitta Bentz. Parzyła kawę każdego dnia, ale irytowały ją fusy. Według niej metalowe i ceramiczne filtry się nie sprawdzały. Pewnego dnia zdecydowała się na wyrwanie grubej bibułki ze szkolnego zeszytu syna i zaczęła eksperymentować z tworzeniem filtra. Po opatentowaniu wynalazku zainteresowanie było ogromne. Najpierw Melitta zatrudniła swojego męża i synów. Jej dwóch wnuków prowadzi firmę do dzisiaj. Aż trudno uwierzyć, że gospodyni domowa założyła firmę do dziś nazwaną jej imieniem. Obecnie zatrudnia kilka tysięcy osób, ma ponadmiliardowy dochód euro rocznie, a do tego uważana jest za jednego z lepszych niemieckich pracodawców tego roku.

Wycieraczki samochodowe Nowy Jork, 1903 rok. Siedząc w żółtej taksówce w czasie opadów śniegu, Mary Anderson zorientowała się, że nie tylko ona nic nie widzi i nie może podziwiać miasta. Również kierowca co chwilę musiał wychylać się przez okno! Stwierdziła, że potrzebne jest narzędzie, które będzie usuwać z przedniej szyby śnieg i wodę. Wpadła na pomysł wycieraczek samochodowych, ale nikt nie był zainteresowany ich wykorzystaniem na większą skalę. Początkowo niechętnie potraktowana została zresztą kolejna pomysłodawczyni, Charlotte Bridgwood, która wystąpiła o opatentowanie automatycznych wycieraczek samochodowych w 1917.

Maszyna do robienia lodów Trudno to sobie wyobrazić, że jeszcze zanim powstały zamrażalniki, istniała już maszyna do robienia lodów. Wymyśliła ją Nancy Johnson. Urządzenie przypominające wiaderko z ruchomą rączką było obsługiwane manualnie. Amerykanka nie miała niestety funduszy na przemysłowe wykorzystanie swojego pomysłu, więc po opatentowaniu go w 1843 roku sprzedała go za marne 200 dolarów.

Z racji tego, że w przeszłości mężczyznom było zdecydowanie łatwiej zdobyć wykształcenie czy pozycję zawodową, tym bardziej dzisiaj trzeba doceniać kobiety – innowatorki. Wcale ich nie było tak mało – mówi Alan Bento z ZaadoptujFaceta. Jego aplikacja randkowa jako pierwsza na świecie odwróciła role w ten sposób, że to kobiety wybierają mężczyzn, a mechanizm nie pozwala na zasypywanie ich niechcianymi wiadomościami. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gimnastyka szarych komórek, czyli jak zmusić mózg do kreatywnego myślenia

Czy każdy mózg można zmusić do twórczego myślenia? Wiele wskazuje na to, że tak. (Ilustracja: iStock)
Czy każdy mózg można zmusić do twórczego myślenia? Wiele wskazuje na to, że tak. (Ilustracja: iStock)
Masz kłopoty z nowymi pomysłami, kreatywnością? To znaczy, że zapuściłaś swój mózg. Winny jest brak nowych bodźców, wygodnictwo i rutyna. Ale koniec z nudą! Ruszaj na neurobik. Dzięki tej gimnastyce zachowasz młodość umysłu.

Budzik. Łazienka. Śniadanie. Kawa. Radio. Samochód. Praca. Komputer. Telefon. Wieczór. Samochód. Dom. Telewizor. Książka. Łazienka. Spać. Codziennie tak samo, tymi samymi mentalnymi ścieżkami. Rutyna i nuda. Oto, co wykańcza twój mózg. Kawałek po kawałeczku czyści go z kreatywności, pomysłowości i fantazji.

Tymczasem dziś bez kreatywności żyć niełatwo. To kreatywni awansują, mają ciekawą pracę, lepiej zarabiają. Każdy chce być kreatywny. Nic więc dziwnego, że kursy uczące, jak stać się taką osobą, cieszą się ciągle niesłabnącym powodzeniem. Ale co to takiego ta kreatywność? Bardzo długo uważano, że to po prostu inteligencja. Dziś wiemy, że wysoki poziom IQ nie gwarantuje wcale umiejętności twórczego myślenia, choć oczywiście pewne minimum wiedzy jest do tego konieczne.

Pozwól gadać półkulom

Czy zatem każdy mózg można zmusić do twórczego myślenia? Wiele wskazuje na to, że tak. W jaki sposób? By to wiedzieć, trzeba nieco (ale tylko trochę) znać się na jego topografii. Otóż uważa się, że nasz mózg podzielił kompetencje pomiędzy swoje dwie półkule. Lewa ma być surową guwernantką – obsługiwać rozum, analityczne myślenie, prawa – szaloną artystką – pełną duchowych uniesień, twórczej weny i nieposkromionych pomysłów. Dziś wiadomo, że aby naprawdę twórczo myśleć, obie półkule muszą być w ten proces zaangażowane w równym stopniu. Ludzie, którym operacyjnie lub na skutek urazu rozłączono półkule mózgowe, stają się znacznie mniej kreatywni – a więc to, jak myślimy, zależy w ogromnym stopniu od połączenia między półkulami. Muszą intensywnie komunikować się ze sobą, wymieniać poglądy, dyskutować. Dlatego wiele treningów kreatywności kładzie duży nacisk na wzmacnianie połączeń między półkulami.

Jednym z nich jest specjalna gimnastyka zwana kinezjologią lub gimnastyką mózgu. Wymyślił ją Amerykanin, dr Paul Dennison. Opiera się na odkryciach neurobiologów, którzy stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że do organizowania pracy mózgu niezbędna jest... aktywność fizyczna. Dlatego małe dzieci, których mózg rozwija się najintensywniej, bez przerwy się ruszają i dlatego psycholog na dysleksję może zalecić taniec albo pływanie. I z tego samego powodu nasza umysłowa wydajność siada, kiedy całe godziny spędzamy za biurkiem, a jedyną gimnastyką jest stukanie palcami w klawiaturę komputera. Nie macie się jednak czego obawiać. Kinezjologia nie zagoni was na siłownię. Ruch, jaki propaguje ten rodzaj treningu, nie jest wysiłkowy, opiera się na naturalnej aktywności człowieka. Naciągnięcie mięśni wam nie grozi. A korzyści? Ogromne! Gimnastyka umysłu korzystnie wpływa na stan równowagi psychicznej, poczucie własnej wartości, organizację pracy, koncentrację.

Proste ćwiczenia dr. Dennisona poprawią koordynację wzrokowo-ruchową, zwiększą zdolności manualne, usuną zmęczenie, odprężą i zrelaksują. No i napompują umysł nowymi pomysłami i energią. Jest wiele (także po polsku) książek z zestawami kinezjologicznych ćwiczeń. Bez problemu możesz stosować je sama. Przykład? Proszę: do najbardziej klasycznych należą tak zwane leniwe ósemki. Polegają na wodzeniu oczami za przedmiotem o kształcie położonej ósemki (znaku nieskończoności) lub jego rysowaniu ręką w powietrzu. Ruch zaczynaj zawsze od środka w lewo do góry – lewą ręką, następnie prawą ręką i kończ obydwoma rękoma połączonymi razem. Modyfikacją tego ćwiczenia jest „słoń” – wykonujemy te same ruchy co przy „leniwych ósemkach”, ale tak, jakby robił to słoń. Kładziemy lewe ucho na lewym ramieniu i patrzymy wzdłuż wyciągniętego ramienia-trąby słonia (grzbietem dłoni do góry), nogi w kolanach lekko ugięte, mały rozkrok. Rysuj ręką w powietrzu obszerne „leniwe ósemki” (ucho przyklejone do ramienia). Całe ciało prostuj. Proste? Proste.

Mózgowy fitness

Kinezjologia to tylko jedna z metod ćwiczenia umysłu. Jest wiele rozmaitych szkół „mentalnej gimnastyki”. Inną – święcącą zresztą na Zachodzie największe sukcesy – jest neurobik. Początek tej metodzie dała – wydana także u nas – książka „Neurobik. Zadbaj o kondycję mózgu” autorstwa Larry’ego Katza i Manninga Rubina, dwóch neurologów z Duke University. Spotkała się z tak entuzjastycznym przyjęciem, że w Stanach Zjednoczonych powstają zainspirowane nią „mózgowe fitness cluby”, do których możesz chodzić, by uprawiać mentalną gimnastykę. Działają też agencje, które oferują specjalne szkolenia dla firm i osób prywatnych. Nie trzeba jednak wydawać wielu pieniędzy, by zacząć trening. Możesz to zrobić już teraz.

 

Cała sztuka polega na tym, by różne codzienne czynności wykonywać tak, aby przełamać towarzyszącą im rutynę. Pomysłów na to jest bez liku. Piszesz długopisem – zmień go na pióro albo ołówek. Jesteś praworęczna? Spróbuj umyć zęby lewą ręką. Biorąc prysznic, nie planuj w głowie dnia. Zamknij oczy. Skup się na zapachu mydła, strumieniu wody, fakturze gąbki. Bierzesz kąpiel w wannie, dodaj do wody aromatyczny olejek. Poszerz sobie skalę doznań. Jak? Na przykład dotykaj językiem kamieni i nieobrobionego drewna. Po obudzeniu się, zanim zrobisz sobie poranną kawę, wąchaj zapach wanilii, mięty czy rozmarynu (albo jakiś inny zapach, który pobudzi nowe rejony odpowiedzialne za przetwarzanie bodźców zmysłowych). Zmień drogę, którą codziennie jeździsz do pracy. W windzie biurowca naucz się rozróżniać liczby na przyciskach za pomocą alfabetu Braille’a (w większości nowoczesnych budynków są takie oznaczenia). Potem odnajduj numery pięter, posługując się dotykiem. Odwróć obrazek będący tapetą na ekranie swojego komputera do góry nogami. Każdego ranka czeka cię w pracy przegląd prasy? Spróbuj choć jeden krótki artykuł przeczytać, trzymając gazetę do góry nogami.

Nawet pozornie proste zachowania, które rozbijają codzienną rutynę, powodują, że „poruszamy” nowe obszary mózgu, które do tej pory leżały odłogiem. Dzięki temu powstają nowe połączenia między komórkami nerwowymi, nasz mózg staje się bardziej plastyczny.

Śpij i twórz

Kolejny pomysł na poruszenie niemrawych neuronów to zaproszenie do towarzystwa osób, które myślą inaczej niż ty. Recepta jest prosta: pracujesz nad jakimś zagadnieniem i nic ci z tego nie wychodzi? Poproś o pomoc kolegów z pracy, męża, ba! Nawet własne dzieci. To nie muszą być specjaliści. Może nawet lepiej, żeby nimi nie byli. Genialny fizyk Albert Einstein podsumował to tak: – Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić – tłumaczył – aż znajduje się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi. Kreatywność w ludziach wyzwala także nieskrępowana możliwość przerzucania się rozmaitymi, nieraz nawet niezbyt mądrymi pomysłami. Czy zastanowiło cię kiedyś, dlaczego najlepsze rozwiązania przychodzą zwykle w czasie snu?

Poczucie humoru, absurdalne skojarzenia uruchamiają w naszej głowie połączenia neuronalne, których nie używamy na co dzień. Żartowanie, zabawa sprawiają, że nasz mózg staje się bardziej plastyczny. Bo wtedy nasz umysł zrzuca ograniczenia codziennej, zdroworozsądkowej logiki. Wiedział o tym dobrze na przykład Salvador Dali. Zapadał w drzemkę, którą doprowadzał do stanu przed I fazą snu. Wtedy następuje proces zasypiania, stan rozluźnienia na granicy jawy i śnienia. Tętno wyrównuje się, oddech staje się regularny, temperatura ciała opada. Codzienne problemy i wrażenia zmysłowe płynące z otoczenia stają się przyjemnie odległe. Świadomość zasypiającego pogrąża się w tak zwanych wyobrażeniach hypnagogicznych, są to fragmenty obrazów, elementy snów i wizji. W mózgu rejestruje się wtedy fale o częstotliwości alfa, czemu towarzyszy wrażenie przyjemnego relaksu, gdy myśli przepływają przez umysł niezakłócone koncentracją, swobodnie jak chmury na niebie.

Dali zasypiał tak na fotelu, trzymając w dłoni łyżeczkę opartą o szklankę. Gdy wchodził w głębszy sen i jego mięśnie rozluźniały się, budził go hałas opadającej łyżeczki. Dzięki temu artysta pamiętał obrazy jawiące mu się przed chwilą pod powiekami i uwieczniał je na płótnie.

Żartuj i nie bój się marzyć

Naukowcy odkryli, że podświadomość jest znacznie bardziej kreatywna niż świadomość. Dlatego od czasu do czasu oderwijmy się od obowiązków i pozwólmy myślom poszybować w krainę niebieskich migdałów. W tym czasie pomysły stają się wolne, zaczynają rekombinować ze sobą według nowych wzorów i nieprzewidywalnych połączeń. Jesteśmy bardziej otwarci na głosy z wewnątrz, gdy nie myślimy o czymś wprost, dlatego relaks służy kreatywności.

Na jawie barierę logiczności próbuje się też pokonywać w tak zwanej burzy mózgów. Warunek: trzeba mówić wszystko, co tylko przyjdzie do głowy, żadna wypowiedź nie może być oceniana negatywnie, nie należy także samemu cenzurować swoich wypowiedzi. Takie wyładowania umysłów przynoszą czasami zdumiewająco dobre rezultaty. Zwłaszcza jeśli przebiegają w miłej, sprzyjającej i bezpiecznej atmosferze. Poczucie humoru, absurdalne skojarzenia uruchamiają w naszej głowie połączenia neuronalne, których nie używamy na co dzień. Żartowanie, zabawa sprawiają, że nasz mózg młodnieje.

Bogate umysły

Swój mózg możesz także ćwiczyć, zapisując się na kursy, które rozwijają jakieś nietypowe umiejętności, na przykład szybkiego czytania, technik pamięciowych. A może naucz się języka migowego? Warto. Niedostatki ciała pozbawionego ruchu widać w lustrze. Zastały umysł powoduje, że tracisz radość życia. Szybciej się starzejesz. Tymczasem trenowany umysł młodnieje. Dzieje się tak dzięki wzmożonej produkcji neurotrofin, małych cząstek białka w naszym mózgu, które odżywiają nerwy – odmładzają komórki nerwowe, naprawiają powstałe w nich zniszczenia, przywracając ich funkcje. Pod wpływem neurotrofin odradzają się nawet te komórki, które uznawano za stracone. Większa ilość neurotrofin opóźnia proces psychicznego starzenia.

Neurolog Robert Freidland z zespołem z Case Western Reserve University School of Medicine w Cleveland przeprowadził badania, z których wynika, że ludzie, którzy byli w ciągu życia bardziej aktywni umysłowo, podejmowali nowe wyzwania, rzadziej chorują na chorobę Alzheimera niż ci, których jedyną kreatywnością było przełączanie programów w telewizorze. Wpływ nowych bodźców na mózg potwierdzają też badania przeprowadzone na zwierzętach. Stwierdzono na przykład, że u szczurów żyjących w pustych i ciemnych klatkach, w których ograniczono do minimum liczbę bodźców zmysłowych, kora mózgowa osiąga mniejsze rozmiary i ma znacznie uboższą sieć połączeń niż u szczurów hodowanych w środowisku pełnym różnego rodzaju dźwięków, obrazów, zapachów, smaków.

Mówi się, że na co dzień wystarcza nam zaledwie 10 procent naszego umysłowego potencjału. Co się stanie, gdy zdołamy obudzić choć promil więcej? Wszystko tkwi w głowie. Spróbuj.

  1. Psychologia

Jak nawiązać relację? Przyda się szczerość i empatia

W relacji odpowiedzialność zawsze leży po obu stronach. (fot. Getty Images)
W relacji odpowiedzialność zawsze leży po obu stronach. (fot. Getty Images)
Relacja nie bierze się znikąd, ktoś musi ją zacząć. Pierwszy krok to szansa na ciekawą znajomość, może szczęśliwy związek, ale także ryzyko odmowy. O szczerości od początku znajomości i empatycznej odmowie rozmawiamy z Martą Wołowską-Ciaś, psychoterapeutką Gestalt.

Czy dla mężczyzny zrobienie pierwszego kroku to wyzwanie czy prawdziwa próba atrakcyjności? Myślę, że i jedno i drugie. Każdy ma swój wewnętrzny wizerunek, wyobrażenie o samym sobie. Zainicjowanie kontaktu pozwala na skonfrontowanie tego, co myślimy o sobie, z tym, jak jesteśmy odbierani przez płeć przeciwną. Pierwszemu krokowi, w każdych okolicznościach, zazwyczaj towarzyszy niepewność, obawy, lęk, podekscytowanie. Ważne, żeby być świadomym swojego „tu i teraz” i nie zagłuszać uczuć, biorąc udział w wyścigu na atrakcyjność.

Każdego dnia, zarówno kobiety jak i mężczyźni, stają się niewolnikami nowych wyzwań. Stajemy się coraz bardziej uzależnieni od osiągnięć, sukcesów, nowych umiejętności. Obserwuję ten trend nie tylko w ludziach korporacji i biznesu, ale także w dziedzinie rozwoju osobistego.

Co wstrzymuje mężczyzn w zrobieniu pierwszego kroku, mimo że jest zainteresowany kobietą? Na to pytanie chyba najlepiej odpowiedziałby jakiś pan (śmiech), ale pewnością wstrzymuje nas to samo: brak zainteresowania, sygnałów niewerbalnych i obojętność. Znam wiele kobiet, bardzo inteligentnych, wykształconych, na wysokich stanowiskach, niezależnych finansowo, znających języki, kobiet urodziwych, które podróżują, czytają, mają pasję, rozwijają się duchowo, fizycznie i emocjonalnie. Ideał. Jednak ten ideał jest sam i samotny. Zastanawiam się, co te kobiety takiego mają bądź robią, co blokuje mężczyzn. Myślę, że taka postawa może budzić w mężczyźnie silny lęk, wręcz kastracyjny. Na przestrzeni lat role naprawdę bardzo się odwróciły, a granice między tym co męskie, co nie, zatarły. Kobiety chyba szybciej się przystosowały, zyskując więcej niezależności swobód i praw, a mężczyźni czują bardziej stratę niż zysk nowego. Taka kobieta może przecież odrzucić zaloty, a mężczyzna przeżyje to jako stratę i zamach na jego poczucie wartości, męskości, atrakcyjności. Może lepiej nie robić ruchu, ale pozostać w swojej bezpiecznej strefie komfortu? Samotnie, ale bez narażenia na zranienie? Być może takich zranień w przeszłości doświadczył już wiele lub od ważnej osoby. Każdy z nas ma swój indywidualny sposób unikania kontaktu ze sobą i z drugą osobą. Powodów może być wiele, a odpowiedzi na pewno możemy szukać w przeszłości. Kobiety często dopatrują się przyczyny odmowy w sobie, czy mężczyźni reagują podobnie? Myślę, że odrzucony mężczyzna, podobnie jak i kobieta, może ulec pokusie jednego z dwóch biegunów. Może poszukiwać niedoskonałości tylko i wyłącznie w sobie, zagłębiać się w swoich niedostatkach i trudnościach, grzęznąc tym samym w bezruchu, albo odciąć się zupełnie od uczuć towarzyszących niepowodzeniu, nie kontaktując się ze smutkiem, złością, poczuciem wstydu….

Tymczasem dobrze jest znaleźć równowagę między tym, co po mojej stronie (Jak moje zachowanie wpłynęło na taki stan rzeczy?), a tym, co od nas niezależne. W relacji odpowiedzialność zawsze leży po obu stronach. Świadomość siebie, swoich uczuć, zachowania, ciała, myśli, może okazać się bardzo pomocna w pozostaniu bliżej „środka”. Jeśli zdarzałoby się tak w wielu znajomościach lub wręcz każda kończyłaby się tak samo, warto warto poszukać głębiej odpowiedzi w sobie na przykład podczas terapii. Mężczyzna, nie generalizując oczywiście, powszechnie uważany jest za mniejszego wrażliwca, jeśli chodzi o swój wygląd zewnętrzny. To my bardziej kobiety nadają odmowie znaczenie: „jestem za gruba, mam za małe piersi, zbyt krągłe biodra...”.

Mężczyzna robi pierwszy krok, kobieta nie jest zainteresowana, ale nie wyraża tego wprost, więc mężczyzna nalega. Kiedy się wycofać, żeby nie stać się nachalnym? I tu od początku zaczyna się taniec nieszczerości. No bo czemu ona nie wyraża wprost? Boi się, wstydzi, robi to ze złości? Co stoi za taką postawą braku otwartości? Brak asertywności, niska samoocena, a może wielkie ego i brak kontaktu ze sobą samą. Co takiego jest w historii tej  kobiety, że w taki sposób buduje relację? I co takiego się stało, że mężczyzna nie zauważa braku zainteresowania i nalega, nie czując nieszczerości drugiej strony? Taka sytuacja zaciekawia mnie niczym detektywa-terapeutę.

Każdy z na ma własną „granicę nachalności”. Trudno odpowiedzieć mi na to pytanie z matematyczną dokładnością. Zaciekawia mnie na pewno, jakie korzyści mają obie strony z takiej gry, a to, jak długo ona potrwa, zależy od głębokości trudności każdego z uczestników.

Na czym polega empatyczna odmowa? Empatyczna odmowa czy rozmowa to taka, w której wykorzystujemy komunikat „Ja”. Ja (czuję : złość, smutek, strach, radość….), kiedy Ty ( opis zachowania), ponieważ chcę (określenie swoich oczekiwań, potrzeb), czyli na przykład: „Jestem zdenerwowana, kiedy muszę czekać na ciebie, gdy się spóźniasz, ponieważ nie wiem, co się z tobą dzieje i za ile się pojawisz, chciałabym, abyś w przyszłości wysłał do mnie sms, że się spóźnisz i napisał, za ile faktycznie przyjdziesz.”

Ważne, żeby umieć wejść na chwilę w przysłowiowe buty drugiej osoby, zobaczyć jej oczami tę sytuację, i jednocześnie pozostać przy swoim. To podstawa asertywnego zachowania, relacji JA - TY. Ważne jest podanie powodu odmowy, rodzaj informacji zwrotnej tak, aby druga osoba nie została z poczuciem niewiedzy i odpowiedzi „nie, bo nie”.

Jak sobie poradzić z odmową, żeby nie stała się odrzuceniem? To, co możemy zrobić, to wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje zachowanie i uczucia, nie mamy natomiast wpływu na sposób zachowania, czyli sposobu odmowy tej drugiej strony. Może okazać się, że to będzie bolesne. Być może nawet intencją tej drugiej strony będzie zranienie nas i odrzucenie. Wtedy z pomocą przyjdzie nam czas, grono bliskich zaufanych osób i - albo lub - psychoterapeuta. W takiej sytuacji mamy jedynie wpływ na siebie i wybór zachowania: w kolejnej relacji staniem się ofiarą albo katem a może po prostu stwierdzimy, że z tą osobą było nam nie po drodze?

Marta Wołowska Ciaś, dziennikarka, certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, www.wolowska.pl

  1. Seks

Na miłość nigdy nie jest za późno. Związek po rozwodzie

Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Po przejściach, doświadczeni, czasem zgorzkniali. Myśleli, że porywy serca dawno już za nimi. Przygotowywali się do życia w samotności. Dziś mówią: „Na miłość nigdy nie jest za późno”.

Rozwodzimy się coraz częściej. Smutne? Niekoniecznie. Bo prawie wszyscy rozwodnicy wchodzą w nowe związki. Część już rok po rozstaniu zawiera drugie małżeństwo. Połowa wszystkich rozwodników decydujących się na zalegalizowanie nowego związku robi to do trzech lat po rozwodzie.

Pięć minut przed miłością

– Liczba związków zawiązywanych w drugiej połowie życia rośnie i będzie rosnąć - mówi Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z SWPS. - Osoby, które wchodzą w takie relacje, to najczęściej dwa typy. Pierwsi to ci, którzy rozstali się z pierwszymi partnerami. Drudzy – których też jest coraz więcej – to ludzie, którzy do pewnego momentu stawiają na karierę. Dopiero z upływem czasu doceniają wartość stabilnej relacji.

Anna: – Miałam 42 lata, za sobą wiele związków i jedno (studenckie) małżeństwo. Przeczytałam mnóstwo mądrych psychologicznych książek, byłam na wielu warsztatach. Dzięki temu dużo zrozumiałam. Między innymi to, że w niektóre relacje wchodziłam niepotrzebnie, bo chciałam mieć dziecko. Przed poznaniem Jego pierwszy raz pomyślałam: „Nic na siłę. Nie muszę być matką. Mam fajną pracę, przyjaciół, pieniądze. Moje życie jest pełne. Czuję ulgę, odpuszczam”.

Ewa: – Pamiętam taką scenę pięć lat temu. Wracam z pracy z siatami wypchanymi zakupami. Na kanapie leży mąż. Ogląda wiadomości. Nawet nie wstaje, żeby mi pomóc. Nie, nie jesteśmy złym małżeństwem. Jesteśmy poprawni. Seks uprawiamy dwa razy w tygodniu. Mamy córkę w liceum i tych samych przyjaciół od lat. Sporo jem, mało marzę. Na terapii mówię: „Tak będzie zawsze, chyba się z tym pogodziłam”. I pamiętam scenę cztery lata temu. Jestem już sama, mąż odszedł do kochanki (nie wiedziałam, że od pięciu lat prowadził podwójne życie). Mało jem, dużo piję. Na terapii mówię: „Nigdy już nikomu nie zaufam”.

Adam: – Większość życia spędziłem sam. W sumie mi to pasowało. Związki miałem przelotne. Poważniejsze dwa. Na studiach i cztery lata temu. To moje partnerki odchodziły. Zdawałem sobie sprawę, że w jakimś sensie jestem za to odpowiedzialny. Nie chciałem się zmieniać dla drugiej osoby, nie uważałem, że koniecznie muszę z kimś być. Kiedy czułem, że ranię tym kobietę – emocjonalnie stygłem. Wolałem się odsunąć. Jednak rozpad ostatniego związku bardzo mnie zabolał, zdezorganizował moje życie. „Nie chcę więcej się tak czuć” – postanowiłem. Więc na krótko przed poznaniem Jej stan był mniej więcej taki: jestem 43-letnim singlem. Przygotowuję się do spędzenia reszty życia w samotności.

Paweł: – Śmiałem się często: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”. Po rozwodzie, z dwiema córkami, miałem kochankę. Ona marzyła o ślubie i dzieciach. Ale ja nie chciałem wspólnego życia, garów i kobiecych pretensji. Nie chciałem więcej dzieci. Poświęciłem się pracy.

Poznanie

– W młodzieńczym okresie życia rządzi nami biologia. Ona często przyciąga osoby bardzo się różniące, które – z czasem – muszą się do siebie dopasować. To nie jest łatwe - twierdzi Katarzyna Popiołek. - Dodatkowa trudność: młodzi ludzie, dojrzewając, zmieniają się, przeformułowują swoje preferencje i dotychczas uznawane wartości. Zglobalizowany świat odrzuca wszystko, co odbiega od idealnej normy, więc i my mamy duże wymagania. Jeśli znajdujemy kogoś lepszego pod jakimś względem, a taki zawsze przecież istnieje, odchodzimy do niego. Kiedy w niedojrzałym związku pojawiają się problemy, zamiast naprawy tego, co się zepsuło, następuje wymiana partnera na nowy model. Gdy wchodzimy w związki w późniejszym wieku, lepiej znamy siebie i trafniej też możemy rozpoznać, z kim się wiążemy, bo nasi przyszli partnerzy także są wyraźniej określeni. Wybieramy najczęściej w grupie osób podobnych do nas. Stawiamy na odpowiedniość stylu życia, upodobań. Rzadziej się oszukujemy, bo już nam się nie chce. Patrzymy przede wszystkim na to, jaką ten ktoś ma wartość dla nas, a nie które miejsce zajmuje w społecznym rankingu.

Anna: – Zaczęliśmy się spotykać na firmowych korytarzach. Sprawiał wrażenie ciepłego i nieśmiałego. Przystojny, inteligentny, szarmancki. Podobał się kobietom, byłam pewna, że ktoś taki nie może być samotny. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie na tematy zawodowe. Przełom nastąpił, kiedy podczas wyjazdu integracyjnego zobaczył mnie wyjadającą z puszki gulasz angielski. „Chcesz trochę?” – spytałam po prostu. Potem wyznał: „Pomyślałem, że kobieta, która wcina mięso z puszki, nie może być sztywna i niedostępna”. Po powrocie potrafił trzy razy dziennie przyjść do mnie pod jakimś pretekstem. A to chciał czyjś telefon, a to podpytać o moje projekty. Z czasem zaczął mi opowiadać o swojej rodzinie. Nic za tym jednak nie szło. Nie proponował spotkania poza pracą, choć między wierszami wyznał, że z nikim nie jest związany. Kiedyś mi się przyśnił. To był mocny sen. Jakiś koszmar, dokładnie nie pamiętam. I on w tym śnie mnie uratował. Rano wstałam kompletnie wytrącona z równowagi, rozmiękczona. Jestem realistką, zwykle takie rzeczy nie mają na mnie wpływu, ale cały dzień o nim myślałam. Następnego dnia zadzwonił: „Musimy pogadać”. Pogadaliśmy, ale nie o nas. Tyle że od tej pory i tak patrzyłam już na niego inaczej.

Ewa: – Było lato, siedziałam w poczekalni u dentysty, przeglądałam gazetę. Miałam nieułożone włosy, kiepski makijaż, brzydką sukienkę. Wszedł On. Zadbany, w garniturze, bardzo przystojny. „Cholera, dlaczego nie ubrałam się inaczej” – przeklęłam w duchu. Zauważył chyba moje spojrzenie. Zagadał. „Ciekawa gazeta?” „Niezwykle” – zaśmiałam się. Gdy wychodziłam z gabinetu, zapytał, czy dam mu swój telefon. Zadzwonił dopiero pięć dni później, wchodziłam akurat do windy, ledwo słyszałam: „Nie zapisałem jednej cyfry. Przez pięć dni próbuje dociec, jakiej. Obdzwoniłem ponad 40 osób”. Jeszcze tego samego dnia piliśmy herbatę w kawiarni pod moim domem. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Też był po rozwodzie. Miał dzieci. W weekend wyjechaliśmy razem w Bieszczady.

Adam: – Od razu zwróciłem uwagę na jej oczy. I uśmiech, bo kiedy się uśmiecha, śmieje się całymi oczami. Była wysoka, zgrabna, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zrobiło na mnie wrażenie jej mieszkanie, do którego trafiłem kiedyś ze znajomymi. Jestem architektem, wnętrza są dla mnie ważne. „To dom osoby silnej i zdecydowanej” – pomyślałem. Żadnych kobiecych pierdółek, śladu taniego romantyzmu, którego nie lubię. Potem zorganizowałem imprezę specjalnie po to, żeby ją do siebie zaprosić. Poszliśmy na balkon zapalić, przytuliłem ją. I tak zostało.

Paweł: – Mój przyjaciel zadał mi niedawno pytanie: „Stary, ale dlaczego ona?!”. Nie potrafię odpowiedzieć. Miałem wiele piękniejszych, zgrabniejszych kochanek. Gdy ją zobaczyłem, w ogóle nie myślałem o wyglądzie. Ona miała ciepłe oczy. Fajnie odgarniała włosy z czoła i bardzo mi się spodobała jej sukienka. W pracy otaczają mnie sztuczne, profesjonalne kobiety. W niej było coś prawdziwego. Na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że rzuciła pracę w korporacji i zakłada własną działalność, bo skończyła 40 lat i już najwyższy czas, żeby zacząć być wolnym człowiekiem. Zawsze imponowali mi odważni ludzie. Żona taka nie była.

Wnioski z dawnego życia (po poznaniu nowych miłości)

Anna: – Kochałam awantury i życie na krawędzi. Byłam wymagająca, nietolerancyjna. Bałam się stabilizacji, bo tylko emocjonalny chaos znałam z domu. Partnerów musiałam zdobywać. Gdy już osiągnęłam swoje, nudziłam się. I albo odchodziłam sama, albo prowokowałam, by partner mnie zostawił. A wtedy cierpiałam. Ten stan kojarzyłam z miłością.

Ewa: – Jestem pewna, że w jakimś sensie przyczyniłam się do tego, że mąż mnie zdradził. Nie chciało mi się. Byłam zajęta dziećmi, potem przyjaciółkami. Pochodzę z rodziny, gdzie normalne jest to, że kobieta usługuje mężczyźnie. Więc ja też usługiwałam, a potem robiłam awantury. Albo płakałam i zamykałam się w sobie.

Adam: – Często się bałem, że dziewczyna mnie porzuci. Znajdowałem kobiety trochę w typie borderline. Wieczna huśtawka. Jedna z nich, kiedy się ze mną kłóciła, po prostu przestawała jeść. „To przez ciebie” – mówiła. Wiesz, jak się czuje mężczyzna, który słyszy coś takiego? Jak morderca.

Paweł: – Byłem egoistą: „Ja, ja, ja”. Moje sprawy, moje priorytety. Uważałem, że tylko życie na ful ma sens.

Związek

- Młodzi żyją iluzjami, romantyczna miłość nakłada im różowe okulary, dlatego ich związki nie wytrzymują często zderzenia z twardą rzeczywistością. Poza tym pojawienie się dzieci, walka o pracę generują konflikty. Dojrzali ludzie są już od tego wolni. Mają – zwykle – ustabilizowaną pozycję i realistyczne wymagania, nie oczekują, że ktoś ich będzie stale bezwarunkowo uwielbiał. Nie wierzą w ekstatyczne szczęście, które nie przestaje trwać. Mają już za sobą trening społeczny. Są mniej roszczeniowi. Wiedzą, że wszystkie relacje wymagają kompromisu - mówi Katarzyna Popiołek.

Anna: – Po miesiącu związku zorientowaliśmy się, że w zasadzie mieszkamy razem. Po pracy wracaliśmy do mnie, bo było bliżej od naszej pracowni, on u siebie praktycznie nie bywał. Po pół roku zdecydowaliśmy – moje małe mieszkanie w centrum wynajmujemy, a ja przenoszę się do jego pięknego dużego domu pod lasem. I to chyba jedyny minus, bo nie znoszę tej okolicy, długich dojazdów do pracy, brak mi gwaru miasta. Ale pierwszy raz w życiu pomyślałam, że uczucie to też pójście komuś na rękę. Kompromis. I odpuszczanie. Kiedyś miałam wszystko wysprzątane. W środku nocy potrafiłam szorować wannę. Przy nim nauczyłam się, że nic się takiego nie dzieje, kiedy nie jest sterylnie. Sprzątamy raz w tygodniu, proszę bardzo. Porozrzuca ciuchy? Niech leżą. Nie robię o to awantur. Szkoda mi życia. Nagle okazało się, że drobiazgi nie muszą być problemem. Jednak czasem wybucham. On, kiedy go zdenerwuję, zamyka się w sobie. Ale na szczęście o wszystkim rozmawiamy. On mnie uspokaja, wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystko robimy razem, ciągle się przytulamy, trzymamy za ręce. Nie mamy siebie dość, tak jakbyśmy nadrabiali stracone lata, gdy nie byliśmy razem.

Ewa: – Po miesiącu mi się oświadczył. „Zwariowałeś” – powiedziałam. Bałam się. Ale on po roku znów spytał: „Wyjdziesz za mnie?”. Jak nastolatka napisałam przyjaciółce: „Hurra, jednak znów zostanę żoną”. Nie mieliśmy problemów z dziećmi, nie było dystansu. Oboje byliśmy dawno po rozwodzie – to zniwelowało ewentualne konflikty. Nasze córki się polubiły. Dziś razem mieszkają. Przed oczami stają mi takie obrazki: nasze pierwsze święta. Jest śmiech i radość. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się z eksmężem. Kiedyś wszystko dusiłam w sobie, teraz otwarcie mówię: „Nie podoba mi się to i to”. A on nie ma żadnego focha – mój były nie odzywałby się przez dzień albo dwa. Pierwszy raz w życiu widzę, że to mit, że mężczyźni nie rozmawiają o uczuciach. „A co czujesz, czego chcesz, masz ochotę wyjść do moich znajomych, nie masz?” – pyta mnie wciąż. Nakręcamy się pracą – dla niego też to jest ważne. Teraz dopiero widzę, ile znaczą wspólne wartości. Były o 17.00 wyłączał służbowy telefon i miał wszystko w nosie. Z drugiej strony – nie umiał z tej wolności korzystać, zanurzał się w kanapie. Teraz podróżuję, w weekendy organizujemy kolacje dla mnóstwa znajomych. Nie ma podziału: „to moje”, „to twoje”. Dzielimy się rachunkami. On na początku się tego bał, ale przegadywaliśmy to milion razy. „Albo jesteśmy razem ze wszystkim, albo nie jesteśmy” – powiedziałam. Uważałam, że wiek nie ma nic do rzeczy, bo miłość to miłość.

Adam: – Przed chwilą zadzwoniła. Była zła, bo jej powiedziałem, że się zagadaliśmy i się spóźnię, a za chwilę ma przyjść do domu hydraulik. Kiedyś bym się bał, że ją stracę, bo zawodzę. Ale emocje miną, wiem. Teraz bycie razem kojarzę z radością, a nie z lękiem. Nie boję się, że ona odejdzie. Miłość jest zaprzeczeniem lęku. Doceniam zwyczajność. Moment, gdy dzwoni jej budzik, a ja wstawiam wodę na kawę. Potem przynoszę jej tę kawę do łóżka, rozmawiamy. Lubię nasze dyskusje o literaturze, o filmie, bieżących wydarzeniach. I lubię jej siłę, jestem dumny, że jest taka inteligentna i bystra. Jesteśmy partnerami. Męczył mnie podziw młodszej dziewczyny, z którą się kiedyś spotykałem: „Bo ty tak wszystko wiesz”, mówiła. Nie nadaję się na Pigmaliona.

Paweł: – Jest piątek po południu, jadę po kwiaty. Jutro wyjeżdżamy do domu na Mazurach. Czasem myślę, że mamy wszystko. Odchowane dzieci, pieniądze i szczęśliwą miłość. Córkom powtarzam: „Nigdy nie jest na nic za późno”. Ale nie myśl, że jest idealnie. Nie jest. Tyle że dojrzali ludzie chyba już nie wierzą, że coś może być idealne. Widzą swoje błędy, chcą się zmieniać. I są tolerancyjni wobec tej drugiej osoby. Mam na przykład obsesję na punkcie porządku, to się nie zmieniło. Wracam do domu, kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Ugotowałaś kolację? Pycha. To ja potem pozmywam” – mówię. Nie chcę sprawiać jej przykrości. To jest ważniejsze niż jakiś tam porządek.

Plany

Anna: – Wspólna starość. Takie zwykłe bycie razem. Wkrótce ślub. Wierzę, że nam się uda.

Ewa: – Ja już nie mam planów. Bliska mi jest praktyka mindfulness. Jest tu i teraz. I o to „tu i teraz” dbam.

Adam: – Myślę o dziecku, czasem. I myślę, że ono się pojawi. Nie musi być „nasze” biologicznie. Możemy przecież zaangażować się w wolontariat. Pomóc komuś. To jeszcze przed nami.

Paweł: – Po raz pierwszy myślę, że chciałbym mieć jeszcze syna. Albo jeszcze jedną córkę. Mamy oboje po 43 lata – dlaczego nie mielibyśmy spróbować?

Dojrzali ludzie są bardziej pogodzeni ze sobą, z tym, jacy są, jak wyglądają. Nie uważają, że wszystko im się należy, potrafią lepiej docenić starania partnera. Dojrzałe związki mają więc dużo większe szanse na przetrwanie. Ale warunkiem jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. U osób despotycznych, narcystycznych, które chcą być uwielbiane, a jednocześnie nie potrafią kochać, z wiekiem pewne cechy – uniemożliwiające szczęśliwy i trwały związek – się pogłębiają. W efekcie dzieje się tak, że z nowym partnerem mają te same, stare problemy.

PS Anna i Adam są parą od 2011 roku. Ewa i Paweł – małżeństwem od trzech lat.

  1. Psychologia

Kreatywność – czym jest i jak zacząć myśleć twórczo?

W potocznym rozumieniu ograniczamy kreatywność do tego, co robią projektanci, artyści, pracownicy agencji reklamowych. Ale przecież nie tylko oni są twórczy... (Fot. iStock)
W potocznym rozumieniu ograniczamy kreatywność do tego, co robią projektanci, artyści, pracownicy agencji reklamowych. Ale przecież nie tylko oni są twórczy... (Fot. iStock)
Tryskający kilkoma pomysłami na minutę, co chwilę doznający olśnienia – tak według wielu powinien wyglądać idealny pracownik, człowiek kreatywny. O to, na czym właściwie polega twórcze myślenie, jak zwiększyć i co to jest kreatywność i czy w każdej pracy jest potrzebna – pytamy dr Lidię Czarkowską

, psycholożkę.

Warto odczarować pojęcie kreatywności jako daru niebios, owianego nimbem tajemniczości, zwanego natchnieniem i przypisywanego wielkim artystom. Kreatywność jest wpisana w naturę człowieka. Jako istoty myślące nie tylko reagujemy na to, co się dzieje w otoczeniu, ale też jesteśmy istotnym źródłem wszelkich innowacji i zmian.

Psychologia postrzega kreatywność z jednej strony jako element związany z naszymi wrodzonymi talentami i predyspozycjami, z drugiej – jako rodzaj umiejętności, którą możemy rozwijać. Są testy, które mierzą potencjał kreatywny człowieka, np. test Guilforda. Polega on na tym, żeby w ograniczonym krótkim czasie wymyślić różne zastosowania zwyczajnego przedmiotu, np. cegły. Ocenia się w nim tzw. płynność kreacyjną, czyli to, ile pomysłów ktoś wygeneruje, oraz tzw. giętkość adaptacyjną, czyli fakt, z jak różnych dziedzin pochodzą pomysły, co wyraża umiejętność wykorzystania różnorodnych właściwości cegły.

Zatem w jakim stopniu ten potencjał jest wrodzony, a w jakim można rozwijać naszą kreatywność? Oczywiście są pewne uwarunkowania genetyczne, jedne osoby „na starcie“ mają tego potencjału mniej, inne więcej, ale jesteśmy w stanie wzmacniać i rozwijać go przez ćwiczenia. Tak jak są skuteczne techniki uczenia się albo zapamiętywania, tak i istnieją techniki stymulowania kreatywności.

Na czym polegają takie ćwiczenia pobudzające kreatywne myślenie? Przede wszystkim chodzi o to, żeby rozluźnić krytycyzm oraz zwolnić się z myślenia, że coś jest niemożliwe, za drogie albo nie takie, jak powinno być – myślenie analityczne i myślenie krytyczne wymagają innych operacji mentalnych niż kreatywność i mogą ją blokować.

A jak wygląda sam proces kreatywności? Co to jest kreatywność w kontekście twórczego myślenia? Klasyczny łańcuch twórczego myślenia rozpoczyna się od fazy przygotowania, w której zbieramy dane potrzebne do rozwiązania jakiejś sytuacji i na poziomie intelektualnym staramy się świadomie wymyślać rozwiązania albo wygenerować pomysły. To jest żmudna praca i w końcu może pojawić się frustracja, czyli stan „nie da się“. A wtedy – zamiast walić głową w mur i wściekać się na siebie albo na świat –  można zrobić świadomą przerwę, zakładając, że jeżeli w tym czasie przyjdzie nam do głowy jakiś pomysł (co może się zdarzyć, ale niekoniecznie), to warto go zanotować. Niektórzy kładą nawet kartkę papieru koło łóżka, bo badania pokazują, że około trzeciej nad ranem z podświadomości uwalniają się albo niepokoje, które odrzucamy w ciągu dnia, albo genialne skojarzenia z tym, nad czym wcześniej pracowaliśmy. Ta dłuższa przerwa jest fazą inkubacji. Olśnienie może pojawić się właśnie w tym czasie albo gdy już wrócimy do pracy.

Kiedy już wypracujemy wiele rozwiązań, przychodzi czas na ich selekcję i weryfikację według kryteriów, które postawiliśmy sobie na początku.

Mówimy teraz o sytuacji indywidualnej, ale przyjrzyjmy się pracy w zespole. Jak powinna wyglądać burza mózgów według psychologii kreatywności? W klasycznej burzy mózgów Osborna zaczynamy od fazy kreatywnej (zielonej), podczas której generujemy pomysły. Wszystkie je zapisujemy i na tym etapie żadnego się nie ocenia. Potem następuje faza inkubacji i ważne jest, by w tym czasie funkcjonowało tzw. pudełko na pomysły spóźnione – może mieć formę skrzynki mailowej lub telefonicznej, do której przekazujemy rozwiązania, czy prawdziwego pudełka postawionego w dostępnym miejscu. Dobrą praktyką jest zrobienie po przerwie drugiej fazy kreatywnej, kiedy do wcześniejszych pomysłów dokładamy kolejne. I dopiero wtedy rozpoczyna się faza oceny przez ekspertów (czerwona). W fazie burzy mózgów 90 proc. pomysłów trafia do kosza, 10 proc. jest do przemyślenia i tylko 1 proc. będzie strzałem w dziesiątkę, ale tutaj spełnia się powiedzenie, że ilość przechodzi w jakość, bo bez tych 90 proc. słabych pomysłów nie powstałyby genialne rozwiązania.

Znana jest także metoda, choć rzadko stosowana, „indywidualnej burzy mózgu“, kiedy nie mamy do dyspozycji grupy, a chcemy przepracować jakiś temat. Praktycznie wygląda to tak, że siada się nad kartką i zapisuje wszystkie pomysły, jakie przychodzą do głowy. Naturalne jest, że na początku mózg generuje sporo pomysłów, ale należą one do kategorii oczywistych, ze zbioru „już o tym myślałem“. Potem przychodzi faza chwilowej blokady mentalnej, którą trzeba przeczekać, aż nadejdzie nowa fala, a wraz z nią pojawiają się pomysły mniej oczywiste. Robimy przerwę, po której wracamy do pracy kreatywnej i dopisujemy kolejne rozwiązania przed przejściem do ich weryfikacji.

Zwykle boimy się przerwać pracę, jeśli dobrze nam idzie. Pani mówi, że umysł potrzebuje takiej przerwy, jeśli zastanawiamy się, jak zwiększyć kreatywność. Tak, ale żeby doszło do inkubacji, czyli wylęgania się pomysłów, konieczna jest faza przygotowawcza. Musimy poznać i zrozumieć istotę problemu oraz zebrać wszystkie potrzebne dane.

Co sprzyja kreatywnemu myśleniu? Fundamentalne poczucie bezpieczeństwa, relaks, odprężenie. Jeżeli jesteśmy rozluźnieni i w dobrym nastroju, nasz mózg jest bardziej płodny, możemy się tym cieszyć i bawić, a dopiero potem oceniać poszczególne pomysły. Także otoczenie ma znaczenie  – kreatywność wspomagają otwarte, duże przestrzenie oraz możliwość pracy nie tylko przy biurku. I odwrotnie – źle zorganizowany open space albo praca w ciągłym kontakcie z innymi może u niektórych blokować proces twórczy, który przecież wymaga koncentracji uwagi. Dużą rolę odgrywa również pozycja ciała: inna jest pozycja marzyciela (odchylone ciało, otwarta postawa ciała, ręce założone za głowę), inna pozycja realizatora planisty (pochylony nad biurkiem) i jeszcze inna krytyka (postawa zamknięta, z założonymi rękami).

A jacy są wrogowie naszej kreatywności? Na pewno stres i zmęczenie. Jeżeli jesteśmy zdenerwowani i działamy pod wpływem silnych emocji, mózg schodzi na poziom działań instynktownych, podczas których testujemy stare, sprawdzone metody. Zabójczy dla kreatywności jest też strach. Czasami mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków, z czego można by wnioskować, że jeżeli ktoś się boi, to wygeneruje więcej pomysłów. Nic bardziej mylnego, pracownicy zarządzani poprzez strach będą starali się przetrwać, a nie wymyślać coś nowego. Do pewnego stopnia wrogiem kreatywności jest również perfekcjonizm, bo wiąże się z nim precyzyjność, dokładność, powtarzalność i założony wcześniej stan do osiągnięcia. Istnieją badania potwierdzające, że osoby skłonne do perfekcjonizmu są zarazem bardziej zamknięte poznawczo i preferują struktury oraz powtarzalne sekwencje.

Kreatywność jest dziś odmieniana przez wszystkie przypadki. Czy bycie kreatywnym to konieczność i każdy powinien stale ćwiczyć kreatywne myślenie? Dużo się mówi o potrzebie kreatywności. Z jednej strony jest to prawda, bo świat jest na tyle zmienny i nieprzewidywalny, że pomysłowość i elastyczność są ważne, ale z drugiej – w wielu zawodach potrzebna jest powtarzalność, rutyna, precyzja, dokładność. Jeśli więc ktoś odnajduje się w takiej roli i dobrze czuje w środowisku, gdzie panuje ład – nie powinien na siłę zmuszać się do bycia kimś innym, bo będzie to ze szkodą i dla niego samego, i dla środowiska, w którym pracuje. Natomiast są osoby, które rutyna bardzo męczy i zniechęca. Warto, by sprawdziły, czy w ich pracy jest miejsce na ekspresję i generowanie pomysłów. Wymyślanie nowych rzeczy nas rozwija, ale nadmiar kreatorów w grupie bywa niebezpieczny.

Dlaczego niebezpieczny? Bo wtedy grupa niewiele rzeczy doprowadza do końca. Każda czynność składa się z trzech faz: generatywnej, wykonawczej i weryfikacyjnej. Gdybyśmy tylko kreowali i kreowali, nie byłoby czasu na spożytkowanie i zweryfikowaniem pomysłów. Są takie osoby, które sypią pomysłami jak z rękawa, ale nic nie kończą...

Kreatywność może więc być w pewien sposób przekleństwem? Trochę tak. Ale wszystko zależy od tego, jaki zawód wykonujemy. Jeżeli płaci się nam za przerzucanie się z idei na ideę, to super.

Wiąże pani potrzebę kreatywności ze zmiennością świata. Czy bycie twórczym pozwala łatwiej odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości? Nie do końca… Kreatywność otwiera przed nami wiele różnych ścieżek i jeżeli ktoś puści wodze fantazji i chęci, to może potem doświadczyć sporo frustracji, bo nie będzie w stanie zrealizować wszystkiego, co wymyślił. Ważna jest więc także zdolność do odpuszczania pewnych rzeczy oraz domykania już rozpoczętych. To są kompetencje osobiste, które wynikają częściowo z predyspozycji wrodzonych, a częściowo z umiejętności nabytych i łączą się zwykle z tzw. odpornością psychiczną i rezyliencją, czyli umiejętnością radzenia sobie z sytuacjami, które wytrącają nas z równowagi.

Jak człowiek może pobudzać swoją kreatywność? Jest kilka prostych sposobów. Możemy tworzyć tzw. mapy myśli, czyli notatki nielinearne. Pośrodku kartki piszemy główny wątek czy temat, a dookoła rozrzucamy wolne skojarzenia. Potem szukamy dodatkowych skojarzeń i połączeń między tymi pojęciami. Jest też metoda „random entry“ – wytłumaczę ją na przykładzie zajęć ze studentami. Proszę ich o wyjęcie książek czy kolorowych gazet, które mają ze sobą. Losowo wybieramy kilka haseł z różnych źródeł, np. strona nr 3, wers 15, trzecie słowo od lewej strony, a potem szukamy, w jaki sposób łączą się one z tematem, nad którym pracujemy, jak inspirują nas do rozwiązania danego problemu.

W byciu twórczym pomagają także grafy, rysunki, bawienie się analogiami czy metaforami. W grupie może sprawdzić się metoda łańcuchowa, która polega na tym, że do danego elementu dokłada się albo zmienia jeden z parametrów i w ten sposób tworzy się zupełnie nowa jakość. Człowiek kreatywny umie kojarzyć ze sobą elementy, które innym się w żaden sposób ze sobą nie łączą. Ale to jest coś, czego można się uczyć...

Na przykład od dzieci, próbując odwzorować ich kreatywne myślenie? Dzieci są w naturalny sposób kreatywne, bo nie mają ograniczeń wynikających z przekazu społecznego, że czegoś się nie da albo czegoś nie wolno. Mają ciekawość i skłonność do eksplorowania, bo osoby starsze blokuje nie tylko ich wychowanie, ale też doświadczenia, rozczarowania czy nawyki. I chodzi właśnie o to, by dotrzeć to tej dziecięcej gotowości do podejmowania prób i traktowania błędów nie jako porażek, ale lekcji w nauce osiągania celów.

dr Lidia D. Czarkowska psycholożka, socjolożka, trenerka, coach i superwizor.  Wykładowczyni na studiach MBA w Akademii Leona Koźmińskiego i PAN

PRZYJACIELE TWÓRCZEGO MYŚLENIA – JAK ZWIĘKSZYĆ KREATYWNOŚĆ SZYBKIMI SPOSOBAMI?

  1.  NIEŁAD NA BIURKU Amerykańscy badacze, Anna Mikulak z Association for Psychological Science oraz Joseph Redden i Ryan Rahinel z uniwersytetu w Minnesocie, przeprowadzili badania z zakresu psychologii kreatywności, z których wynika, że praca przy wysprzątanym stanowisku wspiera konwencjonalne myślenie oraz zdrowe odżywianie, z kolei bałagan na biurku stymuluje kreatywność i innowacyjność.
  2. CHODZENIE PIESZO Wiel­kie myśli rodzą się pod­czas mar­szu – powiedział Nietzsche. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda dowodzą słuszności tego przekonania. Studenci, którzy podczas eksperymentu spacerowali po kampusie, mieli w tym czasie bardziej odkrywcze pomysły niż ich koledzy „przyklejeni do krzesła”. Co ciekawe, efekt kreatywności utrzymywał się przez kilka minut po zakończeniu ćwiczenia.
 

  1. Styl Życia

Flow Joga – przyjemność bycia w ciele

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga to powrót do naturalności, do tego, za czym tęsknimy, nie tylko w jodze, także w życiu. Powrót do stanu jedności ciała, duszy i umysłu.

Nie można nauczyć się Flow Jogi, ale można sobie przypomnieć, że „już nią jesteśmy", można przypomnieć sobie, jak wielka przyjemność płynie z bycia w swoim ciele, w stanie flow. Wtedy tracimy poczucie czasu, jesteśmy totalnie zaabsorbowani wykonywaną czynnością.

Płynąc na fali, mamy poczucie bycia w kontakcie ze swoją prawdą, ze swoją naturą, a jednocześnie czujemy się częścią pulsującego życiem świata, częścią wspólnoty ludzkości.

Flow to naturalny stan umysłu. Pojawia się on wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność dla samej przyjemności wykonywania jej. Dysponujemy wówczas wysokim poziomem energii, otwieramy się na swobodny przepływ kreatywności i radości z życia. Każdy kiedyś tego doświadczył, jednak osoby, które na co dzień, w życiu prywatnym i w pracy są w stanie przepływu, należą do rzadkości.

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu podczas zajęć, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. Im częściej doświadczamy flow na zajęciach jogi, tym większe prawdopodobieństwo, że flow spontanicznie zacznie pojawiać się w codziennym życiu. Wykorzystujemy do tego celu rytm, muzykę, naturalny oddech, ruch oraz uważność.

Czego uczy Flow Joga?

Flow Joga uczy, jak płynąć z nurtem życia, jak stawiać czoła wyzwaniom, nie tracąc wewnętrznego spokoju i kontaktu ze sobą na co dzień i w obliczu kryzysu. Płynięcie z nurtem życia to umiejętność stawiania czoła wyzwaniom oraz zachowanie wewnętrznego spokoju wobec zmian, jakie przynosi życie.

Swami Satchitananda powiedział: „Życie to zmiana, naucz się surfować”. Dlatego na zajęciach Flow Jogi uczymy się płynnych przejść z jednej asany w drugą, a sekwencje ruchu budowane są w taki sposób, aby każdy kolejny cykl był okazją do rozwoju (np. silniejsze mięśnie brzucha lub spokojniejszy umysł). Ważnym elementem jest też naturalny ruch, zsynchronizowany z oddechem. Ewolucyjny rozwój to budowanie pojedynczej asany, a także cyklu zajęć - etapami, krok po kroku. Uczestnicy mogą sami wybrać odpowiedni dla siebie wariant ruchu, co wiąże się i z pogłębianiem świadomości ciała, i z przyjmowaniem odpowiedzialności za nie. Zajęcia są okazją do budowania kontaktu z ciałem, zarówno poprzez asany (o sztywno określonej formie z precyzyjnym ustawieniem ciała), jak poprzez spontaniczną ekspresję, poszukiwania swojego ruchu.

We Flow Jodze kluczową rolę odgrywa oddech. Nie chodzi jednak o dążenie do oddychania w konkretny sposób (choć klasyczne pranayamy także się pojawiają), ale raczej o nabieranie szacunku do oddechu jako siły życiowej, która inicjuje każde działanie i ruch we Flow Jodze. Oddech jest traktowany jak specjalny gość, który odwiedza nasz dom (ciało). Nie będziemy mu mówić, gdzie ma usiąść i co ma zjeść. Zapraszamy go do środka, dając swobodę i uważnie słuchając.

Najprzyjemniejszym chyba elementem Flow Jogi jest stwarzanie warunków sprzyjających pojawieniu się stanu „przepływu” (z ang. flow), czyli stanu zjednoczonej świadomości. Termin może brzmieć tajemniczo, ale od dawna funkcjonuje chociażby w psychologii i opisuje sytuację, kiedy jesteśmy w pełni zaabsorbowani wykonywaną czynnością. Tracimy twedy poczucie czasu, wzrasta nasza kreatywność i efektywność działania, pojawia się radość i uważność. W jodze efektem „ubocznym” takiej praktyki jest przyjemność, poczucie bycia na fali i piękno ruchu.

Flow Joga nie mieści się na macie – choć mata niewątpliwie jest przydatna i wygodna, to może stać się ograniczeniem. Flow jest odmianą jogi, która pozwala wyjść poza utarte schematy. Ciało porusza się naturalnie, w swobodny sposób. W efekcie pojawia się poczucie wolności i przyjemność bycia obecnym w ciele. Bezpieczeństwo ćwiczącego jest uwarunkowane przestrzeganiem zasad praktyki, czyli jogicznego BHP. Piękny taniec wolności z ograniczeniami.

Flow Joga jest narzędziem poszerzania i pogłębiania świadomości. Prowadzi ku integracji wewnętrznej. Jest drogą i celem. Stwarza przestrzeń dla tego, co ludzkie i tego, co boskie, łącząc sprzeczności. Transformuje, uzdrawia, przywraca wiarę w siebie, swoją siłę i uwalnia pełnię potencjału każdego człowieka. W konkretny sposób – poprzez ciało.

Czym Flow Joga różni się od innych stylów jogi?

Joga często bywa prowadzona mechanicznie. Na polecenie: z wdechem unieś ręce do góry, większość uczestników zajęć równocześnie unosi ręce do góry, próbując dopasować oddech do wykonywanego ruchu. We Flow Jodze jest odwrotnie, ruch jest inicjowany przez oddech. Dzięki temu jesteśmy w kontakcie ze sobą i czujemy się bardziej zintegrowani. We Flow Jodze bardzo ważne są także płynne przejścia pomiędzy pozycjami oraz uszanowanie każdej fazy cyklu ruchu: wstępu, szczytowego momentu oraz zakończenia. Taki rodzaj pracy pomaga nam być w lepszym kontakcie z ciałem oraz naturą, ponieważ wszystko, co istnieje w świecie, podlega prawom natury i ma cykliczny charakter.

Dla Flow jogi charakterystyczny jest także zmysłowy, pełen gracji, spontaniczny ruch, który przypomina taniec. Ciało nie porusza się jak maszyna, ale raczej jak ciało dzikiego zwierzęcia. To szczególnie cenny element praktyki, który pozwala odblokować zastałą energię, pobudza kreatywność, ekspresję oraz pozwala nam doświadczyć wolności i przyjemności bycia w ciele.

Dla kogo nadaje się Flow Joga?

Flow Joga jest stylem jogi dostępnym i przyjaznym większości osób. Zajęcia ogólnodostępne mogą być nieodpowiednie dla ludzi z poważniejszymi problemami zdrowotnymi lub urazami. Dla nich najlepszym wyjściem może okazać się podejście indywidualne. W przypadku wątpliwości najlepiej skonsultować się z lekarzem prowadzącym oraz nauczycielem jogi.