1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Gorsze matki: singielki po in vitro

Gorsze matki: singielki po in vitro

</a> fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Do niedawna singielki w Polsce mogły zostać matkami dzięki metodzie in vitro. Dziś ukrywają, jak ich dzieci pojawiły się na świecie. Ale i tak są szczęściarami, bo inne samotne kobiety zrobiłyby wiele, żeby być na ich miejscu.

fot. Getty Images/ Gallo Images fot. Getty Images/ Gallo Images

Poznała Andrzeja prawie dziesięć lat temu. Miał rodzinę, córkę. – Zawsze jednak powtarzał, że tylko dwie kobiety zrobiły na nim piorunujące wrażenie: żona i ja. Byłam naiwna? Być może – opowiada Patrycja. Czas płynął. Nie wie, kiedy zaczęła liczyć na to, że on się rozwiedzie. Nie miała ciśnienia, by zostać czyjąś żoną. Ale coraz bardziej chciała urodzić dziecko. – Andrzej zwodził mnie, że za rok, że jak córka skończy 18 lat. Czekałam, bo wydawał mi się wtedy mężczyzną moich marzeń. Nieziemsko przystojny i lubił to samo co ja: włoską kuchnię, stare kino, podróże – wspomina. W końcu w swoje 35. urodziny stwierdziła, że nie może dłużej czekać. Postanowiła, że znajdzie sobie kogoś innego. Wdawała się w kolejne szalone romanse. Był seks bez zabezpieczenia i… nic.

W 2013 r. trafiła do lekarza. Czuła, że coś jest nie tak. Po serii badań usłyszała diagnozę: endometrioza jak stąd do Poznania. – Jeśli chce pani urodzić dziecko, to tylko in vitro, i to jak najszybciej – przekonywał ginekolog. – Ale ja nie mam partnera – odparła. – To nie jest problem, może pani skorzystać z banku nasienia – powiedział.

Więcej w wydaniu 8/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Powstała pierwsza na świecie restauracja, w której serwuje się mięso z hodowli in vitro

Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Od blisko dziesięciu lat sztaby naukowców pracują nad wytwarzaniem mięsa w warunkach laboratoryjnych i osiągają coraz lepsze rezultaty. The Chicken to pierwsza na świecie restauracja, otwarta w Izraelu, gdzie podaje się wyłącznie „etyczne” mięso.

Pierwszy burger wołowy wyprodukowano już w 2013 r. w Holandii. I chociaż na świecie powstają wciąż kolejne startupy, poświęcone hodowli komórkowej, to i tak, pomimo wielu udanych prób, nie udało się jeszcze zastosować tej niekrzywdzącej hodowli komórkowej na większą skalę. Dlatego nowe, udane przedsięwzięcia napawają optymizmem.

Izraelski startup SuperMeat, który uruchomił The Chicken, podkreśla na swojej stronie: „Nasze mięso jest produkowane z wysokiej jakości zdrowych komórek kurczaka, bez udziału inżynierii genetycznej. Jest uprawiany na pożywnej paszy, bez antybiotyków i w środowisku całkowicie wolnym od zanieczyszczeń.”

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

W SuperMeat technolodzy żywności, inżynierowie, biolodzy i szefowie kuchni współpracują z branżą spożywczą i mięsną, aby wytwarzać najwyższej jakości produkty drobiowe, produkowane w sposób zrównoważony i przyjazny dla zwierząt. Ich celem jest rozpowszechnienie tych produktów na większą skalę.

Otwarta w Tel Awiwie restauracja znajduje się obok zakładu produkcyjnego, a goście, poprzez duże okno, łączące oba pomieszczenia, mogą zobaczyć skąd pochodzi mięso, które trafia potem na ich talerz – a wytwarzane jest ono z białka wyhodowanego z komórek rosnących w bioreaktorze (masa mięsa podwaja się co kilka godzin; komórki mają zapewniony tlen, ciepło i paszę).

Restauracja ma w ofercie dwa rodzaje burgera drobiowego SuperMeat. Goście póki co, w ramach eksperymentu, nie muszę płacić za posiłki. Zamiast tego kuchnia testowa prosi o informacje zwrotne na temat produktu.

Filet z kurczaka jest panierowany i smażony w głębokim tłuszczu, dzięki czemu jest chrupiący na zewnątrz, delikatny i soczysty w środku. Ma głęboki smak i aromat kurczaka - mówi Ido Savir, dyrektor generalny i współzałożyciel SuperMeat (źródło: Livekindly).

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

Jeszcze kilka lat temu koszty produkcji takiego mięsa były przeogromne i wynosiły nawet kilkaset tysięcy dolarów (za stek czy burgera!). Jednak obecnie wydatki spadły już do kilkudziesięciu dolarów i nadal są obniżane. Dla przykładu, około 50 dolarów kosztował stek wyhodowany w laboratorium innego izraelskiego startup’a  - Aleph Farms, zawierał on cztery rodzaje zwierzęcych komórek (mięśniowe, fibroblasty, tłuszczowe i komórki śródbłonka).

Producenci i naukowcy zgadzają się z pewnością w jednym: stawka przedsięwzięcia jest ogromna. Tym, co zyskamy, produkując mięso w laboratoriach, jest zredukowanie konwencjonalnej hodowli zwierząt, a co za tym idzie: oszczędność wody, zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, ochrona naturalnych obszarów, a przede wszystkim zaprzestanie zabijania zwierząt na taką skalę jak obecnie. O tym, jak drastycznie wpływa produkcja mięsa na ocieplenie klimatu, wiemy już od dawna.

  1. Styl Życia

Co różni singielkę od osoby samotnej?

Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
„Jej życie nie jest puste” – twierdzi dr Katarzyna L. Kuklińska, socjolog, która kilka lat temu badała zjawisko singlizmu.

Czy „singielka” to jedynie ładniej i nowocześniej brzmiące określenie starej panny?
Absolutnie nie! Stara panna to kobieta zgorzkniała, która uważa swoje życie za nieudane dlatego, że nie ma partnera, która ma poczucie żalu i straconej szansy. Singielka natomiast świadomie wybiera życie w pojedynkę, by móc skupić się na rzeczach – jej zdaniem – ważniejszych niż szukanie męża: na pracy, karierze naukowej czy rozwoju osobistym. Co nie znaczy, że jest osobą samotną. Singielka ma spore grono przyjaciół, z którymi zwykle łączą ją bardzo bliskie, serdeczne relacje. Często z kimś mieszka i w miarę regularnie uprawia seks. To, co odróżnia ją od samotnych kobiet, to brak poczucia, że jej życie jest puste bez stałego partnera.

Kim więc jest typowa polska singielka?
Nie ma jasno określonego typu polskiej singielki. Na potrzeby mojej pracy doktorskiej przyjęłam, że singielką jest kobieta po trzydziestce, bo w dzisiejszych czasach bardzo duża część kobiet przed tym wiekiem jeszcze nie myśli o zakładaniu rodziny. Na pewno to osoba, która identyfikuje się z singielkami, jest zadowolona ze swojej sytuacji i nie szuka desperacko drugiej połówki. Wbrew obiegowym opiniom wcale nie musi to być bizneswoman czy menedżerka z dużego miasta, niezależna finansowo karierowiczka. Równie dobrze może pochodzić z małej miejscowości, pracować w urzędzie i mieszkać z rodzicami. Choć tych drugich jest zdecydowanie mniej z uwagi na presję społeczną, a często nawet ostracyzm, z którymi muszą się zmagać.

Dlaczego coraz więcej dojrzałych kobiet wybiera życie bez zobowiązań?
To nie tak. One nie mają zamiaru całe życie nie mieć partnera. Single są tymczasowi. Raczej odsuwają ten moment w czasie, bo w danej chwili mają inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia. To pokolenie jest bardziej pragmatyczne – woli najpierw poukładać sobie życie, tak, żeby było wygodne i dostatnie, a dopiero później myśli o ślubie i dzieciach.

Ale czy po przekroczeniu magicznej trzydziestki szanse na znalezienie stałego partnera nie maleją drastycznie?
Zgadza się, a dzieje się tak z wielu względów. Po pierwsze, mężczyźni szukają zwykle młodych kobiet. Te dojrzałe i niezależne często wzbudzają w nich strach. Po drugie, singielki mają duże wymagania. Chcą stworzyć związek partnerski, dzielić się obowiązkami, pragną, żeby mężczyzna dużo im dawał. Często nie chcą godzić się na kompromisy, szukają ideału, który nie istnieje. Z biegiem czasu, gdy rośnie w nich potrzeba stworzenia związku – czyli de facto przestają być singielkami – zaczynają spuszczać z tonu i godzą się na coś, o czym jeszcze kilka lat wcześniej nie chciały nawet słyszeć.

Na dłuższą metę to niebezpieczna gra. Czy singielki są bardziej podatne na depresję?
Raczej tak, choć nie musi to wynikać z tego, że nie posiadają stałego partnera życiowego. To przeważnie indywidualistki, które bardzo dużo od siebie wymagają i ciężko znoszą porażki. Jeśli do tego zaczynają odczuwać dyskomfort z powodu swojego singlizmu, może to prowadzić do załamania.

Istnieje opinia, że sposób życia singli wynika z tego, jak zostali wychowani, albo jest skutkiem traumatycznych wydarzeń.
W moich badaniach również się nad tym zastanawiałam. Okazuje się jednak, że sytuacja rodzinna czy wychowanie nie mają wpływu na takie decyzje. Mogłoby się na przykład wydawać, że ludzie z rozbitych rodzin, mający negatywne wzorce lub ich brak, będą bardziej skłonni do wybrania życia w pojedynkę. Tymczasem zdecydowana większość kobiet przeze mnie badanych pochodziła z pełnych rodzin. Według stereotypu jedynacy wykazują większą niechęć do tworzenie stałych związków. I tu znów niespodzianka – ponad 75 proc. ankietowanych singielek ma rodzeństwo. Wychowanie też nie jest tu kluczowe. Zbliżone wiekiem siostry, wychowane w identycznych warunkach mogą mieć zupełnie inne podejście do singlizmu. Dla jednej samodzielne życie to normalna sytuacja, dla drugiej brak męża i dzieci to życiowa porażka.

Wspomniała pani, że singielki z małych miejscowości spotyka ostracyzm. A jakie są problemy singielek z dużych miast?
Może problemy to za dużo powiedziane, ale single w dużych miastach też są dyskryminowani. W pracy przyjmuje się często, że kobieta, która nie ma rodziny, może regularnie pracować po godzinach czy między świętami i brać urlop jesienią. A jak już na niego wyjedzie, to lepiej żeby sobie kogoś dobrała, bo w hotelach jedynek jest jak na lekarstwo albo trzeba za nie płacić tyle, ile za dwójki. Takich przykładów można by mnożyć – życie singielek nie jest usłane różami.

Dr Katarzyna L. Kuklińska: socjolog, autorka badań i pracy „Polskie singielki. Płeć kulturowa. Feminizm. Ponowoczesność, Internet”, a także „Singlizm. Nowy styl życia w ponowoczesnym świecie” (2013 r.)

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. Po przepracowaniu życiowych doświadczeń są bardziej otwarte, umieją dostrzec potencjał w partnerze i nie oczekują od niego spełnienia wszystkich potrzeb. O rady dla dojrzałych singielek pytamy psychoterapeutkę Marię Rotkiel.

Kiedy mamy dwadzieścia kilka lat, zwykle w naszym życiu wiele się dzieje, łatwo poznać nowych ludzi. Potem przychodzi stabilizacja, zaczynamy spędzać całe dnie w pracy i nagle okazuje się, że mamy dość ograniczony krąg znajomych. A to oznacza także mniej okazji do spotkania kogoś, kto mógłby zostać naszym partnerem. Co możemy wtedy zrobić? Nie chcę tego nazywać projektem, bo chodzi o relacje, a nie biznes, jednak dojrzała osoba wie, że dziecinno-romantyczne sposoby i bierne czekanie nie wystarczą...
Zacznę od tego, że jeżeli mówimy o otwarciu się na związek w dojrzałym wieku, to w tym wypadku wiek działa na korzyść nas, kobiet, ponieważ mamy za sobą wiele doświadczeń, także trudnych. Możemy je wykorzystać, żeby tworzyć relacje oparte na równowadze, w których będziemy szczęśliwsze i będziemy potrafiły dawać szczęście. Oczywiście jeśli mamy świadomość tych doświadczeń, czyli, używając języka psychologicznego: przepracowałyśmy je. A co do samego poszukiwania partnera, to od lat namawiam kobiety do bycia aktywnymi. W postawie typu „jestem gotowa na zbudowanie związku, rozglądam się za tym potencjałem, który byłby w drugiej osobie do budowania szczęśliwej relacji” nie ma przecież nic złego.

Słyszałam jednak nieraz, że na przykład zapisując się na portal randkowy, kobiety czują się niekomfortowo, jakby wystawione na sprzedaż...
Rozumiem, że można się czuć niekomfortowo w pewnych okolicznościach, ale okoliczności zależą od nas. Przecież nie musimy wystawiać się „na sprzedaż”, czyli pokazywać zdjęcia sprzed 10 lat, podawać swoich wymiarów i numeru telefonu. Wybierzmy portal, który oferuje większy komfort przedstawienia się. Przygotujmy intrygujący, ale i rzeczywisty opis, sprawdzajmy, kto zagląda na nasz profil, badajmy, czy ten ktoś jest gotowy na nawiązanie relacji, a potem obserwujmy, jak ona się rozwija. Internet oferuje szansę poznania kogoś szybciej niż w rzeczywistości, bo w dojrzałym życiu te możliwości są ograniczone. Mamy dość hermetyczne grono przyjaciół i znajomych w miejscu pracy, rzadziej wychodzimy do klubów, choć zawsze zachęcam, żeby z tego nie rezygnować. Uważam zresztą, że właśnie przestrzeń portali randkowych jest dobra do przełamywania dyskomfortu, o którym mówimy, bo możemy ćwiczyć nawiązywanie relacji z poszanowaniem własnych granic i potrzeb.

Powiedziała pani, że ważne jest aktywne rozglądanie się wokół i poszukiwanie znajomości, które mogą się rozwijać. Na czym to polega?
Najważniejsza jest postawa „jestem gotowa na relację”, „chcę relacji”. To wiąże się ze świadomością, o której już mówiłyśmy, ponieważ w określonym momencie życia możemy nie być gotowe na relację, bo chcemy skupić się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym czy na dzieciach... Relacja ma być wtedy dla nas wartością dodaną. Ważne jest więc, by nie robić niczego na siłę. Postawa świadomego otwarcia się na związek oznacza, że swobodnie komunikujemy o swojej potrzebie. Nie panikujemy, kiedy koleżanka mówi na przykład: „mój mąż ma interesującego znajomego, może przyjedziesz do nas na kolację, on by go zaprosił?”, albo same proponujemy: „może kogoś fajnego zaprosicie, żebym nie była nie do pary?”. Nie chodzi o desperackie chodzenie ze sztandarem „szukam mężczyzny”, bo  życie może być fajne również bez niego, a o postawę pozytywnej, ciepłej, spokojnej otwartości na to, że jeżeli ktoś ciekawy się pojawi, to chętnie go poznam i zobaczę, co ta znajomość przyniesie.

Tu dotykamy dużego tematu, czyli: kto może być dla nas ciekawy jako potencjalny partner? Dojrzałość oznacza przecież także i to, że nie trzymamy się już kurczowo myśli o „drugiej połówce jabłka”, ale chyba nie można stworzyć trwałego związku z każdym?
Myślę, że możemy stworzyć dobrą relację z osobami o różnych typach osobowości, temperamentach i zainteresowaniach. Jestem zdecydowaną przeciwniczką idei dwóch połówek. W mojej książce „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” piszę o koncepcji puzzli, która polega na tym, że jesteśmy bardzo różni, natomiast jakimś kawałkiem do siebie pasujemy, na przykład oboje kochamy zwierzęta czy jesteśmy domatorami...

Uważam, że liczy się system wartości w dość ogólnym pojęciu, czyli stosunku do świata, bo jeśli brak takiego porozumienia, to wybory, wypowiedzi czy nawet dowcipy partnera będą dla nas niezrozumiałe. Sprowadzam to do pewnej wspólnej płaszczyzny, która definiuje dwie osoby jako parę. I tyle! W takim modelu jest przestrzeń na wiele odmienności. Niektóre koncepcje mówią nawet, że praktycznie z każdym jesteśmy w stanie zbudować związek. Opierają się na tezie, że wszyscy mamy w sobie jakiś potencjał. Na przykład ktoś jest dowcipny, pomysłowy, kreatywny i nigdy nie będziemy się z nim nudzić, więc to może być wartość, która jakiejś osobie zrównoważy brak poczucia bezpieczeństwa w rozumieniu przewidywalności. Inny jest z kolei bardzo przewidywalny, stateczny i daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, co może dla kogoś oznaczać deficyt bodźców, ale te potrafi  sam sobie zapewnić: zacząć kolejne studia, naukę języka, wychodzić z przyjaciółmi do klubu. Bardzo ważne jest budowanie związku na jego potencjale i dostarczanie sobie samemu doznań w obszarach, gdzie odczuwamy braki. Tu znowu wracamy do atutów związanych z wiekiem, bo nie dość, że dojrzałe kobiety są bardziej otwarte i bardziej elastyczne, ale jednocześnie mądrzejsze w tej elastyczności, czyli nie przekraczają swoich granic − to jeszcze potrafią dostrzec potencjał partnera.

Internet to bardzo dynamiczne medium, informacje zmieniają się co chwilę, więc możemy też czuć presję, żeby kogoś szybko „odhaczyć”, ocenić, czy się kwalifikuje, czy nie, i przejść do kolejnego kandydata. Jak się od niej uwolnić?
Przede wszystkim samodzielnie budować swój dobrostan. Wspierać się własnym potencjałem, żeby żyć szczęśliwym życiem, w którym partner jest wartością dodaną, a nie narzędziem do zapewnienia nam tego szczęścia. Wtedy związek nie oznacza „kupowania” kogoś, kto ma budować nasz wizerunek czy zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, a okazję do poznania drugiego człowieka.

A doraźnie – nie dać się skusić wizji idealnego związku, nie buszować po Internecie jak w poszukiwaniu nowej pary butów, tylko rozglądać się z perspektywy kogoś, kto siebie dobrze zna, potrafi się sobą zaopiekować oraz jest gotowy na budowanie interesującej relacji. Moim zdaniem bardzo ważna jest właśnie ciekawość drugiego człowieka. Wtedy nie działamy desperacko, pod presją, tylko robimy to dla siebie.

Podkreśla pani potrzebę działania. Jeśli chodzi na przykład o szukanie pracy, to jest to dla nas oczywiste, ale już w stosunku do relacji często wybieramy jakiś rodzaj magicznego myślenia.
Pracuję w nurcie psychologii, który się nazywa poznawczo-behawioralnym. Poznawczość to świadomość, rozumienie, umiejętność wypracowywania pewnych postaw poznawczych, czyli sposobu myślenia, a behawioryzm oznacza, że nasze życie kształtują nasze działania. Tak jak szukamy nowej pracy, jeśli ta, którą mamy, nie daje nam satysfakcji, czy w trosce o zdrowie zmieniamy dietę − tak samo aktywni możemy być w przyjaźniach i związkach. Bardzo wiele od nas zależy. Siedzenie w domu i rozmyślanie nad życiem, choć potrzebne w określonych momentach, kiedy musimy coś przepracować, to za mało! Warto wyjść do ludzi, do świata, uśmiechnąć się rano do siebie, a potem do drugiego człowieka, chodzić do teatru, na lekcje tańca, wyciągnąć przyjaciółki z domu na fajny wyjazd... Należy komunikować swoje potrzeby i pozwolić życiu dawać nam okazje do rozwoju i poznawania ludzi. Sprawczość jest tu ważna, bo nikt nam na złotej tacy ciastka pod nos nie podetknie.

Zatem szukanie partnera to nie jest projekt biznesowy, ale także wymaga pewnego wysiłku.
Tak, jednak nie wiążmy tego z ciężką pracą, bo to jest przyjemne. Mnie samej czasem nie chce się pójść na dłuższy spacer z psem, ale gdy już się zmobilizuję, jestem bardzo zadowolona. I przy zawieraniu nowych znajomości jest tak samo – to wymaga pewnej mobilizacji, zastrzyku energii, na który składają się optymizm, odwaga, wiara i witalność, ale szybko odczuwamy radość z tego wysiłku, bo nawet jeśli nie poznam nikogo nowego w klubie czy na imprezie, to spędzę przyjemnie czas z innymi ludźmi, a to buduje ten wspominany wcześniej dobrostan. Przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejsza relacja w życiu to relacja z samą sobą. Gdy jest dobra, możemy dać innym to, co mamy najcenniejszego, potrafimy też otworzyć się na dobro, które ma dla nas świat.

Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. Prowadzi praktykę psychologiczną, terapeutyczną i trenerską. Autorka poradników psychologicznych, ekspert w mediach oraz kampaniach społecznych.

  1. Seks

Życie seksualne singielki

Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Jeszcze sto lat temu samotna kobieta niewiele mogła zrobić ze swoim libido. Stłamszona kobieca energia seksualna była przyczyną ataków melancholii i histerii, które leczono masażami. Jak jest dziś, w dobie emancypacji i nowych norm społecznych? Pytamy seksuologa Andrzeja Depko.

Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze na przełomie XIX i XX wieku uważano, że dopiero sperma mężczyzny, wtłoczona do ciała kobiety, wyzwala u niej popęd seksualny. Na szczęście dziś wiemy już, że obydwie płci w jednakowym stopniu mają prawo do tego, żeby odczuwać potrzeby seksualne oraz je zaspokajać. Poza tym zanikło już stygmatyzujące pojęcie starej panny, a samotne życie nie wyklucza, a wręcz zakłada aktywność na różnych poziomach, w tym seksualną. Współczesne kobiety są wsłuchane w swoje potrzeby, choć zdarzają się też singielki, które z powodu wychowania będą starały się swoją seksualność wypierać. Zdecydowana większość wie jednak, że skoro ma potrzeby seksualne, to musi podjąć decyzję, w jaki sposób chce je zaspokoić. Nie da się rozładować napięcia seksualnego poprzez ćwiczenia na siłowni czy bieganie na bieżni. Taki wysiłek może zmęczyć i pomóc zasnąć, ale potrzeby seksualnej nie rozładuje.

Są singielki, które przeżywają dużo frustracji i stresu, bo z powodu braku partnera całkowicie tłamszą swoją seksualność. Nie decydują się na takie rozwiązania, jak pójście do łóżka z przypadkowym chłopakiem poznanym na imprezie czy zamówienie masażysty erotycznego, nie zarejestrują się też na portalu randkowym. Szukają kogoś, kogo będą mogły obdarzyć uczuciem i zaufaniem. Z kim będą mogły się realizować na różnych polach. Dopiero poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego przyczynia się do nasilania ich potrzeb erotycznych.

Część z nich żyje w wewnętrznym rozdarciu. Źle by się czuły, gdyby zdradziły własne zasady. Ale też źle się czują z tym, że nie zaspokajają swoich potrzeb seksualnych. Mają powtarzające się erotyczne sny i fantazje. W skrajnych przypadkach nawet masturbacja przestaje sprawiać im przyjemność – są niezadowolone z siebie, uważają się za ładne, ciekawe i niezależne, i nie chcą się same zaspokajać. Nie afirmują masturbacji jako wyrazu troski i dbałości o siebie, lecz traktują jako formę przymusu. To są potencjalne pacjentki do gabinetu seksuologa. W ich przypadku niezbędna jest zmiana podejścia do siebie – zaakceptowanie różnych form dbałości o sferę erotyczną, w tym masturbacji, jako zdrowego i normalnego zachowania. Tak jak dbamy o zęby, chodząc do dentysty, i o skórę, chodząc do kosmetyczki, tak samo możemy dbać o swoje ciało i umysł poprzez masturbację.

Sama i sfrustrowana

Jeżeli kobieta notorycznie kładzie się spać z niezaspokojoną ochotą na seks, może z czasem zacząć odczuwać problemy wynikające z przekrwienia biernego narządów miednicy małej. Skutkiem jest całonocny ucisk na pnie układu autonomicznego – w efekcie rano wstanie rozdrażniona, będzie łatwiej popadać w złość, stanie się płaczliwa, rozżalona na świat. I zapewne nie będzie potrafiła tych stanów połączyć z brakiem rozładowania seksualnego. Na dodatek po wielu latach może się pojawić zespół pięciu objawów Kehrera: skłonność do stanów zapalnych błony śluzowej pochwy, bóle brzucha i okolicy kości krzyżowej, stany napięcia, a po bardzo długim okresie żylaki w kończynach dolnych (blokada przepływu krwi w obszarze miednicy małej powoduje utrudnienie odpływu krwi z nóg, przepływ zwalnia i powstają żylaki) oraz obrzęk i zgrubienie macicy z towarzyszącymi zaburzeniami miesiączkowania.

Jeżeli nie zajmujemy się swoją seksualnością, to tracimy kontakt z ciałem i w efekcie – ze sobą. Zaczynamy gorzej funkcjonować psychicznie. Czujemy się mniej atrakcyjni, niezadowoleni, pojawiają się dolegliwości, które nas dodatkowo irytują, obniża się samoocena, pogarsza się jakość życia. Może to być prosta droga do depresji.

Kolejna ważna rzecz jest taka, że jeżeli kobieta rezygnuje z seksu i wchodzi w stan uśpienia, nie będzie potem w stanie od razu przejść w stan rozbudzenia i gotowości seksualnej. Uśpienie układu hormonalnego powoduje, że trudno potem rozruszać libido. A jego brak sprawia, że zmniejsza się ochota na seks.  Więc nawet gdy kobieta znajdzie się w łóżku z partnerem, jego dotyk i czułości nie sprawią jej takiej przyjemności, bo będą dla niej obce. Trzeba przyzwyczajać się do zupełnie nowej sytuacji. I ten okres rozbudzenia może trwać krócej lub dłużej. A przecież lepiej cieszyć się seksem bez przerwy.

Afirmacja masturbacji

Co zatem robić? Najlepiej zacząć od myślenia o przyjemności, jaką chcemy sobie sprawić. Dopieśćmy wszystkie zmysły. Najpierw słuch. Może jakaś piękna muzyka? Teraz węch. Zmysłowe zapachowe świece? Smak. Ulubiona potrawa? Dotyk. Aromatyczny balsam, żeby ciało nabrało innego poczucia sensytywności i miękkości? Wzrok. Może jakiś film pornograficzny? Są kobiety, które lubią fantazjować i masturbować się przy tego rodzaju obrazach. Ale są też takie, które to wypierają. A warto spróbować.

Istnieje wiele odmian filmów pornograficznych. Są one tak różne, jak różne są nasze gusta i wrażliwości. Niektóre kobiety uwielbiają filmy delikatne, ledwie muskające erotyką. Są takie, które szukają pięknych ludzi w pięknych wnętrzach – jest namiętność, seks i pożądanie, ale nie ma dosłowności. Są też takie, które uwielbiają filmy bardzo dosadne, gdzie pięciu partnerów ejakuluje na całe ciało kobiety. Wtedy czują się, jakby kierowały emocjami tych mężczyzn. Są też panie, które podniecają filmy prezentujące zachowania erotyczne kobiety z innymi kobietami, bo wierzą, że tylko kobieta wie, jak zaspokoić potrzeby drugiej. Każdy może znaleźć coś, co będzie odpowiadało jego pragnieniom. Można wspomóc się filmem, ale można też pójść do wanny. Zrobić sobie kąpiel z pianą, przy zapalonych świecach i delikatnych dźwiękach pomasować się lub wyjść, nabalsamować się i sprawić sobie przyjemność w sypialni za pomocą wyobraźni i dłoni lub różnych gadżetów.

Potrzeby seksualne są ważne

Dla niektórych kobiet seks jest ważnym motorem w osiąganiu sukcesów w pracy zawodowej. Jeżeli wieczorem mają udany seks, następnego dnia prą do przodu, są bardzo kreatywne i mają poczucie satysfakcji. Nie szukają przygód, tylko same zajmują się swoją seksualnością. A jeżeli nie dostaną lub nie zapewnią sobie zaspokojenia, wszystko leci im z rąk, nie są w stanie podjąć sensownej decyzji, są nieprzyjemne dla współpracowników.

Ale są też kobiety, które doskonale potrafią wyciszyć swoje libido, bo jego poziom nigdy nie był wysoki. Brak partnera nie wywołuje w nich pobudzenia seksualnego, więc łatwo im się wycofać z aktywności seksualnej i dalej świetnie funkcjonować zawodowo i społecznie, zapominając niejako o seksie. Nie czują, żeby seksualność była im do czegoś potrzebna. A jednak…

Gdy prowadzimy aktywne życie seksualne, czy to z partnerem, czy samodzielnie, to reguluje się cykl miesięczny oraz aktywuje produkcja szeregu neuroprzekaźników, które dają poczucie zadowolenia i relaksacji. Dzięki temu pozytywnie postrzegamy świat i siebie, dobrze odnosimy się do innych, spokojnie śpimy, jesteśmy bardziej zrelaksowani. W czasie seksu intensywnie działa układ krążenia i oddychania, podnosi się ciśnienie krwi, zwiększa dotlenienie tkanek, przyspiesza praca nerek, poprawia się metabolizm, skóra jest lepiej dokrwiona i wyglądamy piękniej. Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.