1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Do sukcesu prowadzą różne drogi, ale ludzi, którzy go odnieśli, coś łączy. Na przykład zaczynają dzień od załatwienia najważniejszych spraw. Nie trzymają się kurczowo swoich planów, nie tracąc zarazem z pola widzenia swojego celu. Czego jeszcze możesz się od nich nauczyć?

Od czego zależy sukces? Większość z nas może bez trudu wyrecytować własną listę niezbędnych czynników. Zazwyczaj trafiają na nią talent, inteligencja, wytrwałość, pracowitość, dobrze zdefiniowany cel, pewność siebie, cenne znajomości oraz łut szczęścia. Rzadko myślimy o tym, że ludzie, których podziwiamy, mają też odpowiednio ustawiony autopilot, czyli zestaw dobrych nawyków. To one pozwalają oszczędzić czas i zasoby silnej woli, które wcale nie są niewyczerpalne. Wreszcie, takie rutynowe zachowania pozwalają obniżyć codzienny poziom stresu, a więc także dostrzegać okazje, których inni nie widzą. Oto pięć nawyków, które mogą cię wspomóc w drodze do osiągania celów.

1. Najpierw najważniejsze

Zanim większość z nas wstanie z łóżka, ludzie postrzegani jako ci, którzy osiągnęli sukces, zdążą już wykonać kawał dobrej roboty: przebiegną kilka kilometrów, pobawią się z dzieckiem (bo dla maluchów świt to najlepsza pora na aktywne życie), napiszą fragment książki – zrobią coś, co ma dla nich duże znaczenie. Ale nie chodzi o to, by pracować więcej i spać mniej, lecz o nawyk poświęcania czasu na to, co jest ważne (a nie pilne), zanim świat się o nas upomni. Często rzeczywiście oznacza to przestawienie budzika na wcześniejszą godzinę (wtedy jednak trzeba ten czas na sen odzyskać, drzemiąc po południu lub kładąc się wcześniej), ale czasem wystarczy na przykład przesunąć „internetową prasówkę” na porę po lunchu i rozpocząć dzień od tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

2. Potęga poranków

Specjalistka zarządzania czasem, Laura Vanderkam w książce „Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (wyd. Helion) pisze: „Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie”. Namawia, by dobrze wykorzystać czas, kiedy masz jeszcze dość silnej woli i nikt ci nie przeszkadza – nawet własny umysł, który w środku dnia często straszy: „Za chwilę zadzwoni szef z zadaniem na wczoraj” czy marudzi: „Muszę w końcu odpisać na tego e-maila”. Vanderkam radzi, by poranki przeznaczyć na to, co nie jest obowiązkowe i teoretycznie mogłoby być wykonane w innych porach dnia, ale wymaga wewnętrznej motywacji i regularnie wykonywane przynosi długotrwałe pozytywne efekty. To taka aktywność, z której możesz dziś zrezygnować bez obaw przed natychmiastowymi konsekwencjami, ale jeśli zrezygnujesz z niej także jutro i pojutrze, wkrótce możesz obudzić się z poczuciem, że wprawdzie wykonujesz wszystkie swoje zadania, ale stoisz w miejscu. Może być to nauka nowego języka, archiwizowanie dokumentów, utrzymywanie porządku na biurku czy chociażby uaktualnianie swojego CV.

3. Planowanie z głową

Wybór rytuałów, którymi mają zostać wypełnione poranki, to oczywiście sprawa indywidualna, ale samo planowanie – to już powszechny nawyk ludzi sukcesu. Nie ma on jednak nic wspólnego z bezrefleksyjnym sporządzaniem kolejnych list z zadaniami do odhaczenia. Chodzi o planowanie z sensem. Dziennikarz Charles Duhigg w książce „Mądrzej, szybciej, lepiej” (wyd. PWN) opisuje fabrykę silników odrzutowych, która znalazła się na skraju bankructwa, mimo że jej pracownicy skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki i pracowali według planu. Czyli – jak każą podręczniki zarządzania – dzielili dojście do celu na małe zadania, ustalali termin ich realizacji i go dotrzymywali. Okazało się jednak, że wykreślanie tego, co już zostało zrobione, sprawiało im tak dużą przyjemność, że chętniej wypełniali listy drobiazgami, które szybko da się zrobić, zamiast zastanowić się, czy to, co robią, w ogóle ma sens. A jak mawiał Peter Drucker, ekspert od zarządzania: „Nie ma nic bardziej bezsensownego niż efektywna praca nad zadaniem, którego w ogóle nie powinno się wykonywać”.

Warto zatem zadbać o to, żeby planować uważnie, czyli znaleźć chwilę, by spojrzeć na swój dzień z dalszej perspektywy, zastanowić się nad tym, gdzie jesteśmy, czemu warto poświęcić nadchodzące godziny i czy to, co planujemy, w jakikolwiek sposób przybliża nas do realizacji dalekosiężnych celów.

4. Kalendarz zamiast listy zadań

Jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca list zadań. Kevin Kruse, przedsiębiorca i mówca motywacyjny, w książce „15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu?” (wyd. Helion) nazywa je „dręczącymi listami życzeniowymi”. Ostrzega, że zakłócają spokój i dekoncentrują. Przez nie trudno skupić się na tym, co robimy, bo wciąż myślimy o tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Dlatego Kruse radzi zastąpić listy „rzeczy do zrobienia” kalendarzem, w którym będziemy „blokować” czas na konkretne czynności, np. od 14.00 do 14.30 – obiad w stołówce, od 16.00 do 16.30 – przemyślenie koncepcji prezentacji, od 18.00 do 19.00 – odrabianie z dziećmi lekcji. Już sama czynność rezerwowania czasu pomaga obniżyć poziom stresu, bo pytanie „Kiedy ja to zrobię?!” znika.

Kevin Kruse zachęca, by wpisać do kalendarza wszystko (kwadrans, który zamierzasz spędzić na Facebooku, też) i dodatkowo wstawiać bufory wolnego czasu. Nie na wypadek awarii (gdyby spotkanie się przeciągnęło lub klient się spóźnił), tylko aby „wpuścić” trochę powietrza, zebrać myśli, dać sobie przestrzeń na refleksję nad tym, co się wokół dzieje.

5. Bycie uważnym

Skoro już jesteśmy przy chwili refleksji, psycholog i trener biznesu, dr Paweł Fortuna, przekonuje, że jednym z ważniejszych nawyków prowadzących do sukcesu, jest uważność.

– Życie mówi do nas głosem cichym, oczekując pokory i uważności. Daje nam różne sugestie, które ja nazywam „zarodkami egzystencjalnymi” – stwierdza. Sekret polega na tym, by je zauważyć. Jako przykład takiego zarodka Fortuna przytacza własną historię. Odebrał telefon. Nie znał numeru, z którego dzwoniono. – Dzwonił mój dawny student. Mówił, że jeżdżąc autostopem, poznał Łukasza Bożyckiego, znanego fotografa przyrody, który ma jakiś problem związany z prawami autorskimi. Zgodziłem się pomóc mu i spotkałem się z Łukaszem. W pewnym momencie zapytał, czy zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób sikorka, którą właśnie obserwował, ostrzegła inne ptaki przed kotem. Podałem przykład podobnego zachowania u ludzi. Zaczęliśmy szukać kolejnych analogii i jeszcze podczas tego samego spotkania postanowiliśmy napisać wspólnie książkę.

Tak powstała „Animal Rationale”, która przyniosła Pawłowi Fortunie i Łukaszowi Bożyckiemu m.in. Nagrodę Teofrasta dla najlepszej książki psychologicznej oraz własną audycję radiową.

Bo droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. Idąc nią, z grubsza wiesz, dokąd chcesz dotrzeć, ale jednocześnie powinieneś być czujny i otwarty na nowe możliwości. Paradoksalnie to osobom nadmiernie skupionym na zadaniu bywa trudniej osiągnąć sukces. – Jeśli mają obiecaną sztabkę złota kilometr przed sobą, często nie zauważają kopalni diamentów po drodze – stwierdza Paweł Fortuna. Przy czym zaznacza, że dostrzeżenie życiowej szansy to nie wszystko. – Ważna jest jeszcze pozytywna reakcja na propozycje, jakie daje nam życie. Reakcja podyktowana chociażby ciekawością „co z tego wyniknie?”. Może nic, a może tylko tym razem nic, a następnym… Dlatego warto kształtować w sobie nawyk akceptacji, mówienia „tak” nieoczekiwanym propozycjom. Możesz zacząć od zgody na naszą propozycję zastanowienia się nad tym, które nawyki rzeczywiście ci służą.

Zwyczaje i nawyki znanych ludzi

Nawet najbardziej zaskakujące nawyki mogą wspierać. Poznaj niebanalne zwyczaje wielkich artystów i poszukaj w nich inspiracji dla siebie:

Truman Capote, pisarz Miał wyraźną awersję do piątków – w te dni nigdy niczego ani nie zaczynał, ani nie kończył. Tworzył tylko na leżąco, zwykle popijając kawę i paląc papierosy (pilnował, by w popielniczce znajdowały się maksymalnie trzy niedopałki).

Woody Allen, reżyser Podobno kiedy podczas rozmyślania nad nowym filmem wpada w niemoc twórczą, bierze prysznic. Potrafi stać pod gorącym strumieniem przez 40 minut i rozmyślać o fabule. Uważa, że to bardzo inspirujące.

Charles Dickens, pisarz Dbał o to, by zawsze spać z twarzą zwróconą na północ. Kiedy więc udawał się w podróż, zabierał ze sobą kompas. Twierdził, że ten zwyczaj zapewnia mu niewyczerpaną kreatywność.

Piotr Czajkowski, kompozytor Uważał, że to spacery wyzwalają w nim moc twórczą, więc dwugodzinna przechadzka była żelaznym punktem jego dnia. Ze strachu przed negatywnymi konsekwencjami nie chciał skracać jej nawet o minutę.

Friedrich Schiller, poeta Twierdził, że natchnienie zawdzięcza gnijącym jabłkom i zawsze trzymał ich zapas w szufladzie. Zwykle tworzył w nocy, więc często podczas pisania trzymał nogi w lodowatej wodzie, by zachować trzeźwość umysłu i nie zasnąć.

Aleksander Dumas, pisarz Dla każdego gatunku twórczości miał przeznaczony inny kolor tuszu: niebieski dla powieści, żółty dla wierszy i różowy dla artykułów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Codzienność wzmacnia związek

W związku najtrudniej jest znaleźć złoty środek między tym, co potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące. Brak zaskoczenia zwykle sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. (Fot. iStock)
W związku najtrudniej jest znaleźć złoty środek między tym, co potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące. Brak zaskoczenia zwykle sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. (Fot. iStock)
Jesienią zawsze jedziemy do Małego Cichego… Na ulicy trzymamy się za ręce… Chodzimy spać o tej samej porze… To wszystko mogą być prywatne rytuały w związku, pod warunkiem że oboje partnerzy będą wiedzieć, czemu one służą. O rolę i cel działania według przewidywalnych scenariuszy w związku pytamy Renatę Pająkowską-Rożen, psychoterapeutkę i kulturoznawczynię.

Zawsze z zazdrością obserwowałam sąsiadów: on codziennie rano szedł do piekarni po rogaliki, ona w tym czasie zaparzała kawę. Potem razem jedli śniadanie. W lecie – na balkonie. Rozumiem, w zmienności i niepewności współczesnego świata było czego sąsiadom zazdrościć.

A czy można powiedzieć, że to był ich mały rytuał? Rytuał z punktu widzenia antropologii kultury to działanie sformalizowane, mające określony scenariusz i co ważne – cel. To znaczy, że pod rytuałem zawsze jest jakaś idea, która wyjaśnia, po co to robimy. Zazwyczaj po to, aby poradzić sobie z rzeczywistością, z tym, co się na pewno wydarzy, jak na przykład śmierć, ale nie wiemy, kiedy i jak. Rytuały dają nam więc poczucie, że mamy wpływ na swój los.

Codziennie rano idę po rogaliki, bo ma mnie to ochronić przed śmiercią? W tym wypadku przed śmiercią miłości, czyli przed rozstaniem. Najważniejsze dla nas w tej rozmowie jest to, że rytuały jednoczą – zarówno społeczność, jak i dwoje ludzi. Są więc po to, aby wspólnota, czyli w tym wypadku małżeństwo (albo relacja partnerska) nie rozpadła się. W jaki sposób? Dzięki temu, że scenariusze rytuałów są powtarzalne, niezmienne, uwalniają nas z tyranii czasu: przemijania, nieuchronnej zmiany czy właśnie śmierci. Zatem dzięki nim w codziennej domowej krzątaninie dotykamy tego, co jest niezmienne, czyli wieczności. Dotykamy tego, co nazywamy sacrum, i z czym w dzisiejszym świecie mamy coraz mniejszy kontakt.

W rogalikach i kawie jest sacrum? Może tam być. Rytuały − zwłaszcza te, które dotyczą codzienności i się w niej rozgrywają − sprawiają, że nużąca powtarzalność staje się niezwykłym doświadczeniem. Nie nudzi mnie zaparzanie kawy, a mojego partnera wyjście do sklepu po świeże pieczywo, jeśli dla nas obojga to doświadczenie miłości. Związek zazwyczaj zaczyna się od romantycznego zakochania, ale potem zostaje codzienność. I w tej codzienności najczęściej odpadamy. Rytuały pomagają nam odnaleźć w niej głębię i wyjątkowość, zapobiegają rutynie i w konsekwencji rozstaniu. Przypominają nam, po co jesteśmy razem. Nie po to, aby uzupełniać się: ty robisz to, ja tamto. W związku chodzi o coś więcej – o bycie jednością.

Rytuał prowadzi nas do prywatnego sacrum? Właśnie, a najsilniej odczuwamy to w seksie. Dlatego dobrze jest podchodzić do seksu jak do miłosnego rytuału. Nie czekać na pożądanie, ale wychodzić mu naprzeciw. Tymczasem młodzi ludzie coraz rzadziej się kochają. Zdarza się, że z poświęceniem przez trzy lata budują dom, ale ponieważ ze sobą w tym czasie nie sypiają, to mentalnie stają się sobie obcy. Przychodzą więc do mnie w ogromnym kryzysie, a na pytanie, czemu się nie kochali, mówią, że powodem było zmęczenie. On wolał masturbować się rano pod prysznicem, bo ona była wieczorami bardzo zmęczona. No i uważają, że seks powinien być czymś spontanicznym, a że tak spontanicznie się nie pojawił, to się nie kochali.

Proponuję im wówczas, aby zaczęli przytulać się, pieścić, być wobec siebie czuli. Nie mówię, żeby uprawiali seks. Mówię, że kiedy ludzie są razem, to naturalne jest, że się przytulają i że często to już wystarczy, aby poczuć się jednością.

Bardzo wiele pożytków z tych rytuałów... Tylko skąd para ma wziąć dobry rytuał? Najcenniejsze są te, które wyłoniły się z relacji, narodziły w sposób naturalny, a więc są skrojone na naszą miarę. Takie rytuały najsilniej jednoczą. Prostym przykładem narodzin rytuału jest historia tego, jaki obowiązuje w moim domu. Otóż po powrocie z pracy potrzebuję chwili, żeby odtajać, wykąpać się, zmyć makijaż, chwilę pomedytować… W tym czasie mój mąż robi kolację i zaparza nam herbatę. Potem siadamy razem na kanapie i rozmawiamy, przytulamy się. Ten nasz rytuał powstał dzięki rozmowom, a nawet kłótniom, podczas których udało nam się ustalić, jak ma być, żeby nam oboju było dobrze. Potrzebuję bliskości z mężem, a on ze mną. Ale nie od razu po powrocie z pracy. Na tym przykładzie widać to, że aby rytuał był dla nas dobry, ma być wykonywany za zgodą obojga partnerów. I ze świadomością, co nam daje. Dlatego kiedy pojawi się w związku, warto o nim porozmawiać, zapytać siebie i partnera, czy nam obojgu pasuje. Czy coś nam obojgu daje? A jeśli tak, to co to jest?

Rozmowa jako podstawowy rytuał? Oczywiście, to fundament dobrej relacji! Na potwierdzenie opowiem pewną historię. W trakcie separacji mąż razem ze swoją kochanką pojechał do Jastrzębiej Góry i to w sierpniu, czyli wtedy, gdy zawsze jeździł tam z żoną. Kiedy małżonkowie postanowili do siebie wrócić i trafili na terapię, żona powiedziała, że tego nie może mężowi wybaczyć, bo „to był nasz rytuał!”. Mężczyzna zdziwił się. Od dziecka w sierpniu jeździł nad morze, czy był sam, czy z kimś. Czyli to był jego rytuał, a nie ich. Nigdy jednak nie rozmawiali o tym, czym jest dla każdego z nich ten sierpień nad morzem. Zarówno dla niej, jak i dla niego ten wyjazd był więc czymś innym, dlatego też ich nie łączył.

Ale czy omawiając wszystko, nie obdzieramy świata z magii, z romantyzmu? Jeśli nie rozmawiamy, nie możemy się spotkać. Ta kobieta jeździła nad morze na miłosny rytuał we dwoje. Ale jej mąż jeździł tam po prostu na urlop. Można wręcz powiedzieć, że nie byli tam razem. Każde z nich spędzało sierpień nad innym morzem, w swoim własnym świecie, interpretując to, co się tam wydarzało, po swojemu. Związek się rozpadł, bo za rzadko spotykali się we wspólnym świecie, czyli także w rozmowie. Każda miłość ma swój mit założycielski – opowieść o tym, jak powstała, jak się tych dwoje ludzi poznało, co ich w sobie nawzajem oczarowało. No i jak budowali swoje uczucie. Rozmawiając o nas, budujemy, wzmacniamy to, co nas łączy. Opowieść o nas i nasze rytuały tworzą świat naszej miłości.

A czy dobrymi rytuałami dla dwojga, o czym kiedyś gdzieś czytałam, jest chodzić, trzymając się za ręce i kłaść o jednej porze? To dobre rytuały, ale znów zapytam: czy wiemy, po co to robimy? Czy rozmawialiśmy o tym? Na przykład wstawanie i kładzenie się o jednej porze może być bardzo dobrym rytuałem choćby dlatego, że zaczynamy i kończymy dzień razem. A zdarza się, że jeśli dużo pracujemy, to właściwie widzimy się tylko wtedy. I wówczas tym bardziej ważny jest ten rytuał, zwłaszcza jeśli na początku i na końcu dnia przytulamy się do siebie. Oczywiście któraś para może mieć z tym duży problem, bo na przykład ona lubi wstawać wcześnie, a on siedzieć do późna. Nie wszystko jest dobre dla wszystkich.

Czy trzymanie się za rękę na ulicy przez mocno dorosłych ludzi nie jest głupie? Dlaczego ma być głupie?! Idziemy razem przez życie. Tyle znaczy ten gest. Moja przyjaciółka złamała nogę i kiedy zaczynała chodzić bez kuli, trzymała za rękę swojego partnera. Ten prosty i konieczny gest stał się początkiem renesansu ich związku. Czasem to niewygodne, ale czujemy, że ważne. Wczoraj byłam świadkiem sceny, że para 70 plus szła ulicą, trzymając się za ręce, a młodzi ludzie się za nimi oglądali! Dlaczego? Bo młodzi czują, że to ważne, ale nie wiedzą, jak zrobić, żeby tak razem iść.

Miłość to nie jest magia, ale są w niej jednak magiczne momenty, które warto pielęgnować. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepszy będziemy mieć związek, bo przestaniemy gonić za wiecznym uniesieniem, pożądaniem, ekscytacją, a dostrzeżemy wszechświat w tym choćby, że cieszymy się na swój widok. To także jest jeden z dobrych rytuałów. Niewidziany przez godzinę partner wchodzi do pokoju i wtedy oboje się uśmiechamy! Nawet jeśli nie widzieliśmy się chwilę, to kiedy znów jesteśmy razem, zmienia się cały świat, bo mój ukochany jest ze mną.

Na siłę się uśmiechać, jeśli tego nie czujemy? Znam historię pary, w której mężczyzna nigdy nie uśmiechał się, kiedy jego partnerka, wracając z pracy, podjeżdżała po niego. Logistycznie taki powrót do domu był najwygodniejszy dla obojga. Choć w samochodzie zazwyczaj nie było miło. Kobieta odczuwała boleśnie to, że mężczyzna na jej widok zamiera z niemiłym grymasem. No i w końcu powiedziała mu wprost, że chciałaby, żeby się uśmiechał na jej widok, że jest jej przykro, bo się wówczas krzywi. Mężczyzna najpierw zirytował się, ale po chwili zrozumiał, w czym jest problem. Otóż kiedy był dzieckiem, matka przyjeżdżała po niego do szkoły. I teraz zawsze, kiedy jego partnerka była w aucie, widział matkę. A to budziło w nim złe emocje, bo matka zawsze go sztorcowała.

Pomogło dostrzeżenie przyczyny jego grymasu niechęci? Tak, ale gdyby kobieta nie odważyła się powiedzieć, co czuje, byłoby im razem trudno. Dlatego naprawdę trzeba o wszystkim rozmawiać. Jeśli mamy wiele rytuałów, ale też różne tabu, to nasz związek się rozpadnie albo będzie nieudany. Czasem daję klientom takie ćwiczenie: macie się do siebie uśmiechać albo mówić sobie komplementy. Niby nic, ale pojawia się pytanie: z jakiego powodu ta para tego nie robi? Powiedz sama: co czujesz, kiedy słyszysz komplement?

Rozkwitam! No właśnie. Jeśli więc twój partner nie chwali cię i nie zachwyca się tobą, to tak jakby cię nie dostrzegał. Komplementy są po to, aby czuć, że ta osoba, z którą jestem, nadal się mną fascynuje. Dlatego zmieniają się, tak jak my się zmieniamy. Komplement to bycie uważnym, bycie razem tu i teraz.

Ale też każdy z nas dźwiga jakiś bagaż i może być, że ktoś był manipulowany za pomocą komplementów, a wtedy trzeba to także obgadać, aby móc ich używać. Zazwyczaj jest wtedy tak, że najpierw terapeuta radzi mówić komplementy, kiedy zaś to się uda, okazuje się, że żona jest bardziej radosna i otwarta, a dzięki temu mąż czuje się bardziej pewnie jako mężczyzna. To też kolejny dowód na to, że nie ma co się bać braku spontaniczności czy tego, że rozmowa obedrze miłość z magii, bo to rozmowa jest prawdziwą magią miłości.

Czyli kawa i rogaliki na śniadanie do końca życia? Dopóki nam ta kawa i te rogaliki smakują, to tak. Ale tego nie da się inaczej dowiedzieć, niż o tym rozmawiając. W związku dwojga ludzi najtrudniejsze jest znaleźć złoty środek między tym, co stałe i potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, a tym, co zaskakujące, ekscytujące. Zazwyczaj też brak tego, co zaskakuje, sprawia, że zaczynamy rozglądać się na boki. W dobrym związku te dwie sfery muszą się przenikać i być w równowadze. Oczywiście lubię te rogaliki i kawę, ale czasem chciałabym, żeby mąż kupił też dżem albo żebym to ja poszła do piekarni. To nic w rytuale nie popsuje, bo tak naprawdę jest nim to, co robimy razem, czyli wspólne śniadanie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka TSR, trenerka. Jej marka osobista to Psychoterapia Zmiany.

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie. Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku? Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk? Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić? Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek? Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić? Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć? Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej? Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…? Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania. To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki? Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia? Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów! Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.

  1. Styl Życia

Joga piękna. Rozmowa z Martą Kucińską nauczycielką jogi twarzy, konsultantką ajurwedy

Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)
Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. (Fot. archiwum prywatne bohaterki)
Tytuł jasno mówi: będzie o urodzie. Ale książka „Joga piękna” to o wiele więcej. Poza ćwiczeniami twarzy, które rozluźnią napięcia czy wypełnią zmarszczki, dostajemy sporą pigułkę wiedzy o diecie, relaksie, rozwoju osobistym. Co więc robić, żeby być piękną, spokojną i silną? 

Przejrzałam dokładnie książkę i doszłam do wniosku, że mocno to wszystko skomplikowane. Gdyby człowiek chciał to wszystko, co pani proponuje, realizować, nie mógłby się zajmować niczym innym. Nowa dieta, nowe nawyki, ćwiczenia twarzy, zmiana stylu życia… Chyba nie! Tylko tak się pani wydaje. Chodzi o to, żeby zamienić jedno na drugie, czyli złe nawyki na dobre. To nie wymaga wydłużenia doby. Zamiast bezwartościowego śniadania zjedzmy wartościowe. Mieścimy się w tym samym czasie. Przygotowanie, jedzenie – tylko tego, co nam naprawdę służy. Zamiast godzinę patrzeć w telefon, chodźmy na spacer. Zmieńmy nawyki! A same ćwiczenia twarzy nie zajmują więcej niż kilkanaście minut. Oczywiście trzeba też dodać do tego ćwiczenia ciała, ale to wiadomo – aktywność fizyczna to pozycja obowiązkowa dla każdego.

Ale z tymi nawykami to nie jest przecież takie proste. Nagle okazuje się, że wszystko trzeba robić inaczej. Nie pić zimnej wody, a ciepłą. Inaczej gotować… Wszystko, co nowe, budzi opór. Ja też, kiedy wchodzę w nowe tematy, na początku myślę: o rany, jakie to skomplikowane, nie ogarnę! Ale jak zaczynam się wgłębiać, okazuje się, że to proste. Bo już umiem, już się nauczyłam, już jest to oczywiste. Na przykład ta woda właśnie – jaka to różnica, czy naleję do szklanki ciepłą, czy zimną? A gotowanie? Kiedy przestałam jeść mięso, stwierdziłam, że gotowanie jest znacznie prostsze, szybsze, a zarazem bardziej urozmaicone.

Mięso to jedno, wiele osób teraz z niego rezygnuje, ale pani namawia też do unikania wszystkich produktów odzwierzęcych, w tym też nabiału. Tu już trzeba przestawić myślenie o gotowaniu, o zakupach. Tak, namawiam. Jeśli nauczymy się nie myśleć ograniczeniami, robi się bardzo łatwo. W kuchni roślinnej mamy naprawdę gigantyczny wybór, możemy odkrywać wiele smaków. Warto spróbować i samemu się przekonać. Choć na pewno jest tak, że każda zmiana na początku budzi opór.

Tytuł książki to „Joga piękna”. Sugeruje, że mowa będzie tylko o urodzie. Jak to zrobić, żeby dobrze wyglądać i dobrze czuć się w swoim ciele. Mówi pani o trzech filarach: ciało, umysł, dusza. Czy jeden z nich jest ważniejszy, czy wszystkie są równie ważne? Wszystkie równie ważne. Trudno wyglądać pięknie, jeśli źle się odżywiamy, źle śpimy, jeśli nasza psychika jest w złym stanie. To nie jest moje odkrycie. Ajurweda mówi o tych trzech filarach. Ważna jest równowaga.

A do czego trzeba zacząć? Zawsze od ciała. Odżywianie, ruch, zajęcie się sobą na poziomie czysto fizycznym, bo jeśli ciało zaczyna lepiej funkcjonować, to i umysł też. I wtedy można iść krok dalej. Ale nie trzeba robić rewolucji – można zacząć od małych rzeczy. Na przykład właśnie picia ciepłej wody. I za kilka dni kolejna sprawa. Bez napięcia. Małe kroki. Chodzi o to, żeby niczego nie robić na siłę, żeby zmiany „weszły w nas” łagodnie. Miękko. Powoli.

Jeśli chodzi o zmiany – zachęca pani, by sprawdzić, którą doszą według ajurwedy jesteśmy – wtedy łatwiej dopasować i dietę, i styl aktywności fizycznej? Moja książka o ajurwedzie mówi tylko ogólnie, podaję podstawowe informacje, to jednie wstęp, namawiam do zgłębiania tematu w innych źródłach. Ten test na doszę warto zrobić tak orientacyjnie, nie da 100 procent pewności, ponieważ taki test powinien nam zrobić konsultant ajurwedy albo lekarz – do pytań dochodzi jeszcze wtedy badanie pulsu, ocena wyglądu. Ale test z książki może nakreślić kierunek. Pozwoli zorientować się, czy jesteśmy raczej vatą, pittą czy kaphą.

Pięć elementów według ajurwedy: powietrze, przestrzeń, woda, ziemia i ogień występują w ciele człowieka w różnych proporcjach, chodzi o stwierdzenie, który u ciebie przeważa. I determinuje nasze życie, zachowanie, potrzeby, predyspozycje. Chodzi o to, żeby tę naszą konstytucję utrzymać na poziomie urodzeniowym. Żeby poszczególne elementy nie wzrastały ani się nie obniżały. Z tą wiedzą dobieramy dietę, pielęgnację, myślimy o odpowiednim stylu życia. Nie dla każdego to samo jest dobre.

A jak z ćwiczeniami twarzy – bardzo ich dużo, robić je wszystkie? To chyba się nie da… Nie, absolutnie nie wszystkie naraz! Podałam ich dużo, żeby każda kobieta znalazła tam odpowiedź na swój problem (choć, prawdę mówiąc, nie lubię nazywania np. zmarszczek problemem). Dobieramy je indywidualnie. Najlepiej robić ćwiczenia dwa razy dziennie. Ktoś powie: oj, dużo. Ale pamiętajmy, że nie trzeba się przebierać, iść do klubu czy na salę ćwiczeń. Można – kiedy już nabierzemy wprawy – ćwiczyć „przy okazji”. Wiem z doświadczenia, że często czas jest na wagę złota, więc robię ćwiczenia, czytając książkę czy na spacerze. Choć fajnie byłoby, gdyby znaleźć chwilę tylko na to. To też odpoczynek.

Tylko trzeba przejść przez ten pierwszy etap – tak opanować ćwiczenia, żeby nie zastanawiać się nad każdym ruchem. Właśnie tak.

Używa pani kosmetyków? Oczywiście. Kocham kosmetyki. Często robię je sama, a jeśli kupuję, wybieram najchętniej te naturalnego pochodzenia, z prostymi składami. Kiedy czasem sięgam po drogeryjne, to szukam takich, które mają jak najmniej składników w jak największych stężeniach.

Mówi pani też, że bez zadbania o psychikę, o spokój ducha, o równowagę, cała „kuracja” się nie uda. No nie uda się. Wtedy się szarpiemy, męczymy i nie idziemy do przodu. Rozwój zawsze jest wskazany. Zawsze warto się zająć swoim wnętrzem, nigdy nie jest za późno. Jeśli tego nie zrobimy, to choćbyśmy stosowały dietę idealną, choćbyśmy uprawiały sport i zdrowo żyły, nie będzie nam tak naprawdę dobrze. Będzie w nas siedziało poczucie niespełnienia, może pustki, oczekiwanie, żeby szczęście przyszło z zewnątrz. Dlatego warto szukać drogi, każdy swojej. To ważny aspekt naszego życia, może w ogóle najważniejszy – jeśli jesteśmy poukładani sami ze sobą, jeśli mamy w sobie spokój i równowagę, możemy też dużo dać innym.

Oczywiście, pewnie też wszyscy to wiemy – ale teoretycznie. A praktyka wygląda inaczej. Życie jest trudne, pełne stresów, a moment, w którym rozmawiamy, rosnąca znowu fala pandemii, jeszcze wszystko komplikuje, stanowi źródło lęków i niepokoju. Wiele osób nie daje rady… Tym bardziej właśnie teraz warto się skupić na rozwoju. Zresztą widać, że ludzie się tym interesują, szukają wiedzy, warsztatów, książek. Niektórzy pytają: skąd wziąć na to czas w tym zabieganym życiu? Jest taka przypowieść. Uczeń pyta nauczyciela, ile powinien medytować. Ten mówi mu: 20 minut dziennie. Ale skąd ja mam wziąć wolne 20 minut! – woła uczeń. Na co nauczyciel: W takim razie medytuj 40 minut. Nie mamy czasu na nic – ale na to, co najważniejsze, powinniśmy go wygospodarować. A nasz spokój ducha i rozwój wewnętrzny to właśnie sprawa najważniejsza. Wtedy – zobaczycie – inne rzeczy będziemy załatwiać szybciej, spokojniej i skuteczniej.

Pani książka jest dla kobiet. Mogę sobie wyobrazić wiele pań, które postanowią wprowadzić te rady w życie. Myśli pani, że te zmiany przyjmą z entuzjazmem ich mężowie czy partnerzy? Oczywiście niektórzy będą – przynajmniej na początku – niezbyt zachwyceni. Ale wiem z doświadczenia, że kiedy zacznie się zmiany, kiedy wejdą one do domu, to z reguły część z nich się przyjmuje. Nie ma opcji, żeby bliscy czegoś z tego nie wzięli dla siebie. A jak wezmą część, to może później, stopniowo, będą brać i więcej? Zresztą ja w ogóle uważam, że nie trzeba wszystkiego stosować w stu procentach. Nie można przesadzać. I warto sobie zostawić jakiś margines wolności. Każda dobra rzecz, nawet niewielka, wprowadzona w nasze życie to ważny krok do przodu.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Marta Kucińska to certyfikowana nauczycielka jogi twarzy, joginka, konsultantka ajurwedy III stopnia. Zwolenniczka medycyny naturalnej, ziołolecznictwa i naturalnej pielęgnacji ciała. Pomaga innym kobietom w zachowaniu przez długie lata urody i pogody ducha.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - skąd je brać?

Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Samouwielbienie i totalny brak wiary w siebie - dwa skrajne sposoby odczuwania własnej wartości. Obydwa niszczące. A nic tak człowieka nie buduje jak głębokie wewnętrzne przekonanie, że jest ważny i zasługuje na szczęście. Jednak ważny i zasługujący na szczęście tak samo jak inni ludzie.

Artykuł archiwalny

Poczucie własnej wartości (inaczej samoocena) to fundament, na którym opiera się cała konstrukcja naszego życia, to podstawowa ludzka potrzeba. Takiego zdania są zarówno psychologowie, jak i nauczyciele duchowi. Nathaniel Branden, autor książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, pisze: „Są rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki. Jedną z nich jest rola poczucia własnej wartości”.

Wielu z nas próbuje jednak uciekać przed prawdą o sobie. W pracę, uzależnienia, przyjemności. Ci permanentni uciekinierzy to ludzie o niskim poczuciu własnej wartości. Ale niska samoocena działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Cicho tyka przez całe lata, podczas gdy człowiek żądny sukcesu i wrażeń wspina się po szczeblach kariery, rzuca w coraz to nowe zajęcia, zmienia partnerów. A wszystko po to, aby jeszcze bardziej zademonstrować swoje „mistrzostwo”, a tak naprawdę zagłuszyć dochodzące z głębi duszy złe mniemanie o sobie.

Przeznaczenie do szczęścia

To musi się źle skończyć, bo samoocena jest jak samospełniająca się przepowiednia – jeżeli źle oceniamy siebie, to mniej lub bardziej świadomie programujemy się na porażkę. Ludzie z niską samooceną wycofują się, poddają, zamykają. Albo za wszelką cenę chcą pokazać całemu światu, że jest inaczej, niż sami o sobie myślą. A kiedy przychodzi sukces, sabotują go: rozpijają się, wikłają w toksyczne związki, prowadzą hulaszczy tryb życia. Dzieje się tak dlatego, że sukces koliduje z ich wewnętrznym przekonaniem o tym, kim są. Jeżeli „wiem”, że moim przeznaczeniem jest bycie nieszczęśliwym, to nie mogę pozwolić, by rzeczywistość wprowadziła mnie w zakłopotanie z powodu szczęścia. Dlatego niszczę to, co osiągnęłam. I nie ma znaczenia, że to irracjonalne i autodestrukcyjne. Podobnie, wbrew własnym interesom, postępuje wielu błyskotliwych ludzi. To, że są inteligentni, nie stanowi żadnego zabezpieczenia.

Skutecznym zabezpieczeniem jest jedynie wysoka samoocena. Poczucie, że potrafię stawić czoła podstawowym życiowym wyzwaniom. Umiejętność patrzenia na świat własnymi oczami. Przekonanie, że mam prawo do szczęścia, zaspokajania swoich potrzeb i pragnień, osiągania tego, co dla mnie ważne, do radości z owoców swojej pracy. Mimo deficytów, słabości, ocen płynących ze świata.

Ela Krzemińska, zakopiańska artystka, projektantka mody, mama dwóch synów, (po rozwodzie), żyje jakby na przekór schematom. Zamieszkała w Zakopanem, choć nie może chodzić po górach. Zajmuje się modą, choć nigdy nie założy mini ani szpilek. Jest aktywna zawodowo, społecznie, a wedle stereotypów powinna tylko liczyć na innych. I na dodatek cieszy się życiem, a byłaby usprawiedliwiona – wszak jest po chorobie Heinego-Medina – gdyby załamywała ręce nad swoim losem.

– Mam różne braki, choruję od piątego miesiąca życia, ale nie jestem brakiem ani chorobą. Jestem tym, co robię, myślę, widzę, czuję, czytam, mówię. Anthony de Mello napisał, że jeśli ktoś chce być ofiarą, to będzie. Ja nie chcę, szkoda mi czasu.

Nathaniel Branden powiedziałby, że Eli pomogła wysoka samoocena. Jej esencją jest zaufanie do własnego umysłu i przekonanie, że zasługujemy na szczęście. Potęga takiego myślenia o sobie polega przede wszystkim na tym, że motywuje do działania. A jednocześnie zależy od tego, jak działamy. Bo działanie i samoocena są ze sobą sprzężone. Mając wysoką samoocenę, jestem wytrwalsza w pokonywaniu trudności. Bardziej uparta i zmotywowana do osiągania celu. A gdy go osiągam – umacniam tym samym obraz samej siebie.

„Wartość wysokiej samooceny nie polega wyłącznie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej, ale że pozwala ŻYĆ lepiej” – pisze Branden.

Poczucie własnej wartości ma wielki wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia, zarówno zawodowe – a więc satysfakcję z pracy, osiągnięcia – jak i prywatne: w kim się zakochujemy, jak traktujemy partnerów, dzieci, przyjaciół, czy czujemy się szczęśliwi.

Kostas Georgakopulos, muzyk, kompozytor, lider niszowego zespołu Kostas New Program, stworzył na Festiwalu Filmowym „Era Nowe Horyzonty” we Wrocławiu scenę muzyczną, na którą zaprosił wiele alternatywnych kapel ze świata. Kiedy zapytałam, czy nie korci go, żeby samemu wskoczyć na scenę, odpowiedział: – Nie. Bo ja nie mam kompleksów.

Badacze tematu między brakiem kompleksów a wysoką samooceną stawiają znak równości.
Kostas: – Moim zdaniem wysokie poczucie własnej wartości to obiektywna analiza swoich możliwości plus to, co możemy zrobić, żeby było coraz lepiej. Przekonałem się, że kiedy dokonuję takiej analizy, chłodnej i wyważonej, wcale nie muszę się frustrować, bo mierząc siły na zamiary, nie podejmuję się rzeczy, których nie udźwignę. I nie najgorzej na tym wychodzę. Realizuję swoje małe plany i o to mi właśnie chodzi, żeby nie mieć poczucia, że toczy się za mną wielka kula, która może mnie przygnieść, tylko żeby każdego dnia spokojnie działać. Nie wybiegam przy tym specjalnie w przyszłość ani też nie wracam do przeszłości. Tak po buddyjsku, choć nie jestem buddystą, zatapiam się w tu i teraz.

Ela Krzemińska: – Co rozumiem przez poczucie własnej wartości? Wiarę w siebie, z dystansem, bez przesadnego krytycyzmu, ale i bez kompleksów, które są motorem złych rzeczy. Jako projektantka obserwuję ludzi i po tym, jak się noszą i jak chodzą, widać, jakie mają o sobie mniemanie. Ważna jest też uczciwość. Jeżeli człowiek jest uczciwy, to patrzy w oczy, chodzi z podniesioną głową, czuje się pewnie.

Potwierdzają to psychologowie: Na to, jak o sobie myślimy, wpływa wiele cech osobowości: uczciwość, racjonalizm, intuicja, niezależność, elastyczność, szczerość, zdolność do radzenia sobie ze zmianą, umiejętność przyznawania się do błędów, życzliwość i gotowość do współpracy.

 

Cieszę się, że jestem inny

Skąd jednak brać to poczucie? Ela Krzemińska: – To się wynosi z domu. Moi rodzice nie robili problemu z tego, że jestem chora. Mieli te same oczekiwania wobec wszystkich dzieci i tak samo nas kochali. To dało mi mocny kręgosłup.

Posłali Elę do szkoły muzycznej po to, żeby – jak tata potem tłumaczył – dać jej jeszcze jeden atut: Nie może biegać, to zagra na pianinie.

Ela mówi, że miała także szczęście do ludzi. Pamięta pierwszą rytmikę w ognisku muzycznym. Wiadomo, że ona się do tych zajęć nie kwalifikuje, a nauczycielka mówi: „Ćwicz sobie w swoim rytmie”. Nieustannie doświadczała życzliwości i zrozumienia.

– I to mi pomagało uwierzyć w siebie. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona. Dużo czytałam, wszystkiego byłam ciekawa, zawsze chciałam mieć coś do powiedzenia.

Kryzys przyszedł w okresie dojrzewania, kiedy zaczęła myśleć o sobie jako o kobiecie, kiedy chciała się podobać. Wcześniej nie miała oporów, żeby chodzić w sukienkach, które dostawała w paczkach z Ameryki. A tu zaczęła ukrywać chorą nogę w spodniach. Ale nie trwało to długo.

– Doszłam do wniosku, że jeśli będę nieszczęśliwa, to wszyscy będą się ze mną męczyć, i że ja tego nie chcę. A potem wymyśliłam sobie wizerunek, ni to cygański, ni to hippisowski. Na tyle skutecznie, że zaczęto wołać za mną „Cyganka”, a nie „Kulawa” na przykład.

Kostas, jak sam mówi o sobie, jest człowiekiem dwóch energii: spokojnej, wyważonej, pragmatycznej (mama Polka) i gwałtownej, dionizyjskiej, spontanicznej (tata Grek).

– Moje nazwisko bardzo pomogło mi w samookreśleniu się i zaistnieniu wśród rówieśników. Jadę na kolonie, nazywam się Kostas Georgakopulos i natychmiast się wyróżniam. Wiele lat takiego wyróżniania z powodu nazwiska spowodowało, że się do tego przyzwyczaiłem. Moja inność mnie wzmacniała, dawała poczucie ważności, pewności siebie. Do dzisiaj czuję się fantastycznie z tym, że mama jest Polką, tata Grekiem, że trochę bywam tutaj, trochę tam. A w ogóle jestem anglofilem, bo tak naprawdę najbardziej na świecie kocham kulturę anglosaską. Kompletna paranoja? Raczej eklektyzm w pozytywnym sensie. Teraz już wiesz, dlaczego udało mi się stworzyć taką scenę muzyczną na festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Twierdzi, że swoje mocne poczucie wartości zawdzięcza także literaturze, muzyce i kinu. Książki wręcz pożerał – w wieku ośmiu lat zapisał się do biblioteki osiedlowej. Pomogła mu także muzyka – od 17. roku życia śpiewa, gra na instrumentach analogowych, komponuje.

– Miałem zawsze takie fajne poczucie podmiotowości. Patrzyłem na ludzi na ulicy i myślałem sobie: „Jestem muzykiem, wyróżniam się”. Taka naturalna chłopięca radość z egzystencji. Zawsze najważniejsze było dla mnie tworzenie, nie zastanawiałem się, czy będę gwiazdą rock and rolla. Już jako dorosły odkryłem kino. Moim największym sukcesem jest to, że od 25 lat gram. Mam taką wręcz zwierzęcą potrzebę tworzenia muzyki. W październiku wychodzi moja nowa płyta „Fooodd”, do nagrania której zaprosiłem muzyków z całego świata. Ta płyta jest moją niezgodą na to, że nie ma na świecie autorytetów.

Pozdrawiam twoją wielkość

Wysoka samoocena przynosi same korzyści – stymuluje do podejmowania ambitnych celów, daje siłę do radzenia sobie z problemami. Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. Tym lepiej jesteśmy przygotowani do tworzenia harmonijnych, a nie wyniszczających związków.

Czy poczucie własnej wartości może być zbyt wysokie? Według Brandena nie może. Tak jak nie można być zbyt zdrowym. Czasami jednak wysoka samoocena jest mylona z arogancją, narcyzmem, przerostem ambicji, poczuciem wyższości. Osoba o wysokiej samoocenie nie potrzebuje wywyższać się ani udowadniać swojej wartości przez porównywanie się do innych. Radość daje jej to, kim jest, a nie to, że jest lepsza od innych.

Poczucie własnej wartości na głębokim duchowym poziomie jest rozumiane jako wspólna wszystkim ludziom część, coś, co ich łączy. W kulturze tybetańskiej nie istnieje pojęcie niskiego poczucia własnej wartości. Kwintesencją wysokiego poczucia są słowa, jakimi Tybetańczycy pozdrawiają każdego napotkanego człowieka: Tashi deley („Pozdrawiam twoją wielkość”). Pozdrawiam miejsce w twym sercu, w którym mieszkają: twoja odwaga, honor, nadzieja, miłość i marzenia. Pozdrawiam to miejsce w tobie, gdzie – jeżeli ty znajdujesz się w tym miejscu wewnątrz siebie, a ja w takim miejscu wewnątrz siebie – jesteśmy jednością.

  1. Psychologia

Jak osiągnąć cel? Zmierz się z nawykami!

Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Chcesz realizować marzenia i osiągać zamierzone cele? Uwierz w moc wewnętrznej dyscypliny. Jeśli pozbędziesz się stereotypowych skojarzeń, zmodyfikujesz stare nawyki i wprowadzisz kilka nowych – słowo „niemożliwe” zniknie z twojego słownika.

Marzenie i dyscyplina wydają się od siebie bardzo odległe. No bo co mają ze sobą wspólnego bujanie w obłokach i wojskowy rygor? Nic, dopóki nie postanowisz, że przestajesz marzyć, a zaczynasz spełniać marzenia. Wtedy szybko dostrzeżesz, że jedno bez drugiego nie jest możliwe.

– Dyscyplina często źle nam się kojarzy: z więzieniem, ograniczeniem, nudną powtarzalnością, a przecież dziś chcemy ciągłych zmian i rozrywek – mówi dr Rafał Albiński, psycholog poznawczy z USWPS specjalizujący się m.in. w zagadnieniach związanych z zarządzaniem czasem i zwlekaniem. – Ale to właśnie ona pozwala realizować długoterminowe cele. Podnosi poczucie własnej wartości i sprawstwa. Dzięki niej czujemy, że mamy kontrolę nad własnym życiem. A co za tym idzie, jesteśmy szczęśliwsi.

Walka o marzenie

W 2013 roku po czwartej nieudanej próbie 64-letnia Amerykanka Diana Nyad ponownie stanęła na przystani w Hawanie, szykując się do pokonania wpław 177 kilometrów dzielących Kubę od Florydy. Chociaż współpracujący z nią lekarze i trenerzy twierdzili, że nie może jej się udać, Diana zdecydowała się jeszcze raz zawalczyć o realizację swojego marzenia. Diana 38 godzin po starcie dostrzegła światło na Key West. Wiedziała więc, że przed nią jeszcze 15 godzin w wodzie. „Dla większości pływaków byłoby to dużo, ale nie macie pojęcia, ile 15-godzinnych treningów mam za sobą” – mówiła Nyad na konferencji TED zatytułowanej „Nigdy, przenigdy się nie poddawaj”.

Słuchając jej, trudno nie uwierzyć, jak bardzo marzenia oraz dyscyplina łączą się w całość. Diana opowiada o śpiewaniu w myślach 1000 razy „Imagine” Johna Lennona – co, jak już wielokrotnie sprawdziła, trwa 9 godzin i 45 minut; o halucynacjach – na środku oceanu widziała Tadż Mahal; o masce, która poza tym, że chroniła przed meduzami, raniła wnętrze jej ust, i o wielogodzinnych ćwiczeniach.

Podążanie za marzeniami wcale nie oznacza robienia tego, na co się ma w danej chwili ochotę. Gdybyśmy nie poznali tej historii z jej wszystkimi bolesnymi szczegółami, pewnie mówilibyśmy, że „64-latka miała odwagę”, „wiedziała, czego chce i potrafiła przekonać do tego innych”. Jesteśmy świetni w znajdowaniu przyczyn sukcesu wszędzie, tylko nie w żelaznej dyscyplinie. A gdy nie chce nam się iść na trening czy na stole pojawia się kusząca babeczka, niwecząca naszą kilkutygodniową dietę, potrafimy wytoczyć naprawdę ciężkie działo w stylu: „Jeśli się do tego zmuszam, znaczy, że to nie jest w zgodzie ze mną”.

– Nikt nie kwestionuje tego, że warto żyć w zgodzie ze sobą, tylko zależy, jak to rozumiemy – tłumaczy dr Rafał Albiński. – Czy chodzi o pozwolenie: „Możesz stać tam, gdzie jesteś i nic nie robić, bo tak jest przyjemniej i łatwiej” czy o zachętę: „Osiągaj swoje cele”. Spełniając marzenia, też przecież się realizujemy. Jednak bez kiwnięcia palcem czy poświęcenia czegoś, to się nie uda. Odwiecznym ludzkim pragnieniem jest dochodzenie do wszystkiego bez wysiłku, dlatego szukamy wymówek, by nie podejmować działania. „Życie w zgodzie ze sobą” może być jedną z nich.

Warto uwierzyć w moc dyscypliny, zaakceptować fakt, że bez niej nie da się osiągnąć ważnych celów. Jeśli trudno ci to przełknąć, pomyśl, że utrzymywanie dyscypliny nie musi być takie trudne. Trzeba tylko znaleźć jej sprzymierzeńców, czyli odpowiednie nawyki. Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby i bezustanne zadawanie sobie pytań: „Czy będzie dla mnie lepiej, jak to zrobię czy jak tego nie zrobię?”. Naukowcy odkryli, że siła woli nie jest niewyczerpana. Porównali ją do mięśnia, który może się zmęczyć, więc należy go trenować z rozsądkiem.

Zabawa z nawykami

Płyną dwie młode rybki i spotykają starszą rybę, która podąża w odwrotnym kierunku i pyta: „Cześć, chłopaki, jaka woda?”. Rybki płyną dalej. Po chwili jedna mówi do drugiej: „Co to, do diabła, jest woda?”. Charles Duhigg przytacza ten żart w książce „Siła nawyku”, by pokazać, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy z istnienia nawyków. Wypełniają nasze życie, bo mózg bezwzględnie dąży do przekształcenia w nie każdą rutynową czynność. Dzięki temu nie musimy za każdym razem zastanawiać się, jak zrobić kanapkę, prowadzić samochód czy wziąć prysznic, i możemy skoncentrować się na ważniejszych sprawach.

Załóżmy więc, że twoim marzeniem jest schudnięcie. Jeśli od rana do wieczora walczysz ze sobą: rezygnujesz z obfitego śniadania, zmuszasz się do ćwiczeń na siłowni czy powrotu pieszo z pracy, prawdopodobnie wkrótce porzucisz swój plan. Lepiej wypracować jeden silny nawyk, np. biegania po powrocie z pracy. Na początku będzie trudno, ale jeśli wytrwasz w dyscyplinie, po miesiącu niemal automatycznie przebierzesz się w dres, nie wystawiając na próbę swojej silnej woli – warto ją zachować na wypadek niespodzianki, np. koleżanki, która wpadnie z pączkami.

Łatwo powiedzieć, ale jak dotrwać do końca tego pierwszego miesiąca? Każdy z nas chętnie poznałby tajemną formułę. „Problem polega jednak na tym, że nie istnieje jedna formuła zmiany nawyków. Istnieją ich tysiące” – pisze Charles Duhigg. Żeby znaleźć tę dla siebie, trzeba poznać dwa fakty o nawykach.

Po pierwsze, cykl utrwalania nawyku zawsze jest taki sam: wskazówka – działanie – nagroda. Po drugie, możesz tworzyć nowe nawyki, ale nie zlikwidujesz starych. Jesteś w stanie jedynie zamieniać je na inne, lepsze dla ciebie, pozostawiając starą wskazówkę i starą nagrodę. W tym celu musisz zidentyfikować wskazówkę, czyli odkryć, dlaczego mózg wysyła sygnał „zjedz coś słodkiego”. Dobrą metodą jest zapisywanie, kiedy sięgasz po słodycze, w jakich okolicznościach, w czyim towarzystwie, co czujesz i co się wydarzyło kilka minut wcześniej. Szybko wyłoni się schemat, np. że zawsze jesz cukierka lub kawałek czekolady po zebraniu z szefem. Wtedy czas się dowiedzieć, co ci to daje, czyli jaka jest nagroda. Duhigg radzi szukać jej, eksperymentując: po pojawieniu się wskazówki, spróbuj zrobić coś innego niż zwykle, np. po zebraniu zjedz jabłko. Jeśli po 15 minutach nadal masz ochotę na słodycze, szukaj dalej. Po wyjściu z zebrania, zanim wróciłaś do obowiązków, pożartowałaś z kolegą i poczułaś się zrelaksowana, a kwadrans później nie chciałaś już jeść czekolady? Bingo! Właśnie odkryłaś swoją nagrodę. Chodziło o obniżenie poziomu stresu. Teraz w miejsce starego nawyku wstawisz nowy, czyli np. po zebraniu z szefem chwilę pożartujesz z kolegami. Tworzenie zupełnie nowego nawyku jest łatwiejsze, bo świadomie sama określasz wskazówkę i nagrodę. Im bardziej precyzyjnie, tym lepiej, np. kiedy zadzwoni budzik, od razu wstanę z łóżka, wyjdę z domu i pół godziny pobiegam, a po powrocie będę mieć pół godziny na czytanie gazety.

Wprowadzając w życie nowe nawyki, krok po kroku zbliżysz się do upragnionego celu. Po drodze z pewnością zdarzą ci się porażki: lekkomyślnie wydasz pieniądze, opuścisz trening, zjesz górę ciastek, ale jak powiedziała Diana Nyad: „Nikt nie przeszedł przez życie bez złamanego serca i niepokoju, ale jeśli ufasz i masz wiarę, że możesz upaść i się podnieść, wierzysz w wytrwałość – wspaniałą ludzką cechę, to znajdziesz drogę”.

Instrukcja obsługi nawyków

Wprowadzając nowy nawyk, nie działaj pochopnie. Zastanów się „Czy to jest to, o co mi chodzi?”, „Czy do tego dążę?”, „Czy to jest dla mnie dobre?”, „Czy to jest dla mnie wykonalne?”. Zadawanie sobie tych pytań dopiero, kiedy pojawi się pokusa, by wybrać bezczynność zamiast działania, rzadko przynosi wartościową odpowiedź.

Szukaj tzw. nawyków kluczowych, czyli takich, które niczym kula śnieżna pociągną za sobą lawinę zmian. Jeśli np. chcesz poprawić swoją kondycję, nawykiem kluczowym może być wstawanie godzinę wcześniej niż zwykle. Dzięki temu znajdzie się czas na ćwiczenia i przygotowanie zdrowego posiłku do pracy. To z kolei pomoże ci zerwać ze śmieciowym jedzeniem.

Jeśli kusi cię, żeby sobie odpuścić i np. zrobić przerwę w ćwiczeniach, zadaj sobie pytanie: „Czy rzeczywiście potrzebuję dnia odpoczynku od treningu, żeby zregenerować organizm, czy tylko mam ochotę na ten odpoczynek?”. – Jest też teoria, która mówi, że w takich chwilach trzeba wybierać to, czego najbardziej nam się nie chce – tłumaczy dr Rafał Albiński.