1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Do sukcesu prowadzą różne drogi, ale ludzi, którzy go odnieśli, coś łączy. Na przykład zaczynają dzień od załatwienia najważniejszych spraw. Nie trzymają się kurczowo swoich planów, nie tracąc zarazem z pola widzenia swojego celu. Czego jeszcze możesz się od nich nauczyć?

Od czego zależy sukces? Większość z nas może bez trudu wyrecytować własną listę niezbędnych czynników. Zazwyczaj trafiają na nią talent, inteligencja, wytrwałość, pracowitość, dobrze zdefiniowany cel, pewność siebie, cenne znajomości oraz łut szczęścia. Rzadko myślimy o tym, że ludzie, których podziwiamy, mają też odpowiednio ustawiony autopilot, czyli zestaw dobrych nawyków. To one pozwalają oszczędzić czas i zasoby silnej woli, które wcale nie są niewyczerpalne. Wreszcie, takie rutynowe zachowania pozwalają obniżyć codzienny poziom stresu, a więc także dostrzegać okazje, których inni nie widzą. Oto pięć nawyków, które mogą cię wspomóc w drodze do osiągania celów.

1. Najpierw najważniejsze

Zanim większość z nas wstanie z łóżka, ludzie postrzegani jako ci, którzy osiągnęli sukces, zdążą już wykonać kawał dobrej roboty: przebiegną kilka kilometrów, pobawią się z dzieckiem (bo dla maluchów świt to najlepsza pora na aktywne życie), napiszą fragment książki – zrobią coś, co ma dla nich duże znaczenie. Ale nie chodzi o to, by pracować więcej i spać mniej, lecz o nawyk poświęcania czasu na to, co jest ważne (a nie pilne), zanim świat się o nas upomni. Często rzeczywiście oznacza to przestawienie budzika na wcześniejszą godzinę (wtedy jednak trzeba ten czas na sen odzyskać, drzemiąc po południu lub kładąc się wcześniej), ale czasem wystarczy na przykład przesunąć „internetową prasówkę” na porę po lunchu i rozpocząć dzień od tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

2. Potęga poranków

Specjalistka zarządzania czasem, Laura Vanderkam w książce „Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (wyd. Helion) pisze: „Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie”. Namawia, by dobrze wykorzystać czas, kiedy masz jeszcze dość silnej woli i nikt ci nie przeszkadza – nawet własny umysł, który w środku dnia często straszy: „Za chwilę zadzwoni szef z zadaniem na wczoraj” czy marudzi: „Muszę w końcu odpisać na tego e-maila”. Vanderkam radzi, by poranki przeznaczyć na to, co nie jest obowiązkowe i teoretycznie mogłoby być wykonane w innych porach dnia, ale wymaga wewnętrznej motywacji i regularnie wykonywane przynosi długotrwałe pozytywne efekty. To taka aktywność, z której możesz dziś zrezygnować bez obaw przed natychmiastowymi konsekwencjami, ale jeśli zrezygnujesz z niej także jutro i pojutrze, wkrótce możesz obudzić się z poczuciem, że wprawdzie wykonujesz wszystkie swoje zadania, ale stoisz w miejscu. Może być to nauka nowego języka, archiwizowanie dokumentów, utrzymywanie porządku na biurku czy chociażby uaktualnianie swojego CV.

3. Planowanie z głową

Wybór rytuałów, którymi mają zostać wypełnione poranki, to oczywiście sprawa indywidualna, ale samo planowanie – to już powszechny nawyk ludzi sukcesu. Nie ma on jednak nic wspólnego z bezrefleksyjnym sporządzaniem kolejnych list z zadaniami do odhaczenia. Chodzi o planowanie z sensem. Dziennikarz Charles Duhigg w książce „Mądrzej, szybciej, lepiej” (wyd. PWN) opisuje fabrykę silników odrzutowych, która znalazła się na skraju bankructwa, mimo że jej pracownicy skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki i pracowali według planu. Czyli – jak każą podręczniki zarządzania – dzielili dojście do celu na małe zadania, ustalali termin ich realizacji i go dotrzymywali. Okazało się jednak, że wykreślanie tego, co już zostało zrobione, sprawiało im tak dużą przyjemność, że chętniej wypełniali listy drobiazgami, które szybko da się zrobić, zamiast zastanowić się, czy to, co robią, w ogóle ma sens. A jak mawiał Peter Drucker, ekspert od zarządzania: „Nie ma nic bardziej bezsensownego niż efektywna praca nad zadaniem, którego w ogóle nie powinno się wykonywać”.

Warto zatem zadbać o to, żeby planować uważnie, czyli znaleźć chwilę, by spojrzeć na swój dzień z dalszej perspektywy, zastanowić się nad tym, gdzie jesteśmy, czemu warto poświęcić nadchodzące godziny i czy to, co planujemy, w jakikolwiek sposób przybliża nas do realizacji dalekosiężnych celów.

4. Kalendarz zamiast listy zadań

Jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca list zadań. Kevin Kruse, przedsiębiorca i mówca motywacyjny, w książce „15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu?” (wyd. Helion) nazywa je „dręczącymi listami życzeniowymi”. Ostrzega, że zakłócają spokój i dekoncentrują. Przez nie trudno skupić się na tym, co robimy, bo wciąż myślimy o tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Dlatego Kruse radzi zastąpić listy „rzeczy do zrobienia” kalendarzem, w którym będziemy „blokować” czas na konkretne czynności, np. od 14.00 do 14.30 – obiad w stołówce, od 16.00 do 16.30 – przemyślenie koncepcji prezentacji, od 18.00 do 19.00 – odrabianie z dziećmi lekcji. Już sama czynność rezerwowania czasu pomaga obniżyć poziom stresu, bo pytanie „Kiedy ja to zrobię?!” znika.

Kevin Kruse zachęca, by wpisać do kalendarza wszystko (kwadrans, który zamierzasz spędzić na Facebooku, też) i dodatkowo wstawiać bufory wolnego czasu. Nie na wypadek awarii (gdyby spotkanie się przeciągnęło lub klient się spóźnił), tylko aby „wpuścić” trochę powietrza, zebrać myśli, dać sobie przestrzeń na refleksję nad tym, co się wokół dzieje.

5. Bycie uważnym

Skoro już jesteśmy przy chwili refleksji, psycholog i trener biznesu, dr Paweł Fortuna, przekonuje, że jednym z ważniejszych nawyków prowadzących do sukcesu, jest uważność.

– Życie mówi do nas głosem cichym, oczekując pokory i uważności. Daje nam różne sugestie, które ja nazywam „zarodkami egzystencjalnymi” – stwierdza. Sekret polega na tym, by je zauważyć. Jako przykład takiego zarodka Fortuna przytacza własną historię. Odebrał telefon. Nie znał numeru, z którego dzwoniono. – Dzwonił mój dawny student. Mówił, że jeżdżąc autostopem, poznał Łukasza Bożyckiego, znanego fotografa przyrody, który ma jakiś problem związany z prawami autorskimi. Zgodziłem się pomóc mu i spotkałem się z Łukaszem. W pewnym momencie zapytał, czy zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób sikorka, którą właśnie obserwował, ostrzegła inne ptaki przed kotem. Podałem przykład podobnego zachowania u ludzi. Zaczęliśmy szukać kolejnych analogii i jeszcze podczas tego samego spotkania postanowiliśmy napisać wspólnie książkę.

Tak powstała „Animal Rationale”, która przyniosła Pawłowi Fortunie i Łukaszowi Bożyckiemu m.in. Nagrodę Teofrasta dla najlepszej książki psychologicznej oraz własną audycję radiową.

Bo droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. Idąc nią, z grubsza wiesz, dokąd chcesz dotrzeć, ale jednocześnie powinieneś być czujny i otwarty na nowe możliwości. Paradoksalnie to osobom nadmiernie skupionym na zadaniu bywa trudniej osiągnąć sukces. – Jeśli mają obiecaną sztabkę złota kilometr przed sobą, często nie zauważają kopalni diamentów po drodze – stwierdza Paweł Fortuna. Przy czym zaznacza, że dostrzeżenie życiowej szansy to nie wszystko. – Ważna jest jeszcze pozytywna reakcja na propozycje, jakie daje nam życie. Reakcja podyktowana chociażby ciekawością „co z tego wyniknie?”. Może nic, a może tylko tym razem nic, a następnym… Dlatego warto kształtować w sobie nawyk akceptacji, mówienia „tak” nieoczekiwanym propozycjom. Możesz zacząć od zgody na naszą propozycję zastanowienia się nad tym, które nawyki rzeczywiście ci służą.

Zwyczaje i nawyki znanych ludzi

Nawet najbardziej zaskakujące nawyki mogą wspierać. Poznaj niebanalne zwyczaje wielkich artystów i poszukaj w nich inspiracji dla siebie:

Truman Capote, pisarz Miał wyraźną awersję do piątków – w te dni nigdy niczego ani nie zaczynał, ani nie kończył. Tworzył tylko na leżąco, zwykle popijając kawę i paląc papierosy (pilnował, by w popielniczce znajdowały się maksymalnie trzy niedopałki).

Woody Allen, reżyser Podobno kiedy podczas rozmyślania nad nowym filmem wpada w niemoc twórczą, bierze prysznic. Potrafi stać pod gorącym strumieniem przez 40 minut i rozmyślać o fabule. Uważa, że to bardzo inspirujące.

Charles Dickens, pisarz Dbał o to, by zawsze spać z twarzą zwróconą na północ. Kiedy więc udawał się w podróż, zabierał ze sobą kompas. Twierdził, że ten zwyczaj zapewnia mu niewyczerpaną kreatywność.

Piotr Czajkowski, kompozytor Uważał, że to spacery wyzwalają w nim moc twórczą, więc dwugodzinna przechadzka była żelaznym punktem jego dnia. Ze strachu przed negatywnymi konsekwencjami nie chciał skracać jej nawet o minutę.

Friedrich Schiller, poeta Twierdził, że natchnienie zawdzięcza gnijącym jabłkom i zawsze trzymał ich zapas w szufladzie. Zwykle tworzył w nocy, więc często podczas pisania trzymał nogi w lodowatej wodzie, by zachować trzeźwość umysłu i nie zasnąć.

Aleksander Dumas, pisarz Dla każdego gatunku twórczości miał przeznaczony inny kolor tuszu: niebieski dla powieści, żółty dla wierszy i różowy dla artykułów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu?
Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich?
Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy.
Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi.
Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie.
Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto?
To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy?
To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki?
Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie.
Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa.
Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy.
Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów.
Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować?
Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani.
Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju.
Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie. 

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Męska radość. Czym dla mężczyzn jest szczęście?

Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Umiejętność cieszenia się i świętowania - to nawyk, który można wypracować. (fot. iStock)
Po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę, coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. Cieszmy się tym! – mówi Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Drobne zwycięstwa, miłe chwile, rocznice, wspomnienia… Życie domaga się świętowania.
To się mężczyznom w głowie nie mieści.

„Będę się cieszył jak głupi?”
„Z powodu jakichś dupereli?” – mężczyźni przyzwyczaili się, że oczekuje się od nich nadzwyczajnych rzeczy, osiągnięć. Są wobec siebie bardzo wymagający. Mogą świętować awans albo zarobiony milion, dokonanie odkrycia w nauce, zdobycie pucharu w sporcie, złowienie naprawdę potężnego suma… Potrzebny jest jakiś rzeczywisty powód. No i żyją w permanentnym napięciu i stresie, ze ściśniętym sercem walczą o byt, a świętowanie to przecież odprężenie, przyjemność, zanurzenie się w radości, w tej chwili, która trwa. Trudno czuć napięcie i świętować.

A jednak mentorzy namawiają do świętowania. Doktor Rick Hanson, neuropsycholog, mówił, że bez ćwiczenia się w radości, docenianiu i wdzięczności skazujemy nasz mózg na kurczenie się i stagnację. Świętowanie jest wyzwaniem ewolucyjnym.
Hanson mówi i pisze o „zanurzaniu się w dobru” lub „nasycaniu się dobrem”. To jest rozwijanie w sobie postawy wobec życia, wobec siebie i wobec innych. Gdy robimy to konsekwentnie, rozwijamy swój „szczęśliwy mózg”. To bardzo atrakcyjny cel.

Kłopot w tym, że na razie nasz mózg jest – jak pisze Hanson – rzepem na złe wiadomości, a teflonem na dobre. Wystarczy kilka sekund, aby zła wiadomość przeszła do pamięci długotrwałej i aż 30 sekund, żeby utrwaliła się dobra informacja.
To jest spuścizna ewolucyjna związana z przetrwaniem. Nasz mózg, a konkretnie ciało migdałowate, ma tendencje do wychwytywania wszelkich zagrożeń, ponieważ nasi przodkowie musieli szybko i dobrze zapamiętać to, czego unikać, aby przetrwać. Nasza ewolucja cywilizacyjna i kulturowa dokonała się w tempie szybszym niż rozwój naszych mózgów.

Na poziomie fizjologicznym i psychologicznym pozostaliśmy w jaskiniach.
To, co proponuje Hanson, jest metodą nasycania mózgu, ale też całego organizmu, ciała, biologii tym, co dobre. Właśnie tak się dzieje, gdy świętujemy; nasycamy się przyjemnością i odprężeniem. Ważne, abyśmy ćwiczyli się w świętowaniu drobnych rzeczy, nabrali odruchu i nawyku zwracania uwagi na to, co pozytywne. Im łatwiej i częściej zanurzamy się w radości, tym bardziej rozwijamy neuroplastyczność mózgu, czyli zdolność do tworzenia nowych połączeń między komórkami nerwowymi. Świętując, dosłownie tworzymy nowe neurony. Mózg staje się coraz szczęśliwszy. Zdolność neuroplastyczności zachowujemy do końca życia. Stale więc jesteśmy twórcami naszych szczęśliwych mózgów.

Z czego więc mężczyzna może się ucieszyć?
Możemy świętować, bo po raz pierwszy udało nam się ugotować jakąś potrawę. Udało się coś naprawić, kupić. Przeszliśmy przez sezon zimowy w zdrowiu. A nawet, jeżeli zachorowaliśmy, to wyzdrowieliśmy.

Siły życia znowu zwyciężyły.
Jeśli myślimy w taki sposób, zdarzenia nabierają nowego znaczenia, a my utrwalamy nawyk dostrzegania tego, co pozytywne. Praktyka czyni mistrza; za chwilę w sposób naturalny i spontaniczny zaczniemy widzieć coraz więcej dobra i się nim cieszyć. Właściwie wszystko może być powodem do świętowania. Miałem klienta, który postawił sobie cel – zarobić 200 tysięcy dolarów. Stracił pracę i celu nie osiągnął. Był zdruzgotany: „przegrałem!”. A przecież w tym czasie miał kochające go osoby, udany związek z kobietą, świetne dzieci. Miał co świętować także w sensie materialnym – dom, samochód.

Dzieci kochają wspólne z rodzicami świętowanie.
Możemy świętować w rodzinie to, co wydarzyło się w pracy, w szkole, między nami. Dobrze jest znaleźć przestrzeń do rodzinnego świętowania – jakiś miły kącik w domu, pokój. To miejsce z czasem staje się pozytywną kotwicą. Wystarczy, że się tu znajdziemy, i już odczuwamy przyjemność i radość.

Od czego zacząć budowanie nawyku świętowania?
Zapisujmy to, z czego jesteśmy zadowoleni; zdarzenia, osiągnięcia. Nienotowane umykają, ponieważ w międzyczasie napływa wiele różnych tematów, które wypierają z naszej świadomości te znacznie bardziej subtelne, delikatne. Do zapisków zawsze możemy powrócić. Przez tydzień całkiem sporo może się tego uzbierać. Teraz podzielmy się z bliskimi tym, co chcemy uświęcić, świadomie zanurzając się w radości i przyjemności. Odczuwanie jest tu kluczowe. Mówiąc, odczuwając, skupiamy uwagę – jeśli zrobimy to przez co najmniej pół minuty, wewnętrzny stan radości utrwali się; zostaną zbudowane nowe połączenia neurologiczne w mózgu. To jest kształtowanie postawy i jakości życia.

Można też świętować w samotności.
Gdy jednak jesteśmy z bliskimi, energia staje się o wiele mocniejsza, spotęgowana wspólną radością. Łączymy serca i umysły, a wtedy przyjemne drobiazgi nabierają większych rozmiarów; nawyk świętowania szybciej się utrwala.

Odcinek dokumentalnej serii „Droga na skraju nieba” o mieszkańcach Himalajów otwiera na celebrowanie życia.
Przez kilkanaście dni, narażając życie, mężczyźni wędrują przez Himalaje z setką objuczonych workami z solą zwierząt – jaków. Wreszcie docierają do odbiorców soli, mieszkańców innych himalajskich wiosek. Wymieniają sól na herbatę, fasolę, ziemniaki. To, co w tym filmie najbardziej poruszające, to sposób, w jaki ci ludzie traktują siebie nawzajem: serdecznie się witają, cieszą się ze spotkania, śpiewają przy ognisku, ucztują, opowiadają o podróży, uśmiechnięci, odprężeni. Żegnają się i wiedzą, że za rok, gdy dobrze pójdzie, spotkają się znów, więc posyłają sobie dobre życzenia, żeby się spotkać i znów poświętować. Tak, sposób, w jaki celebrują życie, istnienie, może odmienić nasze postrzeganie biedy i bogactwa.

Nam, mieszkańcom Zachodu, trudno sobie nawet wyobrazić, w jakim materialnym ubóstwie żyją ci ludzie. A przecież patrzymy na nich z zachwytem.
Czym jest świętowanie? Zatrzymaniem się. Bez zmartwień, planów, bez myślenia o tym, co zrobimy, żeby sobie poradzić, przetrwać. Zatrzymujemy się i doceniamy właśnie tę chwilę – że jesteśmy razem, że coś się udało, że rozmawiamy o tym.

Świętujemy ludzi.
Z jaką intencją przychodzimy do kogoś? Czy myślimy o tym, żeby mieć przyjemny wieczór i relaks – pogadamy, pośmiejemy się, coś obejrzymy. Czy to dla nas jedynie miła forma spędzenia czasu, czy raczej chcemy uświęcić tę osobę, naszą znajomość, więź, kontakt, przyjaźń, to, co wzajemnie sobie dajemy, kim dla siebie jesteśmy; jak nasza relacja nas rozwija, wpływa na wybory, postawy, przeżywanie życia. A przy okazji, oczywiście, mile spędzamy czas.

Znam młodego mężczyznę, który co kilka dni przynosi swojej żonie kwiaty.
Te kwiaty to niewerbalny wyraz pamięci, uwagi, adoracji, potwierdzenia – tak, moje uczucia trwają. Moglibyśmy powiedzieć, że ta para codziennie ćwiczy ciało migdałowate w mózgu. Tworzy się nawyk widzenia, odczuwania i wzmacniania miłości w ich małżeństwie. Jeden z moich klientów, 40-latek, uczył się widzieć i wyrażać dobre rzeczy w stosunku do kobiet. Zaczął od koleżanek w pracy, w rodzinie. To radykalnie zmieniło jakość jego życia. Wreszcie związał się z dziewczyną, którą pokochał.

Taki jest też sens świętowania kolejnych rocznic poznania się, ślubu, urodzin dzieci – odświeżamy związek i uczucia.
Powracamy do chwil składających się na historię naszej relacji. Przywołujemy najpiękniejsze wspomnienia. Pojawia się radość, wdzięczność. W ten sposób związek jest nieustannie ożywiany.

Jest jeszcze jeden rodzaj świętowania – tak zwanych porażek. Wyobraźmy sobie: mężczyzna traci pracę, a rodzina urządza z tego powodu święto…
Dlaczego nie? Możemy rodzinnie świętować przepracowane w firmie lata: to wszystko, co się wydarzyło, dokonało, co było ważne dla nas i dla rodziny. Możemy świętować też następną pracę, której jeszcze nie znamy. I okazję do czegoś, czego być może na razie nie rozumiemy. Tak naprawdę świętujemy tu siły życia, które zapraszają w nowe miejsca, dają szansę na nowe doświadczenia. I co najważniejsze: świętujemy naszą otwartość i zaufanie.

Przyjemności na zdrowie.
Kiedy odnajdujemy w życiu przyjemność, to nie znaczy, że wypieramy rzeczy, które są trudne lub bolesne. Otwieramy się po prostu na te wspaniałości, które już nas otaczają, a następnie się w nich zanurzamy, pławimy i nimi rozkoszujemy. Nie szczędźmy na to czasu! Pozwólmy im wypełnić ciało i umysł. Niech przyjemność przesiąknie nas na wskroś. Zwróćmy uwagę na wszelki opór wobec świetnego samopoczucia, na myśli, że to głupie czy złe; spróbujmy odpuścić te myśli. W ten sposób aktywujemy, uspokajamy i koimy przywspółczulną część autonomicznego układu nerwowego oraz wyciszamy część współczulną odpowiedzialną za reakcję walcz – uciekaj i jej hormony stresu. Poprawiamy swój nastrój, koimy lęki. Zanurzanie się w przyjemności niesie także korzyści zdrowotne: wzmacnia układ odpornościowy, poprawia trawienie i równoważy hormony.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Zwierciadło poleca

Obrazy światowej sławy artysty w twoim domu - styczniowe Zwierciadło z kalendarzem

Kalendarz, dołączony do styczniowego numeru
Kalendarz, dołączony do styczniowego numeru "Zwierciadła", zdobią reprodukcje obrazów Wojciecha Siudmaka. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Do styczniowego numeru naszego pisma dołączamy wyjątkowy kalendarz z reprodukcjami obrazów światowej sławy malarza, Wojciecha Siudmaka.

Zaczyna się grudzień - czas na ostatnią kartę z kalendarza. Pora kupić nowy, z nadzieję, że 2021 rok będzie lepszy od bieżącego, który wybitnie dał nam w kość.

Kalendarz, który dołączamy do "Zwierciadła" jest wyjątkowy - wydaje go w celach charytatywnych Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”, która otacza opieką tysiące chorych i niepełnosprawnych dzieci. Fundacja pozyskuje fundusze na ich leczenie, rehabilitację i inne specjalne potrzeby. Podopiecznych, którzy wymagają specjalistycznego leczenia cały czas przybywa. Część nakładu kalendarzy Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” trafia do czytelników gazet. Dzięki temu rokrocznie udaje się pozyskać nowych darczyńców oraz przekonać podatników, by przekazali swój 1% podopiecznym Fundacji.

Tegoroczną edycję kalendarza z serii Malarstwo zdobią reprodukcję światowej sławy malarza Wojciecha Siudmaka, uważanego za głównego przedstawiciela realizmu fantastycznego w malarstwie. Nurt ten ma korzenie w surrealizmie, stąd twórczość Siudmaka porównuje się do malarstwa Salvadora Dalego i René Magritte’a. Świat artysty jest pełen osobistej symboliki i fantastycznych postaci, przedstawionych z renesansową wirtuozerią i perfekcją w oddawaniu trójwymiarowego złudzenia przestrzeni.

Wybrane przez artystę prace ilustrujące kalendarz, tworzą świat, w którym to wyobraźnia przejmuje kontrolę nad rzeczywistością.

"Ten świat iluzji i fantazji może stać się antidotum dla trudnego czasu, w którym teraz żyjemy - izolacji, dystansu społecznego i niepokoju o bliskich - mówi Wojciech Siudmak.

"Poprzez moją sztukę, chciałem wykreować świat, w którym niewidzialne staje się realne, a my odczuwamy więcej niż postrzegamy. Świat, w którym posługujemy się językiem poezji, złożonym z szeptów, zagadkowych dźwięków, zapachów, kształtów i myśli. Bo tak jak pisał Sheakspeare: „Jesteśmy stworzeni z tej samej materii co nasze sny, a nasze kruche istnienia są spowite snem”. - dodaje artysta.

Wojciech Siudmak (ur. w 1942 w Wieluniu), od lat mieszka i tworzy we Francji. Jego obrazy były prezentowane na wielu wystawach na całym świecie, są wykorzystywane w projektach plakatów muzycznych, teatralnych i filmowych. Stały się również symbolami graficznymi prestiżowych festiwali i przeglądów filmów w Cannes, Montrealu czy Paryżu. W Polsce twórczość Wojciecha Siudmaka jest znana czytelnikom miesięcznika „Fantastyka”, tam bowiem przez wiele lat reprodukowane były jego prace. Malarstwo Wojciecha Siudmaka podziwiają najznakomitsi twórcy z całego świata:

Jaka bezgraniczna fantazja i jaka cudowna zdolność realizowania jej. Talent niemalże niewiarygodny, zdolniejszy i bardziej nieskończony niż ten, który tworzy, wyraża i prowadzi nasze najbogatsze marzenia - Federico Fellini

Od lat podróżuję po świecie jego sztuki. Dzięki niemu wraz z nim, marzę o obrazach ze świata poza horyzontem. Hiperrealistyczny, przekraczający rzeczywistość, intymny z nieskończonością Siudmak spokojnie panuje nad swym niezwykłym szaleństwem. Ma boski dar materializowania swojej wyobraźni. Potrafi nas wciągnąć w swoją niezwykłą podróż - Jean-Jacques Annaud 

Jego cudowna sztuka rysunku i jego wyczucie światła i cienia, nadają jego wizjom wielką głębię i rozszerzają bogaty wachlarz kolorów i materii. W jego dziełach jest spokojna siła i nieskończona przestrzeń do poznawania i wyobrażania - George Lucas

Kalendarz będzie można kupić ze styczniowym wydaniem miesięcznika Zwierciadło 1/21, w sprzedaży od 3 grudnia.

 

  1. Psychologia

Sekret sukcesu tkwi w tym, aby stworzyć swoją rutynę i się jej trzymać

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
Podobno ludzie sukcesu wstają o szóstej rano, niektórzy nawet jeszcze wcześniej. Wiadomo, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Ale na szczęście daje też tym, którzy lubią się zwyczajnie wyspać – uspokaja psycholożka Hanna Samson na przykładzie trzech przyjaciółek i swoim własnym. Bo sekret powodzenia tkwi w tym, by stworzyć swoją rutynę, złapać własny rytm - i się go trzymać. 

Moja przyjaciółka jest znaną pisarką, więc nie będę wymieniać jej nazwiska, skoro chcę opowiedzieć o jej sprawach osobistych, a zaszyła się w takiej głuszy, że nie mam jak nawiązać z nią kontaktu, żeby zapytać o zgodę. Ale nawet gdy przyjeżdża do w Warszawie, ten kontakt nie jest łatwy, chyba że zna się reguły gry. Bo przyjaciółka do szesnastej nie odbiera telefonów, nie czyta SMS-sów ani nawet najbardziej rozpaczliwych wiadomości na Messengerze, jest odłączona od świata i możesz dzwonić i dzwonić, aby się dowiedzieć, że osoba, do której dzwonisz, znajduje się poza zasięgiem. Możesz się złościć i obrażać, ale nie ma o co, bo po południu do ciebie zadzwoni, żeby opowiedzieć, jak jej poszło. Co? Oczywiście pisanie, które traktuje poważnie jak pracę w korporacji, tyle że zdalną, co dziś już nie dziwi.

Pisze codziennie od rana do wspomnianej czwartej po południu, ale rano nie jest tak jasno określone jak koniec, bo budzi się, o której się budzi, zwykle między ósmą a dziewiątą, a czasem później. Nie zaczyna od ćwiczeń fizycznych ani nawet od posłania łóżka, nie kąpie się, tylko robi kawę i siada do pisania, potem w jakiejś przerwie na myślenie zje śniadanie, umyje zęby, ale to wszystko jest jej czas na pisanie, choć nie zawsze od razu ma efekty. Czasem siedzi przed ekranem laptopa i nic nie przychodzi jej do głowy. Albo przychodzi coś, co za godzinę lub dwie bez żalu kasuje, bo popłynęła nie tam, gdzie chciała lub nie takim stylem. No czasem po prostu jej nie idzie, brak natchnienia, opór materii, niejasność tego, dokąd chce dojść, ale i tak siedzi przez oznaczony czas i rozpracowuje, o co chodzi. Niekiedy po kilku tygodniach wszystko, co napisała, trafia do kosza, czasem z trzydziestu stron zostają dwie, ale to tylko zagrzewa ją do pracy, a nie zniechęca. W końcu zawsze pisze coś dobrego i może celebrować sukces, ale szybko wraca do codziennej rutyny i do szesnastej zapomnij, że masz przyjaciółkę.

Wszyscy jesteśmy nawykami

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”
...stwierdził filozoficznie Arystoteles, a moja przyjaciółka to świetny dowód na to. Jest pisarką, która dzień po dniu dąży do doskonałości i zawsze ją osiąga. Jest nastawiona na sukces, ale już samo dążenie do niego ją bawi. Lubi pisać, walczyć z oporem słów, budować zdania, które zaskakują. Kocha tę swoją rutynę, oddaje jej się ciągle z entuzjazmem, złości się, gdy pojawiają się jakieś przeszkody i nie może pracować. Cieszy się samym procesem pisania, to pewnie dzięki temu jest konsekwentna, cierpliwa, wytrwała, a właśnie takie cechy zwiększają szanse na sukces. Ale nie myślcie sobie, że nie zajmuje jej nic poza pisaniem! Po pracy włącza się zachłannie do świata, nadrabia zaległości w newsach i kontaktach społecznych, bywa, ogląda, spotyka się.

A skoro już zaczęłam od przyjaciółki i lubię być sprawiedliwa, to opowiem wam jeszcze o drugiej, która dla odmiany jest malarką, po latach pracy w korporacji wyprowadziła się ze swoim partnerem z miasta i prowadzi życie, jakie chce. Ale nie musi sobie codziennie odpowiadać na pytanie, co dziś chciałaby robić, bo już dawno wypracowała rutynę, która strukturalizuje jej życie i którą kocha. Ona, tak jak inni ludzie sukcesu, wstaje o szóstej rano i wychodzi na spacer z psem, a że mieszka w cudownych okolicznościach przyrody i na odludziu, to ten spacer jest wielką przyjemnością i trwa zwykle godzinę, nawet jesienią czy w zimie, bo rzecz rozgrywa się na Suwalszczyźnie i tam zawsze jest pięknie.

W czasach pracy w korporacji również wstawała o tej porze i przez godzinę malowała, dopiero potem wpadała w wir. A teraz jest na emeryturze i może sobie iść na długi spacer. Po powrocie pies je, a ona robi sobie śniadanie i czyta newsy, i wie wszystko, co dzieje się na świecie, choć mieszka poza. Gdy po śniadaniu pije kawę, z góry schodzi jej partner z drugim psem, który śpi dłużej od swojego brata, bo razem z panem mają inną rutynę. Chwilę rozmawiają, a gdy on wraca ze spaceru, ona jest już na górze w swojej pracowni. Włącza muzykę i dwie godziny maluje. Więcej nie daje rady, bo to ciężka praca i po tych dwóch godzinach jest wykończona, maluje duże obrazy i piękne, więc tylko przez dwie godziny, ale codziennie. Ma poczucie, że dzień bez malowania, który czasem musi się zdarzyć, to duża strata, bo wyrywa ją z rytmu i od nowa musi wchodzić w proces, który kocha i jest dla niej ważniejszy od sukcesu.

Osobowa nie pośpieszna

„Sukces to suma niewielkiego wysiłku powtarzanego z dnia na dzień”
...przekonywał pisarz Robert Collier i rutyna mojej przyjaciółki to potwierdza. Bo choć nie skupia się ona na sukcesie i maluje gdzieś na końcu świata, to jednak ludzie znają jej obrazy, co jakiś czas organizowane są wystawy jej prac i nie brakuje chętnych, żeby je kupić, choć jej kariera nie jest taka, na jaką zasługuje. Może dopiero po śmierci zyska sławę, co uchroni ją przed zmianą stylu życia. Sama mam w domu jej dwa obrazy i codziennie się nimi zachwycam, bo te obrazy są inne niż wszystkie. Chętnie bym wam opowiedziała, co moja przyjaciółka robi po malowaniu, bo cały jej dzień ma jasną strukturę i wiadomo, co po czym nastąpi, ale mam jeszcze jedną przyjaciółkę, więc sprawiedliwie też o niej opowiem.

Moja trzecia przyjaciółka nie jest artystką, lecz właścicielką firmy wydawniczej, więc wprowadzi nam trochę różnorodności. Jej firma odniosła wielki sukces, który można przeliczyć na wielkie pieniądze, więc jest kobietą sukcesu w powszechnym rozumieniu, ale nie tylko o pieniądze tu chodzi. Moja przyjaciółka mogłaby już nie pracować, bo osiągnęła wiek emerytalny, ale nadal pracuje, bo kocha to, co robi, a w jej nawykach niewiele się zmieniło od czasu założenia firmy. Nawet w burzliwych początkach własnej działalności miała tę samą rutynę co dzisiaj, nigdy nie znosiła pośpiechu i przez całe życie udawało jej się przed nim uchronić.

Czy to możliwe? Przecież wszyscy mamy tyle samo czasu, a jak się ma firmę i dwoje dzieci, to wiadomo, że trzeba się spieszyć. A moja przyjaciółka nie dała się wkręcić w pęd świata i funkcjonuje po swojemu. Wstaje zwykle o siódmej, bo tak się budzi i najpierw w łóżku wykonuje ćwiczenia na kręgosłup, a potem ćwiczy dalej przez pół godziny. Prysznic, śniadanie, kawa, no wiadomo, ale potem zaskoczenie, bo przez godzinę czyta książkę. Inni miotają się między łazienką a kuchnią, w końcu w panice wybiegają z domu, a ona siedzi i czyta i jest najbardziej oczytaną osobą, jaką znam. Dzieci są już dorosłe, więc nie musi ich wyprawiać do szkoły, ale gdy były małe, też czytała, bo lubi to robić i dzięki temu chce lepiej rozumieć świat. Po lekturze idzie spacerem do pracy – 15 minut. W pracy zaczyna od kawy i przeglądu wiadomości, wszyscy wiedzą, że nie należy jej przeszkadzać, od jedenastej zajmuje się sprawami firmy.

Czy pracownicy nie złoszczą się, że jest niedostępna, jeśli mają do niej sprawy? Może się kiedyś złościli, ale wszyscy już wiedzą, że moja przyjaciółka „jest osobowa, a nie pośpieszna”, jak sama mówi o sobie i żadna siła nie zmusi jej do zmiany przyzwyczajeń, które jej służą. Wokół wszyscy gonią, a ona jest spokojna, wyluzowana i robi wszystko, co zrobić warto, o czym dobitnie świadczy sukces firmy. Aha, i ma jeszcze jedno drobne dziwactwo. Uwielbia kontakt z ludźmi, ale każdego dnia przynajmniej przez godzinę chce pobyć sama: zebrać myśli, zrobić plany. Przez tę godzinę resetuje się, a potem znów jest gotowa do kontaktu.

Miara sukcesu

„Najpierw tworzymy sami swoje nawyki, potem nawyki tworzą nas”
...napisał XVII-wieczny poeta John Dryden i miał rację. Nasze życie i to, kim jesteśmy, zależy w dużym stopniu od nawyków. Od tych, które nas wzmacniają i zbliżają do naszych celów, ale i od tych, które nas osłabiają i utrudniają nam stanie się tym, kim chcemy być. Dlatego warto rozpoznawać złe nawyki i zmieniać je na takie, które nam służą. Zwykle rozpoznanie jest proste, ale trzeba uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.

Kiedyś martwiłam się, że marnuję poranki. Co prawda wstawałam wcześnie, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałam, że inni w tym czasie ćwiczą, medytują, czytają, piszą, gotują obiad na dwa dni, planują, sprzątają, robią makijaż, obmyślają strategię działania, a ja… bawiłam się z psami, jakby ten cały wyścig szczurów mnie nie dotyczył. W końcu zapytałam znajomą psychoterapeutkę, co ze mną jest nie tak. Czemu marnuję godzinę na zabawę, zamiast zabrać się energicznie za życie? A ona spytała, czy lubię te swoje poranki.

– Jasne, to najprzyjemniejsza część dnia – odpowiedziałam. – To czemu byś miała sobie to odbierać? – zauważyła. I odtąd już nie myślę, że marnuję czas, ale że bez stresu zaczynam dzień i zbieram siły, a psy także mają z tego radość.

Mam też oczywiście złe nawyki, którymi nie zamierzam się chwalić, ale niektóre udało mi się zmienić. Z powodu pandemii przestałam chodzić na zajęcia sportowe, w ogóle mało wychodziłam z domu, stawałam się coraz bardziej zasiedziała i czułam się jak purchawka. I długo nad tym bolałam, aż w końcu zaczęłam ćwiczyć. Sama. Powoli. Stopniowo, bo tak naprawdę mi się nie chciało. Najpierw tylko witałam słońce, potem wprowadzałam nowe ćwiczenia, aż zaczęłam to lubić i dziś jest to moja rutyna. Czy zbliża mnie do sukcesu? Zależy, jak go rozumieć, ale na pewno jestem bardziej zadowolona z siebie i lepiej się czuję.

Moje przyjaciółki mają na koncie realne sukcesy. Ale gdyby nie miały, to też chciałabym o nich napisać, bo tym, co mnie w nich zachwyca, jest zadowolenie z siebie i z życia. To nie są jakieś szczęściary. Mają różne problemy, ale żyją tak, jak chcą, dzięki wypracowanej rutynie. A czy zadowolenie z każdego dnia nie jest wystarczającą miarą sukcesu?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.