1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Rozumieją, czują, tylko nie mówią. O przyjaźni ze zwierzętami

Rozumieją, czują, tylko nie mówią. O przyjaźni ze zwierzętami

Dzięki zwierzętom możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, połączyć się ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. (Fot. iStock)
Dzięki zwierzętom możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, połączyć się ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. (Fot. iStock)
W Nowej Zelandii zwierzęta uznane są za istoty czujące, a ich właściciele zobowiązani są do zapewnienia im odpowiednich warunków do życia. Bo są równie ważne jak my. Bawią, wzruszają, obdarzają miłością, a my często nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wiele się od nich możemy nauczyć.

 

„Tippi z Afryki” to znany film o powrocie do raju. Tippi Degré, francuska biała dziewczynka, córka fotografów przyrody, żyje w przyjaźni z dzikimi zwierzętami. Umorusana trzylatka z roztrzepanymi włosami kołysze się na grzbiecie potężnego słonia, przyciska do piersi ogromną żabę, trzyma za łapę potężnego pawiana, bawi się z małym krokodylem, całuje kameleona. Spokojnie siedzi obok geparda i uśmiecha się do obiektywu. Z gekonem na głowie.

Tippi wyjaśnia, jak rozmawia ze zwierzętami. Mówi do nich głową, oczami, sercem, duszą i widzi, że ją rozumieją – i odpowiadają. Robią jakieś gesty albo patrzą na nią i słowa pojawiają się w ich oczach. I wtedy rodzi się przyjaźń. Na przykład Abu – ukochany słoń. Siedzieć za jego głową z nogami przyciśniętymi do wielkich uszu to dla dziewczynki największe szczęście. Abu waży pięć ton i mógłby ją zmiażdżyć jednym ruchem, ale gdy miała roczek, był jej niańką, chodził za nią wszędzie. „Słonie płaczą słonymi łzami. Jak my”. Albo strusie. Są bardzo silne i niebezpieczne, na końcu łap mają ostre pazury, którymi bronią się zaatakowane przez drapieżnika, mogą rozpłatać mu brzuch i zabić. Gdy Tippi wchodzi na grzbiet strusia, ten zamiera w bezruchu, żeby dziecko nie spadło. Na grzbiecie strusia jest wygodnie, miękko i ciepło. I jeszcze przyjaźń z Cyndią, córeczką pawiana: Wszędzie łaziłyśmy razem, nawet wymieniałyśmy się smoczkami! Byłyśmy z Cyndią nierozłączne, najlepsze przyjaciółki na świecie!. Z lwiątkiem: Długo bawiliśmy się razem. Raz nawet wspólnie ucięliśmy sobie drzemkę, a on przez sen ssał mój palec.

Rodzice Tippi powtarzali jej, że nie trzeba się bać, tylko uważać. Żółta kobra może zabić, a pytona można pieścić i drapać pod brzuszkiem – mówi Tippi. Dziewczynka chciałaby, abyśmy wiedzieli, że zwierzęta pochodzą od dobra.

W filmie „Mój przyjaciel Hachiko” z Richardem Gere’em w roli głównej motyw oddania i wierności pokazany jest w sposób przejmujący. Opowiedziano w filmie historię, która wydarzyła się naprawdę. Pies codziennie odprowadzał swojego pana na stację kolejki, gdy ten udawał się do pracy. Po śmierci mężczyzny pies przez dziewięć lat (tyle, ile jeszcze żył) czekał na tej stacji, dokładnie w tym samym miejscu, ku zdumieniu mieszkańców miasteczka, którzy wkrótce wystawili mu pomnik. Mamy także w Polsce taką historię. W 2001 roku odsłonięto w Krakowie pomnik psa Dżoka, kundelka, którego właściciel w tragicznych okolicznościach zmarł na serce w pobliżu ronda Grunwaldzkiego. Pies przez rok czekał tam na swojego pana; koczował na środku ronda. Do powstania pomnika Dżoka (piesek znajduje się wewnątrz rozłożonych ludzkich dłoni i wyciąga do nas lewą łapę) przyczyniło się wiele organizacji i znanych osób. Pomysł żarliwie wsparli mieszkańcy Krakowa. W Internecie można obejrzeć i przeczytać wiele wzruszających historii o zwierzętach, na przykład o psach, które pokonują tysiące kilometrów, aby odnaleźć nowy dom swoich właścicieli. Opowiadamy historie o zwierzętach często i chętnie, na przemian wzruszeni i rozbawieni. Być może jednak nie wiemy jeszcze, że one są tutaj na Ziemi dla nas. Wiedzą, że potrzebujemy pomocy.

Bliskie i równie ważne

W Polsce przez dziesięciolecia świat dzikich zwierząt przybliżała nam profesor Simona Kossak. Mieszkała w leśniczówce w Puszczy Białowieskiej. Przyjaźniła się z dzikiem, z rysiem, z krukiem. Mówiła o cudownym świecie zwierząt w swoich radiowych audycjach. Podkreślała, jak wiele zwierzętom zawdzięczamy: że w kontakcie z nimi możemy poczuć swoją prawdziwą naturę, że łączą nas ze źródłem życia, współczuciem, spokojem i wewnętrzną harmonią. Dzisiaj z ogromną wrażliwością o dzikich zwierzętach pisze Adam Wajrak.

Laureat Nagrody Nobla, austriacki przyrodnik, profesor Konrad Lorenz, powszechnie znany jest z opowiadań o zwierzętach, z którymi mieszkał pod jednym dachem. Żyjemy w rodzinie różnych stworzeń, bliskich i równie ważnych – pisał w swoich publikacjach. Kiedy spoglądam za gęsiami, które lecą nisko nad wodą i znikają za zakrętem rzeki, ogrania mnie nagle zdumienie, że są mi tak bliskie. Pozostaję w zażyłych stosunkach z ptakiem żyjącym na wolności i fakt ten napawa mnie szczególną radością, odnoszę wrażenie, jakbym doznał małego zadośćuczynienia za wypędzenie z raju.

A tak pisał o ptasich małżeństwach. Ulega się wzruszeniu, obserwując zadziorną miłość kawek. Cały czas w maksymalnie imponującej postawie, nie więcej niż metr od siebie, wędrują tak przez życie. Sprawiają wrażenie, jakby byli z siebie ogromnie dumni; kiedy tak kroczą sztywno ramię w ramię, pióra na głowie mają mocno zjeżone, co powoduje, że czarne aksamitne czapeczki i jasnoszare jedwabiste grzbiety prezentują się pięknie i okazale. Wobec siebie są bardzo czuli. Każdy znaleziony smakołyk samiec podtyka samiczce. Samiczka przez wiele minut – u ruchliwych ptaków to bardzo długo – czesze małżonkowi wspaniałe jedwabiste, długie pióra grzbietowe, podczas gdy on z lubieżnie półprzymkniętymi oczami podsuwa jej kark. I co najpiękniejsze, czułość ta wraz z latami wiernego małżeństwa nie maleje, lecz rośnie. Kawki to ptaki, które żyją prawie tak długo jak ludzie. Zaręczają się już w pierwszym roku życia, a w drugim pobierają, ich związek trwa więc wiele lat, może nawet dłużej niż ludzkie małżeństwa. I nawet po wielu latach samczyk karmi swoją samiczkę tak samo czule, a ona wydaje te same ciche, drżące z wewnętrznego wzruszenia miłosne tony jak pierwszej wiosny, która była zarazem pierwszą wiosną ich życia (cyt. za Konrad Lorenz „Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami... Opowiadania o zwierzętach”).

Są jak ludzie

Z wieloma ludźmi rozmawiałam o ich domowych zwierzętach. Niemal wszyscy podkreślali, że ich zwierzęta są pełnoprawnymi członkami rodziny. Są jak ludzie – wszystko rozumieją, wszystko czują, tylko nie mówią. Czy na pewno? Rysownik Szymon Kobyliński zapewniał mnie: Naturalnie, że mówią! Dobierają słowa, żeby nas o czymś przekonać, zwrócić uwagę, rozbawić. Wyczuwają nas na odległość. Cieszą się zawsze tak samo, nieważne, czy nie było nas w domu godzinę, czy trzy dni. Akceptują nas i kochają miłością bezgraniczną bez względu na wiek, wygląd czy stan posiadania. Gdy umierają (nigdy zdychają), opłakuje się je tak długo jak najbliższych przyjaciół. Pan Szymon kochał swoje wspaniałe psy, ale równie barwnie opowiadał o przygarniętej z lasu dzikiej, leśnej, brązowej, tłuściutkiej myszy, przypominającej bobra w miniaturce, o jeżach, sikorkach, a nawet o niedźwiedziu brunatnym, który gościł w jego wiejskim domu kilka tygodni. Opowiadał, jak kłócił się z kawką, słuchał zwierzeń żaby. My z żoną rozumiemy język zwierząt – mówił. – Po intonacji głosu kawki zawsze wyczujemy strach, zaciekawienie, wściekłość, pieszczotę. Gdy szczeka pies, nawet obcy, wiemy, czy się nudzi, czy dzieje mu się krzywda, czy się cieszy. Wystarczy się wsłuchać, wczuć. Zwierzęta rozumieją, co do nich mówimy. Jesteśmy z nimi na ty i prowadzimy świadome, długie rozmowy.

Pamiętam opowieści profesora Zbigniewa Religi o jego ukochanej suczce Bambie, która nauczyła go… dobroci. Śmiał się, że Bamba żyje w zgodzie ze wszystkimi, nawet z kotami. Biegnie za kurą, kura przystaje, więc i Bamba przystaje. Krzysztof Daukszewicz opowiadał o swoich psach, kotach, o żółwiu, kanarku, papudze. O sroce znalezionej na Mazurach: Wypadła z gniazda. Chcieliśmy ją przysposobić do życia w rodzinie. Cztery tygodnie uczyliśmy ją chodzić, latać, karmiliśmy robakami. Na jeden dzień wyjechaliśmy, zostawiając ją pod opieką przyjaciół. Krzyczała, wołała nas, a gdy przez kilka godzin się nie pojawialiśmy, zmarła z rozpaczy, z wycieńczenia. Nie mogliśmy dojść do siebie. Nigdy więcej eksperymentów z zostawianiem zwierząt.

Szympansy wspaniałomyślne, a delfiny ze świadomością własnego istnienia

Szympansy mają cechy, które do niedawna przypisywaliśmy wyłącznie ludziom. Są empatyczne i altruistyczne. Badacze z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maksa Plancka w Lipsku dowiedli, że są skore do pomagania innym nawet wtedy, gdy wymaga to od nich znacznego wysiłku i wiedzą, że za pomoc nie dostaną żadnej nagrody. W jednym z eksperymentów za każdym razem wybierały takie opcje, które były korzystne dla innych. To nieustanne zwracanie uwagi na potrzeby członków stada sprawia, że związki uczuciowe, jakie tworzą w klanie, są niezwykle silne. Przekonali się o tym pracownicy warszawskiego zoo, przyglądając się dwóm szympansom, które spotkały się po latach. Samiec i samica rzuciły się sobie w ramiona. Szympansy tworzą także zażyłe relacje ze swoimi ludzkimi opiekunami. Gdy ich tracą, popadają w apatię, leżą w klatce osowiałe, odmawiają jedzenia. Tęsknią, cierpią.

Specjaliści od delfinów Stephanie King i Vincent Janik z University of St. Andrews donoszą, że zwierzęta te nie tylko myślą i czują, ale także – co naukowcy dowiedli ponad wszelką wątpliwość – zwracają się do siebie konkretnymi imionami! Co więcej, wygląda na to, że wśród delfinów imiona są dziedziczone. Samce, które po osiągnięciu dojrzałości opuszczają rodzinę, dostają imię po matce. Natomiast młodym samicom stado nadaje nowe imię, aby nie myliło się z imieniem matki. To niejedyne odkrycie, które dowodzi inteligencji tych zwierząt. Posiadają umiejętność abstrakcyjnego myślenia, a ich język jest co najmniej równie skomplikowany jak nasz (jego podstawą są gwizdy, kląskanie, postukiwanie i niesłyszalne dla nas zakresy fal dźwiękowych – na przykład ultradźwięki). Delfiny potrafią godzinami rozmawiać ze sobą, mówiąc niewątpliwie całymi zdaniami. Zdolność do tworzenia skomplikowanych sekwencji dźwięków idzie w parze z umiejętnością logicznego myślenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.

  1. Styl Życia

Fotograf przyrody Paweł Kreft: "Zamiast kolekcjonować kilometry, skup się na wrażeniach"

– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. W poszukiwaniu zwierzęcych modeli zwiedza różne regiony Polski, jednak spokój i poczucie szczęścia daje mu każda wizyta w lesie.

Nastolatki zazwyczaj robią selfie, ty ruszałeś w drogę o świcie, by fotografować ptaki... Skąd ten pomysł?
Przyrodę widziałem częściej niż swoje lustrzane odbicie. To żart, ale dużo w nim prawdy. Wychowywałem się w małej miejscowości na Kaszubach. Mój tata jest leśniczym, więc wspólne wyprawy do lasu były codziennością. Przekazał mi ogrom wiedzy, a co najważniejsze, dzięki niemu zdobyłem doświadczenie i obycie z dziką przyrodą. Babcia uczyła mnie życia w zgodzie i harmonii z naturą, pasjami oglądała ze mną filmy przyrodnicze. Wciąż mam w pamięci stop-klatki wielu z nich i magiczny głos Krystyny Czubówny. Od mamy natomiast dostałem w genach wrażliwość. To chyba brzmi jak przepis na fotografa przyrody.

Pamiętasz swoje pierwsze zdjęcie?
Więcej, wciąż pamiętam te emocje, kiedy pierwszy raz wyciągnąłem z pudełka nowiutką lustrzankę. Miałem wtedy 13 lat. Aparat co prawda tata kupił dla siebie, ale nigdy go nie użył. Natychmiast pobiegłem z nim nad pobliskie jezioro, gdzie udało mi się sfotografować odlatujące żurawie. Po powrocie do domu zacząłem szukać w Internecie informacji na temat fotografii przyrodniczej, inspiracji, wskazówek. Tak trafiłem na galerię Czarka Korkosza, który do dziś jest moim mentorem. Wyjaśniał mi nie tylko kwestie techniczne, ale także moralne i duchowe. To ważne, bo zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od nawet najlepszego ujęcia. Dlatego do kolejnych wypraw podchodziłem już bardziej taktycznie. Na łące nieopodal domu wybudowałem kryjówkę, wchodziłem do niej godzinę przed wschodem słońca, a opuszczałem tuż przed lekcjami. W pewien zimowy poranek udało mi się w ten sposób sfotografować myszołowy. To było moje pierwsze profesjonalne zdjęcie.

Czujność i szybka reakcja to w świecie dzikiej przyrody być albo nie być, dlatego zwierzęta mają niezwykle wyostrzone zmysły. Chyba niełatwo je podejść?
Tropienie zwierząt wymaga wiedzy, odpowiedniego sprzętu, sprytu i... szczęścia. Ruszam w drogę godzinę lub dwie przed świtem, ale zanim wejdę do lasu, ustalam kierunek wiatru, to on determinuje wszystkie moje działania. Nie mogę iść zgodnie z nim, bo zwierzyna szybko mnie zwietrzy i ucieknie. Ale kiedy ustawię się pod wiatr, są duże szanse na to, że uda mi się podejść blisko nawet najbardziej płochliwych saren czy jeleni. Zazwyczaj mam na sobie specjalny strój maskujący, nazywany także snajperskim, dzięki któremu idealnie wtapiam się w otoczenie. Wyglądam w nim jak leśny krzak. Najważniejsze jest zasłonięcie twarzy, bo to jej widoku dzikie zwierzęta boją się najbardziej.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Kiedy robię zdjęcia z tak zwanej zasiadki, jestem ukryty za siatką maskującą, którą rozwieszam we wcześniej upatrzonym miejscu. Natura jest jednak nieprzewidywalna. Bywa, że wbrew moim oczekiwaniom, zwierzęta pojawiają się z zupełnie innej strony i muszę szybko improwizować. Gorzej, jeśli nagle zmieni się kierunek wiatru, a to często się zdarza o wschodzie słońca. Wtedy w jednej chwili mogę zostać zdemaskowany przez zwierzynę i plany na cały dzień legną w gruzach.

Natura weryfikuje wszelkie oczekiwania, to ona rozdaje karty. Czy to nie jest frustrujące?
Fotografowanie przyrody uczy pokory, cierpliwości i akceptacji zdarzeń. Staram się niczego nie planować, ale w praktyce bywa różnie. Często siedząc w lesie bezowocnie kilka godzin, czuję podenerwowanie i niecierpliwość, w głębi duszy, zaczynam wymagać od przyrody, żeby dała mi okazję do zrobienia zdjęcia. Czasami uciera mi nosa, ale bywa też, że pozytywnie mnie zaskakuje. To są chyba najbardziej magiczne momenty, z których powstają najlepsze zdjęcia.

Masz jakieś konkretne na myśli?
Tak, fotografię jelenia, którą nazwałem „Złote serce”. Zdobyła pierwszą nagrodę w XIX edycji konkursu Leśne Fotografie organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie i zapoczątkowała cykl niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Dokładnie pamiętam dzień, w którym zrobiłem to zdjęcie. Był wrzesień, rykowisko, a w lesie nic się nie działo. Zacząłem modlić się do św. Franciszka, patrona przyrodników. Często to robię, ale tym razem poprosiłem, aby dał mi jakiś znak, że to czekanie ma sens. Nic się jednak nie wydarzyło. Dopiero kiedy wracałem do samochodu, drogę przebiegła mi spłoszona chmara jeleni. Było ich co najmniej trzydzieści. Na końcu pojawił się On! Powoli, niezwykle dostojnie wyszedł na drogę przepiękny byk, samiec jelenia. Zatrzymał się jakieś piętnaście metrów ode mnie i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem mu trzy zdjęcia. Kiedy w domu zgrywałem je na komputer, zauważyłem, że byk stał w cieniu, a przebijające się przez konary drzew słońce oświetliło dokładnie jego serce. To było absolutnie mistyczne przeżycie.

Matka natura potrafi czynić cuda.
Bez wątpienia, tym bardziej że ta historia ma ciąg dalszy. Rok później o tej samej porze znów fotografowałem rykowisko jeleni. Rano podchodziłem do ostatniego ryczącego byka, ale teren był trudny, ryzyko, że go spłoszę duże, a szanse na zdjęcie niewielkie. Zatrzymałem się kilkanaście metrów od niego, widziałem nogi zwierzęcia i słyszałem porykiwanie. Nagle byk zaczął iść w moją stronę. Chyba zaintrygował go dźwięk migawki. Podchodził coraz bliżej i bliżej, był na wyciągnięcie ręki, autofokus w aparacie z trudem łapał ostrość. Jestem pewny, że wyczuł już moją obecność, mimo to zupełnie się nie bał. A przecież to z natury bardzo płochliwe zwierzęta. Największy dreszcz emocji poczułem jednak wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że wydarzyło się to dokładnie w rocznicę spotkania ze Złotym sercem.

Przyroda wciąż zadziwia i zachwyca, nawet jeśli obcuje się z nią tak często jak ty?
Dzikich miejsc i lasów ubywa, ich kosztem rozbudowujemy miasta i osiedla. Dlatego kiedy tylko jest okazja, warto podziwiać przyrodę, cieszyć się każdą minutą jej bliskości. Nie jestem pod tym względem ideałem, bywa, że bieżące sprawy przysłaniają mi piękno natury, a media społecznościowe odwracają od niej uwagę. Uwielbiam jednak te dni, kiedy las wygrywa ze wszystkim i pochłania mnie całkowicie. Tak się dzieje zawsze jesienią, w czasie rykowiska. Jest wtedy magia w lesie.

Czasem, żeby spełnić marzenia, trzeba wyruszyć w podróż. Jaka była twoja?
Pojechałem w Bieszczady z nadzieją, że uda mi się sfotografować niedźwiedzia brunatnego. Długo chodziłem po tamtejszych lasach, zrobiłem mnóstwo fantastycznych zdjęć z wyjątkiem tego najważniejszego. Dzień po swoich urodzinach dostałem jednak od przyrody wymarzony prezent – udało mi się zrobić to zdjęcie. Na pewno często będę wracał w Bieszczady, bo wciąż czuję niedosyt i już tęsknię za tamtymi emocjami.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Jakie miejsca jeszcze masz do odkrycia?
W zeszłym roku wyjechałem do Norwegii z grupą trekkingową. Każdego dnia pokonywaliśmy 40 km wzdłuż wybrzeża. Wyjątkowo nie fotografowałem wtedy zwierząt, a ludzi i krajobrazy. To była niezwykle inspirująca przygoda, która pozwoliła mi nieco zmienić perspektywę. Skandynawia to zdecydowanie kierunek, którym chciałbym w przyszłości podążać. Ale marzą mi się wyprawy jeszcze dalej, na koło podbiegunowe, Syberię. A także do Szkocji i Nowej Zelandii na rykowiska jeleni. Planów jest sporo.

Podróżujesz, by być bliżej przyrody. Tymczasem z badań przeprowadzonych przez ekolożkę i botaniczkę Martę Jermaczek-Sitak wynika, że ludzie tolerują obecność dzikich zwierząt, takich jak rysie, wilki czy niedźwiedzie, pod warunkiem że znajdują się... ponad 30 kilometrów od nich. Tęsknimy za dzikością, ale jednocześnie się jej boimy. Widzisz wyjście z tej sytuacji?
Boimy się, tego, czego nie znamy, dlatego trzeba edukować nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy większą część życia spędzają teraz z dala od natury. Żeby zakochać się w przyrodzie, trzeba poznać ją osobiście, wyruszyć do lasu, odkrywać go, oswajać stopniowo. Liczy się nie cel, ale droga sama w sobie. Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach. Widzisz miejsce, w którym są ślady obecności zwierząt? Zatrzymaj się, usiądź, popatrz, nie licz czasu. Spędź tam godzinę, dwie, trzy, w ciszy i spokoju obserwuj otoczenie, są duże szanse na to, że zobaczysz coś niezwykłego. I zamiast strachu poczujesz szacunek.

Nie boisz się czasem?
Kilka lat temu kiedy chmara jeleni biegła w moją stronę, instynktownie wyskakiwałem z kryjówki i uciekałem. Teraz już bym tego nie zrobił. Strach staram się zastępować zdrowym rozsądkiem. Nie szarżuję, ale też nie panikuję. Ile razy w roku słyszymy o tym, że dzikie zwierzęta skrzywdziły człowieka? One boją się nas bardziej niż my ich. Nawet z pozoru groźne niedźwiedzie czy wilki unikają kontaktu z ludźmi. Spotkanie ich oko w oko w naturze to marzenie chyba większości fotografów przyrody. Trzeba jednak mieć olbrzymie szczęście i doświadczenie, by się spełniło.

A czym dla ciebie są podróże do lasów? To już praca czy wciąż pasja?
Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Im jestem starszy, tym bardziej potrzebuję lasu i częściej chcę w nim być sam. Uciekam do niego, gdy muszę podjąć jakąś decyzję, coś przemyśleć, przeżyć. Kiedy pracuję, często fotografuję od świtu do zmierzchu, tracę rachubę czasu. Bywa, że wychodzę przed wschodem słońca, wracam do domu przed południem, a wieczorem ponownie ruszam do lasu. Za każdym razem, kiedy tam jestem, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Paweł Kreft, fotograf dzikiej przyrody, kompozytor, wokalista, autor tekstów, absolwent Szkoły Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu Facebook: @kreftphoto, Instagram: @pkreft_wildlife.

  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe
  1. Styl Życia

Pies i dziecko – jak wybrać psa do domu z dzieckiem i czy to dobry pomysł?

Choć zwykle prośbom dzieci o psa towarzyszą obietnice, że to dziecko będzie samo się nim opiekowało i wychodziło na spacer - warto, by dorośli nie zapominali, że to oni będą odpowiedzialni za nowego domownika. (Fot. iStock)
Choć zwykle prośbom dzieci o psa towarzyszą obietnice, że to dziecko będzie samo się nim opiekowało i wychodziło na spacer - warto, by dorośli nie zapominali, że to oni będą odpowiedzialni za nowego domownika. (Fot. iStock)
Korzyści z wychowywania się ze zwierzęciem nie sposób przecenić. Zwłaszcza że stres dotyka dziś już małe dzieci. Warto jednak pamiętać, że wzięcie psa, kota czy nawet chomika to długoterminowa inwestycja.

Mamo, tato, chcę pieska... Słysząc taką prośbę, wielu rodziców małych dzieci przypomina sobie własne próby przekonania swoich rodziców, żeby zgodzili się na zwierzaka w domu. Jednak choć zwykle prośbom towarzyszą obietnice, że dziecko będzie samo opiekowało się psiakiem, wychodziło z nim na spacer i go karmiło – warto, by dorośli nie zapominali, że to oni będą odpowiedzialni za nowego domownika, choćby dlatego, że właścicielem zwierzęcia formalnie może być tylko pełnoletnia osoba – to ona podpisuje na przykład umowę adopcji i musi towarzyszyć dziecku podczas wizyty u weterynarza. Dobrze też pamiętać o tym, że zwierzę w domu oznacza dodatkowe wydatki związane z jego karmieniem czy leczeniem.

Z drugiej jednak strony psychologiczne korzyści, jakie płyną z tego, że dziecko wychowuje się w towarzystwie zwierzęcia, są niezaprzeczalne. Już w latach 60. XX wieku amerykański psychiatra dziecięcy Boris Levinson wskazał, że może to wpłynąć na większą wrażliwość na potrzeby innych ludzi, tolerancję i odpowiedzialność. Badacz twierdził również, że to właśnie zwierzęta uczą otwierania się na bezwarunkową miłość i akceptowania siebie. Znany jest także eksperyment głośnego czytania psom przez dzieci. Jak się okazuje – w przypadku, gdy słuchaczem jest zwierzę, a nie inna osoba – czytanie przebiega płynniej.

Jeśli zatem jako dorośli jesteśmy gotowi podjąć odpowiedzialność za psa w domu, warto dobrze zastanowić się, jaki on powinien być. A tutaj – oprócz indywidualnych sympatii do pewnych ras czy określonego wyglądu – konieczna jest poważna refleksja i ocena: Ile czasu możemy poświęcić psu na co dzień? Ile mamy miejsca w domu? Czy jesteśmy typem sportowym albo lubiącym długie wędrówki, w czym będzie nam towarzyszył zwierzak? Czy ktoś z domowników nie cierpi na alergie? I to jest praca domowa dla dorosłych, do której trzeba podejść poważnie, bo w obliczu uroczego szczeniaka (a każdy jest taki) czy patrzącego błagalnie zwierzaka ze schroniska – trudno o analityczne myślenie.

Co jeśli nie pies?

Dzieci marzą o zwierzątku, z którym mogą nawiązać kontakt. Zatem niekoniecznie ucieszą się z perspektywy posiadania akwarium albo hodowli patyczaków... Może więc kot? Królik? Albo chociaż chomik...

O radę poprosiłam Annę Wojtalewicz, lekarz weterynarii z przychodni „Cztery Łapy” w Wołominie, która wyjaśniła, że, poza wspomnianymi powyżej okolicznościami, przy podejmowaniu decyzji trzeba kierować się także temperamentem opiekuna. A to dlatego, że na przykład często wybierane przez rodziców niewielkie gryzonie mogą... zostać zagłaskane na śmierć. Chomiki to w gruncie rzeczy zwierzęta żyjące nocą; zmuszane do nadmiernej aktywności w ciągu dnia, wcale nie są szczęśliwe i nie dożywają sędziwego wieku. Z kolei szczury są bardzo towarzyskie, skazane na samotność będą się stresować i podupadać na zdrowiu. Pewnym rozwiązaniem jest towarzystwo drugiego szczura, ale zdecydowanie najlepiej sprawdzi się bliskość opiekuna, zwłaszcza jeśli ten zadba o wyzwania intelektualne dla zwierzaka. Szczury bardzo lubią wszelkiego rodzaju labirynty, tory przeszkód, które zmuszają do szukania nowych rozwiązań.

Ból rozstania

Także wśród domowych zwierząt są takie, które mogą żyć bardzo długo, jak pewne gatunki papug czy żółwi, jednak w przypadku małych gryzoni jest to zwykle kilka lat, a psów i kotów – kilkanaście. A to oznacza, że dziecko najprawdopodobniej stanie się świadkiem odejścia swojego pupila. Niektórzy rodzice wpadają na pomysł, żeby ukryć ten fakt i czym prędzej kupić takiego samego zwierzaka. Pomysł tyle karkołomny, bo dziecka nie da się w ten sposób oszukać, co całkiem chybiony wychowawczo. Zamiast tego lepiej pomóc malcowi bezpiecznie przejść przez proces żałoby, z którą przecież spotka się w życiu jeszcze nieraz.

Zanim wybierzesz psa, odpowiedz sobie na następujące pytania:

  • Kiedy wziąć do domu psa, żeby móc poświęcić mu na początku dużo czasu? Najlepiej wybrać termin przez wakacjami.
  • Jakiej płci? Psy są bardziej wytrzymałe fizycznie niż suczki.
  • Jakiej wielkości? Z małymi psami jest wygodniej podróżować, łatwiej utrzymać je na smyczy i opieka nad nimi jest tańsza. Jeśli kierujesz się wielkością mieszkania, to pamiętaj, że dla psa nie jest ważna przestrzeń, na jakiej mieszka, ale aktywność – pies musi być wybiegany.
  • Z jaką sierścią? To ważne zwłaszcza w przypadku alergików, wtedy lepiej wybrać na przykład maltańczyka, który nie ma sierści, tylko włosy.

Więcej w książce: „Chcę psa" Zuzanna Nowak, wyd. Demart

  1. Psychologia

Przyjaźń w dorosłym życiu też trzeba pielęgnować

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że osoby, które mają przyjaciół, rzadziej chorują, dłużej żyją i są zadowolone z życia. Przyjaźń bywa bardziej stabilna niż związki miłosne, których rozpad najlepiej opłakiwać z przyjaciółką. Jednak, jak przekonuje psycholożka Hanna Samson, jak każda bliska relacja, jest narażona na kryzysy i wymaga troski.

Media społecznościowe sprawiają, że nasza sieć znajomości się rozszerza, ale liczba bliskich przyjaciół się nie zmienia i wynosi około pięciu. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez antropologa i psychologa Robina Dunbara, o których dowiedziałam się z właśnie wydanej książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu” (wyd. Zwierciadło). Jej autorka Hope Kelaher proponuje wiele ćwiczeń, które mogą nam pomóc w osiągnięciu tej piątki (jeśli mamy z tym kłopot), ale przede wszystkim pokazuje, jak cenna jest przyjaźń.

Przyjaźń to związek, w którym możemy cały czas być sobą, bo czujemy się bezpiecznie. Możemy mówić o swoich lękach i słabych stronach, bo czujemy się akceptowani. Możemy też mówić o pragnieniach i potrzebach, zdradzać swoje sekrety – bo mamy zaufanie, że przyjaciel nie ujawni ich innym. Możemy liczyć na wsparcie i na konkretną pomoc, gdy potrzeba. I wszystko to możemy również dawać. Przyjaźń to relacja wzajemna, która sprawia, że choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, nie czujemy się sami na świecie. Ale kiedy życie jednej z osób radykalnie się zmienia, przyjaźń również zwykle wymaga zmiany.

Jest inaczej

Beata ma 36 lat, rok temu wyszła za mąż. Znam ją z warsztatów asertywności, która nie jest jej mocną stroną. Tym razem umówiła się na spotkanie indywidualne. Aha, pewnie zaczęły się problemy małżeńskie – pomyślałam, bo wiadomo, jak to jest, gdy buduje się nowy związek. Ale nie. Beata ma problemy w starym związku, w którym jest od kilkunastu lat.

– Chciałabym popracować nad relacją z moją przyjaciółką Ewą – powiedziała, a ja, przyznaję, byłam trochę zaskoczona. Ludzie chcą ratować małżeństwa, naprawiać relacje z dziećmi, czasem z rodzeństwem, ale z przyjaciółką? Właściwie czemu nie? Może zbyt łatwo rezygnujemy z przyjaźni, gdy coś się psuje? Beata nie zamierzała rezygnować. – Przyjaźnimy się od 17 lat, pomagałyśmy sobie przetrwać trudne chwile, razem się bawiłyśmy, śmiałyśmy, narzekałyśmy i jeździłyśmy na wakacje – opowiada. – Ale ostatnio ta przyjaźń mnie dusi, jest jej za dużo w moim życiu. Ewa ma do mnie pretensje, że często nie odbieram telefonu, a ja nie chcę z nią tyle rozmawiać i nie wiem, jak jej o tym powiedzieć. – Może tak jak się uczyłaś na warsztatach asertywności? Szczerze, uczciwie, z zadbaniem o relację? Wyobraź sobie, że Ewa tu siedzi. Co byś jej chciała powiedzieć? – pytam. – Że jestem na nią wściekła, że jej nie znoszę, że niszczy moje życie, że przez nią mam poczucie winy, że… – w Beacie nagromadziło się sporo emocji, teraz wybucha i mówi bez przerwy, właściwie krzyczy. Trwa to kilka minut. – No widzisz, nie mogę jej tego powiedzieć. Ja nie chcę zniszczyć tej przyjaźni, ale też nie chcę się w niej dusić!

Razem analizujemy sytuację, która wydaje się dość oczywista. Odkąd Beata związała się z Robertem i wyszła za mąż, nie ma dla Ewy tyle czasu co wtedy, gdy obydwie były singielkami.

– Nie chodzi tylko o czas, ale też nie mam potrzeby ani ochoty, żeby z nią w kółko rozmawiać. Ewa nie przyjmuje do wiadomości, że mam swoje życie też poza nią. Mówię jej, że właśnie jemy kolację z Robertem, a ona jest urażona. „Ach, rozumiem, przeszkadzam ci jak zwykle” – stwierdza z przekąsem, a ja czuję się winna, choć wiem, że mam prawo zjeść z mężem kolację. Czuję się winna, że wyszłam za mąż i ją opuściłam, ale to przecież jest bez sensu! Rozumiem, że jest jej trudno, ale nie może już być tak jak było przedtem.

Pod koniec spotkania Beata podejmuje decyzję, że porozmawia z Ewą, wie już, co chce jej powiedzieć i jest gotowa. A ja trzymam za nią kciuki!

Czas próby

Gdzieś po miesiącu znowu do mnie dzwoni. – Czy mogę przyjść do ciebie razem z Ewą? – Powiedziałaś jej to, co chciałaś powiedzieć? – zapytałam, chcąc zyskać na czasie, bo to znów było dla mnie zaskakujące. Wspólna sesja przyjaciółek? Właściwie czemu nie, skoro przyjaźń to ważna relacja? – Próbowałam, ale Ewa zaczęła mnie obwiniać, że już jej nie potrzebuję, więc zaczęłam ją zapewniać, że tak nie jest, ale ona czuje się urażona i już nic nie mogę jej powiedzieć, może przy tobie wysłucha mnie do końca. – Ewa też chce się spotkać? – sprawdzam dla porządku. – Tak. Obydwie chcemy.

Spotkanie nie było łatwe i wymagało odwagi od obydwu kobiet. Na początku doceniłam to, jak są dla siebie ważne, skoro obydwie tu przyszły. – Nie, to nieprawda – protestuje Ewa. – Ważne byłyśmy dla siebie przez kilkanaście lat, ale to się zmieniło. Przez kilkanaście lat byłyśmy jak siostry, teraz Beata ma Roberta i już mnie nie potrzebuje. Nie czuję się dla niej ważna. – Gdybyś nie była dla mnie ważna, nie byłoby mnie tutaj – stwierdza Beata. – Chcę pracować nad naszą relacją, żebyśmy mogły nadal się przyjaźnić w nowych warunkach. Przez wiele lat byłaś moją towarzyszką życia. Wierną, oddaną, wspierającą, spędzałyśmy ze sobą dużo czasu, omawiałyśmy razem wszystkie sprawy. Bardzo to doceniam i kocham cię jak siostrę. Ale teraz jest Robert i to on jest moim towarzyszem życia. – No właśnie! Czyli ja ci już nie jestem potrzebna! Może najlepiej w ogóle zerwać tę relację? – Bardzo bym tego nie chciała. Zależy mi na tobie. Ale nie chcę już z tobą omawiać wszystkich swoich spraw. Złości mnie, jak mnie wypytujesz o moje sprawy z Robertem. Nie chcę ci o nich mówić, bo czułabym się nielojalna wobec niego. Złości mnie, jak sobie ze mnie żartujesz, że stałam się kurą domową, bo nie chcę z tobą gdzieś iść. Złości mnie, że dzwonisz do mnie kilka razy dziennie, muszę wyłączać telefon, żeby spokojnie pogadać z Robertem. – No to do czego właściwie jestem ci potrzebna? – Do przyjaźni! Jesteś mi bardzo bliska, lubię z tobą rozmawiać, ale chcę czasem za tobą zatęsknić. Nie mam już tyle miejsca w moim życiu, ile miałam. Jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, z pewnością będę przy tobie, ale nie chcę codziennych kontaktów! – Jesteś taka jak te dziewczyny, z których się śmiałyśmy, pamiętasz? Że jak mają faceta, to przyjaciółka już się nie liczy, nasza przyjaźń miała być inna! – wybucha Ewa. – I jest inna, bo ty dla mnie nadal jesteś bardzo ważna i chcę, żebyś była w moim życiu, ale w inny sposób niż dotąd.

Beata była twarda, nie ugięła się pod łzami Ewy. Patrzyłam na nią z podziwem, warsztaty asertywności nie poszły w las. Ewa przyjęła w końcu do wiadomości, że Beata jej nie odrzuca, ale chce zmienić kształt ich relacji. Uff! Nie było łatwo, ale było warto. Umówiłyśmy się na jeszcze jedno spotkanie za miesiąc.

Weszły uśmiechnięte, nie było między nimi już tego napięcia, które czułam na poprzednim spotkaniu. Obydwie stwierdziły, że jest dobrze. Ewa ożywiła swoje inne przyjaźnie, żeby nie chcieć od Beaty więcej, niż ona jest gotowa dać. Beata nie jest już zła na Ewę, że zbyt panoszy się w jej życiu, i znów mogą się śmiać, tak jak kiedyś.

Siedem lat, a potem?

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Wiąże się to zapewne z zakładaniem rodziny i wychowywaniem dzieci. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. Czasem trafiamy na kogoś, z kim rozumiemy się jak z nikim innym i wierzymy, że ta przyjaźń przetrwa wszystko.

Iza ma 49 lat i przeżywa żałobę po stracie przyjaciółki. – Nie, ona nie umarła – wyjaśnia. – Ma na imię Maria i żyje sobie w najlepsze. Mogę obserwować jej życie na Facebooku, choć wyrzuciłam ją ze znajomych, ale jej wszystkie posty są publiczne. Facebook służy jej do autopromocji, prezentuje tam swoje sukcesy, zbiera lajki i słowa zachwytu, a ja masochistycznie co jakiś czas tam wchodzę i na to patrzę. Nie umiem się od niej uwolnić. Przyjaźniłyśmy się przez kilka lat, pierwsze spotkanie i od razu zaskoczyło, jakbyśmy na siebie czekały. Zawsze wiedziałam, co się dzieje u niej, ona wiedziała, co u mnie, codziennie kilka razy rozmawiałyśmy przez telefon, bez tych rozmów czuję się jak odłączona od prądu. Nie wierzę, że z kimś innym uda mi się osiągnąć taki poziom bliskości, a bez tego trudno mi żyć. Maria to była Maria, nikt inny chyba nie może jej zastąpić.

W pięknym eseju „O przyjaźni”, który powstał w XVI wieku, Michel de Montaigne napisał o przyjacielu: „Gdyby mnie ktoś przypierał, abym powiedział, czemum go pokochał, czuję, że nie można by tego wyrazić inaczej, jak jeno odpowiedzią: Bo to był on; bo to byłem ja”. Chyba podobnie było z Marią i Izą.

– To ona zerwała z tobą? – pytam. – Tak. – Dlaczego? – Wykorzystała jakiś durny pretekst, po prostu chciała zerwać, bo nasze drogi nagle się rozeszły. Zamknęli moją firmę, nie miałam pracy, zaczęłam chorować, byłam w fatalnej formie. A ona właśnie rozpoczęła erę sukcesów. Jest artystką, jej prace zostały dostrzeżone, posypały się ważne nagrody, nagle znalazła się na szczycie, była tym bardzo podekscytowana i trudno się dziwić. Nie miała miejsca na moje problemy. – Nie myślałaś, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Może to nie była prawdziwa przyjaźń, skoro tak się skończyła? A jeśli była, to może to nie koniec? – pytam bez wielkiego przekonania. – Tak myślałam – odpowiada Iza. – Ale mówią też, że prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, jak znoszą nasze sukcesy. Może za mało się cieszyłam z jej szczęścia? Za bardzo byłam zajęta swoimi problemami? – Sytuacja każdej z was radykalnie się zmieniła, nie umiałyście tego razem udźwignąć. Chciałabyś, żeby Maria do ciebie wróciła? – Chyba już nie umiałabym jej zaufać. Czasem myślę, że byłyśmy dla siebie stworzone, ale może nie na całe życie – śmieje się Iza.

Wyniki badań przedstawione we wspomnianej już książce Hope Kelaher pokazują, że przyjaźń trwa przeciętnie siedem lat. Aby przetrwała dłużej, trzeba ją pielęgnować. Ale czasem trzeba się też pogodzić z tym, że to koniec.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.